poniedziałek, 28 października 2013

Blindead - Absence (2013)




Wolta stylistyczna! To hasło przewija się wokół Absence od momentu gdy premierowe dźwięki internet obiegać zaczęły, odstraszając pewnie jedynie niewielu fanów grupy, którzy może we własnej naiwności zakładali, iż droga jaką Blindead podąża do takiego punktu ich nie zaprowadzi. Faktem bezspornym, że zmieniła się muzyka proponowana przez tą załogę i gdyby jedynie po pozorach sądzić można by tu rewolucji się dopatrzyć. Myślę jednak, iż bardziej spokojna, stonowana warstwa dźwiękowa z której uleciał ciężar, pozbawiona niemal zupełnie agresywnej warstwy wokalnej nie może świadczyć o radykalnej gatunkowej odmienności Absence w stosunku do Affliction. Pomimo zmiany środków efekt uzyskany niewiele klimatem różni się od poprzedniego kapitalnego dzieła, tu zaduma i melancholia w pulsującej dynamice nadal rządzi. Może powód takiego mojego odczucia zawarty podobnie jak w przypadku albumu sprzed trzech lat w specyficznym korzystaniu z melodii, a precyzując posługiwaniu się przez cały album pewnym kluczowym motywem - takim co spaja melodycznie koncepcje krążka. Efekt tym zabiegiem nadany wiąże intrygujący, bogaty koncept liryczny specyficzną aurą - nadaje całości szlif zwięzłej, monolitycznej konstrukcji. Kompozycje zmierzają precyzyjnie obranym stałym kursem do celu jakim w odczuciu moim finał a7bsence - emocjonujący z napięciem przeszywającym na wskroś. Po drodze nurt jakim nuty prowadzone pełen zaułków w labiryncie subtelnie skrywanym pod powierzchnią fasady. Tu obfitość smaczków zawarta czy to w formie tajemniczych odgłosów, frapującej elektroniki, jazgotliwych dętych dysonansów, a nawet smyczkowych detali oczarowuje słuchacza (mnie z pewnością). Żaden z powyższych chwytów urozmaicających wybornie fakturę utworów nie jest zastosowany przypadkowo, każde takie działanie usprawiedliwione, a dzięki doskonałemu wyczuciu materii idealnie, płynnie aranżacyjnie wpisujące się w charakter utworu. Pisałem ongiś przy okazji Affliction, że w kategorii albumów co za serducho skutecznie chwycić potrafią, równać się on jedynie może ostatnim dziełom Anathemy. Miałem ja intuicje, która wyraźnie ścieżkę jaką Blindead obrało podświadomie mi podpowiadała. Wtedy to jeszcze ramy konwencji bardzo odległe pomiędzy tymi wybitnymi formacjami były. W przypadku wszelako Absence ta przestrzeń ich oddzielająca zdecydowanie uległa skurczeniu, zbliżając ich ku mojej radości do siebie. I tak próbując wyczytać z tego co między wierszami na tym pięknym albumie zawarte wrażenie odnoszę, że trakt jakim obecnie się poruszają bezsprzecznie ku rozwiązaniom jakie obecnie wyspiarze kultywują ich zaprowadzi. A może się mylę i racje przyznać będę musiał tym co wpływów Katatonii bardziej się w tych dźwiękach dopatrują. Kpem totalnym byłbym gdybym sznytu ekipy Andersa Nyströma także w nieobecności nie wychwycił, zakładam jednak, a więcej nawet pewny jestem, że to rewelacyjne dziecko Havocka dużo większe ambicje niż naśladowanie powyższych formacji ma w planach. Dotychczasowy rozwój i studyjne efekty ich pracy dobitnie o tym świadczą. Wspaniała robota i prawdziwy powód do narodowej dumy to dla mnie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj