piątek, 18 października 2013

Soulfly - Savages (2013)




Wystarczy mi już na siłę przekonywać się do tego odgrzewanego kotleta, serwowanego przez Soulfly. Starałem się, jednak poległem na dzień dzisiejszy w konfrontacji z Savages. Już zupełnie bez smaku obwoluta krążka dawała do myślenia z czym mogę się tym razem zetknąć. Intuicja podpowiadała, że mizernie być może i jak tu przeczuciom swoim nie ufać. Tak jak layout sztuczny i prymitywny w odbiorze, tak i muzycznie szału niestety nie ma. Pomimo pozornej różnorodności razi sztampą, jednowymiarowym tempem. Rytmicznie poniżej oczekiwań jest wyraźnie szczególnie w stosunku do Enslaved, bo i to pojedynek perkusistów z różnych poziomów, gdzie smarkacza umiejętności dalekie od fachowego ogrania Davida Kinkade'a. Może ja i przygłuchy odrobinę już jestem, ale partie Zyona zwyczajnie bez ikry i głębszej wizji, bogactwa detali – takie topornie odwalone, jedynie dostosowane zapewne do możliwości obecnego pałkera, przez co album traci ogromnie. I błagam, proszę aby nie wkręcać mi naciąganych teorii, że to trochę powrót do tradycji w plemienia wykonaniu, chyba, że kierując się najprostszym rozumieniem tego terminu, ona wyłącznie ślepym odtwarzaniem minionych prymitywnych rytuałów bo brak umiejętności, czy biegłości technicznej na nic więcej nie pozwala. Oczu nawet nie zamydlił mi Cavalera udziałem kilku zacnych nazwisk z branży, nie łapie w tym przypadku tego wybiegu, gdyż zwyczajnie w niewielkim stopniu uatrakcyjnił on odbiór krążka. Szczerze z szacunkiem dla twórczości  Maxa, przykro mi ale do wniosku dochodzę, że od muzyki więcej oczekuje niż w tym przypadku otrzymałem lub to coraz mniej interesująca dla mnie nisza. Myślę jednak, iż problemem tutaj nie konwencja w jakiej tworzone dźwięki tylko przeciętna ich jakość i klasyczny syndrom zjadania własnego ogona. Rzeka płynie dalej i zamiast dać porwać się jej nurtowi który jeszcze z taką świeżością Enslaved niósł przed siebie, tym razem Soulfly w zatoczkę wpłynęło i zakotwiczyło gdzieś na mieliźnie braku pomysłów, zapętliło się i z węzła uwolnić nie potrafi. Oddać jednak starszemu z braci Cavalera muszę, że pomimo ogólnego spadku formy smykałki do kapitalnej rzeźby gitarowej nie utracił. Potwierdza to ten ekscentryk nawet na tym rzemieślniczym wyrobie. Kończąc rozczarowaniem nasiąknięte refleksje niewielki margines błędu sobie zostawię, bo mylić się to rzecz ludzka. Może w przyszłości zdanie o całokształcie Savages zmienię, jednako używając retoryki wprost z telewizyjnych spektakli piosenkowych dla mas, ja na ten moment jestem na NIE! Wróć wodzu za czas jakiś dopiero, przemyśl drogę, strategię, daj sobie trochę luzu, oczyść umysł, pozwól okrzepnąć nowym pomysłom i dobierz do realizacji takich ludzi co na większą swobodę ci pozwolą i wtedy dopiero jebnij petardą na którą bez najmniejszych wątpliwości cię stać. Tego ci dzisiaj władco motorycznego riffu życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj