sobota, 19 października 2013

Pearl Jam - Lightning Bolt (2013)




Pearl Jam od dwudziestu lat jest w przekonaniu moim specjalistą od rozczarowań. Żadna od V.S. płytka nie była w stanie dorównać dwóm pierwszym albumom. I jak od lat to czynie, miałem jeszcze nadzieję, że tym razem opakowany w prostą jednako wysmakowaną oprawę graficzną Lightning Bolt przełamie tą smutną tendencję. I przyszedł dzień konfrontacji z najnowszym longiem ekipy pięknogłosego Eddie’go Veddera. Bogatszy we wcześniejszą lekturę aktywnego już od jakiegoś czasu w sieci singla Mind Your Manners, który nota bene swoją dynamiką narobił mi sporego apetytu oczekiwałem krążka przełomowego, przerywającego nijakość jaką od lat serwują. I niech mi moja zwichrowana dusza świadkiem będzie, że pragnąłem ja by ten nowy long oczarował mnie – pochłonął bez reszty. Tyle w kwestii życzeniowej, czas przejść do racjonalnej, rzeczowej analizy. A ta w krótkich słowach finalnie mogłaby być zawarta. Pearl Jam po raz kolejny niestety moim oczekiwaniom nie sprostał. Nagrał album co startuje z poziomu wysokiego bo Gateway, Mind Your Manners i My Father’s Son radę z pewnością jeszcze dają, jednak balladowy Sirens zbytnio w ckliwą nutę uderzając przerywa ten energiczny ciąg na bramkę. Proszę bym źle odebrany nie został, to fachowa kompozycja, jednak zbytnio schematyczna przez co na dłuższą metę wieje z niej miałkość i nuda. Przyzwoite, a nawet fragmentami intrygujące wrażenie robią Infallible i Pendulum, jednak po nich zjazd w nijakość następuje. Nie porywają mnie nawet dwie subtelnie kołyszące kompozycje zamykające album, a może brak mi odwagi by przyznać, iż ulegam ja ich wrażliwej, pięknej aurze? Wyraźnie nawiązują one do autorskiej Veddera ścieżki dźwiękowej do doskonałego dzieła Seana Penna, Into  the Wild. I z pewnością tam odnalazłyby się znakomicie, szczególnie Future Days, kawałek który w towarzystwie wyśmienitych Hard Sun i Society wyglądałby kapitalnie, lśniłby wraz z nimi niczym diament. Tutaj wszelako powoduje, że Lightning Bolt przysiada, a ja czego innego się spodziewałem i pewnie tajemnica takiej, a nie innej oceny najnowszej produkcji znamienitych synów Seattle w tym zawarta. Liczyłem na rockową werwę wyczuwalną nawet w tych spokojniejszych, balladowych fragmentach, taki żar jak w kultowych Black, Jeremy czy Garden. Otrzymałem natomiast jedynie w równych proporcjach zbitek kawałków dynamicznych plus takich mocno tajemniczych z nutą eksperymentu oraz kilka co żywcem niemal wyjęte z debiutanckiej solowej Vedder’a produkcji. Niemniej jednak Lightning Bolt to w przekonaniu moim najlepszy krążek Pearl Jam od bardzo długiego czasu i gdyby może nie świetne ostatnie albumy Soundgarden i Alice in Chains propozycja ta zrobiłaby na mnie większe wrażenie, a detaliczna chłodna analiza w odbiorze płyty znacznie mniejsze znaczenie odgrywała. Konkurencja akurat na tyle wysoko poprzeczkę ustawiła wymagania podnosząc, że częściej do powyższych krążków powracam. Wiem też mimo wszystko, że tegoroczny wypiek Pearl Jam od czasu do czasu zagości w mojej duszy, bo zwyczajnie częściowo swoją zawartością na to zasługuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj