poniedziałek, 1 września 2014

Opeth - Pale Communion (2014)




Jak tu u siebie nie dostrzegać zdolności wróżbiarskich w kontekście niedawnej refleksji wokół Heritage i konfrontacji z najnowszym albumem Opeth. ;) Przewidziałem bieg zdarzeń bo Akerfeldt twórcą nierozczarowującym i znającym fach znakomicie. Opeth dziś wygodnie umościł się na jeszcze niedawno z pewną nieśmiałością i naiwnością za sprawą poprzedniej produkcji odkrywanym terenie. Okrzepł i jako już wytrawny gracz wszedł z rozmachem do rywalizacji o najwyższe laury. Podstawą do tak śmiałej tezy zawartość Pale Communion, czyli nastego już albumu w karierze. Skonsolidowany w nim ładunek dźwiękowej maestrii i emocji porywa, sprawia, że zatracenie się w wybornych kompozycjach to najdoskonalsze antidotum na wszelką schematyczność, popkulturową żenadę czy miałkość trendziarskiej szmiry. Ogólnie wszechogarniającą chujowiznę jaka z każdego kąta wypełza niczym roznosiciele zbawienia za srebrniki - ja pesymista czy realista? :( Album jest dopieszczony pod każdym względem, produkcyjnie dopracowany z pedantyczną obsesją, zagrany z kapitalnym feelingiem i co zaskoczeniem być nie mogło wirtuozerskim rozmachem. Rzewne plumkanie przenika się z pulsującym rytmem, a chwytliwe melodyjne partie uzupełniają idealnie ze skomplikowanymi frazami. Jest natchniony artyzm i jest intelektualnie, niemal elitarnie ale i czuć w tej muzycznej materii ducha rebelii. Bo pomimo, że w dźwiękach metalu w tradycyjnej formie nie uświadczymy to nadal diabeł jakiś taki, alchemicznego pochodzenia się czai, a mrok z niepokojem osnuwa poczynania grajków. Psychodelia w art rockowy frak się tu przyodziewa. :) Właśnie - to co różni posiadający metalowe korzenie ansambl Akerfeldta od wyrastających z prog rockowego undergroundu to ta rogata kontestacja, tajemnicza aura i podporządkowanie umiejętności samym kompozycjom. To nie jest przedkładanie efektownych rozimprowizowanych szaleństw czy monotonnie rozwijanych tematów nad zwartą strukturę czy dyscyplinę prowadzenia narracji. Dlatego też zawsze odczuwałem pewien zgrzyt i poczucie niezrozumienia w konfrontacji z wieloma tuzami progresywnej niszy. Czułem wyraźnie, że czegoś mi brak - pomimo rzecz oczywista szacunku dla ich dokonań nie byłem w stanie w pełni docenić takiego wyniosłego przekonania, że się więcej w muzyce rozumie i w związku z tym zamiast ambitnych wyrazistych piosenek de facto bezpłciowe i przegadane dłużyzny się produkuje. Rozumiem już, że problemem specyficzne podświadome definiowanie istoty proporcji i poczucie błękitnej krwi płynącej w żyłach. Piosenki są dla prostaków - my robimy sztukę! ;) Stąd "pitu pitu" Opethu nawiązujące obecnie estetyką do tuzów ambitnego rocka nigdy nie będzie w pełni akceptowane przez zdeklarowanych zwolenników takiej "arty-stokratycznej" formuły. Jednocześnie też trudna do zaaprobowania dla metalowej hordy będzie ewolucja grupy w te salonowe rejony. To problem zapewne, gdyż przyrost fanów nie będzie proporcjonalny do jego odpływu. Myślę mimo wszystko, że większym zmartwieniem dla Akerfeldta byłaby stagnacja i brak pomysłów na rozwój niż obawa przed niezrozumieniem. To swoisty sprawdzian dla tych co od źródła obserwują bieg tej opethowej rzeki, czy są w stanie prócz jaskrawych kontrastów firmowanych u zarania, uznać także ten puls współcześnie w numerach grupy istniejący. On nie pobudza dynamiki fragmentarycznie tylko stale kompozycje uatrakcyjnia - jest dojrzalszy, bardziej przemyślany, zgrabniej skonstruowany i przede wszystkim porzucający ten często toporny metalowy szlif. Ja ten egzamin zdałem - jestem równie mocno oddanym niewolnikiem Still Life jak i zafascynowanym admiratorem Pale Communion. Oby tylko te donośne głosy krytyki nie wytrąciły szefa wszystkich szefów w firmie Opeth z tej perspektywicznej ścieżki. Jak już błądzisz szefie to rób to na swoich zasadach. :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj