wtorek, 6 października 2015

Deftones - White Pony (2000)




Przez wiele lat, tak od debiutu do roku 2010-ego Deftones stanowił dla mnie zagadkę niezgłębioną. Zastanawiało mnie co w nim widzą ci co oddanymi fanami się nazywają, w czym tkwi ten magnes ich przyciągający, a mnie poniekąd wprost proporcjonalnie odpychający. Nie było mowy bym pomimo dosyć licznych prób zgłębienia tematu odnalazł tą magię i poddał się jej oddziaływaniu. Aż na rynku pojawiło się Diamond Eyes i z impetem od startu pochłonęło mnie bez reszty. Pisząc o White Pony wciskam w tekst odniesienie do diamentowych oczu, bo gdyby nie ten przełom jaki przyniosły w spostrzeganiu dźwięków kreowanych przez Chino Moreno i spółkę nie byłbym zapewne w stanie dostrzec geniuszu zawartego także w White Pony. Tak to bywa, że do pewnych wyborów i fascynacji trzeba długą drogę przebyć, rozwinąć szeroką perspektywę, wyłączyć uprzedzenia, pozwolić sobie na szaleństwo paradoksalnie z dojrzałości wynikające. Wtedy to bez ograniczeń klapkami na oczach nazywanymi, w pełni świadomie cieszyć się wolnością od konwenansów, decyzyjnością autonomiczną. Skąd to niby moje względne zniewolenie pochodziło? Pewnie z gówniarskiego jeszcze przekonania, że grupa wypływająca swego czasu z potopu nu metalowego nie może grać rzeczy prawdziwie ciężkich i złożonych, a ambitny charakter ich muzyki to tylko taki pic na wodę aby nowoczesną intelektualną awangardę przyciągnąć. Myliłem się co do sporego fragmentu tej przebiegłej tezy, znaczy co do intencji jaka Deftones przyświecała, racje natomiast miałem w kwestii pozerstwa w znacznej części wśród elit dominującą rolę odgrywającego. Teraz jako człowiek już w czwartej dekadzie życia funkcjonujący napiszę z perspektywy dojrzałej, iż kucyk ten biały w pełni na swój legendarny status zasłużył, bo dźwięki jakimi karmi mój słuch nie tylko próbę czasu obiektywnie spostrzegając przetrwały, one wręcz po latach kiedy trendziarstwo w tej stylistyce przeminęło świecą jeszcze intensywniejszym blaskiem, swą wartość podkreślając. Czas weryfikuje wszystkie sezonowe gwiazdki bezlitośnie i sprawiedliwie odsiewając ziarno od plew. Zostają tylko ci najlepsi z atutem jakim niezależność od trendu - być wielkim nagrywać kapitalną muzykę gdy wiatr w oczy wieje, a przede wszystkim pozostawać sobą z szacunkiem dla własnej tożsamości oraz oddanych zwolenników to  walor tylko wybitnych grup i jednostek.

P.S. Wszystkie opisy z archiwalnych refleksji związanych z Diamonds Eyes i Koi No Yokan dotyczące sensu stricto muzyki pasują idealnie także do zawartości  White Pony, stąd nie będę tutaj tego powielał. :)

2 komentarze:

  1. Swoją przygodę z Deftones zacząłem właśnie od "White Pony" a właściwie od "Digital Bath" tutaj właśnie zawartego. Ten utwór tak mną pozamiatał, że dzień później album kręcił się już w moim odtwarzaczu. Później sięgnąłem po debiut, który jest totalnie inny ale również tyłek urywa;) No i tak moja przygoda z Deftones trwa do dziś i jest to jeden z moich ulubionych zespołów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz i u mnie Deftones to ścisła czołówka, ale kiedyś hmmm, to tak jak napisałem nie byłem w stanie zrozumieć ich popularności.

      Usuń

Drukuj