sobota, 24 października 2015

Clutch - Psychic Warfare (2015)




Tak się składa, że na poważnie to Clutch dość późno i w przypadkowych warunkach poznałem. Może już gdzieś o tym pisałem i ponownie zanudzać anegdotami zabawnymi tylko dla wtajemniczonych nie zamierzam. Jeżeli nie dzieliłem się tą historią to trudno, nie pójdzie w świat i tyle. :) Istotne, że zbieg okoliczności dał mi szansę na zapoznanie się z tak rasową ekipą i mam tu na myśli prócz co oczywiste muzyki to i kwestie około muzyczne - bardziej te z samym podejściem muzyków do biznesu, wiecie, rozumiecie lanserką, gwiazdorzeniem itp. związane. Nie ma w tych Amerykanach nawet grama napuszenia, jest za to (jak ich tak rzecz jasna z perspektywy fana obserwuje) pełna naturalność i ogromna pasja do robienia na własnych zasadach muzyki, takiej jaka w ich sercach gra. Powracają systematycznie z wybornymi materiałami i wycierają deski sceniczne podczas ciągłych tras. Pieniądze ich zepsuć nie mogły, bo i pewnie kokosów te działania nie przynoszą ale lojalność i uwielbienie ze strony fanów już w poczucie wyjątkowości co ego nieźle podkręca to już akurat wpędzić mogło. Oni odporni są na te pokusy - takie wrażenie odnoszę, taką pewność z każdym kolejnym rokiem działalności Clutch zyskuje. Skupiają się chłopy na muzyce i po raz kolejny słychać to nowym krążku. Na otwarcie (i zakończenie by klamrą spiąć całość także) tematyczne sample pewnie z jakiejś filmowej niskobudżetowej produkcji i dalej z impetem grzeją na rubaszną rockową modłę kolejne dynamiczne numery. Bez udziwnień, zatrzęsienia detali i niemal chwili dosłownie wytchnienia. Właśnie "niemal" gdyż mniej więcej w połowie albumu na chwilę tempo zwalniają i uspokajają "Salonem zagłady" i zaraz za chwilę kołyszą "Matką Bożą (??? ;)) w elektrycznym świetle". To jednak tylko takie przygotowanie do drugiej rundy gdzie serie ciosów mocarnych zostają ponownie wymierzone. Runda pierwsza i ta finałowa aż puchną od testosteronu napędzającego dynamikę, tu pośród samych killerów na czoło wysuwa się sunący bez opamiętania (dosłownie) "Szlachetny dzikus", odrobinę funkująca "Szybka śmierć w Teksasie", eksplodujący w refrenie "Łasy na czarownicę", numer singlowy oraz zamykający krążek kapitalnie stopniujący napięcie "Syn Virginii". Wysokie obroty, pełna moc, rura i do przodu. Radocha, że maszyna w takiej formie i zapierdala aż się tumany kurzu po okolicy roznoszą. Przyznam, że akurat towarzystwo premierowego krążka Clutch podczas podróży samochodem mocno ryzykowne. Posiadają te dźwięki moc wyjątkową która do ciśnięcia prawego pedała w podłogę prowokuje. Jazda daje wtedy potężny zastrzyk adrenaliny, wodze puszczają i kurwa jestem na drodze nie tylko potencjalnym zagrożeniem. Zatem rada taka by jak kto mistrzem kierownicy takim na poziomie zawodników Nascar (obowiązkowe amerykańskie skojarzenie) nie jest to niech lepiej tego rockowego "sprzęgła" (ha! taki żarcik) zbytnio nie eksploatuje lub jak sobie tej przyjemności w wozie odmówić nie może to jeździ wtedy wyłącznie z odpowiedzialną małżonką co zbytnią ekspresję męża potrafi skutecznie powstrzymać. Sprawdzę z pewnością w praktyce jak się ma ta teoria do rzeczywistości, bo ze mnie wyłącznie rekreacyjny kierowca, żaden zawodowiec, a okazja będzie z pewnością bo najnowsza kapitalna produkcja ekipy brodatego towarzyszy mi od premiery na okrągło, dosłownie wszędzie. :)

P.S. Wszystkie tłumaczenia tytułów kompozycji autorskie, podparte teoretyczną, mało praktyczną znajomością języka angielskiego. :) Stąd gdyby jakiś ekspert moją pracę analizował bardzo proszę o wyrozumiałość. Porzucając wrodzone i utrwalone dobrym wychowaniem kulturalne maniery, (czasami trzeba) - względnie niech się odpierdoli i dupy mi nie zawraca swoim pedantyzmem i egoistyczną potrzebą karmienia swej próżności. Tutaj ja mam wyłączność na jej tuczenie i nie mam zamiaru rezygnować choć z grama tłuszczu jakiego może mi dodać. Fuck off and die! Chociaż na cholerę mi twoja śmierć, żyj jak chcesz i daj żyć innym. :) Poprawność językowa to przecież nie wszystko! Nie bądź człowieku Miodek. ;) Ha! Bez urazy rzecz jasna. ;) :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj