Poniżej sentymentalna wycieczka
w czasy dość zamierzchłe, zapowiadana już w połowie roku 2015-ego, tuż po
premierze Arcturian, a zrealizowana dopiero teraz. Poślizg znaczący jednak usprawiedliwiony,
bowiem dziś daleko mi z obecnymi zainteresowaniami do podobnych klimatów jakimi
ówcześnie Arcturus mnie hipnotyzował, a i ostatni album posiadaczy wymyślnych pseudonimów przyniósł miast
rozpalenia zmysłów, zimny niestety prysznic. Po prawdzie to nie wiem nawet, czy tego
rodzaju stylistyka na scenie ma swoich kontynuatorów, ewentualnych propagatorów,
może chociaż zwolenników, którzy po dwudziestu niemal latach potrafią z podobną
jak wtedy ekscytacją chłonąć dźwięki z La Masquerade Infernale. Nie mam wiedzy,
czasu brak na jej zdobywanie, a jedyne co mogę tutaj napisać to kilka zdań
refleksji z pamięci wydobytych i tych pochodzących z dzisiejszej konfrontacji z
materią z drugiego, przełomowego krążka Norwegów. Jak zasygnalizowałem, w roku
1997 kontakt z grupą złożoną z tuzów black metalowej sceny był szokiem
zupełnym, stycznością ze sztuką (świadomie użyte górnolotne określenie) wychodzącą poza moje wyobrażenia, spotkaniem z
materiałem definiującym w mojej świadomości określenie metalowa awangarda.
Bo pomimo, że na albumie masa klawiszy i dodatkowo jeszcze
kwartet smyczkowy pierwsze skrzypce odgrywa, a cała
teatralno-groteskowa oprawa z patetycznym, napuszonym wokalem nijak się ma do
sceny ekstremalnej, to jednak pochodzenie muzyków i ekstremalnie jazgotliwa,
trudno przyswajalna formuła stawiała i stawia ich pośród formacji nadal metalowych.
Przynajmniej takie miałem wtedy przekonanie, a dzisiejszy odsłuch płyty
znacząco tego wyobrażenia nie zmienił. To co słyszałem w tej muzyce wtedy, a to
co współcześnie w niej dostrzegam to w miarę spójne przekonania i odczucia.
Różnica zasadniczo zmieniająca ogląd rzeczywistości polega wyłącznie na tym, iż kiedyś był to kult absolutny, obecnie zaś
rodzaj ciekawostki, która nostalgią jedynie zostaje pobudzona. Żeby jasno być zrozumianym już wyjaśniam,
iż te 45 minut z dźwiękami absolutnie osobliwymi nie były męczarnią, ani też
doświadczeniem na nowo rozbudzającym pasję. One uświadomiły mi jak długą i kształcącą drogę
przebyłem, ile musiałem ostrych zakrętów pokonać, w jak wiele ślepych uliczek
zabrnąć, by znaleźć się tu i teraz i posiadać takie, a nie inne priorytety w
obrębie muzycznych zainteresowań. Szanuję pomysł i realizację, odwagę i
bezkompromisowość, jednocześnie trudno mi znieść cholernie płaskie brzmienie, już
na standardy sprzed dwóch dekad nie do przyjęcia. Tutaj wszystko rzęzi
nieprzyzwoicie szarpiąc nerwy i odbierając wybornym instrumentalnym popisom oraz aranżacyjnym odlotom głębię. To grzech podstawowy, chociaż w przypadku
rozprawiania o piekielnej maskaradzie, ilość sprzeniewierzeń zasadom powinna
być wprost proporcjonalna do zawartości diabła w pięciolinii. :) Żart się pojawia
i on też usprawiedliwiony, gdyż odnoszę wrażenie, że ten ośmioaktowy spektakl
to rodzaj świadomego przerysowania, bo ten patos i próba stworzenia
wyrafinowanej opery na bazie „parapetu” nie mogła być do końca poważna. Z
drugiej jednak strony jak przypomnę sobie śmiertelną powagę ówczesnych
muzycznych „Panów Ciemności” to uśmieszek politowania na twarzy spod fikuśnej maski
założonej dla uchwycenia klimatu się przebija. To jest prawdopodobnie mój
największy problem z tego rodzaju twórczością, bo nie mam do końca pewności jak
sami muzycy efekty własnej pracy spostrzegali, jakie były źródła ich motywacji. Do tej "niepewności" czy aby między innymi ze mnie żartów sobie nie robili, dodaje teraz niemal stu
procentową pewność, że tego rodzaju mocno przestylizowana awangarda próby czasu
nie przetrwała. Świadczy o tym brak (ja akurat nie znam) kontynuatorów oraz
porażka samej formacji, która nagrywając dwa lata temu nowy album sama
dostarczyła masy argumentów dla wydania tak radykalnego osądu. Mierząc się z
Arcturian przeżyłem tortury, powracając do La Masquerade Infernale doznałem w miarę przyjemnego, aczkolwiek tylko chwilowego niestety spełnienia. Sentyment ogromny
we mnie tkwi nadal, prawdziwa, czysta miłość do tych kompozycji bynajmniej już dawno wygasła.
poniedziałek, 27 lutego 2017
piątek, 24 lutego 2017
Moonlight (2016) - Barry Jenkins
Kapitalna seria się trafiła.
Trzy tytuły, trzy dzieła! W poniedziałek
wystartowała wraz z Manchester by the Sea, w chwilę później kontynuowana była
za sprawą Juste la fin du monde Xaviera Dolana, a dzisiaj tą ucztę zakończył
Moonlight. Żadnego z tych obrazów ponad inny nie wyróżnię, bo mimo że
korzystające z podobnej stylistyki, gdzie ambicje artystyczne przenikają się z
tymi intelektualnymi, a wszystko ubrane za względnie skromne pieniądze w
kameralną oprawę, to jednak każdy z nich czym innym mnie oczarował. Moonlight
się we mnie konsekwentnie i cierpliwie osadzał, gdyż wśród nich najintensywniej
przesiąknięty jest czymś w rodzaju metafizyki - pozazmysłowym, trudno
definiowalnym dotknięciem kwestii społeczno-psychologicznych. Obserwując intymny
proces przywdziewania przez bohatera pancerza chroniącego jego wrażliwą duszę, nie
mogłem pozbyć się upartego wrażenia, że jeden filmowy przykład otworzył we mnie
zupełnie nową perspektywę spojrzenia na kwestię odgrywania ról społecznych.
Miałem oczywiście tą świadomość, iż rola determinowana jest okolicznościami,
miejscem budowania własnej tożsamości oraz niezaspokojonymi potrzebami. Nie do
końca jednak uświadamiałem sobie, iż przy tak powszechnych uwarunkowaniach ten
wybór może być wyłącznie zero-jedynkowy, a potrzeby zostają zminimalizowane do
co najwyżej tych bezpieczeństwa. Bez względu na wrodzone predyspozycje psychiczne
i w najmłodszych latach wykształcone cechy osobowościowe człowiek zostaje
postawiony przed prozaiczną koniecznością dostosowania się, a wyrwanie się z
ram niezbęnych wyborów jest niemal niewykonalne. Gdy nie ma wsparcia w rodzinie,
instytucje państwowe są skostniałe i niewydolne, życie można kontynuować na
marginesie staczając się w otchłań wewnętrznych frustracji, bądź obudowując
sukcesywnie własną wrażliwość izolującą skorupą z kamienia zapewnić sobie
względny spokój i komfort. Barry Jenkins jako reżyser błysnął niebywałym
talentem zderzając dokument społeczny z czystą fabularną poezją. Utkał subtelną
opowieść o lękach i ich przezwyciężaniu, o trudnym budowaniu własnej
tożsamości, o przemianie i ocaleniu, wreszcie o miłości. Dokonał tego używając przemyślanych
środków i spoglądając na kreowaną rzeczywistość od wewnątrz, z perspektywy
dziecka, młodzieńca i wreszcie dorosłego. W trzech aktach dokumentujących przemianę
determinowaną jedną nadrzędną potrzebą. Potrzebą bezpieczeństwa i koniecznością
adaptacji!
środa, 22 lutego 2017
Juste la fin du monde / To tylko koniec świata (2016) - Xavier Dolan
Co tam u Dolana? Ciekawość mnie
zżerała i po męczącym oczekiwaniu została wreszcie zaspokojona. Wszystko „w porządku”,
znaczy dysfunkcjonalność w zainteresowaniach rządzi, czyli hmmm... rodzina, ach rodzina oraz człowiek jest złożony, a neurozy i psychozy to chleb
powszedni jego codzienności. Zatem jak uznany już w reżyserskim fachu młodzieniec w tych rejonach deliberuje, to jednowymiarowo nie jest, to emocje
gwarantowane i dla każdego kto bystry dyskretna harmonia, względnie głęboko zakamuflowana równowaga pomiędzy
wierszami do dostrzeżenia. Temat z temperamentnym potencjałem oraz z kontrowersyjnym pierwszym planem - życie realne i z tła problemy bohaterów widzowi bliskie. Atmosfera wykreowana gęsta, w duszach postaci się gotuje i stężenie
złych emocji niczym smog zatruwa płuca łaknące czystego powietrza. Masa
wzajemnych pretensji relacje destabilizuje, każdy ma własne zaburzenia i przybiera
nieskutecznie pozy skrywające prawdziwe ja. Frustracja i niemoc rządzi, brak
prostych metod na radzenie sobie z własnymi uczuciami. Chcę ale nie potrafię!
Próbuję, staram się, a wychodzi jak zawsze! Skąd to znamy, jak często we
własnym życiu to przerabiamy! Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na
zdjęciu i to jeśli ono jest odpowiednio pracowicie upozowane, taka „prawda”
pospolita funkcjonuje i w zasadzie zwięźle prawdziwie oddaje istotę sprawy. Uogólnienia
jednak mają jedną podstawową wadę, temat spłycają do jednego mianownika
sprowadzając, a Xavier Dolan nie zwykł prostymi środkami, oczywistych prawd w
przewidywalny sposób opisywać. Nawet jeśli czasami ociera się o pretensjonalność, tudzież banał to w tym przypadku stara się unikać tego rodzaju przerysowań, może jedynie dla uzyskania dynamiki przyodziewa je w
szaty jaskrawe, maksymalnie ekspresyjne i dla kulminacyjnych wybuchów z racji znaczenia znamienne. Z atencją podchodzi do sprawy ekranizacji sztuki Jean-Luca Lagarce, z przenikliwego materiału wyciskając esencje i
przygotowując z niej niezwykle aromatyczny napar. Bo rzadko oglądam filmy, które potrafią
we mnie tak wysoki poziom identyfikacji wzbudzić i zajrzeć tak głęboko do mej jaźni, nakazując
przejrzeć się w lustrze i konstruktywne, aczkolwiek bardzo bolesne wnioski
wyciągnąć. Nie mam zamiaru jednak tutaj duszy obnażać, w szczegóły bardziej niż to konieczne wchodząc.
Napiszę tylko, że pośród charakterystycznych dla wypracowanej dolanowskiej formuły teledyskowych odlotów, w bogactwie scen wrzących od emocji, finał mnie totalnie zdruzgotał. Zobaczyłem w nim (o zgrozo) dokładnie w reakcjach jednego z bohaterów, po części siebie, więc rozumiecie, że moja rzeczowa krytyka obrazu może być teraz wykluczona! Trudno z dystansem ocenić materię z takim impetem uderzającą w człowieka. Zresztą nie wydaje się by można jakieś zaniedbania realizacyjne Dolanowi i całej ekipie zarzucić. Nie zwykł on przecież przypadkowych ludzi dobierać i sam fuszerki odwalać.
poniedziałek, 20 lutego 2017
Manchester by the Sea (2016) - Kenneth Lonergan
Dużo dobrego o najnowszej (trzeciej) produkcji Kennetha Lonergana się nasłuchałem. Dodatkowo ogromnym admiratorem talentu zarówno Michelle Williams
jak i Casey'a Afflecka jestem, zatem nie mogłem być głuchy na ten głos zachwyconej
krytyki i zignorować kolejne popisy warsztatowe tych wybitnych aktorów. Nie
zakładałem więc przed seansem nawet w najczarniejszych myślach porażki i
spędzenia wolnego czasu na męczarniach, wręcz odwrotnie spodziewałem się obrazu
wybitnego, który na lata pozostanie w mojej pamięci by przebić się do żelaznej
klasyki ambitnego kina. Dokonał tego! Jestem już teraz przekonany, że
pozostanie ze mną na długo, a gdy pamięć o nim będzie blakła z miejsca do niego
powrócę. Dlaczego? Powodów obfitość, a ten najistotniejszy to gatunek filmowy i
idealne wyważenie proporcji, jakie jego istotą. Komediodramat jest jednym z najbardziej
wymagających wyzwań w sztuce filmowej - trafienie w złoty środek, gdzie emocjonalne zaangażowanie,
biczowanie widza smutkiem nie będzie gryzło się ze scenami wywołującymi
autentyczny uśmiech. Łzy poruszenia na zmianę ze łzami śmiechu tutaj koegzystują
w idealnej symbiozie, a harmonia pomiędzy nimi tak realistycznie oddaje całą prawdę
o ludzkim życiu, w którym te dualizmy przenikają się na każdym kroku, pozwalając je poznać, docenić ich siłę i znaczenie. Bohaterowie są do bólu zwyczajni i jednocześnie
wyjątkowi, bo dzięki kapitalnym kreacjom stają się widzowi bliscy poprzez
właśnie tą ich prozaiczność i bezceremonialność gestów. To film detali,
wszystko ma w nim decydujące znaczenie, najdrobniejsza pauza, kontrapunkt czy kameralna
konstrukcja odrobinę tylko uatrakcyjniona interwałami odbija się bezpośrednio na kinowej
publiczności, co czuć było we wszelkich jej westchnieniach, pojawiających się
na twarzach oznakach głębokiego przeżywania emocjonalnej intensywności. Każda
scena to ocean przeżyć i wartościowy materiał do zagospodarowania dla
doskonalenia siebie i zrozumienia, co jest w tym naszym życiu naprawdę ważne.
Tu na ekranie w głównym wątku wykuwa się trudna, barwna i przede wszystkim trwała relacja dwóch
rozbitków. Doświadczonego błędami i potworną tragedią stryja i startującego w
dorosłość przygotowanego teoretycznie, ale zagubionego w praktycznym wymiarze
sytuacji bratanka. W tle zaś liczne skomplikowane relacje z innymi bliskimi
osobami, dramaty totalne i te drobniejsze, wszelkie zawiłości, zakręty życiowe
i losowe zdarzenia – nie bez wpływu na charaktery i osobowości każdej z postaci. Odkupienie win,
rozgrzeszenie nie wchodzi w grę, gdy czasu nie da się cofnąć, zmienić biegu
wydarzeń, odpokutować nieodpowiedzialności, odbudować tego, co pomimo starań na
zawsze w gruzach już pozostanie. Można jedynie zmienić przyszłość, startując od
dnia teraźniejszego, sprawić by egzystencja nieważna stała się na nowo istotna.
Bo nie żyjemy wyłącznie dla siebie, istotą istnienia jest bycie dla innych i
wpływ naszej obecności na kształt życia osób bliskich naszemu sercu. Czasem z zaskoczenia, w dramatycznych okolicznościach przychodzi na to szansa! O tym jest ten mały w formie, a wielki w znaczeniu
film, w którym może nie ma permanentnego światła, ale są jego pojedyncze bardzo jasne promienie.
P.S.
Jest w tym obrazie wysokie natężenie scen emocjonalnie angażujących, jednak w
tym bogactwie materii do autentycznego głębokiego przeżywania, jest ta jedna,
jedyna wybijająca się ponad wszystko co do tej pory zobaczyłem. To przypadkowe
spotkanie na ulicy, kiedy Lee i Randi… Zresztą jak widzieliście to wiecie o
czym mowa. Jeśli jeszcze nie dane wam było zobaczyć, to czym prędzej to zróbcie,
bo ja nie potrafię o tym napisać, ot tak bez drżących rąk i oznak wzruszenia na twarzy.
piątek, 17 lutego 2017
Queens of the Stone Age - Songs for the Deaf (2002)
Moja miłość do królowych epoki kamienia bardzo spóźniona, zaledwie
od kilku lat systematycznie dojrzewająca. Poczynając od nagłej fascynacji,
zauroczenia intensywnego …Like Clockwork, przeobrażając się następnie w stabilne
uczucie i obejmując „niemal” całą już dyskografię. Wyjątki jednakże, w tej
wzruszającej historii są, i to aż dwa. Debiut, do którego zabieram się od
jakiegoś czasu, lecz podświadomość robi wszystko by to spotkanie odwlec
jeszcze. I podejrzewam, iż coś w tym sabotażu być musi, a podświadomości to
myślę ufać należy, niczym kumplom obytym w muzycznym temacie, gdy dyskografię
nieznanej zespołu polecają odkrywać w ściśle przykazanej, według tajemniczej
metody kolejności. Drugi to nadal niezgłębiona Era Vulgaris, kilka razy bez
sukcesu przez zmysł słuchu przepuszczona i wytężonej analizie intelektualnej
poddana. Zwyczajnie nie dotyka mnie ten krążek, jego magia obca, lub
obiektywnie on jej pozbawiony. Szczegółami w tej kwestii podzielę się w
odpowiedniej chwili, kiedy broń złożę i temat sobie ostatecznie odpuszczę, albo
przełom, którego akurat nie wieszcze nastąpi. Teraz to o trzecim albumie w
dyskografii Queens ma być i będzie. Moje spojrzenie na Songs for the Deaf z
racji odkrywania dyskografii od nienaturalnej strony, rzecz jasna odmienne od
tego, jakie posiadają fani od początku towarzyszący ewolucji stylu grupy.
Szczególnie, że jak już nadmieniłem kilka linijek wyżej dotychczasowa znajomość
materiałów sygnowanych tą uznaną marką, nadal względnie wybiórcza. Stąd daruję
sobie porównania z pozostałymi płytami, nie będę różnic i zbieżności wymieniał,
a skupię się tylko na doświadczeniach oraz odczuciach wprost z nastu pieśni dla
głuchych płynących i niekonwencjonalnie opiszę subiektywne doznania z tej
ekscytującej przygody wyniesione. Nie było łatwo wgryźć się tak z biegu w te
niby chwytliwe kompozycje, ale to cecha immanentna ogólnie wszystkich
dotychczas poznanych długograjów amerykańskiej formacji. Bowiem Królowe mają w
zwyczaju melodyjność oblekać nie tylko szorstkim brzmieniem i jazgotliwie
świdrującymi gitarami nerwy podrażniać, ale i w obrębie numerów łamać rockowe
schematy, ewentualnie korzystając z bogatej rock’n’rollowej spuścizny i
własnego obfitego doświadczenia tłoczyć do struktury masę motywów pobocznych - nie mylić z marginalnymi. To cecha dla wielu zaporowa, bo aby docenić
aranżacyjne mistrzostwo i wyjątkową muzyczną wyobraźnię, inaczej by z tego
plonu wysokiej klasy mąka była, należy przemielić to oporne, twarde ziarno,
pełne skumulowanej wartości odżywczej, co najmniej kilkunastokrotnie. Wtedy
uzyskana baza staje się w miarę jednolita, przez co podczas konsumpcji nie ma
obaw, że coś pomiędzy trójki, a czwórki wlezie i będzie uwierać, właściwą kosztowanie zaburzając. Zatem cierpliwością trzeba się wykazać, a nagrodą
produkt jakościowo z półki najwyższej i cholerna satysfakcja, że osobisty upór
tak szerokie doznania estetyczne i smakowe zapewnił. Ja przynajmniej stosując
powyżej opisaną procedurę do niezwykle esencjonalnego bukietu smaków dotarłem i
teraz w przypływie megalomani mogę nazywać siebie koneserem wyrafinowanych
rockowych dźwięków. Bo tak to już jest z materią wymagającą, że jak już ją
należycie zgłębimy to ona nas na wyższy poziom mentalny wystrzeliwuje i jakoś
wtedy czujemy się lepsi, bo z szerszymi horyzontami. :)
P.S. Jeśli
spodziewaliście się większej ilości konkretów, a nie spodziewaliście się quasi
pamiętniczka, to znaczy, że pierwszy raz coś mojego czytacie.
czwartek, 16 lutego 2017
Acid Drinkers - The State of Mind Report (1996)
Mam spory sentyment do tej akurat płyty
amatorów wina kwaśnego (markowego zdecydowanie inaczej), chociaż jasno stwierdzam, że pod
względem mocy i dramaturgii nie ma startu do mojej ulubionej Verses of Steel.
To był czas, kiedy do moich wtedy jeszcze późno nastoletnich uszu
"plastelina" dotarła i ówczesny kierunek poszukiwań muzycznych w dość
wyraźnym stopniu odzwierciedlała. Gdzieś tak część mojej gówniarskiej duszy
potrzebowała energii, jaką emanowały hiciarskie krążki Illusion, Flapjacka, czy
innych zapomnianych już dzisiaj Tuff Enuff względnie Dynamind. The State of Mind
Report to dla mnie płyta realnie określająca moment w którym krótkotrwale, ale
znamiennie wpadłem w objęcia nowoczesnego crossovera. Kiedy żywe, energetyczne
i niekoniecznie skomplikowane granie robiło wśród polskich małolatów furorę.
Przejrzyste formalnie, drapieżne brzmieniowo i młodzieńczo żywiołowe, ujmę to
dosadnie – może nawet trendziarskie, a z pewnością dziarskie. Solidny riff,
bez nadmiernych udziwnień, jedno oko na thrash, drugie na hard core i
ewentualnie ten zez rozbieżny jeszcze jakimś cudem sfokusowany na czarny groove
rymujących typów zza oceanu. Taki oto kopiący konkretnie destylat brzmień, z
tego przeboje, szybko zapamiętywane, bo cholernie chwytliwe i posiadające jak
się okazuje przez tą niewyrafinowaną formę cechy ponadczasowe. Chyba, że w moim
spojrzeniu z perspektywy dwóch dekad jest już tylko tęsknota za wiekiem późno
pacholęcym, a walory muzyczne prezentowane w tym okresie przez kwasożlopów i im
podobnych są mocno naciągane. Ch** z tym, kiedy dziadek M. niczym kultowi
Beavis i Butthead zarzuca rytmicznie łbem podczas tych wycieczek w przeszłość.
Fakt, dość rzadko, bo organizm nie regeneruje się już tak szybko jak niegdyś
bywało. :)
środa, 15 lutego 2017
System of a Down - System of a Down (1998)
Obecnie, A.D. 2017 System of a Down to
dla mojego pokolenia już legenda. Oczywiście mam tu na myśli wszystkich tych
rówieśników, którzy ciężkimi brzmieniami się interesowali, bez radykalizacji
stanowiska wobec czystości gatunku metalem potocznie zwanego. Grupa która zbyt
krótko w takiej pierwotnej formie na scenie gościła i zanim formułę muzyczną wyczerpała, w pełnym blasku popularności i apogeum sił twórczych odeszła. Wiem iż pojawiają
się od kilku lat wzmianki o nowym albumie, a ostatnio nawet jednoznacznie potwierdzane przez
źródło. Jednak sceptyczny wobec tych wzmianek pozostanę i póki ponoć przygotowanego materiału nie
obwącham to nie uwierzę. Pozostaje mi zatem do tego oczekiwanego dnia zadowalać
się tą skromną dyskografią do której wracam zawsze z ekscytacją i pytaniem,
gdzie ci goście by dzisiaj byli gdyby dalej systematycznie studyjną historię SOAD pisali. To kwestia spekulacji, natomiast faktem miejsce z
którego do walki o obecny status wystartowali. Nie ma się co oszukiwać, że
początki były powiązane wyłącznie z docenianiem przez środowisko tego co zaproponowali, a
hermetyczna widownia od razu przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Osadzona na klasycznych
hard core'owym fundamencie muzyka była za sprawą egzotycznego pochodzenia muzyków
oraz niekonwencjonalnego podejścia do ciężkich brzmień twardym orzechem do
zgryzienia dla metalowych ortodoksów, o czym amerykańscy Ormianie szczególnie dotkliwie
przekonali się podczas wizyty ze Slayerem w naszym grajdołku. Sprawa jest znana
i nie będę się tutaj w jej szczegóły zagłębiał. Chodzi ogólnie o fakt że ta
eklektyczna rąbanka trafiła u nas na opór, bo z nurtem nu metalu była kojarzona
lub też obrażała uczucia siermiężnych metaluchów zapożyczaniem ze źródeł
absolutnie niegodnych. :) Słysząc po raz pierwszy dźwięki z ich debiutu moje
myśli ówcześnie płynęły w stronę inspiracji
twórczością Sepultury, tym co od Chaos A.D. proponowali i na Roots do poziomu
ideału doprowadzili. Nie uważałem jednak w żadnym razie, iż to ślepe naśladowanie, przez pryzmat skojarzeń z etnicznym posmakiem, pójście prostą ścieżką w tym samym kierunku.
System of a Down tworzył na zapożyczonym
fundamencie coś wyraźnie własnego i owych czasach cholernie oryginalnego, z szeroko otwartym umysłem, podobnie jak swego czasu robiły to ikony z Faith No More. Czyli prawie
żadnych granic, bo dobra aranżacja i zmysł kompozycyjny wszelkie ciekawe wpływy
z surowym riffem sprawnie ożeni. Numery miały w sobie potężny ładunek energii,
były organiczne i buzowała w nich adrenalina. Hałaśliwe ale i w miarę chwytliwe,
bo pośród twardego łojenia, melodii za sprawą szczególnie sporych możliwości
wokalnych Serja Tankiana nie brakowało. To on dodawał tej muzyce specjalnego waloru,
dzięki nietuzinkowej osobowości i wokalnej ekwilibrystyce, od potężnego growlu,
poprzez histeryczne krzyki i melodeklamację do melodyjnych, pełnych patosu
zaśpiewów. Nie obojętne dla miejsca i czasu były także teksty niosące hasła związane z krytyką
systemu, walką z jego patologiami, rewoltą w myśleniu - sprzeciwem wobec ucisku
silniejszego, nierówności szans, bezwstydnym bogaceniem się tych już obrzydliwie bogatych. Tak sobie teraz myślę, że dzisiaj w zdecydowanie innych czasach może być im trudno powrócić i odnaleźć się w dużo bardziej złożonej rzeczywistości. Bunt ma zupełnie inną barwę i ze sztuką przestaje być wiązany, bo na prymitywnych instynktach cynicznie przez manipulatorów oparty. A może się mylę - w sumie to chciałbym nie mieć racji.
poniedziałek, 13 lutego 2017
Deepwater Horizon (2016) - Peter Berg
Jest napięcie, niepokój i rozmach produkcyjny - ta
platforma i jej złożoność robi wrażenie, a ludzie tam pracujący autentycznie zdają się być twardzielami i
profesjonalistami. Do czasu kulminacyjnego wydarzenia masa tutaj dialogów,
gęstych, pełnych branżowych, zawodowych pojęć i tak typowo po amerykańsku
praktykowanego niby sarkazmu, takich efektownych przepychanek słownych. Później już
tylko dynamiczna akcja i prawdziwe piekło żywiołu na ekranie. Efekty specjalne
robią wrażenie, ogień szaleje realistycznie, a ludzie w takiej sytuacji są marnym pyłem, bezbronnym przedmiotem pomimo względnej przecież władzy i sporych technicznych
możliwości. Panika, walka o życie, przetrwanie i w chwilę później ewakuacja
podczas emocjonującej akcji ratowniczej. Pamiętam dwa tytuły, które lata temu
bliźniacze wrażenie robiły i o zbliżonych wydarzeniach traktowały. Eksplozje i
pożary w Ognistym podmuchu Rona Howarda królowały, a żywioł wody spustoszenie siał w Gniewie
oceanu Wolfganga Petersena. Tam dramatyczne wydarzenia także rasowo z hollywoodzkim ciśnieniem
ukazane wciągnęły mnie jednak mocniej i na dłużej sentyment do nich w pamięci
zakorzeniły. W przypadku Deepwater Horizon niestety już po zaledwie kilku
dniach wspomnienia w pamięci przyblakły i żadnej potrzeby ponownego przeżycia
tej opartej na autentycznych wydarzeniach katastrofy nie odczułem. To pomimo niepodważalnych
technicznych walorów produkcji argument, z grona potencjalnych gatunkowych klasyków, najnowszą produkcję Petera Berga wykluczający.
The Martian / Marsjanin (2015) - Ridley Scott
Stało się! Choć jeszcze chwilę wcześniej absolutnie
stać się nie miało! Naturalnie niezachęcony krytycznymi bądź umiarkowanymi
recenzjami, świadomie zrezygnowałem z seansu kinowego, potem z rozpędu, a może
za sprawą konsekwencji, także z premiery DVD. Przyszedł jednak ten dzień, kiedy
po pracy i obiedzie usiadłem przed telewizorem i przerzucając kanały trafiłem
idealnie w punkt, kiedy na C+ Marsjanin się zaczynał. Odebrałem ten fakt jako
glos przeznaczenia i poświęciłem dwie godziny na obserwację poczynań
skrzyżowania współczesnego Robinsona Crusoe z ejtisowym MacGyverem, z
domieszką w dodatku współczesnego telewizyjnego celebryty. W nieprzyjaznych środowiskowych
warunkach Marsa pan botanik tworzy sobie pole do uprawy i walcząc z kapryśnym
sprzętem próbuje przetrwać do chwili, gdy NASA przyśle misję ratunkową.
Przyznaje że nie mając zbyt wielkiego naukowego pojęcia o fizyce, astronautyce
czy botanice nie powinienem i nie będę polemizował z możliwymi czy niemożliwymi
osiągnięciami bohatera. Skupię się tylko na własnościach kinowych i stwierdzam, że pomimo iż to żadne wielkie dzieło, to obiektywnie zrobione tak by nie
nudzić i pozwolić w miarę ciekawie spędzić czas przed ekranem – subiektywnie nie do
końca, bo systematyczne kilkuminutowe odjazdy w objęcia Hypnosa zaliczyłem. Ridley Scott gwarantuje niemal zawsze wysoki poziom i tutaj poniżej
przyzwoitości, z tego czego nie przespałem wynika, że nie zszedł. Ale ja od
takich tuzów więcej oczekuje, przynajmniej bym nie przysypiał i w miarę
zadowolony po pokonaniu senności będąc, na coś więcej niźli rzemieślniczą
poprawność liczyłem. Tym bardziej, iż podobno podstawa literacka dla
scenariusza sporo emocji gwarantowała - tak przynajmniej donoszą ci, co
znaleźli czas na jej lekturę.
P.S. Ja tu gadu gadu, coś tam o tym i trochę o
tamtym, a i tak największą gwiazdą Marsjanina jest taśma na hełmie skafandra.
Każdy fachowiec wie przecie, że bez takiej taśmy, która wszystko sklei to ani
rusz. :)
piątek, 10 lutego 2017
Jackie (2016) - Pablo Larraín
Ostrzeżenie! Polecam wyłącznie tym,
którzy są w stanie znieść ponad sześć kwadransów druzgocącej dawki ludzkiego
cierpienia. To taki rodzaj filmu, który boli fizycznie i już w jego połowie
widz pragnie, aby się zakończył - a kiedy już do końca seans dobiegnie i
człowiek poniekąd się z depresji otrząśnie, przychodzi głęboka refleksja i film
ze łba nie chce wyleźć, przynosząc gorzką prawdę o ludziach żyjących na
świeczniku i też o nas, tych którzy wobec tych mitycznych postaci z czerwonego
dywanu mają swoje wymagania. Jackie jako fabularny dramat, to w moim przekonaniu tonąca w czarnej melancholii i goryczy próba uzmysłowienia jak bardzo amerykański naród ówcześnie ale i także dzisiaj wciskanej bajki pragnie, takiej gdzie ona urodziwą księżną a on mądrym królem. Pięknej, paradnej opowieści, w której na życzenie mity pierwszoplanową rolę odgrywają, a często mroczna
rzeczywistość dla dobra wszystkich i nikogo zostaje pieczołowicie przykryta teatralną kreacją. Zakładam, że z tego powodu Jacqueline Kennedy taką
nienaturalną pozę i manierę wypowiedzi w kontaktach z mediami przyjmowała, a reżyser
by uwypuklić to przekonanie, tak tłustym drukiem te wszystkie ujęcia stylizowane
na archiwalne z uporem maniaka wciskał. Widz dostrzegł, zrozumiał - widz
uwierzył, został zadowolony? I tutaj jest fundamentalny problem! Bowiem Pablo Larrain
przygnębiająco realistycznym klimatem, potworną dawką smutku i rozpaczy, potęgowaną przenikliwą muzyką (co poniekąd
przecież naturalne, gdy chce się pokazać człowieka w głębokim dole emocjonalnym) odciągnął skupienie od meritum. Nie zrobił tego jednak odwróceniem uwagi na masę wątków pobocznych, a zwyczajnie zmęczył totalnym przygnębieniem. Szczerze mówiąc już
dawno w kinie nie widziałem tak sugestywnie przytłaczającego i intensywnie
przeszywającego obrazu smutku wdzierającego się do umysłu z ekranu i jednocześnie tylu osób odpływających w objęcia
snu. Kto zatem był na wstępie już zmęczony (zapewne dodatkowo ciężkim dniem w pracy), miał trudności by utrzymać koncentrację, aby móc odczytać to, co reżyser pomiędzy wierszami próbuje przekazać. Jednak jeżeli nie poddał się fali znużenia, to wyszedł bogatszy w prawdziwą wiedzę o „Camelocie” i żyjącej w jego murach „Ginewrze”.
Niestety tych osób pewnie znikoma ilość, bo to obraz dla widza wytrwałego,
bystrego i przede wszystkim kochającego film ambitny, z głęboko zakamuflowaną treścią na wielu poziomach symboliki i według artystycznych standardów
skrojonego. Stąd zapewne wysokich notowań i entuzjastycznej prasy nie ma, a absolutnie na ignorancje nie zasługuje i krytyce pod względem,
jakości nie powinien być poddawany. Cieszy mnie zatem, że pomimo ciężaru
gatunkowego fenomenalna rola Natalie Portman została zauważona i jej katorga na
planie już nagrodzona. Trzeba było wykazać się ogromnym profesjonalizmem i odpornością
na stres, gdy kamera wyłącznie na niej sfokusowana, a pozbawiające całkowicie
intymności emocjonalnej zbliżenia z detaliczną precyzją pokazywały
najdrobniejsze ruchy mimiczne, mogąc z łatwością obnażać warsztat aktorski i także wszelkie niedostatki
charakteryzacji. Tyle że praca wykonana przez aktorkę, operatora oraz speców
od filmowego makijażu, to poziom mistrzowski, czyniący z filmu Larraína autentyczne świadectwo dramatu, pustki przeżywanej przez
jego uczestników. Zderzenia z ciosem zadanym przez śmierć, ale i w większości kurtuazyjną
empatią politycznego środowiska, tym pozbawionym ludzkich odruchów pragmatycznym, zimnym zawodowym profesjonalizmem. Presją zachowania fasonu, pozorów w obliczu żałoby z emocjami utrzymywanymi na
postronku wymagań pozycji społecznej, ale i konieczności pełnej naturalności,
rzecz jasna paradoksalnie wedle wyobrażeń opinii publicznej. Miałem ogromne
oczekiwania i obawy równie duże. Spodziewałem się portretu wyrazistego i bogatego niuansami, wrażliwego emocjonalnie jak i ekspresyjnego wykonawczo. Taki też finalnie do przetrawienia otrzymałem. Nie miałem jednak pojęcia, że to będzie takie
trudne i bolesne doświadczenie, niczym uczestnictwo w pożegnaniu kogoś z kim nie było się związanym, ale samo obserwowanie żałoby i rozpaczy najbliższych powoduje kolosalne udręczenie.
czwartek, 9 lutego 2017
The Founder / McImperium (2016) - John Lee Hancock
Do „Maka” to ja nie chodzę, bo jest
mi nie po drodze. Problemem nie jest mój weganizm czy wegetarianizm, a zmysł
czysto estetyczny. Zwyczajnie nie lubię patrzeć na te zunifikowane postaci, w
mordę uprzejme, ze zautomatyzowanym posłuszeństwem wobec klienta. Nie jestem w
stanie zdzierżyć tych sztucznych uśmiechów przyklejonych do twarzy, ludzi
odzianych z godności, niczym małpy wystawionych na widok klienta i ogólnie całego
tego kolorowego plastiku wokół i na tacce. Natomiast biografie, czy inne quasi monografie wszelkiej maści od zawsze były mi po
drodze, zatem na film o postaciach związanych z początkami fast foodowego
giganta pójść musiałem, chociaż te wszystkie nazwiska z burgerowego imperium absolutnie
mi nieznane. Dodatkowym atutem filmu zdawał się Michael Keaton, który drugą
młodość na ekranach przeżywa i zdaje się przekonywać, że ten powrót sięga sporo
wyżej niż to, czym przed laty zasłyną. Tutaj żadnego zawodu nie zanotowałem, bo
w roli Ray’a Krocka odnalazł się wyśmienicie i rzeczywiście to on obok kilku
równie dobrych aktorów stanowi o ogólnie pozytywnym wrażeniu, jakie film na
mnie zrobił. Typowo amerykańska historia, sen amerykański spełniony, czyli od niemal
zera do dosłownie miliardera. Od zdesperowanego sprzedawcy szejkerów, który
trafia na żyłę złota i dzięki WYTRWAŁOŚCI i niestety, co w biznesie symptomatyczne,
bezwzględności, w wątpliwych etycznie okolicznościach zmienia mały rodzinny
interes w korporacyjnego potentata, trzęsąc w wieku przedemerytalnym całym
rynkiem. Zeżryj konkurencję zanim ona ciebie skonsumuje, złam umowy, bo one
jak serca, a ludzie przecież je łamią. Idź po całości, bez skrupułów, wpadając
w obsesję, stając się zawodową pijawką w bezlitosnym świecie interesów. Nagrodą
będzie fortuna i LEGENDA, którą twoja postać zostanie owiana, a koszty? Jakie
koszty? Z kasą jesteś do przodu, a ludzie, których po drodze zdeptałeś, jakoś
się pozbierają i odnajdą w nowych okolicznościach. Pomimo, że The Founder to
taka wdzięczna, nieskomplikowana w formie, nieprzekombinowana opowieść o kreacji, to jednak płynący z
niej morał jest niestety gorzki, mimo masy cukru w tej light coli. To tajemnica
upadku dobrej idei, na rzecz pogoni za pieniądzem i sławą. Kuluary zbudowania
nowego amerykańskiego kościoła, w którym miast gorliwego symbolicznego konsumowania
Chrystusa, wpierdala się wprost tłuste kotlety, budując wokół idealistyczny
mit. Jako historia, socjologiczny i biznesowy fenomen jest to fascynujące, lecz
niestety z za małą ilością ikry opowiedziane. Poprawnie i z momentami, z niezłym tempem, ale bez
permanentnego napięcia.
środa, 8 lutego 2017
Soen - Lykaia (2017)
Nowy Soen jest nieprawdopodobnie uzależniający, zasysa i nie puszcza mimo, że ilość kolejnych bezpośrednio po sobie już wykonanych przesłuchań
wskazywałaby na zajeżdżenie numerów poprzez obsesyjną powtarzalność. I
chociaż nie jest to tak skomplikowany materiał jak ten z Tellurian, to jednak
pośród ogromnej chwytliwości i emocjonalnej intensywności, wyczuwalnych jest sporo
aranżacyjnych smaczków do ciągłego odkrywania. To zadziwiające, iż kompozycje
skrojone dość schematycznie, pełnię kolorytu odkrywają ze zdwojoną silą po
wielokrotnych odsłuchach. Mienią się wtedy bogatymi odcieniami przejmujących emocji, wraz z każdym kolejnym spotkaniem dojrzewając w słuchaczu. Mam zasadne
przekonanie, iż magia tej płyty tkwi w świadomości aranżacyjnej, gdyż nie ma
niej zbędnego dźwięku, a struktura utworów nie będąc przeładowana nadmiarem
idealnie została wyważona. Ogólnie to na chwilę obecną najbardziej harmonijny krążek
sygnowany nazwą Soen i ogromny powód do dumy dla tych muzyków. Dziewięć
kompozycji w stawce, wraz z zaskakującym, bo tylko bonusowym na edycji limtowanej God's Acre, wśród których nie odnajduję faworyta ani jakiegokolwiek utworu, chociaż w
drobnym stopniu odstającego od stawki. Wszystko cholernie równe i precyzyjnie
przemyślane, by ta równowaga i harmonia odnosiła się do każdego aspektu krążka –
od kwestii czysto wizualnych oprawy graficznej, poprzez koncept liryczny, po merytoryczne
uzasadnienie użycia konkretnych rozwiązań melodycznych i rytmicznych. Startując
z pułapu, gdzie jednoznaczne skojarzenia z muzyką Toola były rozpoznawane,
przeszli przez etap względnego podobieństwa do A Perfect Circle, a teraz
wyraźnie korzystając z tego co najlepsze w obydwu uwypuklili trzeci punkt
odniesienia swojego stylu. Mianowicie tam gdzie mniej sterylnej mechaniki, a więcej
nastrojowej przestrzeni, królują kiedyś jeszcze nieco w tle zatopione, a
dzisiaj już pierwszoplanowe opethowe pejzaże, wzbogacane klasycznymi
przepięknymi solówkami niczym spod palców Davida Gilmoura i wyrafinowanym brzmieniem
szlachetnie użytego klawisza. Aby konstrukcja była kompletna subtelne partie
wokalne przenikają do najgłębszych pokładów mojej emocjonalności, napięcie
permanentnie wzrasta i dzieje się tak kilkakrotnie na przestrzeni
poszczególnych utworów, w symbiozie z raz egzotyczną bliskowschodnią
ornamentyką czy innym razem z ambitną rytmiką. Progresja w znaczeniu rozwoju
umiejętności kompozytorskich wyznacza kierunek dla Soen i cieszę się ogromnie
będąc od dłuższej chwili pod wpływem czaru płynącego z tego urzekającego
albumu, że horyzont dostrzegają i z klasą bez ryzykownych
działań próbują go osiągać. Bo to płyta która w gatunku wyróżnia się pewnym
rodzajem dostojeństwa, a Soen z nikim się nie ścigając nie pragnie na siłę
przechodzić na kolejne poziomy strukturalnej komplikacji, zyskując na tym co w
dobrej muzyce najistotniejsze – na docieraniu do słuchacza poprzez emocje.
Muzyka pisana wewnętrzną potrzebą tworzenia tu dominuje, płynąca prosto z serca, co czuć w każdej sekundzie tej uroczej podróży. Pytanie sobie tylko zadaje
będąc nauczony doświadczeniem, biorąc pod uwagę fakt że te albumy, które szybko
sympatię zdobywają czasem równie prędko na zasadzie nadmiaru dobra, na jakiś czas na
margines muszą być odłożone. Na jak długo potencjału Lykaii wystarczy? Nie
wyobrażam teraz sobie by poczucie przesytu przyjemność korzystania z tego
wyjątkowo uzależniającego szwedzkiego daru zakłóciło.
P.S. Czekam teraz na emocje koncertowe - bilet na wrocławski gig już
nabyty. :)
wtorek, 7 lutego 2017
Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017) - Maria Sadowska
Taka to oto wielka i przyjemna niespodzianka! Bowiem pani
piosenkarka, jurorka i reżyserka (w ogóle wielu talentów posiadaczka, której to
poprzednie wątpliwej jakości dzieło pozwoliłem sobie skrytykować kontynuuje
prace w branży filmowej i powraca z rewelacyjnej jakości produkcją. Może to
niespodzianka połowiczna, bo temat posiadał spory potencjał i trzeba by się
bardzo postarać aby go zaprzepaścić. Nie oszukujmy się jednakże, prawda i
rzeczywistość bywają brutalne, zatem nie jednemu reżyserowi udało się spieprzyć
coś co spieprzyć teoretycznie nie mógł. Zatem uznanie dla Sadowskiej, że
podołała zadaniu i tym razem zrobiła film wartościowy, bo o ważkim temacie
traktujący ale i z obowiązkowym też dystansem i wynikającym z niego rześkim
poczuciem humoru. Lecą zatem z ekranu obrazowe określenia intymnych części
ciała - ciała w wymyślnych pozach sztukę kochania w praktyce prezentują i
ogólnie odważnie aktorska golizna świeci. Jednak mimo, że ona bez cięć
cenzorskich, to wulgarności w niej nie
odnajdziecie, bo nawet jeśli bezpośrednia, to z kobiecej perspektywy pokazana.
Tak jak filozofia Michaliny Wisłockiej, w której akt seksualny bez ciepła uczuć
bezwartościowy, lub przynajmniej niepełny. Do tego cała plejada aktorskich
osobowości, przedstawicieli świata rozrywki w osobliwych rolach daje
fantastyczny popis! Ze smaczkami w rodzaju tanecznego Szyca, Lubosa jako (jak doczytałem w kobiecych komentarzach skutecznie podniecającego) najbrzydszego amanta w historii kina, imponującego
rozmiarem brzucha kuracjusza Grzegorza Halamy (bo przyrodzenia akurat on nie
pokazał :)) i czarującej głosem i urodą Ani Rusowicz osadzonej w czasach
panowania na scenie jej matki. Jednak największym walorem Sztuki kochania jest bezdyskusyjnie, mimo zabiegów charakteryzacji pomniejszającej urodę o kilkanaście poziomów atrakcyjniejsza fizycznie od kreowanego oryginału Magdalena Boczarska. Ona tą zjawiskowa rolą zasłużyła na całą masę branżowych
nagród, a jakiekolwiek jej pominięcie w przyszłych nominacjach w sezonie
festiwalowym uznam za totalną ignorancję, tych którzy o jakości polskiego kina
pośrednio decydują. Podsumowując, bo mimo wszystko (tutaj będzie aluzja)
lepiej sztukę kochania uprawiać niż o niej czytać, lub odnosząc się do filmu w
kontrze do tego tekstu – oglądać niż opisywać, to rewelacyjnie pokazana,
znakomicie zagrana niesamowita historia nietuzinkowej, wielobarwnej postaci.
Charyzmatycznej heroski swoich czasów, kobiety która idealnie wpisała się w potoczne rozumienie przysłowia „Gdzie diabeł nie może tam babę pośle". Która z pewnością nie była ślepa, że tak
barwnie „o kolorach napisała” i empatią oraz naturalną troską wszystkie
„kochanieńkie” i „skarby” zjednywała. Historii jej życia, w którą bez obiekcji, dzięki ekspresyjności formy chce mi się wierzyć, iż była w pełni prawdziwa, chociaż z zasady
zawsze w filmowych biografiach doszukuję się manipulacyjnych sztuczek, które
mają na celu dodatkowe uatrakcyjnienie i wiem, bo „wierząc” to naiwny nie
jestem, że i w tym przypadku twórcy nie omieszkali tego uczynić. Wybaczam im te
potencjalne ingerencje, ten nieco usprawiedliwiający ton dla ewidentnych rodzinnych
zaniedbań bohaterki, bo bawiłem się rewelacyjnie, a film zamiast zamęczyć
typowo polskim psychologicznym dramatyzmem na granicy udręki, miał tak
zwyczajnie dostarczyć wartościowej dobrej zabawy. Jestem też wdzięczny za niego
od strony praktycznej w dwojakim znaczeniu. O pierwszym będę milczał, bo to
kwestia, psss… intymna. ;) O drugim bez ogródek, wstydu i strachu napiszę.
Dziękuję za niego właśnie teraz, kiedy co smutne walka z homontem zakładanym
przez świętoszkowatych hipokrytów musi być na nowo podejmowana.
P.S. Przyznaje że jestem nieco zbity
z tropu, teraz w Polsce „dobrej” bo „naszej”, jedynej i właściwej partyjnej
zmiany. Zaskoczony okolicznościami, bowiem ostatnio Powidoki, a teraz (z
przytupem) Sztuka kochania wypełnia sale studyjnego kina do oporu, a ja muszę
bilet na trzy dni wcześniej kupować. Polskie kino ma się dobrze w czasach
panowania propagandy oczyszczającej suwerena z godności, o czym nie tylko
frekwencja na tych dwóch tytułach świadczy.
poniedziałek, 6 lutego 2017
Mother's Cake - No Rhyme No Reason (2017)
Czują chłopaki rytm, znaczy soczysty groove
jest ich największą siłą, ale i wyobraźnia muzyczna która przede wszystkim z trzech podstawowych
instrumentów wykrzesać potrafi zarazem siarczystą rockową alternatywę, uduchowiony
nastrojowy blues jak i błogo bujające funky.
No Rhyme No Reason to ciekawy materiał, dość różnorodny i z pasją nagrany, który
dotarł do mnie dzięki uporowi dwóch gości, którzy podobnie jak bracia Cavanagh poznali
się już wcześniej na tych młodzieńcach. Miałem ja przyjemność jeden z gigów
zobaczyć i muzykę poznać, kiedy to Austriacy swego czasu jako rozgrzewacz zabrani zostali w jedną z tras Anathemy. Chociaż ówcześnie jeszcze nie powalili
mnie na kolana, to czuć było, iż na scenie potrafią dać czadu i robią to z
prawdziwą radością. Komunikuje dzisiaj za pośrednictwem tego tekstu że wraz
z nowym albumem zagościli częściej w
moim stereo, może już na stałe, a pewien
dystans absolutnie ze sceptycyzmem nie wiązany w dużej części znikł i chyba już nie powróci. Chłopcy okrzepli, doświadczenia i obycia nabrali, w muzyków o dojrzałych umiejętnościach
kompozytorskich się przeobrazili. Chociaż poprzednie albumy do słabych za
cholerę nie należały, to ten tegoroczny ma już większość cech krążka kompletnego
i w ich karierze (tu wróżę choć wróżką nie jestem) może nawet będzie tym przełomowym. Z
takim albumem, obecną koniunkturą na rockowe tria i sceniczną charyzmą wykonawczą z pewnością zasłużyli i mają szansę na wkroczenie na
wyższy pułap rozpoznawalności.
sobota, 4 lutego 2017
Café Society / Śmietanka towarzyska (2016) - Woody Allen
Woody
Allen w stałej wysokiej formie, systematycznie ze szwajcarską punktualnością
wprowadzający na ekrany swoje produkcje. I tym razem, co nie może stanowić
żadnego zaskoczenia zrobił tak po swojemu uroczą satyrę, z charakterystyczną
nadrzędną narracją, potoczystymi dialogami i mnóstwem innych właściwych jego
niepodrabialnemu stylowi walorów. Dodatkowo w przypadku Cafe Society z zawsze
oczarowującym mnie klimatem lat 30-tych i udaną kreacją Jesse Eisenberga w roli
jakby wizualnego substytutu samego Allena. :) W ogóle obsada znakomita i w tej
allenowskiej konwencji pomimo specyficznej nieco pretensjonalnej maniery, odnajdująca się świetnie. Rzutka, niezłośliwa „romantyczna” drwina ze śmietanki
towarzyskiej, pod inteligentną komediową fasadą błyskotliwa diagnoza jej
przywar w rozrywkowej formule i z ironicznym drugim dnem. Lekkie, ale finezyjne kino,
może nieco wtórne, bo zrobione według wielokrotnie użytej receptury Allana
Stewarta Koningsberga, ale tym fenomenem jego osobowości wciąż mimo wszystko czarujące.
piątek, 3 lutego 2017
American Pastoral / Amerykańska sielanka (2016) - Ewan McGregor
Kolejny już aktor w stosunkowo
dojrzałym wieku będąc zajmuje miejsce za kamerą i próbuje swych sił w fachu, w którym
typowego szkolnego przygotowania to nie ma. Ciekawe jest, że dość często
przedstawicielom rodziny aktorskiej równoległe rozwijanie kariery aktorskiej i
reżyserskiej z sukcesem się udaje. Jest to jak odważnie zakładam argument
udowadniający poniekąd prymat teorii przyswajanej na poziomie praktycznym, lub
przynajmniej dowód na to że obserwacja prawdziwych fachowców, często wręcz
mistrzów w akcji daje dobre przygotowanie. Z drugiej strony jak staje się za
kamerą i przed jej obiektywem jednocześnie, to ryzykuje się, że brak spojrzenia z
zewnątrz niekorzystnie wpłynąć może na realistyczne odegranie roli i potrzebna będzie
ogromna samodyscyplina, bardzo wysokie wobec siebie wymagania i czasem bolesna
autokrytyka, by tą perspektywę skutecznie zastąpić. Zaznaczam teraz, że do tego
miejsca tekst przygotowałem przed seansem, to co poniżej to już jednostkowe z
rzeczywistością starcie powyżej postawionych tez. Niestety!!! (tutaj trzy wykrzykniki
uzasadnione) Ewan McGregor nie udźwignął podwójnej roli, bowiem aktorsko wypadł
przeciętnie, chwilami wręcz żenująco amatorsko, a jako szef na planie obnażył sporo
braków, na front wypychając żałosny brak doświadczenia. Jestem na niego tym
bardziej wściekły, że zaprzepaścił ogromny potencjał dramatyczny, jaki bez
najmniejszych wątpliwości w powieści Philipa Rotha istnieje. Nie znając
literackiego pierwowzoru pozwalam sobie na takie wnioski, gdyż temat jest złożony
i człowiek nagrodzony Pulitzerem za jego rozwinięcie w powieści, nie mógł go
spłycić i okroić tak dalece, jak to scenarzysta i reżyser karygodnie zrobili.
Dodatkowo dla mnie, jako ojca relacja bohatera z córką z praktycznego i emocjonalnego
punktu widzenia była powiązana z oczekiwaniem bardzo intensywnych przeżyć,
chwytając za ojcowskie serducho. Tutaj tylko kilka scen wrażenie na emocjach
wywołało i smutne, że akurat nie były to w pierwszym rzędzie te na linii
Swede-Marry. Pomiędzy tymi rzadkimi uniesieniami dominowała masa nijakości i
mocno napompowanych patosem banałów, które gasiły chwilami pojawiający się względny żar. Zabrakło
charyzmy, napięcie siadało, gdy trzeba było do pieca dorzucić, a zamiast rozgrzanego
ostrza haratającego treścią i wizualną oprawą było w praktyce głaskanie czymś
nieco bardziej szorstkim niż pawie piórko. Nie dziwić powinno, zatem, że będąc nakręcony wiedzą o literackim pierwowzorze oraz wybornym zwiastunem na rasowy
sugestywny dramat, jestem totalnie zdruzgotany (mimo że to nie jest absolutna klapa), iż obejrzałem wyłącznie przeciętną i cholernie asekurancką ekranizację.
czwartek, 2 lutego 2017
A Single Man / Samotny mężczyzna (2009) - Tom Ford
Kiedy najnowszy obraz Toma Forda spostrzegany jako
prawdopodobnie najlepszy w zeszłorocznej stawce, należy bez zbędnego ociągania
uzupełnić treść na blogu o kilka zdań w temacie debiutu reżyserskiego artysty
niezwykłego, bo niewątpliwie wielu talentów. Jakość Nocturnal Animals
nie była dla mnie zaskoczeniem, kiedy A Single Man od kilku lat doskonale znany
i w samych superlatywach przy każdej nadarzającej się okazji oceniany. Teraz tylko z
kronikarskiego obowiązku i z większego dystansu czasowego powinność spełnię
pisząc co następuje. Wysoka wrażliwość estetyczna poczynaniami Toma Forda
kierowała, nadrzędna potrzeba eksponowania pięknych przedmiotów w wyrafinowanej
kompozycji, zarówno w subtelnym ruchu jak i w wypielęgnowanych statycznych
pozach. Czysty artyzm dominuje w scenografii i operatorskiej pracy wybornie
zsynchronizowanej z muzycznym tłem, ale także poetycka forma treść niesie w
temacie zasadniczo zapewne kontrowersyjną jak i z pewnością emocjonująco głęboką. Jak
poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby w tragicznych okolicznościach, odnaleźć
się w nieoczekiwanej pustce samotności, gdy cierpienie psychiczne nie do
zniesienia. Czy użalając się nad sobą w melancholii tonąć, czy stając w obliczu
wyzwania pozwolić, by nowy etap w życiu płynnie świeży sens zdefiniował. Niestety
kiedy on kwitnąć zaczyna, kres czasu z zaskoczenia przychodzi.
środa, 1 lutego 2017
La La Land (2016) - Damien Chazelle
Najgłośniejszy film sezonu, przebój kasowy jak ta lala! Sporo
wyróżnień już na koncie i teraz deszcz nominacji do największych w branży
nagród. Musicalowe reminiscencje, czyli powrót do kolorowych lat 50-tych, ale
przez pryzmat współczesności, bo to nie tyko czysty sentyment ale kapitalny
talent Damiena Chazelle, który odświeżając formułę wszczepił jej charakter
własnej twórczości. Przyznaję, że takie taneczne show nigdy nie wzbudzało
mojego zachwytu w tym jednak wydaniu robi kapitalne wrażenie, bo daje
autentycznego kopa i rozrywkę z intensywną dynamiką i pulsem. Wirują piękni i
młodzi, tak uroczo pląsają w retro anturażu w takt musicalowych orkiestracji,
zahaczających jedynie o rubieże, ale tylko tego klasycznego swingującego jazzu.
Za nimi operator w długich ujęciach z gracją podąża, bawi się spec od świateł na
zmianę przygaszając i rozświetlając scenę, a wyobraźnia scenarzysty i reżysera w
jednym wciąż dostarcza nowych wizualnych podniet. Nie spodziewałem się, iż taki
będzie kolejny krok obiecującego i już w sporym stopniu spełnionego młodego
reżysera. Rozbił po raz drugi bank idąc po ryzykownej linii. Odważnie, ale kto
nie ryzykuje ten szampana podobno nie pije. :) Zresztą czego do tej pory
Chazelle nie dotknie to wszystko w złoto zamienia, zatem umówmy się - o jakim
ja tu ryzyku piszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)