piątek, 29 sierpnia 2025

Buffalo '66 / Oko w oko z życiem (1998) - Vincent Gallo



Kompletnie pozbawiony cukru, romans dwóch udręczonych, samotnych serc. Cierpiących w inny sposób, ale jednak obojga potwornie złaknionych miłości, troski. Ona Layla (Christina Ricci) z romantyczną wyobraźnią opiekuńcza, o której przeszłości niczego się z fabuły nie dowiemy, ale sporo możemy się domyślić, gdy doświadczenia, intuicje bogate oraz psychologiczny nos czujny i on Billy (Vincent Gallo) - biedny typ, który najpierw Cię irytuje, a potem okazuje się że jest Ci go żal, bo geneza tego kim jest i skąd to miejsce w jakim się miota, powiązane wprost z trudnym, pośród nieczułych, egoistycznych toksyków dzieciństwem - świetni, bo groteskowo odpychający Anjelica Huston i Ben Gazzara. Rzecz jasna Gallo jest znakomity i zaskakująco rewelacyjna Ricci, w roli jak myślę doskonale ją przygotowującej do tej w Monster. Obraz zasysający, archaicznie magnetycznie wystylizowany, w dodatku w wersji którą w necie znalazłem z kapitalnym lektorem, więc gdy historia opowiedziana poruszająco i aktorsko w punkt autentyczna, to seans naturalną emocjonalną przygodą, z wciągającym kinem. Koncepcja operatorska ciekawa, nawiązująca do archetypicznej formy jaka kojarzy mi się z kinem nieco nonszalanckim z lat siedemdziesiątych. W brutalnie surowym dramacie bardzo życiowym, w którym wspomniany romans, a w tle rodzinna historia traumatyzująca. Podana raczej od strony merytorycznej dziwacznie, nawiązując być może fragmentarycznie do surrealizmu Lyncha (scena wokalnego występu ojca, czy tańca bohaterki w kręgielni) oraz na finał alternatywny, poniekąd do specyfiki Tarantino podobny. Dziwaczny w taki hipnotyzujący sposób i pulsujący urokiem uszkodzonych dusz, w rzeczywistości skrywających kolosalny oddania potencjał, pod fasadą tak z bólu i opryskliwości. Pomyślałem w trakcie, iż szkoda że Vincent Gallo mało reżyserował/reżyseruję, choć w sumie przy tych kilku próbach to tylko Buffalo 66 wypadł wybornie i odcisnął się w pamięci filmowych krytyków. Za między innymi cudowną, czułą scenę “łóżkową” i muzykę w szczególe i w ogóle za zatopiony w brudnych, niewyraźnych tonach każdy osobny kadr oraz całościową koncepcję i sposób oddziaływania, ja go właśnie pokochałem, dziwiąc się gigantycznie jak to się stało, że do tej pory nie poznałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj