czwartek, 31 marca 2016

Mississippi Burning / Mississippi w ogniu (1988) - Alan Parker




W głównej części tego wpisu o fabule i warsztatowej wartości klasycznego już obrazu Alana Parkera będzie, zaś poniekąd na marginesie pozwolę sobie na luźne refleksje, które w żadnym stopniu błahego znaczenia jednak nie mają. By ekstremalnie nieusystematyzowany dyletancki bełkot nie powstał takiego zabiegu, nomen omen z segregacją wątków dokonałem, a jeśli ktoś ochoty na czytanie moich wywodów o charakterze publicystycznym mieć nie będzie to w łatwy sposób pominąć je może. :) Zatem do rzeczy w kilku zwięzłych zdaniach – Ku Klux Klan kontra FBI, paradoksalnie skrajnie konserwatywny ruch przez radykałów kierowany versus Federalne Biuro Śledcze przez zaprzysięgłego konserwatystę, można by rzec radykała w osobie J.Egdara Hoovera kierowane. Światopoglądy zbieżne, ale przekonanie o roli federalnego prawa zupełnie inne i tu widzę powód, że instytucja wkroczyła tam gdzie okropne przestępstwa były dokonywane - okrutne morderstwa, samosądy poczuciem bezkarności napędzane. To tam w dolinie rzeki Mississippi gniazdo os zostało rozgrzebane, a konsekwencje odważnych działań spiralę przemocy i działań odwetowych nakręciło. Doskonale Parker ten mechanizm obnażył i w fabularnym ujęciu wyjaśnił. Z pomocą dramatycznych wydarzeń w scenariuszu zawartych, dzięki zbudowaniu autentycznej dusznej atmosfery, świetnych zdjęć prowincjonalnego miasteczka położonego wśród skrywających niejedną mroczną tajemnicę bagien, przejmującej muzyki korzystającej z bluesowej nostalgii jak i kapitalnych ról całej plejady czołowych gwiazd kina hollywoodzkiego lat osiemdziesiątych. Młody jeszcze Willem Dafoe i ówcześnie już 58-letni Gene Hackman w towarzystwie osobliwej śmietanki kreującej drugi plan w osobach Frances McDormand, Brada Dourifa, Michaela Rookera i R. Lee Ermey'a. Sugestywne kreacje, mocny temat i doskonałe rzemiosło reżysera to składniki, które dały kino wyjątkowe, kino które z pełną odpowiedzialnością określę arcywartościowym.

P.S. Prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem jak nienawiść ze względu na kolor skóry, pochodzenie czy inną cechę może wzmacniać poczucie własnej wartości. Czy w takich przypadkach kluczem dominacja grupowa, poczucie wspólnoty, a może prymitywne ludzkie instynkty odnoszące się do terytorializmu? Nie będę w tym miejscu jednak przesadnie teoretyzował, praktyczny wymiar tego problemu nie wpływa bezpośrednio na moją egzystencję, więc sygnalizując własną postawę daleką od stadnej dam do zrozumienia, że czuję się względnie odporny (i nadal liczę, że tą odporność zachowam) na wątpliwej wartości partykularne korzyści płynące z rasizmu, szowinizmu czy ksenofobii. Ubolewam ogromnie, że tak liczne grono poglądy radykalne prezentuje i że one uparcie powracają pomimo tak bogatej historycznej wiedzy o konsekwencjach nienawiści ludzi do ludzi. To nie wszystko w kwestii prywatnych poglądów :) i filozoficzno-socjologicznych rozważań, bo one istotą problemu, jaki Alan Parker w Mississippi w ogniu podejmuje ale i w wymiarze uniwersalnym wyraźnie odczuwalne współcześnie biorąc pod uwagę narastające w społeczeństwach nastroje nietolerancji. Szeroki wymiar problemu bardzo skomplikowany, więc w kilku zdaniach w miarę wyczerpująco napisać w stanie nie jestem i rzecz jasna nawet elaboratem bym tematu nie objął. Prowincjonalna Ameryka szczególnie ta południowa, względnie środkowa mocno konserwatywna i inspiracji w głębokiej religijności poszukująca, tyle, że instrumentalne traktowanie Pisma Świętego, fanatyczna interpretacja jej treści podłóg z góry założonych wniosków do usprawiedliwiania zwykłej podłości prowadzi. Akty ekstremalnej przemocy ówcześnie były tam codziennością, a budowana i dziś w wielu zakątkach Świata w tym i niestety w Polsce na fundamentach siły i pogardy wspólnota coraz mocniej w opozycji do inności staje. To takie symptomatyczne, że im bardziej stajemy się zależni od wspólnoty i im mocniej z jej przekonaniami się utożsamiamy tym bardziej szczelnym murem odgradzamy się od tych myślących inaczej. Nikt nie ma monopolu na prawdę objawioną, wiedzę ostateczną, więc obłąkańcze budowanie granic światopoglądowych spajając mniejsze społeczności niszczy wspólnoty otwarte na różnorodność. Przynależność do grup (używając eufemizmu ;)) pryncypialnych wymusza bezwzględną lojalność, a wszelkie przejawy indywidualizmu w ich obrębie są z marszu piętnowane. Zatem zmowa milczenia, hipokryzja i opór mniej lub bardziej wymuszony wobec tych obcych są zjawiskami naturalnymi. W tym zaklętym kręgu jednostek ślepych lub cynicznie karmiących się iluzorycznym poczuciem budowania usystematyzowanego świata tkwią także dzieci wzrastające w sterylnym środowisku indoktrynacji. Poddane swoistej edukacji nienawiści sączącej się z ust najbliższych stają się w ich rękach plastycznym tworzywem obrabianym w celu przekazania kolejnym pokoleniom szkodliwej ideologii. Problem tkwi w człowieku manipulującym, człowieku który dla partykularnych interesów czy dla realizacji własnych obsesji jest gotów „świat podpalić”. W takich okolicznościach wstyd przynależeć do tego gatunku. :( 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj