piątek, 7 czerwca 2013

Slayer - Seasons in the Abyss (1990)




Ostatnio w oczekiwaniu na wysyp zapowiadanych nowości w obrębie moich muzycznych fascynacji refleksje snuć zacząłem w temacie klasycznych albumów towarzyszących mi od lat. Zatem kontynuując w wolnej chwili ten proces, przeszukując zbiory na „oczywistą oczywistość” trafiłem. Nie ma obaw, ręki na (nie)świętość nie podniosę bo żelazna klasyka jaka by nie była moja osobista opinia na temat jakiegokolwiek obiektu kultu na obiektywny szacunek zasługuje. Fakt skrytykować i wytykać co mi nie pasuję mogę, jednak z zachowaniem respektu wobec innych przekonań, szczególnie, iż często są to dosyć twarde niemal radykalne stanowiska, a do konfrontacji z byle powodu mi nie śpieszno! W końcu zwyczajny ze mnie człek co także mylić się może, pokorą pomimo własnego zdania przepełniony - świadom własnych niedoskonałości. Dlaczego w pierwszej kolejności z obozu zabójców Seasons in the Abyss? Bowiem po pierwsze, dziewiczy to dla mnie ówcześnie album z którym to nazwę Slayer kojarzyć począłem, za sprawą przede wszystkim obrazka do tytułowego numeru. Po drugie album to co do dnia dzisiejszego wzorem thrashowej doskonałości pozostaje rozpalając emocje, wzbudzając gwałtownie przypływ adrenaliny. Po trzecie natomiast w przekonaniu moim to szczyt i przepaść zarazem dla grupy – szczyt bo krążek kompletny, przepaść gdyż po nim to wiele lat minąć musiało aby miękko po jego sukcesie wylądowali, aby nadwyrężony kręgosłup w postaci składu po rehabilitacji znów funkcjonować z odpowiednim animuszem zaczął. W porządku, był wstęp, czas na rozwinięcie! Jak tu jednak przejść do konkretów i w detalach opisywać zawartość, kiedy o albumie tym chyba wszystko już napisano, jednak może ja wszystkiego jeszcze nie przeczytałem i świadomie pomijając wszelkie banałem śmierdzące ochy, achy i inne podnietą przesiąknięte dyrdymały napisze, iż po sonicznym gwałcie Reign in Blood, oddechu odrobinie South of Heaven międzynarodowa z pochodzenia ekipa wysmażyła befsztyk iście idealny, gdzieś na styku krwistości trójki i mocarnej ciężkości czwórki. Tak jak duet powyższy w slayerowej konwencji wrażenie robi czegoś na kształt yin i yang z azjatyckiej filozofii, tak album z otchłanią w tytule pełen jest cech charakterystycznych obu poprzedników. Mamy tu zarówno intensywną galopadę, rytmicznie podbijaną szaleństwem Lombardo, akcentowaną wrzaskiem przez Araya’e czy motoryką riffu Hannemana oraz obłędem Kinga. Więcej tu dojrzałości aranżacyjnej, osiągniętej odpowiednim zbilansowaniem powyższych cech charakterystycznych dla grupy – zwolnieniami, które szczególnie w kontraście do superszybkich strzałów są szczególnie cenne dla samej dramaturgii płyty. Krótko mówiąc w subiektywnej mojej ocenie największe osiągnięcie to formacji, jak nie największe przez lata osiągnięcie na scenie, w moim osobistym rankingu z tego piedestału dopiero zepchnięte w 1999 roku za sprawą The Gathering dla wtajemniczonych wiadomo kogo! Był wstęp, rozwinięcie też się pojawiło czas zatem kończyć i treściwym wnioskiem niekoniecznie związanym z przedmiotem refleksji się podzielić. Zanim kolejne świeże wypieki z roku 2013 do mnie dotrą dalej z uporem maniaka odbywać sentymentalne podróże zamierzam!

P.S. Refleksje poniższe jakiś czas temu spisane bez najmniejszego przeczucia, iż już wkrótce Hanneman ten "padół łez" :( opuści, a Lombardo z księgowym Kerry'm Kingiem co do podziału zysków się nie dogada ;( przez co Slayer pomimo zapowiadanej dalszej działalności zapewne naturalnego zgonu doczeka. Na moich oczach odchodzi legenda, czas nie stoi przecież w miejscu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj