Pięć lat
niemal zupełnej ciszy w obozie Szwedów, kazało zadawać sobie pytanie czy taki
twór odszedł w niebyt w momencie kiedy właśnie od kilku lat panuje ożywione
zainteresowanie stylem który reprezentują. Rozsądek podpowiadałby, że to
odpowiednia chwila aby powrócić z nowym materiałem, chyba że Witchcraft nie
mając dobrego pomysłu na krążek wolał zaginąć w otchłani, niż wychylać się z propozycją, która w konfrontacji poległaby na polu
walki. Odpowiedź już jest! Poddać się, nie poddali, powrócili w barwach
wytwórni, która wyczuwając boom na retro granie ściąga do siebie liderów
konwencji. Album nagrali co ani nie zaskakuje ani nie rozczarowuje. Potwierdza
klasę formacji kompozycjami solidnymi w wielu miejscach wręcz błyskotliwymi.
Charakter twórczości Witchcraft zawsze posiadał pewien pierwiastek odróżniający
ich zdecydowanie od innych liderów nurtu. Taka trudno opisywalna aura
roztaczająca się nad wszystkimi albumami jest obecna również na Legend, jednak
ubrana została w brzmienie zdecydowanie bardziej nowoczesne. To taka hybryda
archaiczności i nowoczesności w tym przypadku robiąca wrażenie spójności, nie
sugerująca pytania o wahanie się grupy po której stronie stanąć. Efekt solidny
uzyskali i choć w ostatnim czasie na czoło konkurencji, gdzie prym w mojej
prywatnej ocenie wiodą Orchid, Graveyard i Rival Sons nie wskoczyli, to dużym moim
uznaniem nadal się cieszą i myślę, że stać ich przy kolejnej okazji na cios,
który powyższymi kapelami zatrząść może!
sobota, 29 czerwca 2013
piątek, 28 czerwca 2013
Oddland - The Treachery of Senses (2012)
Jak ja
uwielbiam takie chwile, kiedy wśród setek płyt debiutujących formacji odnajduje
perełkę, po której przesłuchaniu nie jestem w stanie uwierzyć, że to co właśnie
docierało do moich uszu stworzone zostało przez nieznanych dotąd muzyków. A
może właśnie w tym tkwi sekret, że młodość dostarcza najczęściej przeżyć
nowych, nieszablonowych - pozwala odkrywać nowe tereny dotychczas jeszcze nie
eksplorowane? W tym przypadku do czynienia
mamy z muzykami jak się doszukałem pochodzącymi z Finlandii, czyli tego kraju
skandynawskiego, który fanom metalu kojarzy się dość skrajnie, że zapodam tylko
kilka nazw od Beherit, Impaled Nazarene po Nightwish! Jednak jak mnie po raz kolejny życie uczy - nie oceniaj grupy po kraju pochodzenia, bo pominiesz takie
ciosy jak The Black League z ich ostatnią fantastyczną produkcją czy właśnie
będący tematem tych wywodów Oddland. Nie będę się tu rozpisywał czym mogli się
inspirować twórcy Zdrady Zmysłów - jeśli trafnie rozszyfrowałem tytuł krążka,
tych wpływów jest bardzo wiele jednak głównym składnikiem kompozycji grupy jest
ich własny myślę, że dla zainteresowanych już zdecydowanie zauważalny
charakter. Rwane często riffy przeplatają się z melodyjnymi partiami, nakładają
na siebie, rozjeżdżają w perkusyjnych kanonadach podkreślonych żwawym,
oryginalnym basowym pulsem. Czysty, mocny wokal frontmana wraz z orientalnymi w
swoim charakterze rozwiązaniami melodycznymi dodaje utworom aury mistycznej,
jednak jeśli ktokolwiek po tym opisie spodziewa się ckliwości na poziomie
gotyckim mocno się zawiedzie. Emocje w tej muzie są silnie wyeksponowane,
charakter ich jest jednakże zupełnie inny, że użyje barwnego porównania -
takie to bardziej psychologiczne niż romantyczne. Tu duża zasługa jak wcześniej
wspomniałem sekcji rytmicznej, jej rola nie ogranicza się jedynie do
podkładania fundamentu. Jej zadaniem jest dodać do formy nerwowego,
intrygującego. Dla osób nie osłuchanych w takich dźwiękach, w pierwszych
kontaktach nieco chaotycznego wymiaru. To coś na kształt tego co na swoich
krążkach robił Nevermore, czyli łączył melodie, rwane struktury, silne zaśpiewy z
elementami daleko posuniętej instrumentalnej wirtuozerii. Właśnie ten
pierwiastek ekipy Loomisa jest szczególnie zauważalny! W obliczu obecnej
sytuacji w obozie amerykanów to właśnie Oddland perfekcyjnie wypełnia lukę po
nich pozostawioną. Umarł Nevermore, niech żyje Oddland!
środa, 26 czerwca 2013
Flight / Lot (2012) - Robert Zemeckis
Rozczarowałem się tą produkcją
finalnie, gdyż obraz zapowiadany hucznie jako poruszający dramat okazał się
tylko zgrabnie skonstruowaną hollywoodzką superprodukcją z nazwiskami. Nie
wiem, być może zbyt wysokie oczekiwania spowodowały, iż poczucie niedosytu,
zmarnowanego odrobinę tematu po zakończeniu seansu bardzo wyraźnie zdominowało
moje odczucia. Przecież patrząc zupełnie obiektywnie film to, co od strony
technicznej żadnych większych mankamentów nie posiada. Wprawne oko Zemeckisa i
specyficzny klimat jego produkcji jest nad wyraz odczuwalny, a profesjonalna
gra czołowych aktorów nie wzbudza wyraźnego wrażenia sztuczności. Tam gdzie
Denzel Washington kreuje postać odrobinę monotonnie tragiczną, z nieco napuszoną
i pełną amerykańskiego patosu otoczką, John Goodman dla przeciwwagi serwuje pewną
lekkość i klimat rodem z kina Scorsese czy braci Coen. Jednak jest w tym filmie coś co nie
pozwala jednoznacznie go ocenić, gdyż rzemieślnicza często aura przeplata się z
kilkoma wyjątkowymi fragmentami, które pomimo całościowego poczucia płaskiego,
bezemocjonalnego dramatu wzbudzają silniejsze bicie serca (patrz: scena kiedy
kapitan Whitaker spotyka się w domu z synem). Niestety te
nieliczne pobudzające fragmenty wtopione są w tło najczęściej mdłej estetyki
finalnie sprowadzonej do oklapłego jednoznacznie podanego zakończenia. Ten
wątły emocjonalnie schemat hollywoodzkiego happy endu stawia pytanie, co
chcieli osiągnąć twórcy? Temat poważny, a potraktowanie miałkie i schematyczne
– oczekiwałem przeżycia otrzymałem jednak niemal kino familijne. A może jestem zbyt surowy w ocenie?
P.S. A wątek pani narkomanki do bólu przewidywalny, tak nagle porzucony - pytanie na jaką cholerę w ogóle tam wklejony!
P.S. A wątek pani narkomanki do bólu przewidywalny, tak nagle porzucony - pytanie na jaką cholerę w ogóle tam wklejony!
wtorek, 25 czerwca 2013
The Hurt Locker / W pułapce wojny (2008) Zero Dark Thirty / Wróg numer jeden (2012) - Kathryn Bigelow
Z założenia obrazy te w tandemie
tutaj występują, gdyż tematyka niemal bliźniacza i jakby stwierdzili czołowi
„hejterzy” amerykańskiej militarnej dominacji na świecie, mocno propagandą
przesiąknięte. Ja jednak mając zapewne jedynie śladową wiedzę na tematy co o
służby specjalne czy akcje szpiegowsko-wojenne zahaczają, trzymałem się podczas
seansów w dużym dystansie od faktycznych relacji filmów ze współczesną
rzeczywistością opisanych konfliktów. Wiedza moja czysto medialna, taka jaką współcześni animatorzy naszej rzeczywistości chcą nam sprzedać, więc jak podpowiada intuicja pewnie daleka od realnej. Może zabrzmi to bezdusznie, jednak będąc
uczciwym, siedząc sobie wygodnie na kanapie w kraju przynajmniej jeszcze dziś
względnie bezpiecznym, choćbym nie wiem jak bardzo próbował być empatyczny nie
zrozumiem sytuacji w jakiej ludzie muszą tam funkcjonować. Zatem będąc
szczęśliwym, iż moje życie pozbawione jest horroru wojny, zdając sobie także
sprawę ze współczesnych skomplikowanych, wielowarstwowych globalnych uwarunkowań społeczno-politycznych nie
oceniam wartości dokumentalnej produkcji Kathryn Bigelow. Skupiam się jedynie
na wartości czysto emocjonalno-rozrywkowej, czyli czy obrazy te utrzymywały mnie
w napięciu, pozwoliły na wzbudzenie pewnej refleksji, uzbroiły w nowe doznania
i przeżycia o wartościowym charakterze. I w obydwu przypadkach twórcom ta sztuka
się udała, choć z przewagą obrazu z 2008 roku, gdzie mniej spektakularne
zacięcie pozwoliło na bardzo przekonywujące pokazanie jak bardzo warunki
wojenne, ciągłe życie w napięciu dla pewnych jednostek stają się sposobem na
życie, pewnego rodzaju uzależnieniem, że użyje tu śmiałego porównania - niczym
sporty ekstremalne. W poczuciu bezpieczeństwa, bez tej życiodajnej adrenaliny
nie są zwyczajnie w stanie funkcjonować. I kiedy W pułapce wojny tak sprawnie
wątek psychologiczny rozwija, Wróg numer jeden skupia się przede wszystkim na
kwestii zdecydowanie spektakularnej, co szczególnie ciekawe się wydaje
obnażając słabości amerykańskiego giganta i jednocześnie nie dając złudzeń, iż
ten gliniany kolos jest dla cywilizacji zachodu pomimo swoich ułomności ostatnią
realną linią obrony przed zorganizowanym terroryzmem. Trochę zabrakło tu
niestety tego wymiaru wewnątrz ludzkiego, gdyż sama postać agentki wydaje się
odrobinę zbyt enigmatyczna, pozbawiona w dodatku przynajmniej w moim odbiorze pierwiastka
głębi. Jednakże w miejsce wymiaru emocjonalnego Bigelow zdaje się wtłaczać
specyficzną oszczędną wartościująco narracje, gdzie wszelkie wątki
moralizatorskie ustępują miejsca suchym szczegółom pozwalającym zbudować klimat
wręcz paradokumentalny. I to w moim przekonaniu ogromny atut tego filmu, gdzie
nic nie jest sugerowane, a widz ma możliwość indywidualnie odczytywać własne
refleksje i przemyślenia. Tam gdzie Wróg numer jeden skupia się na polityce, a W pułapce wojny na aspekcie psychologicznym upatruje różnicy – ale to tylko
moje subiektywne spostrzeżenie. Niby pozornie ten sam szeroki temat, a tak
naprawdę różnobiegunowo potraktowany. I na koniec trudno przejść obojętnie
wobec kwestii czysto technicznych, bowiem filmy to kapitalnie kamerą uchwycone i
zmontowane z fachową wiarygodną grą aktorską – obrazy obiektywnie na najwyższym technicznym poziomie.
Pogratulować tylko Kathryn Bigelow takiej smykałki do tego rodzaju konwencji.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Lamb of God - Resolution (2012)
Lamb of God powróciło i nagrało
krążek do bólu klasyczny, z charakterystycznym nieco suchym brzmieniem,
połamanymi strukturami, szybkimi zrywami, gwałtownym bębnieniem, brzęczącymi
riffami i wokalną ekwilibrystyką szalonego Pana Blythe'a - niedowiarki niech
sprawdzą co to "zwierze sceniczne" robi w obrazku do kawałka
Desolation. Rola zespołu zdecydowanie jest tu także nie do przecenienia,
bębniarz rządzi, a i szalona publika napędza tą
machinę wyraźnie! Taką dawkę energii we współczesnym modern thrashu wytworzyć
potrafią naprawdę jedynie nieliczni, stąd uznanie należy się spore. Choć album
ze względu na przyzwyczajenie do stylu grupy, brak efektu zaskoczenia nie kopie
równie skutecznie jak Sacrament lub Wrath - zdecydowanie jednak daje rade, w
moim przekonaniu w swojej niszy stylistycznej sytuując LOG na pozycji lidera!
niedziela, 23 czerwca 2013
Switch Opens - Joint Clash (2012)
Od czasu
jakiegoś śledzę przyznaje, co buczy i brzęczy w małej jednak prężnej się wydaje
szwedzkiej wytwórni Transubstans Records, gdzie pierwsze kroki stawiali między
innymi moi dzisiejsi faworyci z Graveyard i Lonely Kamel, czy obiecujący choć w
przekonaniu moim jeszcze nie okrzepli The Crystal Caravan, Ponamero Sundown i
Gordon Fights. Z tego właśnie podwórka pojawili się w moim eklektycznym dźwiękowym świecie muzycy Switch Opens obdarowując mnie
"hałasem" z pogranicza stonerowej przebojowości, sludge'owego ciężaru,
space-rockowego rozpasania i doomowego mroku. Kompozycje jakie znalazły miejsce
na drugim ich krążku zbudowane na bazie przedniej jakości riffów - mozolnie z
cierpliwością rozwijane o specyficznym niemal transowym charakterze (nie chodzi
tu o bujanie w rytm zapętlonego beatu), zawierają w sobie w stopniu równym
perfekcyjnie przemyślane i dopieszczone akcenty jak i improwizowane odloty.
Dźwięki to co radosnego aspektu są pozbawione, a swój wciągający urok na bazie
narkotycznego post-uniesienia w wielu fragmentach opierają. Łamane schematy
rytmiczne i zabawa kontrastami potęgują atmosferę kontrolowanego obłędu. Wraz z
wokalnym cedzeniem wersów niczym uniesienia szamana odprawiającego swe tajemne
obrzędy, wprowadzają mnie w stan głębokiego poczucia satysfakcji i spokoju.
Jednak odprężenie to podszyte pulsem jest o charakterze niepokojącym, co znaczne
zmiany do podświadomości wprowadzać może - wrażenie odnoszę, iż krążek ten
podstępnie uspakaja, by jad do organizmu wprowadzić co w przyszłości
nieprzewidywalne efekty przyniesie! Długo się w ten album wciągałem, zasysała
mnie jego specyficzna gęsta, klaustrofobiczna atmosfera by finalnie zniewolić i
w poczet niemal wyznawców tych szamanów wtłoczyć. Doprawdy zdecydowanie
podstępna i uzależniająca to sztuka!
piątek, 21 czerwca 2013
Cavalera Conspiracy - Inflikted (2007)
Brazylijski serial "Max Cavalera i
jego odjazdy" od lat przykuwa uwagę oddanych fanów i kiedy to zaskakujące
zakopanie topora wojennego z bratem (w sensie rodzinnym jak i młodzieńczych fascynacji
muzycznych nastąpiło), a nowy projekt powstały dla uczczenia tej wiekopomnej
chwili do życia powołany został, zastanawiało mnie jedno! Gdzie ta nowa formacja swoją
niszę odnajdzie? W skocznie „fuckowym” metalizowanym pitoleniu, pośród elektronicznych beatów czy może jednak tam gdzie
Sepultura wiele lat temu realne zamieszanie bezkompromisowością i motoryką
riffu zrobiła. I chociaż spory dystans miałem do buńczucznych zapowiedzi, w których
to Max nową muzykę w kategoriach surowego hard core-thrashu umieszczał
– po odpaleniu krążka na mojej gębie grymas uśmiechu zagościł, a serducho
mocniej w takt tej o potężnym ładunku energii motorycznym graniu zabiło. Jak
się nie po raz pierwszy zdarzyło, kiedy niewiele się po płycie spodziewałem, w
finalnym efekcie zmiażdżony cudem niejako zostałem. Surowe to zdecydowanie
granie, gdzie pomimo braku eklektycznych zawiłości, efekt piorunujący instrumentaliści uzyskują dzięki
pierwszorzędnie wystruganym riffom oraz dynamice wybuchowej z konkretnym ładunkiem
chwytliwości. Łoją sobie oni ten
bezkompromisowy, soczysty thrash z radochą wracając zapewne do fascynacji
sprzed lat, kiedy przynależność do sceny i związane z tym ideały priorytetową
role odgrywały, a muzyczne ambicje jedynie do napierdalania szybciej, mocniej i
ciężej były ograniczone. Zupełnie nie spodziewałem się, że przyjdzie jeszcze
taki dzień gdy Max na nowo prawdziwie dźwiękową wulgarną złość z siebie
wyrzuci - oczyści choć na chwile swój organizm z nadętej i napuszonej parareligijnej
estetyki dając wszystkim wyznawcom wściekłej, jadowitej gry satysfakcję ogromną. Kilka ładnych lat od premiery tego krążka już minęło, w międzyczasie
następca Inflikted wypłynął, jednak pomimo wykorzystania podobnej recepty, w
żadnym stopniu debiutowi nie dorównał. Brakło mu niestety tego jadu co na
jedynce infekował skutecznie, taki zbyt schematyczny się okazał wręcz czysto
szablonowy z przerostem melodii słodyczą doprawionych, co efekt zbyt mdły
pozostawiło. Teraz jedynie z cierpliwością należy na ewentualną kontynuację studyjnych poczynań Cavalera Conspiracy zaczekać. Nie poganiać, zbytniej presji
nie wywoływać wszak Max jeszcze nie raz swoimi nieprzewidywalnymi posunięciami
może zaskoczyć. Mam jedynie nadzieję, że w przeważającym stosunku na korzyść
pozytywnego finalnego efektu. Optymista ze mnie? ;)
czwartek, 20 czerwca 2013
Soilwork - The Living Infinite (2013)
Powstanie najnowszej produkcji
Soilwork poprzedziło kolejne odejście ze składu filaru kapeli Petera Wichersa, stąd pojawiły się w mojej świadomości oznaki niepewności co do formuły
przyszłego albumu. Powróciło uczucie rozczarowania jakim niewątpliwie był Sworn
to a Great Divide, krążek bez udziału głównego gitarowego. Dodatkowo poczucie
zaniepokojenia wzbudziły zapowiedzi, iż w niszy zajmowanej przez Szwedów będzie to akt bezprecedensowy, całość
przygotowywanego materiału zawierać miał się bowiem na aż dwóch dyskach. I tu
niepokój sięgnął niemal zenitu, a wniosek mój był druzgocący! Odszedł Wichers,
a panowie popadli w megalomanie! W przekonaniu moim budowanie rozbuchanych,
dwupłytowych czy też jedno-krążkowych albumów o czasie trwania co najmniej 70
minut najczęściej jest przejawem samozachwytu, poza tym niesie ze sobą ogromne
ryzyko przygotowania porcji materiału ciężkostrawnej nawet gdy jakość
twórczości jest wysoka. Nie mam przecież w zwyczaju nawet ulubionych potraw
spożywać w ilościach hurtowych. Lepiej oczywiście pozostawić niewielkie uczucie
niedosytu niż doprowadzić do przejedzenia! I nadszedł ten dzień kiedy krążki zagościły w moim odtwarzaczu, a przestrzeń mieszkalną wypełniły
dźwięki The Living Infinite. I niestety pomimo całościowego dobrego efektu
finalnego zmierzenie się z 80 minutową porcją czasem zbyt oczywistych
zaśpiewów Strida spowodowało pewne odczucie przemęczenia. Nie polegli, jednak
brakowało całości pewnej magii, czegoś co mobilizowało by do ciągłego wracania
do albumu. Gdzie tkwiła geneza takiego odbioru płyty – na odpowiedź
potrzebowałem jeszcze kilkukrotnego zdiagnozowania kompozycji, wgryzienia się
utworów w moją podświadomość. I po krótkim czasie dotarł do mnie wniosek
oczywisty, iż powodem jest zwyczajnie upchnięcie pośród wałków niemalże
olśniewających kilku nierównych, banalnych czy monotonnych co radykalnie
obniżało jego jakość. I wtedy podjąłem się zadania aroganckiego, jakiego pomimo
przesłuchania niemal tony krążków do tej pory nie zrobiłem. Mianowicie okroiłem
„nieskończone życie” do 12 kawałków i rozpocząłem na nowo przygodę z najnowszym
wypiekiem Soilwork – w takim autorsko-edytorskim wydaniu. I stał się cud rzekłbym,
gdyż ten tuzin w moim przekonaniu najwartościowszych przedstawicieli
pełnowymiarowego The Living Infinite stworzyło album monolit o zwartym
charakterze, trzymającym przez 50 minut w pełnym zaciekawieniu, mobilizującym
po odsłuchu do ponownej z nim relacji. Ten niecodzienny zabieg pozbawił w
przekonaniu moim wszelkich dotychczasowych uwag jakie wobec produkcji
kierowałem, dodając jednocześnie kilku niezauważalnych wcześniej walorów.
Świetne kopiące dynamiką kawałki pomimo wielokrotnych już odtworzeń wciąż na
dzień dzisiejszy zachowują świeżość, uwypuklając to wszystko co w twórczości
formacji cenie najbardziej, a co zawiera się w triadzie: dynamika wespół z
żywiołowością – niebanalna przebojowość – pomysłowość! Dzięki tym cechom album
ten stanowi dla mnie niejako hybrydę dwóch wcześniejszych produkcji grupy,
gdzie przebojowość i zwarta forma zdominowały Natural Born Chaos, a niemal
progresywne rozpasanie zagościło na The Panic Broadcast. Cechy te uzbroiły The
Living Infinite w walor świeżości, połączony z możliwością odkrywania smaczków
gęsto poukrywanych pod zwartą formą fasady. Nie chcę na koniec silić się na
banały czy świrować mądrali jednak z pisaniem albumu jak z życiem. :) Nie popadajcie w samozachwyt bo nawet jeśli jesteście lubiani czy cenieni
lepiej wyjść gdy żar tli się jeszcze wyraźnie gdyż wtedy bardziej będziecie
oczekiwani, a i ponowne jego rozpalenie będzie prostsze niż czekać aż wygaśnie
ogrzewając wasze ego. Jeśli dobrze rozumiecie o co mi chodzi!
środa, 19 czerwca 2013
Filmowe podsumowanie 2012 (2)
Druga część
podsumowania obiecana i zobowiązanie dotrzymane! Poniżej kilka tytułów jakie w
poprzednim roku udało mi się zobaczyć, które jednak pomimo w większości
przypadków wielu walorów ustępują odrobinę obrazom opisanym w jedynce – zatem
jedziemy:
SALA SAMOBÓJCÓW –
świetne role Kuleszy i Pieczyńskiego plus historia żywcem pewnie ze
współczesnych realiów sfer wyższych wyjęta. Przestroga to też dla pokolenia
mojego, szczególnie tych co brzuchy pełne najnowszymi osiągnięciami techniki
motoryzacyjnej wożą by zaangażowanie w wychowanie
latorośli na poważnie potraktowali!
DRZEWO ŻYCIA –
gdyby nie te przeintelektualizowane, tajemnicze, burzące dynamikę produkcji
sceny byłoby to dzieło niemal epokowe. Intrygujący obraz do odkrywania i
delektowania się – tylko na cholerę te animacje!!!
WOJOWNIK – jakby
twórcy w rozkroku stanęli pomiędzy Rocky’m, a Zapaśnikiem. Wtórna do bólu
historia ze wspaniałym aktorstwem – wszystkich bez wyjątku, a takiego
dojrzałego Nicka Nolte mógłbym oglądać bez końca!
CONTAGION – EPIDEMIA
STRACHU – przeleciał i tylko sporo niedosytu pozostawił, a od takiego anturażu
reżysersko-aktorskiego więcej można było oczekiwać.
MELANCHOLIA – Lars
Von Trier i wszystko jasne! Kochaj albo nienawidź – trudno tu o półśrodki. Choć
film trudny i w wielu momentach dla mnie niezrozumiały doceniam świeże
podejście do tematu, aktorskie wyrafinowanie i to co dla mnie najciekawsze – te
piękne, fascynujące mozolne przepełnione prawdziwym artyzmem ujęcia! A jednak
ja mam w stosunku do Pana artysty wyważony stosunek ;)
WYMYK – kolejny
polski zeszłoroczny obraz na wysokim poziomie. Relacje ludzkie, więzy rodzinne,
lęk, bezsilność, bezradność w obliczu tragedii.
LĘK WYSOKOŚCI –
odrobinę kwadratowy, schematyczny Dorociński w dojrzałej, bogatej emocjonalnie
historii.
RESTLESS – nie
wzbudził zachwytu jednak bardzo wyraźnie dał do myślenia!
KAZNODZIEJA Z
KARABINEM – ważki temat, dobra solidna produkcja położona przez kwadratową,
toporną grę Gerard’a Butlera. Jak twórca wspaniałego Marzyciela mógł wybrać
taki antytalent!!!
CZARNY CZWARTEK –
JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ – solidna produkcja, w bardzo surowy, oszczędny sposób
oddająca klimat przedstawianych wydarzeń. Niestety niesmak pozostawiła
drewniana bez wyrazu Pani Honzatko i tutaj nawet lokalny patriotyzm nie jest w
stanie zmienić mojego krytycznego odczucia.
MROCZNY RYCERZ
POWSTAJE – spektakularny o zauważalnie większych ambicjach intelektualnych
jednak nadal to tylko schematyczna historia o super bohaterze.
DOM SNÓW – jakie to
„przewrotne” ha ha! Tyle, że pomysły przetrawione i wydalone kilkukrotnie przez
innych twórców takich kinowych pocisków. Chyba tylko Alejandro Amenabar’owi
udała się ta sztuczka kapitalnie. Uwaga - żeby nie zdradzać fabuły nie
poszukiwać o jaką produkcje mi chodzi! To może zostaniecie zaskoczeni ha ha ha!
DORWAĆ GRINGO –
twardziel Gibson powraca – ino taki oklapły, sflaczały ze zmęczoną twarzą. A
miało być tak mocarnie :(
CZAS WOJNY – takie
to przesłodzone i mdłe chociaż trzeba przyznać bardzo przyjemne dla oka.
HUGO I JEGO
WYNALAZEK – solidne kino familijne jednak z pewnością nawet nie zahaczające o
oscarowe nominacje. A jednak…
PROMETEUSZ –
wydmuszka w spektakularnym opakowaniu, a miało być takie udane nawiązanie do
klasyki.
Na koniec
największe ubiegłoroczne zawody o których chce mi się jeszcze coś napisać,
reszta kału niech przepadnie!!!
SPADKOBIERCY –
kolejna oscarowa pierdoła – już całkowicie nie rozumiem za co przyznaje się w
wielu przypadkach te nominacje?
TOŻSAMOŚĆ –
toporna, przewidywalna konstrukcja z jedynie przyciągającym europejskim klimatem
oraz klasową epizodyczną rolą Bruno Ganz’a.
RYTUAŁ – obiecuje
sobie, że takich kup nie będę oglądał – nie daje rady dotrzymać tej obietnicy
od lat przyciągany klimatem i specyficzną, malowniczą scenografią, a później
żałuje czasu, oj żałuje bo wartość artystyczna tego żadna!
ZABÓJCZY JOE –
takie to dla mnie dziwne, odpychające, niesmaczne nawet, ale może się nie znam!
Na pewno nie moja nisza.
COSMOPOLIS – ja
tego filmu nie rozumiem, tyle i tylko tyle!
BABY SĄ JAKIEŚ INNE
– jadą pieprzą banały, jadą atakują niezrozumiałe odloty. Ależ ten Koterski
zdziadział, aż przykro oglądaćwtorek, 18 czerwca 2013
Monster Magnet - 4-Way Diablo (2007)
Nie śledzę namiętnie prywatnego
życia Dave’a Wyndorfa, jednak od napływu z wielu źródeł informacji się nie
izoluje, stąd słyszę czy czytam tu i ówdzie wciąż o pewnym “obiegu zamkniętym” w
jakim ten zasłużony rockmana archetyp funkcjonuje. Mam tu na myśli oczywiście
cykl ograniczający się do picia, ćpania, odwyku i od czasu do czasu zebrania
kumpli lub precyzyjniej ujmując do niezwykle cierpliwych i wyrozumiałych kompanów powrotu, przygotowaniu nowego
materiału kapeli, nagraniu go i wydaniu. I co najciekawsze pomimo powyższego lidera grupy w zajęcia kontrowersyjne silnego zaangażowania w przekonaniu moim
Monster Magnet przez lata działalności uniknął rozczarowania nagrywanymi produkcjami. Bowiem w przeciągu ponad dwudziestoletniej kariery nigdy słabego
krążka nie wydali, więcej, zawsze w jakiś sposób muzycznie fanów zaskakiwali,
jednak produkt to zawsze przedniej wartości był. Jednoznacznie z szyldem
formacji identyfikowany, zawierający najważniejsze pierwiastki
charakterystycznego stylu MM. I taką w przypadku 4-way Diablo sytuacje mamy,
kiedy to album pod dużym znakiem zapytania powstawał, finalnie przyniósł muzykę
jak zawsze oryginalną o charakterystycznym dla Monster Magnet sznycie.
Kompozycje w których na typowym rockowym fundamencie dzięki konkretnej sztuce
aranżacyjnej, niezwykłej kreatywności i wyczuciu smaku fantastyczne skrzące się
ogromną witalnością, niebanalną przebojowością perełki powstały. Muzyka to
zarówno w zachwyt wprowadzająca psychodelicznymi odjazdami, głęboko w oparach
dymu słodkiego unurzanymi, napięciem podskórnym z gracją budowanym jak i
jednocześnie bezkompromisową prostotą chwytliwego rock’n’rolla przepełniona.
Pełna wysmakowanej wysokogatunkowej finezji, instrumentalnej biegłości w ramy
kompozycyjne zaprzęgniętej. I sporym nietaktem byłoby pominięcie kluczowej w
tej całej mozaice roli labilnego Dave’a, gdyż klasowe linie wokalne, maniera i
prezencja o niemal szamana niejako walorach dodaje całości posmaku
intrygująco-zniewalającego. Słucham tego materiału już od lat z niesłabnącym
zachwytem, daje się ponieść odjechanej konwencji, zniewolić tkwiącej w niej
magii. Wszystko się tu absolutnie zgadza, wszelkie składniki idealnie dobrane
tworzą perfekcyjną, wysublimowaną konstrukcje pozwalająca na przeżycie w
rockowej niszy prawdziwej dźwiękowej uczty. Nigdy nie rozczarowali i przekonany
jestem, że takiego przykrego doświadczenia w przyszłości mi oszczędzą!
P.S. I ta oprawa graficzna – absolut!
P.S. I ta oprawa graficzna – absolut!
The Sword - Apocryphon (2012)
Wchodzimy
do studia, podpinamy się pod piece i nagrywamy to co intuicja nam podpowie!
Ograniczamy aranże do odpowiedniego wiosłowania z pulsem perkusyjnym
intensywnym, wszystko w ramach czystego, niczym nieskrępowanego korzennego
retro rocka! Tak mam wrażenie mógł wyglądać proces przygotowania nowej
produkcji The Sword - albumu Apocryphon, który żadnych nowych terenów nie
odkrywa, jest zaprzeczeniem jakichkolwiek
tendencji poszukiwawczych. To nic innego jak jasny manifest głoszący, że
poprzedni longplay był na tyle dobry, że pozostaje nam jedynie stworzyć jego
kontynuacje. Zespół wyraźnie przyjął strategie zachowawczą, która jak historia
współczesnej muzyki nader często pokazuje nie zawsze przynosi oczekiwane
skutki. Trzymanie się wypróbowanych schematów jednak w tym przypadku zdaje się
dało bardzo solidne rezultaty. Mam jednak nadzieje, iż kolejnym krążkiem The
Sword będzie w stanie swoją tożsamość uzupełnić o intrygujące, świeże
pierwiastki wszak konkurencja w tej konwencji przypuściła ostatnio bardzo silną
ofensywę!
niedziela, 9 czerwca 2013
Tool - Undertow (1993)
Będzie
sentymentalnie! Doskonale pamiętam pierwszy kontakt z tym albumem dzięki
wizualnej oprawie kultowego Sobera, który hulał w tamtych czasach w jednym z
obecnie śmierdzących plastikową chemią kanałów muzycznych. Animacja ta
nietypowa, pełna treści obłędem i mrokiem przesyconych apetytu na pełny album mi narobiła,
każąc wszelkie koszty bez zastanowienia ponieść, aby tylko taśma zawierająca wtedy wręcz oszałamiającą dźwiękową
konstrukcję, kręcić się w mojej Diorze zaczęła. W czasie owym w pełni
odkrywaniem sceny "umownie" grunge'm nazywanej pochłonięty byłem, a
twórczość Maynarda i kompanów idealnie wbiła się w moje oczekiwania odnośnie
krążka idealnego. Katowane ówcześnie pierwsze produkcje Pearl Jam, Alice in
Chains i Soundgarden zachwycały - jednak Tool w starciu tym szczyty osiągał
łącząc klekocząco-dudniący basowy szkielet o perkusyjnym doładowaniu z
orientalizmami w pracy gitary wyczuwalnymi oraz wokalizami niespiesznymi o ogromnym
emocjonalnym ładunku. Wtedy to uczucie do narzędzia się
zrodziło, do dzisiaj głęboko tkwiące - zobowiązujące z napięciem oczekiwać na każdą nową
produkcję z taką rzadkością przygotowywaną.
Protest the Hero - Scurrilous (2011)
Metal core
tak jeszcze do niedawna wśród głodnej cięższych dźwięków młodzieży furorę
robiący przeogromną, dosyć szybko skonsumował swój ogon - wyczerpał formułę
własną i zdechł. I kiedy przekonany aby nad trumną ze zwłokami tymi ciszę
zachować, z szacunku, iż bez względu na jakość artystyczną tych produktów, pierwiastek ciężkości, choć w infantylnej formie jednak część potencjalnych
konsumentów plastiku do hałaśliwej sceny
przyciągnął. Do mojej właśnie świadomości album Scurillous dotarł i niemały bałagan w uporządkowanej rzeczywistości narobił. Bowiem na fundamencie metal
core'owym taką nawałnicę dźwiękową zbudowali, iż tylko przyklasnąć pozostało.
Bezustannie łamana rytmika, melodie w tym zgiełku ciekawie wybrzmiewające, nie
słodyczą mdlące jak często w konwencji takiej bywało, lecz intrygujące swoimi
strukturami, wokalną ekwilibrystyką w lidze najzacniejszych sadowiącą ich
autora - to cechy swoiste owej produkcji. Jednolita to bryła z każdym odsłuchem
oczy otwierająca na rozwiązania wcześniej niezrozumiałe, co ważne powodująca,
iż zgiełk ten w formę z góry założoną całość przepoczwarzające. Album to co z
chaosu w porządek ewoluuje, a kluczem wytrwałość w kontaktach z materiałem tym,
szansę dająca na przeżywanie muzyki nietuzinkowej, wielobarwnej na wielu
płaszczyznach do słuchacza docierającej. Takie progresywne zacięcie w tym
krążku wyczuwalne, otwarcie na formę gdzie wirtuozerskie wycieczki muzyków. pomimo wrażenia zwykłych popisów tak naprawdę w z góry założonym szablonie, dla
dobra zwartej kompozycji funkcjonują. I kiedy już wszyscy metal core'owi
"bogowie" w głęboki sen zapadną miejsce dla nowego objawienia
gatunkowego pozostawiając, mam nadzieję, że Protest the Hero wciąż trwać będzie -
swój potencjał ogromny rozwijając, swoje muzyczne odjazdy w kolejne finezyjne
rozwiązania ubierając. Bowiem po każdym trendzie ktoś wartościowy pozostaje i
nadzieje na przyszłość dla gatunku, choć często w bardzo zreformowanej odsłonie
dając. Umarł nu metal, Deftones pełnią barw żyje, umarł metal core, Protest
the Hero trwać będzie!
piątek, 7 czerwca 2013
Anathema – A Natural Disaster (2004)
Bezwzględnie
funkcjonuje reguła mówiąca, iż do odbioru pewnych dźwięków należy dojrzeć,
przejść na kolejny poziom ewolucji w sensie wrażliwości, mentalności. Jak
inaczej przecież mógłbym wyjaśnić dlaczego A Natural Disaster w momencie
premiery nie porwał mnie tak intensywnie swoją zawartością do krainy
dźwiękowego spełnienia, nie poniósł mnie za pośrednictwem genialnego Flying do
granic percepcji, nie odsłonił tak wyraźnie
pokładów dojrzałej wrażliwości. I dziwi mnie, iż w 2004 roku będąc już oddanym
niewolnikiem wszystkiego co Liverpoolczycy nagrali po Eternity, nieprzygotowany
byłem na tak introwertyczny przejaw ich geniuszu. Zastanawiam się i tylko
wcześniej wyrażona wstępna diagnoza ma tu racje bytu, jest w stanie racjonalnie
wyjaśnić moje ówczesne przekonanie o znacznie mniejszej wartości A Natural
Disaster w stosunku do Alternative 4 czy Judgement. Krążek to zadumany,
oszczędny, podany z maestrią godną największych twórców z progresywnej niszy,
jednak pozbawiony z wyczuciem pomimo długo rozwijających się motywów grzechu
monotonnych dłużyzn czy poczucia pewnego tzw. „przegadania” materiału.
Charakterystyczne dla formacji stopniowo rozwijające się tematy budowane są
przede wszystkim za pomocą niemal floydowskiej maniery gitarowej, suto
okraszanej klawiszowym, najczęściej pianina brzmieniem. Dodatkowym atutem
oprócz naturalnego miękkiego wokalu Vincenta jest sporadyczny udział Danny’ego
oraz frazy jakie nakłada Lee Douglas – zwiewne otaczające tytułową kompozycję ciepłą aurą. I na koniec nie sposób poświęcić choćby jednego zdania na pean
pochwalny ku czci najwyraźniejszego eksperymentu umieszczonego na albumie. Mam
tu na myśli kapitalny Closer, który udowadnia w sposób szczególny jakim potencjałem
dysponuje grupa. Nie każdy potrafi przecież tak zgrabnie przekształcić niemal
groteskowy efekt wokalny w formę porywająca i zniewalającą, która efektownie
wprowadza w rozwijający się trans – w wersji koncertowej wręcz oszałamiający!
Anathema stworzyła dzieło dla mnie ponadczasowe, którego magia w pełni odkryta
została z pewnym opóźnieniem, pokazując jednocześnie dopiero wraz z We’re Here
Because We’re Here, iż ścieżka która podążają jest na tyle bogata by nadal
inspirować z ogromną siłą!
Slayer - Seasons in the Abyss (1990)
Ostatnio w
oczekiwaniu na wysyp zapowiadanych nowości, w obrębie moich muzycznych
fascynacji refleksje snuć zacząłem w temacie klasycznych albumów towarzyszących
mi od lat. Zatem kontynuując w wolnej chwili ten proces, przeszukując zbiory na
„oczywistą oczywistość” trafiłem. Nie ma obaw, ręki na (nie)świętość nie
podniosę, bo żelazna klasyka jaka by nie była moja osobista opinia na temat
jakiegokolwiek obiektu kultu na obiektywny szacunek zasługuje. Fakt skrytykować
i wytykać co mi nie pasuję mogę, jednak z zachowaniem respektu wobec innych
przekonań, szczególnie, iż często są to dosyć twarde niemal radykalne
stanowiska, a do konfrontacji z byle powodu mi nie śpieszno! W końcu
zwyczajny ze mnie człek, co także mylić się może - pokorą pomimo własnego zdania
przepełniony, świadom własnych niedoskonałości. Dlaczego w pierwszej kolejności z
obozu zabójców Seasons in the Abyss? Bowiem po pierwsze dziewiczy to dla mnie
ówcześnie album z którym to nazwę Slayer kojarzyć począłem, za sprawą przede
wszystkim obrazka do tytułowego numeru. Po drugie album to, co do dnia
dzisiejszego wzorem thrashowej doskonałości pozostaje rozpalając emocje,
wzbudzając gwałtownie przypływ adrenaliny. Po trzecie natomiast w przekonaniu moim to szczyt i przepaść zarazem dla grupy
– szczyt, bo krążek kompletny, przepaść gdyż po nim to wiele lat minąć musiało
aby miękko po jego sukcesie wylądowali, aby nadwyrężony kręgosłup w postaci
składu po rehabilitacji znów funkcjonować z odpowiednim animuszem zaczął. W
porządku, był wstęp, czas na rozwinięcie! Jak tu jednak przejść do konkretów i
w detalach opisywać zawartość, kiedy o albumie tym chyba wszystko już napisano,
jednak może ja wszystkiego jeszcze nie przeczytałem i świadomie pomijając
wszelkie banałem śmierdzące ochy, achy i inne podnietą przesiąknięte dyrdymały
napisze, iż po sonicznym gwałcie Reign in Blood, oddechu odrobinie South of
Heaven międzynarodowa z pochodzenia ekipa wysmażyła befsztyk iście idealny -gdzieś na styku krwistości trójki i mocarnej ciężkości czwórki. Tak jak duet
powyższy w slayerowej konwencji wrażenie robi czegoś na kształt yin i yang z
azjatyckiej filozofii, tak album z otchłanią w tytule pełen jest cech
charakterystycznych obu poprzedników. Mamy tu zarówno intensywną galopadę,
rytmicznie podbijaną szaleństwem Lombardo, akcentowaną wrzaskiem przez Araye
czy motoryką riffu Hannemana oraz obłędem Kinga. Więcej tu dojrzałości aranżacyjnej,
osiągniętej odpowiednim zbilansowaniem powyższych cech charakterystycznych dla
grupy – zwolnieniami, które szczególnie w kontraście do superszybkich strzałów
są szczególnie cenne dla samej dramaturgii płyty. Krótko mówiąc w subiektywnej
mojej ocenie największe osiągnięcie to formacji, jak nie największe przez lata
osiągnięcie na scenie, w moim osobistym rankingu z tego piedestału dopiero
zepchnięte w 1999 roku za sprawą The Gathering dla wtajemniczonych wiadomo
kogo! Był wstęp, rozwinięcie też się pojawiło, czas zatem kończyć i treściwym
wnioskiem niekoniecznie związanym z przedmiotem refleksji się podzielić. Zanim
kolejne świeże wypieki z roku 2013 do mnie dotrą dalej z uporem maniaka odbywać
sentymentalne podróże zamierzam!
P.S. Refleksje poniższe jakiś czas temu spisane bez najmniejszego przeczucia, iż już wkrótce Hanneman ten "padół łez" opuści, a Lombardo z księgowym Kerry'm Kingiem, co do podziału zysków się nie dogada, przez co Slayer pomimo zapowiadanej dalszej działalności zapewne naturalnego zgonu doczeka. Na moich oczach odchodzi legenda, czas nie stoi przecież w miejscu!
Mustasch - Sounds Like Hell, Looks Like Heaven (2012)
Niestety w
przypadku poniższym, refleksji słów kilka w niewielkim stopniu entuzjazmem
zabarwione. Mianowicie uznana w świadomości mojej marka nowym albumem z
zaskoczenia uderzyła przynosząc jednocześnie klasowego mięsistego rocka o
potencjale przebojowym, jednak bez cech charakterystycznych dla nich, które zawarte
na czterech pierwszych krążkach zaintrygowały osobę moją ustawiając Mustasch
wśród faworytów mocnej rockowej konwencji.
Album powyższy rozczarowując finalnie, tak szybko jak zaistniał i przekonał
mnie do siebie przy pierwszym kontakcie po kilku następnych z równą prędkością stracił swój impet,
osłabł i sflaczał jakby powietrze dosłownie w tempie błyskawicznym z niego
uszło. Balon ten przedziurawiony duże poczucie niedosytu obecnie przynosi, najlepszym dokonaniom formacji nie dorównując. I mimo, że Sounds Like Hell
Looks Like Heaven w kilku fragmentach bardzo wyraźnie do twórczości klasycznych
marek nawiązuje, riffów bliźniaczych bez skrępowania używając przez co solidny
efekt osiąga - mnie zabieg ten na dłużej przy krążku tym utrzymać nie potrafi.
Problem niestety w tym, że trzydziestopięciominutowy zestaw kompozycji gdyby o
kilka tych bardziej jałowych uszczuplić, mini albumem solidnym mógłby zostać -
jednakże w formie obecnej jako równowartościowa propozycja konkurująca
przykładowo z Latest Version Of The Truth nijak pomimo swej wewnętrznej
przebojowości w mojej świadomości zaistnieć nie może. Takie to szybko przyszło
- łatwo poszło. Tyle i tylko tyle!
czwartek, 6 czerwca 2013
The Hours / Godziny (2002) - Stephen Daldry
Absolutnie
doskonały! Począwszy od perfekcyjnej obsady, gdzie kreacje Meryl Streep, Nicole Kidman, Julianne Moore, Eda Harrisa czy Stephena Dillane'a pokazują w pełnej krasie kapitalny warsztat tych hollywoodzkich
ikon, poprzez muzykę idealnie podkreślającą niemalże symfoniczną w budowie,
wyraźnie poetycką formę obrazu po fabułę poruszającą - zmuszająca do refleksji. Ten
obraz to zachwycająca mozaika z maestrią kręconych ujęć, scenografii bogatej
dbałością o każdy detal i nawet chronologiczne przeskoki pomimo swojej
złożoności nie wzbudzają poczucia chaosu, tylko za sprawą doskonałej
reżyserskiej narracji budują spójny, płynny wątek. I jedynie formalnością będzie
podkreślenie jakie emocje wzbudzają kluczowe sceny pomiędzy Virginią Woolf, a
jej mężem czy Clarissą Vaughan i Richardem Brownem. To prawdziwa
uczta dla wszystkich kochających dojrzałe kino, tylko oni będą w stanie
zrozumieć i docenić walory Godzin. Dobra, wymądrzyłem się! ;)
80 milionów (2011) - Waldemar Krzystek
Z gracją
bez nadmiernej, typowo polskiej napuszonej martyrologii opowiedziana historia z
solidnym warsztatem aktorskim. Ukłony dla tych co ryzykując tak wiele o taką
oczywistość z dzisiejszej perspektywy dla siebie i ojczyzny walczyli. Gdzie była wtedy większość obecnie sztucznie nadmuchanych,
napompowanych wzniosłymi hasłami krzykaczy? Czekali aż inni przyniosą im
wygodne czasy aby bez poczucia strachu, konsekwencji i odpowiedzialności mogli
sobie w bamboszkach szabelkami wymachiwać!
Soen - Cognitive (2012)
Czekam na
ożywienie poczynań kultowego Toola już ładnych lat kilka. Zamiast krążkowego
pracy efektu, działaniami biznesowymi Pana Maynarda karmiony jestem, że wino
własne produkuje - promuje je intensywnie. A ja w napoju bogów do końca nie
gustuje stąd newsy takie w niewielkim stopniu zainteresować mnie mogą. Lecz do
rzeczy! Jak często robić zwykłem portale muzyczne w poszukiwaniu dźwiękowych inspiracji przeszukuje - tak na formacje Soen natrafiłem,
nazwiskami nieobcymi firmowaną. Bowiem Martin Lopez i wszędobylski Steve
DiGiorgio w kolaboracji z dwoma innymi muzykami z takim doskonale oszlifowanym
diamencikiem wyskoczyli, że do dzisiaj choć z albumem przyjaźnie się już od
ładnych kilkunastu miesięcy z wrażenia przyklękam, hołd im oddając, pokłony i brawa
bijąc. Na fundamencie jawnie do ekipy Maynarda nawiązującym taki zacny
aranżacyjny haft wykonali, łącząc puls nerwowy basowo-perkusyjnych kanonad z
orientalną często melodyką i wokalem niespiesznie z pewną niezwykle czarującą
monotonią czy subtelnością podanym. Choć Toola duch unosić przez cały kontakt
z krążkiem się nie przestaje, w żadnym stopniu epigonami załogi Soen nazywać
się nie powinno. Cechy własnego stylu umieścić wyraźnie potrafili, mniej brudu,
dzikości, więcej zadumy, artyzmu, artrockowego zacięcia, nerwowego pulsu w
utworach umieszczając. Na mnie działania owe zaklęcie rzucić, oczarować
intensywnie, potrzebę ogromną oczekiwania na nowy album zaszczepić pozwoliły!
Satyricon - Now, Diabolical (2006)
Jakiż w owym czasie album ten
zrobił mi remanent postrzegania Satyricon – dokładnie rzecz biorąc ekipa z
ojczyzny fiordów po zrzuceniu napompowanego imageu z lat 90 tych, a później
zbyt wyuzdanie przeintelektualizowanego z Rebel Extravaganza i Volcano
wkroczyła na tereny gdzie ich markowy styl spotkał się z brudną, surową jednako
podszytą niemal rockowym feelingiem estetyką. Przyznaję, lata 90 te, a dokładnie okres po pomnikowym Enthrone Darkness
Triumphant, gwiazd dzisiejszych teatralno-symfonicznego podniecenia, to także
dla mnie szczeniackie uniesienia przy wszelkiego rodzaju pseudo
symfoniczno-blackowo-gotyckich nadmuchanych patosem zawodzeniach babskich i
szczekliwych charkoto-skrzekach blado trupich wojowników. Człowiek jednak w
miejscu nie stoi - wrażenie przynajmniej takie odnoszę i z perspektywy
czasu z zażenowaniem częstokroć spogląda na młodzieńcze fascynacje czy
przelotne mody, którym jego wątła, nieokrzepła psychika ulegała. Paradoksem w
kontekście powyższych wniosków wydaje się, iż dzisiaj z ogromnym sentymentem,
szacunkiem i całkowitym brakiem wstydu przyznaję się do ciągłych fascynacji
większością rockowych wykonawców co na początku lat 90 tych, kiedy to ta
kiczowata symfonia jeszcze swego ryja modnym od
patosu mdławym anturażem umazana nie gwizdnęła mi na chwilę wrodzonego poczucia
smaku, na moim stereo klocku kaseciaku harcowali. Do rzeczy jednak! O „Now,
Diabolical” być miało! Wracam zatem do sedna chociaż ckliwe, goryczą niejako
przesiąknięte powyżej zamieszczone wywody w kontekście Satyricon na miejscu są
jak najbardziej. Mianowicie tak sobie kombinuje, że styl jaki został osiągnięty
przez Satyra i Frosta na opisywanym krążku w sposób modelowy pogodził dwa
światy końca ubiegłego wieku w których zdało mi się muzycznie funkcjonować. Ten
o tradycyjnie rockowo-metalowym szkielecie, gdzie królował subtelny
instrumentalny minimalizm wraz z niezaprzeczalną wysmakowaną przebojowością i
ten gdzie liczył się przede wszystkim wizerunek, a muzyka będąca jego
dopełnieniem zawierała w sobie pierwiastek diabelsko-mizantropijny. Now,
Diabolical zawiera zatem w sobie atmosferę gdzie pomimo pewnej zadumy, czy
patosu odrobiny wyczuwalny jest sznyt przez rogatego wycięty, a całościowa aura
brudem i surowością sprawiająca wrażenie niechlujnego podejścia do realizacji, jest przesiąknięta. Charakterystyczne nietuzinkowe, pasji pełne perkusyjne
bicia Frosta ukryte pod zdecydowanie bardziej przystępnymi, przebojowymi wręcz
strukturami kompozycji pretendują w przekonaniu moim do jednych z najbardziej
wysmakowanych, a gitarowe markowe odjazdy wwiercają się w świadomość niemal
podszyte pewną industrialno podobną estetyką. Całość wrażenie robi niezwykle wysokiej
jakości, łącząc w sobie przystępną znacząco w porównaniu do zbyt skomplikowanego
okresu z twórczości formacji strukturą kompozycji z głęboko wręcz ukrytą
finezyjnie, nerwowo pulsującą dynamiką. Być może dla ortodoksyjnie
pochłoniętego dorobkiem Satyra i Frosta fana wywody moje stekiem bzdur
oddanego ostatnio znacząco mniej ekstremalnym wyziewom laika się wydadzą,
jednak trudno bym przelewając na klawiaturę mocno już okrzepłe własne odczucia
sugestiami, poglądami czy niemal fanatyzmem tych (bez urazy) często
regresywnych leśnych troli się kierował. Dla mnie odwagi jedynie należy twórcom
„Now, Diabolical” gratulować, że taki krok podjęli z kajdan typowo blackowych
oczekiwań albumem tym się wyzwalając!
Testament - Dark Roots of Earth (2012)
Refleksja
fundamentalna w przypadku Testament mi się nasuwa, że sukces The Gathering z
perspektywy czasu dla formacji w przekleństwo w pewnym sensie ewoluował -
bowiem produkcje po krążku powyższym nagrane nie nawiązują z nim w żadnym
stopniu równej walki. I pomimo, iż Dark Roots of Earth w przekonaniu moim to
materiał bardzo dobry, nie zawiera jednak w sobie tego pierwiastka, który po
latach do albumu tego jako do klasyka
kazałby powracać. I być może ocena moja dość surowa się wydaje jednak nijak
słuchając ostatniej artystycznej kreacji grupy pozbyć się wrażenia nie mogę, iż
muzyka to bogata aranżacyjnie, sprawna kompozytorsko, solidna wokalnie jednak
pozbawiona pewnej trudno namacalnej iskry, waloru co pozwala długotrwale,
długofalowo czerpać z dźwięków satysfakcję - odkrywać ją z nowej wciąż
perspektywy. Testament dzisiaj to dla mnie dobrze naoliwiona maszyna co
koncertowo potrafi do organizmu adrenalinę zaaplikować jednak w studyjnym
wydaniu ograniczona jedynie do lawirowania pomiędzy melodyjną przebojowością
pomysłów w latach 80-tych osadzonych, a surowością, jadem i krzepą tego co
napisali w drugiej połowie 90-tych. Pomysł to na krążki zdaje się racjonalny
jednak w przypadku ekipy Chucka Billy'ego zbyt statyczny, bezpieczny i
wyrachowany - taki prawami muzycznego biznesu i finansowymi wytwórni
oczekiwaniami spętany!
środa, 5 czerwca 2013
Down - A Bustle in Your Hedgerow (2002)
Dawałem chyba ostatnio do zrozumienia, iż rozczarowany obecną postawą i pomysłem na przyszłość ekipy Phila
Anselmo aby poczucie zażenowania nią zmyć, powracam bardzo często do
klasycznych już albumów Down, w szczególności do A Bustle in Your Hedgerow, żeby
swoje zęby móc zatopić w szlachetnej potrawie. Wszak pomimo, iż prosty ze mnie
osobnik w muzycznej niszy od przekąsek czy fast foodów zdecydowanie bardziej wolę wyszukane dania. Dla mojego ośrodka słuchu
pierwsza z czterech epek to nic innego jak w pośpiechu, „na kolanie”
przygotowany, nie da się ukryć odżywczy jednak bez walorów smakowych substytut
ich twórczości, taki zwyczajny szybki posiłek. Najem się jednak potem perypetie
żołądkowe mam, mdłości i wzdęcia - ogólne poczucie dyskomfortu. Inaczej
całokształt A Bustle in Your Hedgerow trawie! Już sam wygląd zewnętrzny tej
potrawy jest atrakcyjny, odpowiednio formę podkreślający, wysmakowany,
intrygujący. Nie inaczej z samymi składnikami – wszystko z pewnego klucza
dobrane, świeże, atrakcyjne, nie pozwalające jednej nucie smakowej zdominować
całości. Mamy tu zatem konstrukcje przemyślaną od początku do końca samego,
zawierającą pierwiastki zarówno klasycznego stonera, elementy doomu czy nawet
w niewielkim stopniu sludge'u. Dodatkowo wszystko podlane odpowiednio
intensywnie specyficznym nowoorleańskim bluesem, akustycznymi i incydentalnie
klawiszowymi brzmieniami. Rozbudowane przeciągające punkt kulminacyjny lub z
dużą częstotliwością go osiągające kompozycje sąsiadują z monolitami czy dynamicznymi
ciosami. Maszyna napędzana sekcją rytmiczną w pozorny sposób wrażenie pewnego
chaosu uzyskuje, dla wprawnego jednak ucha mozaikę niezwykle atrakcyjną,
ponadczasową tworzy. I wiem co piszę, z autopsji bowiem sam po pierwszych z tym
albumem kontaktach jakąś wielką miłością do niego nie zapałałem – rozjeżdżające
się, bezładem pierwotnie zalatujące struktury odrobinę odpychały. Czasu niejako
potrzebowałem, osłuchania się z nimi aby założony porządek rzeczy w odbiorze
moim uzyskały. Trwał ten proces chwilę, jednak w żadnym stopniu nie był on
bezcelowy - forma konsekwentnie osiągnięta przez Down nagrodziła wszelkie
pierwotne trudności. Wszystko tu doskonale zbilansowane się zdaje, dopełnione
kapitalnym wokalnym warsztatem. Anselmo, na dwójce bowiem według odczucia
mojego pokazuje wszelkie odcienie i barwy jakimi jego głos dysponuje – od
pomruków, niemal czystych tradycyjnych fraz po markowy ochrypły ton czy pełne
pasji wściekłe wrzaski. W ogólnym odbiorze krążek to wysoko kaloryczny, jednak
tych pustych oszczędzający, skupiający się jedynie na takich co dynamiki i
energii mojemu organizmowi skutecznie od lat dostarczają. Niestety od jakiegoś
czasu po każdorazowym kontakcie z dwójką smutna obecna rzeczywistość studyjna
grupy, wątła forma twórcza tych przecież utalentowanych muzyków smuci. Nie jest
w stanie przecież The Purple w żadnym stopniu równorzędnej walki z A Bustle in
Your Hedgerow nawiązać. Apel rozpaczy zatem jako zawiedziony fan w przestrzeń
wysyłam! Opamiętajcie się panowie porzucając prace nad rozległym projektem
kilku epkowym i nagrajcie album z prawdziwego zdarzenia! Nie rozmieniajcie
swojej klasy na drobne!
Nevermore - This Godless Endeavor (2005)
Smutek i
żal mnie ogarnia patrząc jak grupa co nową jakość w ciężkiej muzie stworzyć
zdołała obecnie powoli w niebyt odchodzi. Na dwa obozy się podzieliła, już
nawet ostatnio złudzenia odmawiając, że odrodzić się w składzie złotym może.
Cieszyć się jednak pozostaje, iż przez kilkanaście lat funkcjonowania albumy
świetne po sobie pozostawiła - na czele z wybitnym This Godless Endeavor. Po
wypieszczonym Dead Heart in a Dead World i
chaotyczno-obłąkańczym Enemies of Reality wkroczyli z impetem do mojej
świadomości z krążkiem łączącym w sobie wszystkie ich najlepsze cechy. Szybie,
zwarte kompozycje zawierające jedyne w swym rodzaju chłoszczące riffy
"długopalczastego" maestro Loomisa, precyzyjne punktowanie sekcji
rytmicznej i ten wyjątkowy Warrel Dane, jednych odrzucający innych wkręcający
całkowicie swoją ekspresyjną wokalną manierą. Tych co o sile głosu Warrela
przekonać by się chcieli odsyłam do koncertowych popisów zawartych na albumie
The Year of the Voyager i zapowiedzi do kawałka I'm the Dog - dosłownie mury
pękają! Brzmienie krążka zgrabnie łączące w sobie moc potężną i przejrzystość
krystaliczną, to wzór doskonałości niemalże dodający tej dynamicznej dźwiękowej
zawierusze mocy piekielnej. Jednak nie tylko szybkością i biegłością
instrumentalną załoga Nevermore raczy nas na "tym bezbożnym wysiłku",
cechą immanentną całości jest także rozmach aranżacyjny pozwalający z różnych
perspektyw spoglądać na materiał. Delektować się po wielokroć złożonością
utworów, klimatem wciągającym czy zręcznością w łamaniu kompozytorskich
schematów. Ogółu dopełnieniem nie mniej istotnym od muzycznej zawartości jest
graficzna oprawa krążka - jedna bodajże z najdoskonalszych w przekonaniu moim w
całej historii muzyki rockowej. I choć kolejny album zawartością i poziomem
artystycznym równie mocno wbił się w świadomość moją, na dzień dzisiejszy ten
"wysiłek bezbożny" ikoną niedoścignioną w swojej niszy pozostaje i
grymas zadowolenia na mojej gębie ogromny przy każdym z nim kontakcie wywołuje.
Spiritual Beggars - Return to Zero (2010)
Przyswajając obecnie najnowszą produkcje Spiritual Beggars, kilka słów w temacie poprzedniczki Earth Blues. Zaczyna się ten krążek dosyć niemrawo jednak z czasem
wrażenie odniosłem, iż zabieg to ze strony muzyków jak najbardziej świadomy.
Bowiem pełzający riff Lost in Yesterday, gładko wprowadza nas w klimat Return
to Zero – krążka, który otwiera kolejny rozdział w karierze duchowych żebraków. Zmieniła się wyraźnie zarazem
muzyka jak i w etap nowy na posadzie wokalisty wkroczył Apollo Papathanasio - dotychczasowy głos greckiego Firewind. I przyznaje, iż wieść o dołączeniu do
tej wyjątkowej formacji power-metalowego południowca nie nastrajała mnie zbyt
optymistycznie, gdyż z ciekawości zapoznając się z fragmentem dorobku jego
macierzystego zespołu, barwa głosu przez niego prezentowana działała na mnie niezwykle
drażniąco. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy po dziewiczym odsłuchu
powrotu do zera, słysząc tego samego człowieka odnosiłem jednocześnie wrażenie
obcowania z zupełnie inną jakością. Głos tu jego z pewnością bardziej
drapieżny, silnie w klasycznym kanonie stworzonym przez ikony sceny ciężkiego
rocka umiejscowiony. Konkretna to barwa w żadnym stopniu, gdyby nie wiedza o
jego historii, w power metalowej niszy osadzona. Prawdopodobnie zasługa w tym
nie tylko następcy J.B. ale i całej ekipy dowodzonej przez Michaela Amotta.
Zdecydowanie pchnął bowiem tą maszynę na tory w branży hard rockiem nazywanej,
gdzie silnie inspirowany klasycznymi dokonaniami Rainbow czy Deep Purple o
decydującym klawiszowym sznycie, jednakże w wersji sporo cięższej, czasem wręcz
rockowo-doomowej. Nie jest to jednak album jednowymiarowy, konstrukcja jego, charakter ma szczególnie interesujący za sprawą łamania dynamiki poprzez
kompozycje, zrazu dynamiczne o specyficznej w przekonaniu moim pogodnej formie
z tymi bardziej wolnymi o riffie mocarnym, solidnie osadzonym - taki to krążek
jednocześnie dynamiczno-mozolny czy zwiewno-ociężały! Wspomnieć należałoby
jeszcze, iż dodatkowym atutem produkcji tej jest użycie do budowy atmosfery
albumu, utworów o akustycznym charakterze. Dodają one ciekawej jako całość
mozaice ducha tajemniczości, subtelnej wrażliwości, mając istotny wpływ na moc produkcji w pełnym jej wymiarze. Return to Zero pomimo pierwotnie
wielu moich obaw kolejnym niezwykle udanym krążkiem żebraków się okazał – takim
co obok wcześniejszych perełek grupy bez najmniejszego poczucia zażenowania
można postawić! Na koniec rączki zacierając, iż już w stereo moim
świeże retro riffowanie w retro wydaniu dudni, zastanawiam się na ile
płyt Apollo miejsce w szeregach formacji zagrzeje, czy aby J.B. nowego
standardu nie wyznaczył i po dwóch produkcjach Amott kolejnego głosu dla
swojego dziecka nie będzie poszukiwał. Zaufaniem jednak darze tego rudowłosego
pracoholika, gdyż jak dotąd przeprowadzając roszady na tym decydującym dla
formy zespołu stołku nigdy się nie omylił. Ma gość intuicje i talent
niezaprzeczalnie!
Killing Them Softly / Zabić, jak to łatwo powiedzieć (2012) - Andrew Dominik
Naczytałem
się przed seansem wielu krytycznych opinii, że przede wszystkim przegadany i
nudny. Jednak niezwiedziony powyższymi, zachwycony poprzednią produkcją Andrew
Dominika, znając charakterystyczny mozolny styl reżysera z nadzieją zasiadłem przed telewizorem. I choć obraz to zdecydowanie
stawiający na dialogi, ciężki w kontakcie, jednak całościowo zdecydowanie
wciągający specyficzną duszną atmosferą, stawiający nacisk na detale i smaczki,
intrygujący głęboko ukrytym gorzkim przesłaniem oraz jak zwykle świetnym
aktorstwem Pitta, Gandolfiniego czy Liotty! Taka to produkcja sięgająca po
najlepsze cechy filmów Scorsese, Tarantino i braci Coen. Jakbym oglądał
zgrabnie zmontowaną hybrydę Chłopców z ferajny, Pulp Fiction i przede wszystkim
Fargo - oczywiście ze znaczącym udziałem formy znanej z Zabójstwa Jessy'ego
Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda. Ogólnie rzecz biorąc mocne, koneserskie kino gangsterskie świetnie
skorelowane ze współczesnym amerykańskim, coraz bardziej żenującym mitem.
wtorek, 4 czerwca 2013
Orchid - The Mouths of Madness (2013)
W ekspresowym tempie, tuż po
premierze ale już po bardzo wielu odsłuchach The Mouths of Madness, przelewam
refleksje nad tym albumem na klawiaturę. Powód takiej decyzji prosty, gdyż
krążek to co od pierwszego kontaktu nabrał formy monolitu i w błyskawicznym
tempie owładną mnie swoją zawartością nie dając w najmniejszym stopniu powodu
do wątpienia, iż z czasem mój stosunek do niego może ulec radykalnej odmianie! Tuż przed premierą Orchid sypnął dwoma epkami
zapowiadającymi opisywany longplay i szczególnie Heretic z trzema świetnymi
premierowymi kompozycjami mocno wrył się w głowę - intensywnie nakręcił na
pełnowymiarową dwójkę. Co ciekawe w jednym z wywiadów muzycy podkreślali, iż
żaden z powyższych utworów nie wejdzie na powstającego długograja, gdyż mają
dziewięć bardzo równych kawałków co poziomem nawet przewyższają to co na
Heretic się znalazło. Taka buńczuczna zapowiedź jednocześnie mocno zaostrzyła
mój apetyt jak i odrobinę obaw we mnie zasiała. Na szczęście wszelkie
zapowiedzi w odczuciu moim wyraźnie pokrywają się z rzeczywistością. Album to
bowiem doskonały w pełnym tego słowa znaczeniu. Od kwestii oprawy graficznej
zaczynając, przez brzmienie naturalne – fantastycznie w procesie produkcji
wykreowane po samą merytoryczną zawartość dźwiękową, gdzie kompozytorski talent
wraz z umiejętnościami instrumentalistów wdrapują się na nieosiągalne dla
większości retro grup wyżyny wysmakowania. Charakterystyczny bulgoczący bas,
riffy głęboko zakorzenione w tym co Black Sabbath w złotej epoce z Ozzy’m
serwowali oraz bębnienie pełne mocarnego akcentowania szczególnie widoczne w
wersjach koncertowych, kiedy to pozwalają Theo Mindellowi na dynamiczne
podkręcanie napięcia. I zaznaczyć nie omieszkam, iż sama osoba wokalisty, jego
charyzma i przywódcza natura każe domniemywać, iż to dopiero zapowiedź tego co
najlepsze w przyszłości Orchid jeszcze wykreuje. I choć nowy album jest
bezpośrednio kontynuacją Capricorn znacznie pomimo już charakterystycznego
szlifu grupy różni się od poprzedniczki. Dwójka to krążek znacznie bardziej
spójny, sprawiający wrażenie pewnej solidnej bryły, bardziej przemyślany,
dojrzały i nawet w obrębie jednoznacznego stylu różnorodny ze smaczkami
dodającymi mu pikanterii. To wyraźne postawienie „kropki na i” w kwestii
kontynuacji drogi jaką gdzieś pomiędzy Sabbath Bloody Sabbath, a Sabotage
porzucili prekursorzy z Birmingham. Jednocześnie też pomimo jasnej i wyraźnej
zbieżności formy sygnał, że własną tożsamość i ogromny potencjał właśnie
rozpoczynają rozwijać. Jestem zatem przekonany, iż ta ścieżka którą podążają
przyniesie jeszcze wiele zaskakującej muzyki, osadzonej mocno w tradycji jak i
sięgającej do ich autorskich koncepcji. Teraz bowiem zaznaczyli swoją bytność
na scenie, poinformowali dzięki możliwościom Nuclear Blast o swojej
egzystencji, wzięli konkretny rozbieg by wskoczyć na kolejny poziom. Mam
nadzieje, że może za około dwa lata przy okazji trójki potwierdzą nadzieje
jakie w nich pokładam! Na koniec jeszcze taka refleksja od jakiegoś czasu
kołacze mi się w głowie, że „epigoni” w zdecydowany sposób przerastają to co
prekursorzy obecnie próbują nam wkręcić, gdyż w żaden sposób God is Dead? -
najnowszy singiel Black Sabbath nie jest w stanie dorównać jakiejkolwiek
kompozycji z The Mouths of Madness. Uwierzyć nie jestem w stanie, że 13 odarta
z całej tej nadmuchanej otoczki powrotu w bezpośrednim starciu z krążkami
Orchid będzie w stanie równorzędną walkę nawiązać (a może będę musiał to
odszczekać?) – czerwiec pokaże! Energia, dynamika oraz talent tych Kalifornijczyków może być obecnie nieosiągalny dla (z całym szacunkiem)
wypalonej niestety schematami już ekipy Iommi’ego. Pech to dla nich i chichot
losu, iż kiedy zdecydowali się na powrót w niemal legendarnym składzie Orchid w
ich niszy tak udanie już funkcjonuje. Umarł król – niech żyje król! Nie może
być przecież w tym królestwie dwóch monarchów jednocześnie!
Clutch - Earth Rocker (2013)
Strange Cousins from the West
kazał domniemywać, iż Clutch teraz wraz z kolejnymi produkcjami dryfować będzie
coraz głębiej w rejony bluesujące, jak jednak się okazało wraz z poznaniem
Earth Rockera, goście z Maryland jedynie wyciszyli nastroje by uderzyć z nowym
impetem pokazując wszystkim pseudo-rockowym wypierdkom kto tu na granicy
nastrojowego bluesa i dynamicznego rocka dominuje! Earth Rocker to bowiem wybuchowa 45-cio minutowa petarda wyciszona
jedynie w środkowej fazie za pomocą kapitalnej perełki w postaci Gone Cold. Być
może tylko po to aby dać fanom choć odrobinę tego co w pewnym stopniu silniej zaakcentowane
zostało na poprzedniczce. W moim przekonaniu Earth Rocker to krążek dynamiką
dorównujący mojemu ulubionemu Blast Tyrant tyle, że wszelkie funkowe niemal naleciałości
albumu z 2004-ego roku zostały tu zastąpione typowo energiczną rockową
tradycją. Szlachetne jak zwykle klasyczne instrumentarium nad którym muzycy
panują w sposób kapitalny zostało zaprzęgnięte w tylko jednym celu – dać
słuchaczowi porcje archetypicznej typowo męskiej rozrywki bez jakiś przesadnych
fajerwerków, wyłącznie buzujące dojrzałym testosteronem. Jednak nawet najlepsze
utwory mogłyby być pogrzebane przez wokalną nieudolność frontmana. Clutch
oczywiście może się tego problemu nie obawiać, gdyż niewiele grup ma takie
szczęście by posiadać w swoim składzie wokalistę kompletnego z barwą doskonałą,
wręcz wymarzoną dla stylu w którym się poruszają. Neil Fallon dodaje świetnego
feelingu liniom melodycznym, kapitalnie akcentując frazy, głębokim brzmieniem
podkreślając moc rockowego sznytu. Krótko mówiąc dla każdego kto zaczyna żyć
pełnią kiedy w jego żyły wlewają się bujające tradycyjne rockowo-bluesowe
dźwięki produkt to wprost wymarzony na długo tłukący się w głowie, chodzący za
pośrednictwem szlachetnej przebojowości za człowiekiem pomimo zapadającej już
ciszy wokół! Kurwa znów im się to udało – kocham tych Amerykanów!
Subskrybuj:
Posty (Atom)