wtorek, 31 grudnia 2024

Topko-antytopka 2024 - FILM

 



Wstrząsnęło, potelepało, ekscytowało, badź zirytowało, zanudziło tudzież najzwyczajniej spłynęło. Kropka!

CZYSTE ZŁOTO



BARDZO WYSOKIE STANY ŚREDNIE


NIBY TAK, A NIBY NIE


NIŻSZE STANY ŚREDNIE



STRASZNA LIPA

Topko-antytopka 2024 - MUZYKA

 


Się kręciło - przeleciało bądź ze mną zostało. Kropka!


CZYSTE ZŁOTO

Tribulation - Sub Rosa In Æternum (2024)

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Wild at Heart / Dzikość serca (1990) - David Lynch

 

Niemal od zawsze uważałem, iż Lynch potrafi kręcić (uwieczniać obrazy tak że wręcz pod wpływem sugestii czuć zapachy towarzyszące atmosferze), ale do tej pory mam problem by uznać jednoznacznie czy potrafi czytelnie (przystępnie z pewnością nie) opowiadać historie - miotam się we własnych przekonaniach i ostatecznie poddaje się jego kultowej w branży pozycji, sugerującej reżyserski geniusz człowieka odpowiedzialnego za jedne z najbardziej wyrazistych filmów w kina historii. Nie przeczę, iż ta jego metoda narracji jest intrygująca, bo raz jazda bez trzymanki (festyn ironii, kiczu i perwersji), dwa zapadające na zawsze w pamięć postaci (ich pogruchotane psychiki, a za nimi osobne historie), bo ponadto zawsze pulsująca i przerażająca sennym koszmarem tajemnica i niedopowiedzenia - mnóstwo sugestii i detali między wierszami, ale żeby pośród tego wszystkiego arcy przerysowanego było chociaż względnie łatwo? Nikt jednak nie obiecywał że łatwo będzie, bowiem nie to by opowiedzieć, ale aby poddać biednego widza jakiemuś narracyjnemu zaklęciu zawsze Lynchowi myślę chodziło, a Dzikość serca może nie jest najbardziej dziwacznym pod tym względem jego dziełem, ale jest dziełem chyba najbardziej energetycznym i esencjonalnym - dla wielu najbliższym w jego karierze perfekcji. W sumie mógłbym teraz zamilknąć i jako szary mały rozumek kierowany wiedzą prawdziwych koneserów-krytyków oddać mistrzowi pełnym uznania milczeniem, to co jego „cesarskie”, a nawet „półboskie” i do cholery jasnej (mimo że to trudne) tak poniekąd uczynię, dodając od siebie tylko że dzięki Cage’owi Elvis i thrash metal nigdy nie były od siebie tak nieodległe (sorry Glenn D.), a Laura Dern to jakiś tutaj totalny „no nie wierzę” skrajnie różny biegunowo seksualnie hiper nadpobudliwy odpał, po tym gdy obejrzy się ją jako Lulę zaraz po roli w Blue Velvet - niesamowita metamorfoza, aktorski, cholernie odważny kameleonik. Innymi słowy jakby obsada dała d*** i nie uczyniła na ekranie solidarnie stadnej rozpierduchy (Diane Ladd o jprdl!), to być może gdzieś chyba te lynchowskie czary mary nie zahipnotyzowały, dzikie pomysły nie kąsały i sama idea wciśnięcia widzowi w gardło popieprzonej miłości by wystarczająco soczyście po prostu nie zagrała. Chcę przez to powiedzieć, iż chyba jak aktora Lynch wybiera, to aktor czując się wyróżniony sam się przymusza do wyrywania sobie podczas kręcenia paznokci po kryjomu, żeby był ból, wkurw, chora na głowę, napędzona adrenaliną brawura i wszystko to co towarzyszy sadystycznym aktom autoagresji, by nie być jedynie autentycznym, tylko ekspresyjnie turbo dosadnym! Tak tak tak - wspomnij jeszcze człowieku obowiązkowo o kurtce z wężowej skóry i finale finałów! :)

niedziela, 29 grudnia 2024

L'amour ouf / Beating Hearts (2024) - Gilles Lellouche

 

Widziałem wcześniej kilkakrotnie zwiastun i już wówczas mogłem poczuć wątpliwości, czy aby szumne dystrybutora zapowiedzi zostaną podczas projekcji spełnione, gdyż energii w nim opór i dynamika montażowa ponad wszystko, a ja do fanów teledyskowej formy w filmie raczej nie należę, tak jak kiedy wciska mi się skutecznie gigantyczne oczekiwania, tak naturalnie załącza się na tryb szukania dziury w całym moje krytyczne spostrzeganie. Intuicja mi poniekąd modelowo podpowiadała, że jak film pędzi, to po wątkach tylko przemyka, niby zaliczając kolejne założone cele dla oczu widowiskowo, lecz zarazem nie dając szans na głębsze spenetrowanie obszaru za sobą pozostawionego. Prawie trzy godziny gonitwy w praktyce okazało się dość męczące - obserwacji podjętej próby przełożenia na język filmu teorii wydarzeń istotnych, przełomowych, decydujących o kolejach losu w praktyce. Zbiegach okoliczności, sytuacjach krytycznych., które o mnożeniu życiowych zakrętów przesądzają - formatywnych nieświadomych doświadczeniach, decyzjach podejmowanych pod wpływem emocji i stanu przesiąkniętego naiwną niedojrzałością, który konsekwencje przykre determinuje. Bywał poza tym często tak na siłę artystyczny, że aż pretensjonalny, ale zawierał w sobie też sceny totalnie poruszające i posiadające głęboko sugestywny wydźwięk, więc jakbym nie napisał, iż miotały mną mieszane uczucia, to nie oddałbym bez tych szablonowych słów istoty doznań. Podzielony na dwa rozdziały i obsadzony z racji rozpiętości akcji w czasie przez wielu aktorów grających tą samą rolę, nie został na szczęście położony w międzyczasie jakąś wybitnie słabą rolą, a nawet miewałem wrażenie, iż aktorzy młodzi wypadli lepiej od bardziej powściągliwych wiekowo dojrzalszych, a sama konstrukcja oparta na wyświechtanych wzorcach broniła się szczególnie sentymentalną muzyczną podbudową i na koniec szczwanie zaskakującym finałem. Jednako w sumie najlepsze, bo mięsne kino zrobiło się w drugiej połowie, gdy miałem wrażenie, iż kończy się ambitne puszenie, a zaczyna srogi łomot. Tyle że wyłącznie połowicznie, bowiem ostatecznie obie odsłony żonglowały podobnymi walorami i wadami, żeniąc quasi biograficzny dramat społeczny z nowocześnie podanym kinem akcji, bez użycia spoiwa zapewniającego aranż wyjątkowo spójny. Być może kiedy już Beating Hearts się uleżał i zważyłem go w sobie, to trudno mi nie uznać, że był bardzo dojrzałą opowieścią o czymś naprawdę ważnym, a mimo to uprę się,  zabrakło mu lekkości realizacyjnej i narracyjnej swobody, bowiem to co mierzi przez cały seans to parada powtarzalności, w sensie wykorzystania na zasadzie nieco gorączkowo bałaganiarskiej akcydentalności, w niestety nadmiarowo przesadzonym czasowo wymiarze myślę wszystkich klisz możliwych.

sobota, 28 grudnia 2024

Miller's Crossing / Ścieżka strachu (1990) - Ethan Coen, Joel Coen

 

Wiadomo że Coenowie za jaki gatunek się nie zabiorą, to dodają jemu konkretnemu i skrupulatnie wybranemu, szczególny sznyt własny - zawsze zachowując jednakowoż tegoż gatunku wydestylowany idealnie płynny stylistyczny rdzeń i nie inaczej jest w przypadku Ścieżki strachu. Gangsterka tradycyjna tutaj poszła pod groteskowy filtr coenowy - kapitalny przekornie kolorowy noir, nabrał cech nieco innych niż za czasów, gdy takież gatunkowe kino święciło największe triumfy. Mafia włoska i irlandzka w policyjno-politycznej siatce układów i indywidualnych kiwek. Co kto komu zawinił i jakie w związku nastąpią ruchy na zdradzieckimi posunięciami opanowanej szachownicy, gdzie gra się niekoniecznie oczywiście czysto o wpływy, finansowe korzyści oraz namiętności. Oczywiście też o katalogu prostych gangsterskich zasad, lojalności w zasadzie w świecie teoretycznie zasad pozbawionym. O miłości ślepej, zaborczej w praktyce i w kontrze teoretycznie prawdziwie odwzajemnionej, tak jak i o zdradzie, w którą wkomponowują się te wszystkie powyższe. Wszystko podkreślone, najwyraźniej jak możliwe dookreślone poprzez przesadę, jaka nie wynika wyłącznie z groteskowego oblicza coenowskiego kina, ale jest częścią gatunkowej tradycji i ogrywania powszechnie dostępnych klisz gatunkowych. Tak więc pojazdy dziurawione są z rozmachem, trup się ścieli gęsto, pada pod gradem pocisków wystrzeliwanych z legendarnego pistoletu maszynowego marki Thompson. Jedno charakter stylu, drugie dbałość o sceniczne szczegóły, znaczy że na tej scenie gdzie wystawiany jest spektakl filmowy zwraca się mocno uwagę na scenografii detale, a trzecie umiejętność wpływania na jakość gry zatrudnionej obsady, a ona to poziom hiper i mega wyrazisty. Poetyka kreowania obrazu w Ścieżce jest obłędna, organizacja sceny ale i dla niej tła zasługująca na wszelkie entuzjastyczne uznanie, tak samo jak wyczesane kreacje hollywoodzkiej ówczesnej aktorskiej śmietanki - w tym ulubieńców braciszków. Zgadzam się że Ścieżka to kwintesencja czarnego gangsterskiego kryminału i dodaje, iż też dobrej kinowej (rozrywkowej) zabawy synonim. Bo to Coenowie przecież! 

poniedziałek, 23 grudnia 2024

Samael - Eternal (1999)

 

Samael to na poziomie błyskawicznej stylistycznej przemiany zaiste gatunkowe kuriozum - zerkając po pierwsze przez jedno ramię na współczesną jego historię, gdzie ogólnie trudno o zachwyty, gdyż z pozycji kultowej spadł na własne niejako życzenie do niższych stanów średnich, nie zdobywając w sumie nazbyt wielu nowych fanów, tracąc jednocześnie oczywiście tych najstarszych, ale i tych którzy także okresem Etrenal byli zafascynowani. Kiedy natomiast spojrzeć właśnie przez drugie (może to być lewe) ramię głębiej w przeszłość, pomijając oczywiście surowy czas początku zamierzchłych lat dziewięćdziesiątych, a koncentrując się na przekraczaniu granicy black metalu w kierunku elektroniki, to można odnieść wrażenie, iż tak najbardziej wciąż szanowany Passage, jak o krok ku jeszcze większej przystępności gatunkowej przesunięty Eternal miały w sobie bardzo dużo pierwiastka perspektywicznie ewolucyjnego. Niestety im dalej w elektronikę, tym mniej w Samael było tak przestrzeni, a w nim powietrza, a więcej jak się okazało i słychać to najsilniej z pozycji dzisiaj kompresującego ambicje tandetnego niemal techno bitu. Reign of Light kompletnie się obecnie u mnie nie broni, ale Eternal to zupełnie inna historia i poniekąd wciąż jestem zaskoczony, bowiem sporawo z tego co gdy miał premierę czułem, dzisiaj też na mnie oddziałuje. Podniosła, epicka w pewnym sensie, choć przecież nie może być mowy o rozbudowywaniu struktur i instrumentarium charakterystyka kompozycji z Eternal, łączy się spójnie z niebanalną elektroniką - czasem słyszę iż w klawiszowym ujęciu nie tak daleko było na przykład Eternal do Nexus Polaris Covenant (świetny Being). Wiąże dudniący puls mechanicznej elektronicznej perkusji ze ścianą wioseł, które podporządkowane są nadrzędnej roli rytmu, z szeroką gamą syntezatorowych motywów, które z kolei mogą kojarzyć się zarówno z atmosferą orientalnych zagrywek, jak i transowymi, kosmicznymi pejzażami, jakie niewątpliwie koperta płyty może sugerować. Na Eternal brakło jednak szamańskiej wręcz aury z jaką kojarzę Passage i ostatni krążek Samel jaki w stu procentach nadal szanuję bardziej przemawiał/przemawia do mnie na poziomie syntetycznej quasi orkiestrowej chwytliwości (potężny The Cross), niż mrocznego, nawiedzonego obrządku, co absolutnie nie odbiera mu siły, która w tych okolicznościach tkwi myślę, w uwolnieniu się na dobre od oczekiwań black metalowych purystów. To powiazanie z zaskakująco dobrym przyjęciem Passage, gdzie przeskok stylistyczny jest najmocniej odczuwalny, a co dało wówczas ekipie Vorpha i Xy luz, odwagę i przekonanie o intuicyjnie trafionym kierunku. Co nie uchroniło jak się okazało wizerunku Samael przed w pewnym sensie w przyszłości w środowisku kompromitacją, bo okazało się, iż pewność siebie ich zgubiła - gustu (bardzo żałuję) pozbawiła. Jak tak można było z poziomu kultu do prawie synonimu żenady.

niedziela, 22 grudnia 2024

Tribulation - Sub Rosa In Æternum (2024)

 


To było pewne i nie raz wcześniej przy okazji refleksji wokół wcześniejszych albumów Tribulation nadmieniałem, że to tylko kwestia czasu, iż Szwedzi wejdą w czyste wokalizy na całego i że to zmieni niemal kompletnie charakter ich muzyki. Okazja do przemiany nadarzyła się właśnie teraz doskonała, choć utrata głównego kompozytora najczęściej nie jest szansą lecz sporym problemem, a że Sub Rosa In Æternum brzmi nawet nie ascetycznie, ale w porównaniu do najlepszych płyt Tribulation po prostu blado i biednie, to nie ukryję do końca tekstu jak bez kluczowego koła zamachowego sobie ta ekipa dzisiaj radzi. Krążek zbiera dość chłodne recenzje, skrajnie dostaje od recenzentów łupnia potężnego i nie pamiętam aby w branży tak cicho było, kiedy Tribulation nowy album wydawał. Zawsze z pompą i bez względu jak bardzo zdołali się oddalić od death metalowych korzeni, to jednak bez dyskusji z szacunkiem, jako o materiale zespołu na scenie ważnego i wciąż rozwojowego. Tym razem jest zgoła odmiennie i kiedy poznałem finałowo całość Sub Rosa In Æternum, nie odczułem aby milczenie nie miało uzasadnienia, choć materiał to kompletnie żaden nie jest, a wyraźny dryf w partiach wokalu natchnionego, z tembrem idealnie z gotykiem współgrającym nawet na pierwszy ogień zdaje się podobać. Problem leży jednak według zapewne nie wyłącznie mojej opinii w fakcie, iż ognia w kompozycjach nie ma wiele, puls jest jednolity, a z wielowymiarowości i harmonii znakomitych ostały się jedynie echa dawnej w tych kategoriach świetności. Trochę to wygląda podobnie do kierunku mordującej ducha muzyki "ewolucji" ekipy Sahg, tylko kiedy Norwedzy obdarli swoją nutę z diabła retro occult rockowego do formuły bardziej mrocznego heavy, tak Szwedzi z hybrydy progresywnego heavy death'u zatracili własne ja, zmierzając w najgorszą (bez charyzmy) wersję pogrobowców The Sisters of Mercy czy bardziej współcześnie patrząc, tych najgorszych prób naśladowania rzeczonych przez flagowca Johana Edlunda. Tiamat jednakże nawet 
w najsłabszych momentach, to w obliczu SRIA rzeczy interesujące, przy po prostu słabych numerach Tribulation (patrz najbardziej Reaping Song, Murder in Red, Drink the love of God i Hungry Waters). Rzecz najzwyczajniej w tym, iż sól soli Tribulation, czyli solówki są mizerne, co najwyżej poprawne, a jakościowa przebojowość ewentualnie kawałków to jakaś klasy B kpina. Chyba że nagrają w przyszłości coś bardziej mizernego, wówczas dzisiejsza forma Tribulation może nabrać kolorków.

P.S. Po zapętleniu obrazka do Murder in Red, postanowiłem dla hecy z Murder in Red częściowo się przeprosić. :)

sobota, 21 grudnia 2024

The Outrun (2024) - Nora Fingscheidt

 

Etanol, odurzający i uspokajający - łagodzi niepokoje, odpręża, dystansuje, pomaga w radzeniu sobie z sytuacjami stresowymi, więc tylko chwalić i stosować, gdyby nie!!! Dlatego film Nory Fingscheidt to nie ciągła, nakręcona impreza pod wpływem, a merytorycznie anty alko przestroga i zaskakująco przekonująca w roli zmagającej się z problemem młodej kobiety gdzieś na wietrznych Orkadach Saoirse Ronan. Kto by przypuszczał że ona do takiej roli się wpasuje i w bardzo złożony sposób odda niuanse uzależnienia, bo jej dotychczasowe role zasadniczo nie zwiastowały takiego ostrego skrętu z Alei Dobrze wychowanej panienki, w zaułek pogrążonej w UDRĘCE buntowniczki - pamiętam była też w międzyczasie Lady Bird. Konstrukcja The Outrun oparta została na retrospekcjach - snujących niejako historię Rony i jej drogi do udręki i z udręką się siłowania. Brak tutaj postępującej równo w przedziale czasowym narracji, toteż dramatyzm w sensie kulminacji wkracza na ekran znienacka, a sama ona (narracja) ma oblicze korzystania jakby z dziennika, pamiętnika i zawartych w nim cytatów, według chronologii na potrzeby uzyskania autentycznego wrażenia skomplikowania sytuacji postaci, czy chaosu poczynań, w rozumieniu kręcenia się jej w kółko z powracającym nałogiem. Poza tym w scenariuszu trochę mitów odnośnie miejsca i natury miejscowych, naukowych encyklopedycznych wtrąceń (tak myślę bohaterka wypełnia czas, którego nie chce spędzić na topieniu smutków w butelce), ale najwięcej dzikiej przyrody i ustawicznego plątania się we własnym kłębku traum, siłowania z osobistymi demonami. Pozostaje dodać, iż film Fingscheidt (ostatnio mocny Systemsprenger) jest zderzeniem w kwestii wizualnej świata tejże "uzdrawiającej" odosobnieniem przyrody i imprezowego stylu życia z nutą tajemnicy, bo aby docenić, trzeba się pozwolić wkręcić w koleje losu bohaterki i ponieść ciekawości, dociekając co się zdarzyło, że się ostatecznie w matni w młodości skończyło. Płynie z The Outrun niby banalna przestroga i płynie też prozaiczna mądrość i ja potrafię, mimo iż nie było łatwo po raz enty takie kino, jeśli nie jest nazbyt dosłowne właściwie ocenić, podkreślając jednak jakoby mnie najbardziej ciężko jednak było przed projekcją wyobrazić sobie Saoirse jako alkoholiczkę, a teraz dzięki jej udanemu przeobrażeniu nie mam już z tym problemu. Tak dziewczyna dobrze wypadła i przynajmniej ja po seansie problemu już nie mam! To jest kino smętne i to jest bolesne kino, ma ono też silny wydźwięk ostrzegający. Może nie błyska niczym brutalna krwistą czerwonością pulsująca lampa, ale stanowi porządną w gatunku społeczno-psychologicznym rzecz surowo uwrażliwiającą.

piątek, 20 grudnia 2024

Saturday Night (2024) - Jason Reitman

 

Reitman młodszy dostarczał niejednokrotnie nie tylko uznania dowody, że tata jego to robił fajne, kasowe komedie typowo hollywoodzkie, a on ma większe ambicje i poszedł o krok dalej kręcąc równie fajne, ale poważnie zabawne, bardziej gustowne, mniej popularne obyczajówki hollywoodzkie. Ivan to sentyment dziecięcy, Jason natomiast u mnie topka obecna, a SNL to olimpijskie pudło w historii amerykańskiej TV rozrywkowej niewątpliwe. Szoł legenda dostarczający przedni i do tej pory w sumie aktualny, błyskotliwie abstrakcyjny, kudłaty z lekka i zaczepny humor, w formule skeczy w gwiazdorskiej oprawie. Absolutny wzorzec widowiska telewizyjnego i arena na której popularność zdobywały największe amerykańskie ikony komediowe. Inscenizacja wydarzeń z dnia 11 października 1975 roku, czyli debiutu antenowego debiut SN(L) przygotowana przez Reitmana, to przypominająca kontrolowany chaos rekonstrukcja tychże wydarzeń towarzyszących. Podług filozofii „program nie zaczyna się bo jest gotów, zaczyna się bo jest 23.30”, czyli wiadomo czego się spodziewać - improwizacja, bazująca na wrodzonych predyspozycjach obsady, sztuka przekuwania tych naturalnych talentów w sukces, przy aplauzie widowni. Z niepodważalnym szacunkiem, nostalgicznym sentymentem tak dla epoki, samego programu jak i tworzących go komików, których sam zapewne dzięki z nimi ojca współpracy doskonale pamięta. Świetnie zagrane, mega dynamicznie nakręcone i super stylistyczny spektakl, a’la broadway'owski i trudno się czegokolwiek czepić, bo wszystko fajnie buzuje, bawi i współczesną poniekąd historię rozrywki od strony zaplecza atrakcyjnie ukazuje. Zderzenia młodych aroganckich osobowości i rozbuchanych ego, w atmosferze nakręcającej się inspiracji, starć i tarć, oraz rodzących się głębszych relacji, dających finalnie lekko chaotyczną, bałaganiarską, ale z ogromnym potencjałem za kulisową, barwną rewię. Na prawie koniec jeszcze ciekawy zwrot akcji i puenta lub coś w tym pouczającym stylu, lecz czy młody Reitman wycisnął z potencjału wszystkie możliwe soki, to ja mam więcej niż tycie wątpliwości i nie wiem czy te wibracje w stu procentach oddają tamtą atmosferę. Nie znam wielu kontekstów, tak jak same odcinki programu widziałem li tylko połowicznie, a jeśli coś z wynikłych konsekwencji przyszłych karier bohaterów mi majaczy na tyle wyraźnie w świadomości bym mógł powiązać je z zasianymi sugestiami w scenariuszu, to mam wrażenie iż zaczynam więcej z pracy Reitmana rozumieć. Sęk w tym że zbyt dużo wiedzy mi brakuje, a tym samym jestem w tym przedstawieniu raczej na pół gwizdka (głównie w rzeczy samej perspektywa filmowa Chasea, Aykroyda), a bycie w nim jako znający wszystko fan boy, to zdaje się być klucz do odczucia czegoś więcej ponad satysfakcję warsztatowymi walorami aktorstwa i dynamiką relacji pomiędzy postaciami. Pokombinowałem w myślach i doszedłem do przekonania, iż to być może nie Reitman fulla nie wyciągnął, a ja zwyczajnie nie byłem w stanie z powyższych prozaicznych powodów odczuć więcej.

czwartek, 19 grudnia 2024

Ultima Thule (2023) - Klaudiusz Chrostowski

 

Ucieczka od cywilizacji, w pokorze by poddać się pokucie na gołą ziemię, na mityczny kraniec świata (ultima thule) w niemal księżycowy pejzaż emigracja, tylko zamiast pyłu i przestrzeni, przestrzeń i torf na jednej z szetlandzkich wysp. Poniekąd jak latarnik pośród niczego, niemal samotnie, zaczepiając się u hodowcy owiec i pozyskiwacza torfowego opału. W sumie nic o człowieku (bohaterze, Jakub Gierszał) nie wiem, bo scenariusz nie zakładał mi osoby Bartka wstępnego przedstawienia. Poznaje go na statku zmierzającym przez Atlantyk w kierunku jak się okaże północnym i wylądowanie na rzeczonej wyspie. Wyjaśnienie dostaje na koniec i wtedy zyskuje już pewność, iż o poczucie winy idzie - że się coś spieprzyło, a konsekwencje mogły okazać się kluczowe. Smutny film zapodał mi bez większego (rozpoznawalnego) dorobku reżyserskiego Klaudiusz Chrostowski. Film dość niemy, nie dość jednak przekonujący emocjonalnie, nawet jeśli akurat reżyser, wydaje się nic nie zjebał technicznie. Film nie przemawiający wprost po polsku, a jest przecież zasadniczo polski, czyli mówi obrazem i trochę muzyką, a słowa są jedynie dodatkiem, nie bardzo absolutnie koniecznym. Trudno mi polecić, bowiem to niewiele więcej niż osiemdziesiąt monotonnych minut, ogarnięte przez operatora stosującego metodę na podobieństwo tej Emmanuela Lubezkiego (Zjawa, Drzewo życia) i gdyby miało być więcej, mogłoby być w moim przypadku ponad siły.

P.S. Nie wiem czy Gierszał czy Capcake, czyli jagnię o ciemnym ubarwieniu gra tu lepiej. Oboje tak dobrze, jakby byli po odpowiednich szkołach, a Pan młody Owiec, to nawet z deskami scenicznymi obeznany.

środa, 18 grudnia 2024

Scoop / Mocny temat (2024) - Philip Martin

 

Oglądałem taki z domowej kanapy  film właśnie, film który tak trochę po prostu był jedynie - niezły był, ale po nim pozostało po dwóch tygodniach jedno wspomnienie dominujące, że Gillian Anderson (wiadomka, Z archiwum X - kult najtisowy) w nim grała i grała chyba kogoś w rodzaju Jolanty Pieńkowskiej Brytyjskiej. Zatem nawet jeśli wyrozumiale napiszę, iż odebrałem go zaraz po wszystkim jako względnie porządne dziennikarskie filmicho, zakładam rzetelnie oparte na faktach, to tak jak ja postawię tym samym sprawę uczciwie, tak reżyser niczego ponad to co zobaczyłem od początku kitu mi nie wciskając, we mnie ponad standardowych oczekiwań nie wzbudzał. Ot właśnie, bardzo uczciwie postawiona sprawa na samym początku, rzecz o kulisach pracy w BBC i przede wszystkim śledztwa, jakie prowadzili dziennikarze tejże bardzo tradycyjnej stacji w sprawie powiązań niejakiego Księcia Andrzeja (dla mnie anonimowy człowiek, w raczej nie anonimowej brytyjskiej rodzinie królewskiej) z kimś takim jak totalnie skompromitowany Jeffrey Epstein - gdyby potrzeba było wyjaśnienia, to od nowego zdania nim służę. Amerykański finansista, multimilioner, skazany za przestępstwa seksualne - umarł i naturalnie teraz już nie żyje. Innymi słowy jak ktoś trafnie określił, na ekranie „telewizyjna grupa rekonstrukcyjna”, a jej głównym składnikiem działania wywiad telewizyjny z rzeczonym arystokratą, który prowadziła wspomniana Jola-Emily grana przez Gillian i fajna bo skuteczna (arystokrata raczej mało rozgarnięty utrafiony, obezwładniony i publicznie ukrzyżowany) praktyczna do obserwacji warsztatowa wprawka do podziwiania przez studentów dziennikarstwa. Ja wcześniej sprawy nie znałem, teraz się dowiedziałem i oczywiście poczułem się nie pierwszy raz przekonaniem elit o bezkarności zażenowany, ale żeby cokolwiek mnie zaskoczyło, a sam fabularny sznyt filmu porwał, to bardzo bardzo nie bardzo - że pokrętnie, a jednako stanowczo się wypowiem!

wtorek, 17 grudnia 2024

The Dead Don't Hurt (2023) - Viggo Mortensen

 

Od początku snuje się ale i kopie po zadzie, bo jest programowo melancholijny i brutalnie prawdziwy. Jest też z premedytacją ironizująco na starcie groteskowy, gdy podkreślenie charakteru anomijnego czasu należne oraz bardzo ludzki zarazem jeśli przyjąć, że postaci główne w scenariuszu, które na jawną niesprawiedliwość są czułe, nie reagują/postępują gwałtownie, a zdolne są do podjęcia stosownego ryzyka, tak jak stawienia czoła barbarzyńcom i cwaniakom w milczeniu, w imię przyzwoitości. Bohaterowie jak to w gatunkowym kinie, pozornie szablonowi - w tym przypadku nie jednowymiarowi i bardzo autentyczni zarazem, więc ja pozostaje pod wrażeniem, bowiem taki smętny narracyjnie i głęboki artystycznie wyraz zainteresowania kondycją gatunku ludzkiego (konteksty społeczne/psychologiczne, przesłanie ideowe) ja kocham miłością żarliwą, lubiąc się poniekąd podobnym kinem mało dynamicznym dla ubogacenia duszy torturować. Niska dynamika nie musi bowiem też równać się niskiemu poziomowi dramatyzmu, a western spod łapy Viggo Mortensena takim przykładem chlubnym i współcześnie idealnym bezpośrednio po seansie rozpoznaję. Western który w rzeczy samej jest bardziej poważną, dojrzałą historią miłosną i hołdem oddanym silnej, zainspirowanej legendą Joanny d'Arc kobiecie, a nie tylko spodziewaną raczej po wstępie opowieścią o zemście, czy w dalszym rozwoju zdarzeń mądrej pokorze. Opowieścią zbudowaną z retrospekcji, cięć częstych ale płynnych i obrazów nastrojowych, surowych okoliczności i przyrody pięknej ale i wzbudzającej respekt. Opowiadaną nie na zasadzie co dalej, tylko przede wszystkim dlaczego, gdzie oszczędna nuta z tła też tego czegoś kluczowego (refleksja, medytacja) wyrwanego z serducha do obrazu dodaje i w efekcie oddziaływania całości zachęca, by “donieść”, że to znakomite kino jest i naprawdę warto się na nim w stu procentach przez odrobinę ponad dwie godziny skupić. Brawa dla Viggo za taką wrażliwość!

P.S. Gdybym był reżyserem, to bym w obecnym nastroju kręcił właśnie takie filmy.

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Teddy Swims - I've Tried Everything But Therapy - part 1 (2023)

 

Nim pewien czas temu pełną zawartość debiutanckiego longa Teddy'ego poznałem, nie miałem oporu by określać się bardziej niż tylko umiarkowanym fanem talentu "misia", gdyż wpierw wpadłem (co nie jest przypadkiem zapewne odosobnionym) na dwa jego przeboje. Lost Control i The Door to było to czego od (w kategorii szlachetnej, pulsującej groove'm) soulowej ballady od wykonawców genialnie operujących fenomenalnym brzmieniem głosu oczekuję, a że Teddy ma wszystko to w barwie, co czyni ową wręcz porywającą, to też nie miałem oporu aby z zamkniętymi oczami i otwartymi na wrażliwość i smaczki uszami pójść za nim. Jednak full album nie do końca (eufemizm) spełnił moje oczekiwania i rozumiem, iż nie mógł zawierać samych podobnych wymienionym utworów, bowiem byłby nazbyt oczywisty, ale że oprócz Lost Control i The Door na pierwszej części I've Tried Everything But Therapy nie znalazłem równie im znakomitych numerów, to jest bez względu na wszystko jednak duże rozczarowanie. Śmiem mieć pretensje, iż inne kompozycje są albo zbytnio po prostu schematyczne, ckliwie przesłodzone na poziomie instrumentalnym, albo jeśli idą w stronę funky dynamiki, to brakuje im jakiegoś indywidualnego nerwa czy odrobiny zadziorność, jaka by czyniła je najzwyczajniej mocniej współgrającymi z szorstką (to pod wierzchnią warstwą aksamitu) charakterystyką głosu Teddy'ego. Chcę tym samym dać do zrozumienia, iż I've Tried Everything But Therapy sporymi fragmentami tak samo jak miast usypiać (You Still Get To Me - straszny środek nasenny), powinien wzbudzać na mordce mojej wyraz błogiego zadowolenia, a nie wzbudza i miast tylko kołysać, gdy więcej taneczność w kawałku, to bujać tak, że aż człowiek tam gdzieś w sobie w środku będzie się unosił nad parkietem. Niestety Teddy więcej smęci niż mnie nęci (Suitcase - zieeew), a sprowadzenie jego wokalnej dynamiki do głównie pluszowych zaśpiewów, to tak jakby zamiast wydziaranych wzorów, zrobił sobie na polecenie producentów rysunki pisakiem. Nawet tej tandetnej miałkości nie ratuje ciekawie względnie zaaranżowany Flame, szczególnie gdy album zamyka przeplumkany, muzycznie cukierkowy i słodszy od najbardziej różowej waty cukrowej Evergreen. 

P.S. Niemniej jednak czekam na dwójkę, bo ona zapowiadana takim smakowicie bujającym, kwitnącym smaczkami wokalnymi i cudnie angażującym Bad Dreams. :)

niedziela, 15 grudnia 2024

Dan Swanö - Moontower (1998)

 

Taka sytuacja, że mi się przypomniało - coś zwarło, zaskoczyło i jest efekt. Kilka sesji odsłuchowych albumu który był ze mną względnie krótko, ale umościł sobie gdzieś w głębokiej pamięci gniazdko i trudna do zidentyfikowania sprężyna właśnie teraz z niej jego wyrzuciła - być może na bezwzględną pastwę napędzanej długoletnim doświadczeniem poszukiwania i rozwijania pasji muzycznej. :) Zabrzmiało może złowrogo i dla Moontower zamajaczyła jedynie krytyczną perspektywa oceny, ale nie tak szybko, na wszystkie tak i nie zaraz przyjdzie czas właściwy, a teraz jednak ogólna refleksja w przedmiocie na scenie metalowo-rockowej kogoś takiego jak Swanö Dan. Człowiek jest dla wtajemniczonych znany i z miejsca także fizycznie rozpoznawany (drwal czy rolnik - kreator, realizator), lecz ja kojarzę że nigdy nie wszedł w mojej świadomości na poziom meta, rozpychając się tam z takimi postaciami jak chociażby Mikael Akerfeldt, mimo iż w najbliższej zasięgu także projektów w jakich udzielał się rzeczony z powodzeniem orbitował. Chociażby w składzie Bloodbath, czyli swego czasu ekipie gwiazd pierwszego sortu hałasującej Szwecji, ale głównym jego zajęciem były trzy inne jego autorskie: Edge of Sanity, Pan.Thy.Monium i Nightigale. Pierwszym po szwedzku death metalowym, drugim awangardowy i trzecim, który w założeniu miał nawiązywać do progresywnej zarówno amerykańskiej, jak i brytyjskiej sceny. Ani pierwszy, ani drugi mnie nigdy na kolana nie rzucał i nie towarzyszy mi tym bardziej dzisiaj na co dzień, ale pewnie zbiorę się jak Pan da okazję i wystukam coś w ich temacie, obowiązkowo z przekąsem pośród banałów i schematów myślowo-warsztatowych, jakie na stówę po latach praktyki quasi recenzenckiej moje pisanie przeniknęły. Jednak to kiedyś (może?), a teraz późnym rankiem niedzielnym rozkminiam Moontower i słyszę to co już od początku na jego temat znakomicie wiedziałem, że solowy krążek (żyję w przekonaniu że jeden) Dana jest czymś w rodzaju zgrabnej hybrydy pasji death metalowej i progresywno rockowej, a kompozycje nie wychodząc zbytnio poza charakterystyczny szablon, potrafią tak nim samym skutecznie załatwić sobie sympatię moją, jak doprowadzić do wahania i finalnie przewartościowania mego niejako, w temacie ich wartości czysto muzycznej. Rzecz w tym że są one do siebie bardzo podobne korzystając przede wszystkim z narzędzi w postaci klawisza i riffu - melodyki i rytmicznych wątków, a spójny sznyt ich daje się od startu wychwycić, doprowadzając do sytuacji, iż on infekuje spojrzenie dosłownie i dopiero bardzo wnikliwa analiza pozwala dostrzec, że mnóstwo innych fajnych rozwiązań doświadczony przecież Swanö  wkleja w konstrukcje numerów. Przez cały album wokalnie jednostajnie raczej warczy, zrazu tylko wchodząc w czyste zaśpiewy, lecz to absolutnie mi nie przeszkadza, szczególnie kiedy wokal potężny i wysunięty, to w praktyce jest wyłącznie tłem dla świetnej pracy instrumentalnej i znakomitego czucia dynamiki kompozycji. Ze składników prostych powstał krążek tak samo wyrazisty (ach ten syntezator), krążek melodyjny (ale nie tak by się ulało), krążek drapieżcy (jak ryknąć Dan wie), krążek osobny (jest w tym indywidualizm) i wreszcie krążek w którym całkiem sporo detali, za niby ścianą z oczywistości - wciąż się łapę na tym, że kiedyś nie spostrzegałem w nim tego najlepszego, tego gęstego i błyskotliwego. He he, chciałem krytycznie, ale okazało się ze wybitnie krytycznie nie potrafię, bo zwyczajnie Moontower mnie kręci - to niech się kręci. :)

sobota, 14 grudnia 2024

Bishop Briggs - Tell My Therapist I'm Fine (2024)

 


Albowiem byłem niemalże pewien, aczkolwiek tak mini mini się łudziłem. Pewien byłem że Bishop zasuwa już na pełnej w stronę raczej mało nieschematycznego popu z okruchami rockersowych wtrąceń, a łudziłem się, bo w głębi pragnąłem aby się stylistycznie choć trochę zreflektowała i powróciła do klimatów z debiutu, gdzie z dojrzałym wdziękiem poruszała się w oparach soulu, r'n'b i lo-fi. Taką ją poznałem, a taką jaka jest teraz (muzycznie) traktuję niestety z przymrużeniem oka, bo nagrywa pioseneczki bez głębi, jakie przelatują i nawet gdyby brać pod uwagę, że jej maniera ma momentami zaciągnięcia charakterystyką mega gwiazdy w osobie Katy Perry, to kawałki Bishop nie są w stanie przecież podskoczyć superprodukcjom wymienionej królowej współczesnego wypasionego popu. Mocno to irytujące, iż posiadając bardzo dobry warsztat i potencjał głosowy fantastyczny, sprowadza ona go do poziomu bezpłciowego schematu - mając w tym aspekcie przewagę nad nie jedną maistreamową piosenkareczką, sama sobie niejako artystycznie skrzydełka podcina. Jedyny plus z tego co usłyszałem na Tell My Therapist I'm Fine, to wyraźna poprawa stanu jej emocjonalnego, więc i mogę poniekąd zrozumieć ten dryf ku optymizmowi także w sensie nagrywania po prostu piosenek wesolutkich, miast się często topić w poważnych przemyśleniach, osobistych traumach, depresyjnym czy neurotycznym bagienku - jak to u progu kariery miało częstokroć miejsce. Dziewczyna przepracowała grube sytuacje i ich konsekwencje, a jeśli osiągnęła ten sukces dzięki między innymi ucieczce z mroku ku prostocie i teraz śpiewa w cudzysłowiu o dobrym dzisiaj i jeszcze lepszym jutrze, to ja się jednak nie mogę obrazić. Pamiętając jednako jej że przez to mam jedną jej epkę i jeden duży album w sercu. Dwa ostatnie zostawiam fanom, którzy lubią w muzyce bezpośredniość, dosłowność i taniec z wirowaniem. Zawiesić się i zastanawiać Tell My Therapist I'm Fine nie daje okazji. 

piątek, 13 grudnia 2024

Die Wannseekonferenz / Konferencja w Wannsee (2022) - Matti Geschonneck

 

Treść nie podlega ocenie, jest wiadome że ona powszechnie przez przyzwoitych ludzi stawiana na pudle, jako jeden z najbardziej podłych planów w historii ludzkości. Sposób w jaki przyjmowany/dopracowywany też nie zaskakuje, bo przecież to nazistowska „klasa” z poczuciem wyższości, zachowanie kultury słowa i kultury interakcji, z silnie zawoalowanymi uszczypliwościami pomiędzy ambitnymi wspólnikami zbrodni, kiedy to wspominana „etykieta” z natury zobowiązywała do powstrzymywania emocji. Zimni decydenci, pozbawieni kompletnie empatii to oczywistość, natomiast może nieco fakt zaskakiwać, że nie wprost używano określeń o masowej eksterminacji, a użycie eufemizmów tylko odrobinę w co niektórych mniej radykalnych członkach władzy wywierało względne chyba budzenie się poczucia podejrzenia o przeforsowywanie pomysłów ekstremalnie fanatycznych. Nie jestem historykiem i myślę że w środowisku takich też nie ma pełnej zgodności czy wszyscy uczestnicy rzeczonej konferencji byli świadomi do czego zmierzają, a jeśli nie byli to i tak nic ich nie usprawiedliwia. Wstrząsająco zwyczajnie o metodach i technikach masowej eksterminacji, będąc swoistą przestrogą. Zagrane bardzo dobrze, ale przez naturalny charakter przegadanego scenariusza nieco monotonne teatralne widowisko. Co sekwencja przerwy na przekąski i odbywane wówczas sondująco-manipulacyjne rozgrywki czy wręcz groteskowo przerażające dyskusje o pół żydach, ćwierć żydach nieco monotonii odczucie (wchodząc w klimat cynizmu) może uatrakcyjniają, ale pisząc wprost, bardziej niż przez schemat formalny, tudzież monotematyczne rutyniarstwo na wymioty zbiera się obserwując najzwyczajniej tą "banalność zła". Jedna autorytarna władza i Rzesza jako jeden wspólny ideologiczny interes, ale sporo wokół niej tych którzy gotowi podgryzać dla prywaty. 

P.S. W sumie nie wiem czy bardziej autentyczne w interpretacji, niż Ostateczne rozwiązanie Franka Piersona.