Sympatycznie banalny ale i w swej przewidywalnej prostocie urokliwy romansik od (niewiarygodne) Ridley'a Scotta. Trochę się efekt zestarzał pod względem formy, bowiem nieco tu w kwestii montażu pokombinowano, a kombinacje w rodzaju tych co próby czasu dobrze nie znoszą, oczywiście w uniknięciu powyższego nie pomagają. Jednak jako niezobowiązujące kino przede wszystkim dla oka i serduszka, rodzaj próby stworzenia lekkiego melodramatycznego feel good movie w tak samo francusko-włoskim i wyspiarskim/angielskim stylu z Hugh Grantem bez Hugh Granta, jak najbardziej się nadaje i nie mówię jedynie o okolicznościach czarującej przyrody i architektury, ale o walorach obsadzonej w idealnie dla siebie charakternej rólce Marion Cottilard, jaka wygląda tutaj ZJA-WI-SKO-WO i bardziej ledwo na dwudziestolatkę energiczną niż tak jak było w rzeczywistości kobietę wówczas już trzydziestoletnią. W ogóle casting postawił na aktoreczki z wybitnie podkreślonym figlarnym biustem, co zapewne męską część widowni przez całą projekcję ów walor utrzymał przed ekranem mocniej niż intensywnie wkręcony w rolę Russell Crowe. Crowe niekoniecznie tak błyskotliwie uroczy jak się stara i jakby mógł tutaj znacznie lepiej wypaść delikatniutki, cherubinkowy Hugh. Całkiem fajna mimo to bezpretensjonalna rozrywka, nic ponad to i jeśli mogę zdradzić intymne skojarzenie, to naturalnie dla widoku tych wielkich oczu z woreczkami Marion (tak tak Lalu) przede wszystkim się zdecydowałem. Wszak sam pierdołowaty w tym nowym dla siebie bodaj gatunkowym kontekście Ridley, Russell spoko, lecz nieco w doborze do roli wątpliwy oraz w tle wielce charakterystyczny, bez potrzeby pierwszego planu zajmowania Tom Hollander nie mieliby żadnych szans mnie przed ekranem utrzymać, bez KLUCZOWEJ przyjemności łypania sobie oczkiem od samego dołu do samej góry na CZARUJĄCĄ niewiarygodnie Marion. :)
piątek, 3 kwietnia 2026
czwartek, 2 kwietnia 2026
Holy Smoke / Święty dym (1999) - Jane Campion
Zaskakująco dużo poczucia humoru, brytyjskim charakterem (w wydaniu konkretnie australijskim) przesiąkniętego, w filmie o tematyce śmiertelnie poważnej. Bez niego być może historia z pozoru „uwalniana od sekciarskiego ześwirowania” przybrałaby wyłącznie specyfikę nie do zniesienia, nabrzmiałą od histerycznej powagi. Nikt tu na szczęście niczego wprost nie ocenia - postaw zachowań czy motywacji. Więcej, sama Campion jak często bywa z premedytacją prowokuje do wzmożonego oburzenia, a to co z ekranowego kosmatego podpuszczania wynika, poddane zostaje wyłącznie wartościowaniu widza, ale rzecz jasna pomiędzy wierszami i w reakcjach aktorskich, sugestii jest bez liku. Rola Harveya, przemiana w działaniu ciekawie zostaje rozpisana, gdy z początku do akcji wkracza z impetem i od razu dominacje przejmuje, by wraz z rozwojem wydarzeń zupełnie stracić przewagę. To fascynujące w jaki sposób i jakie metody i techniki wpływu stosuje, by przed inną manipulacją uratować, ale też znakomita Kate nie pozostaje dłużna (to sedno tego obrazu), kiedy swoją zmysłowością młodą potrafi dojrzałego by się wydawało faceta owładnąć. To uwikłanie w gierkach jest niezmiernie interesujące, więc dyskusje pomiędzy parą głównych bohaterów to najlepsze co wydaje się mogło tej zmieniającej w trakcie charakter historii się przydarzyć. Wtedy do głosu dochodzi samo gęste emocjonalnie, zaczynamy rozumieć iż umysł jest buntownikiem, a nie sługą. Finał „dymu” jest na grubo, dramatycznie humorystyczny - groteskowo tragikomicznie zaskakujący. W sumie to rozwój sytuacji, scenariusza zawijasy powinny mnie na takie odjechane nieco rozwiązanie przygotować. :) Dobra zatem to psychologiczna rozkmina w lekko rozrywkowej formie i w filmografii Campion może nie to co najlepsze, co interesująco urozmaicające ogólnie ambitnie i niepokojąco przede wszystkim poważne.
P.S. Ciekawi mnie czy Campion słabość iz amiłowanie do Keitela kochanka, sięgała dalej niż tylko poza zawodową styczność. AI oficjalnie twierdzi iż „Jane Campion i Harvey Keitel, mimo że są wybitnymi postaciami kina, prywatnie nie są parą. Łączy ich jednak wieloletnia, zawodowa przyjaźń i głęboki wzajemny szacunek, ukształtowany podczas pracy nad filmami".
wtorek, 31 marca 2026
The Royal Tenenbaums / Genialny klan (2001) - Wes Anderson
Wes współczesny, świadomie powielający szablonową, ulewającą się niestety już estetykę, mnie się opatrzył ostatecznie i znudził w zeszłym roku, gdy powróciłem z seansu Fenickiego układu, ale to nie znaczy że zaprzestałem poszukiwań archeologicznych w przeszłości - czekając z nadzieją na ciekawsze, przerywające monotonię rozwiązania w przyszłości. Myszkując więc pośród archiwaliów, tym bardziej uświadamiałem sobie, że w jego przypadku to karygodnie nie mam wszystkiego starszego sprawdzonego. Wiele jeszcze do odkrycia pozostało, zatem spontanicznie korzystając przykładowo z obecnej Netflixa oferty, gdzie Tenenbaumową sagę wyczaiłem, zabrałem się w towarzystwie do do-odkrywania którędy i jak do obecnego statusu Wes docierał. Depresyjny na pierwszy rzut oka tutaj Anderson, wizualnie jest sobą, mimo że to jeszcze nie ten moment przełomowy z zachłannym wykorzystywaniem planów z makiet tekturowych i atrakcyjnych szoł podkręcających animacji, ale pod względem nastroju to ponuractwo - barwnie na swój sposób nonszalanckie, ale jednak trudno nie mieć wrażenia że pomimo licznych walorów rewolucjonizujących na chwilę ze swadą oblicze kina obyczajowego, to jednak poprzez sarkające marudzenie i stykówkę ponad mimo wszystko treść, kino bez właściwych emocji. Problem mój z Wesem nie tylko uwydatnia się widocznie w krytykowaniu kopiowania kopi kolejnymi kopiami, ale braku takich wibracji, które zza z premedytacją teatralnie przeforsowywanej jednowyrazowej (jakby powstrzymującej skutecznie wybuch śmiechu) maniery mogłyby od czasu do czasu się wyrwać. Ja szanuję to przegięte groteskowo aktorstwo całej plejady znakomitości, jakie u Wesa wchodzą na często zupełnie dla nich dotychczas nieznane, niewykorzystywane poziomy (patrz fenomenalna Gwynteh) czy z innej mańki świadomego wyciskania rozpoznawalnych twarzy z kojarzonych z nimi gestów (patrz niby zaskakujący, ale zarazem on w stu procentach Gene, bądź nie zaskakujący, a oni, czyli Bill i Ben). Ten schłodzony MANIERYZM tak samo wyjaskrawia ironię z jaką patrzy na świat reżyser, jak i pozbawia spojrzenia zupełnie autentyczności, sprowadzając je do ambitnie kapitalnego, ale jednak performansu wybitnie szołmeńskiego. Mam wówczas odczucia ambiwalentne, gdzie zderza się błyskotliwość formy z oczekiwaniem na emocji udział i poczucie finalnie rozczarowania, że byłem świadkiem spektaklu przemyślanego z dnem niezaprzeczalnie wartościowym (relacje rodzinne pod szczegółową, aczkolwiek satyryczną lupą) i myślę iż widz gustujący w przesłaniach metaforycznych intelektualnie bardziej tradycyjnych czy wizualnie surowych, realistycznych może odpaść. Tym bardziej dla niego kino Wesa Andersona będzie trudne do pełnej akceptacji, bez względu czy opowiadać ma historię z kategorii bliskiej czy dalekiej zwykłemu życiu - zdystansowanej na pełnej lub o obliczu nieco bardziej zachowawczym. Tak czy inaczej Genialny klan jako osobny nieco, a na pewno nie wystrzelony totalnie na najwyższe poziomy estetycznej ekstrawagancji rozdział w filmografii Wesa, podbity jak należy dostrzec z lekka zarzuconą od niechcenia makabrą (proszę zwrócić uwagę, he he, na bezpośredniość sceny z krwią z podciętych przedramion) opowiada przewrotnie ciepło o rodzinnej i nie tylko miłości - relacjach zagmatwanych, poddawanych sprawdzianowi, lecz pomimo prób trwałych. Nie tylko stylistyka na pierwszym planie, ale i kawał z pozoru wyłacznie tekturowego mięcha w treści - smutnego ale i optymistycznego swoją drogą.
P.S. Widzę iż na Netflixie wisi ze staroci jeszcze Pociąg do Darjeeling, a że Lalu twierdzi iż warto - to lukam. Nie teraz przecież, za moment, może dłuższy, ale lukam. :)
poniedziałek, 30 marca 2026
Election / Wybory (1999) - Alexander Payne
Sympatycznie niegroźny jak zawsze Matthew Broderick i czego by nie grała i u kogo wiecznie urocza, tutaj jeszcze nastoletnia Reese Witherspoon u zaczynającego swoją wówczas reżyserską karierę (jego drugi film), mojego jednego z ulubieńców Alexandra Payne'a. Fajnie pokombinowany scenariusz i fajna narracyjna robota. Z tematu z pozoru błahego, bez ambitnego potencjału, Payne wycisnął znakomicie najbardziej treściwe, a jednocześnie smakowite aromatyczne soki. Jest obecnie dzisiaj i jak widać był już wówczas znakomitym fachowcem od obyczajowych ambitnych komedii. Takich które wiążą spójnie błyskotliwe poczucie humoru z wnikliwą obserwacją złożonych zachowań społecznych i psychologicznych, bez popadania w męczącą manierę pretensjonalizmu. Potrafi do dzisiaj znakomicie pleść angażujące, bez silenia się na uniesienia, a i tak emocjonalnie wciągające historie - naturalnie układać z prostych, bardzo zwyczajnych, a przez to autentycznie ludzkich sytuacji, wyszukane wzory i jeszcze doskonale wszystko przyprawiać wspomnianym powyżej nietuzinkowym, także absolutnie niewymuszonym poczuciem humoru. Główna zaleta Wyborów to poza powyższym ogólnikowym, po prostu stworzenie z familijnej, do niedzielnej popołudniowej herbatki czy kawki bardzo zdatnej opowieści, czegoś co ponad zwykłą gatunkowo obyczajowo-komediową formę się wznosi, ale nie tracą przy okazji przypisanego lajtowego charakteru, mimo że wnioski płynące z analizy wydarzeń mogą być szczególnie dla męskiej części widzów zawstydzająco-druzgocące. :) Lekko, frywolnie na wierzchu, a pod tą pluszowo-pastelową powłoką dość ciemno - lecz bez przesady rzecz jasna. :) Także z kąśliwie metaforycznym, krytycznie-prześmiewczym udziałem odniesienia do specyfiki jankeskiej demokracji - amerykańskich wartości wolnościowych, przesadnie, bo jaskrawo, bywa że wręcz kuriozalnie zaszczepianych w szkołąch od nastolatka. W sumie te wybory szkolne na przewodniczącego w mikro-społecznym wydaniu, oddają jeden do jednego większość mechanizmów jakie rządzą wielką polityką i odpowiadają na pytanie, kto z tych potencjalnie będących nadzieją przyszłości młodych nadaktywnych i chorych nieczęsto od smarkacza na wszczepioną przez rodziców ambicję, kiedyś w bagnie, tudzież wprost szambie władzy dzięki bezkrytycznemu postrzeganiu własnej osoby i swoich potrzeb zaspokajaniu bez względu na ofiary się fantastycznie odnajdzie. Taki to z pozoru, gdy spojrzeć na opakowanie, bez wnętrza mocniej analitycznego filmik mógł się zapowiadać, a okazał się wielowymiarowym (liczne wątki fenomenalnie zespojone) i mistrzowsko napisanym przez pryzmat dyspozycji psychicznych i osobowościowych (każda postać osobna, fascynująca psychologicznie i socjologicznie), finalnie absolutnie nie absurdalnie spójnie pesymistyczno-optymistyczny, unikający bezpośredniej oceny etycznej, lecz pośrednio kapitalnie do tego rodzaju rozważań prowokujący, przewrotny, cholernie intrygujący FILM. Oklaski!
niedziela, 29 marca 2026
The Smashing Pumpkins - Gish (1991)
Paplać w temacie Gish koneserskich, a tym samym sentymentalnie-nostalgicznych banialuków nie zamierzam, bo znajomość bardziej zażyła z efektami pracy studyjnej "dyniek" moja dopiero od niedawna i wciąż jeszcze ograniczona do czterech startowych krążków. Bez zbliżeń ze wszystkim po roku 98-ym nagranym, nie mam więc prawa do kompleksowej oceny Gish i tego co już na uszy większej dawce zarzuciłem (w kontekstach i na tle), zatem póki się nie odważę (a po rozczarowaniu Adore i biorąc pod uwagę opinię Lalu) szybko chyba to nie nastąpi - od bardziej współczesnych płyt zainteresowanych trzymać będę jeszcze w dystansie. Przyjmuję więc na dziś, iż pozostaje na dorobku poznawczym fanem tak dwójki, jak trójki w ograniczonym do tego co naj z dwu-płytowej kolumbryny, a do tej stawki dodaje bez zawahania Gish, gdyż mi po prostu JAKO przyjaźnie dla ucha melodyjnie nastrojona raz i dwa z drugiej strony dynamicznie spontanicznie grunge'owa PASUJE! Po prawdzie ta etykietka grunge'owa może być dwojako rozpoznawana i poddawana subiektywnej weryfikacji każdego kto czuje związek z nurtem, bo oto przecież jedynka TSP wbija się idealnie w czas kiedy takiemu graniu identyfikacyjnie także Alice in Chains czy Soundgarden z powodzeniem były przypisywane, a jednocześnie każdy kto głębiej drążyć wokół tematu zacznie, nie trudno będzie znaleźć na wiarygodność zasługujące, jak najsilniej powiązane z korzeniami i postaciami archetypicznymi opinie, iż żadna z wymienionych ekip nie może być i wówczas raczej nie była kojarzona ze stylistyką, jaką u zarania tworzyły zupełnie inne składy, a dopiero wraz z wybuchem popularności Nirvany pod estetykę wywodząca się wprost z brudnego, surowego garażowego grania zostały podpięte wszystkie te które największą karierę dzięki popukulturowemu fenomenowi paradoksalnie kontrukulturowego zjawiska zrobiły. Dlatego mówiąc nawet o formatywnym okresie i pierwszej fazie krzepnięcia stylistyki ekipy Corgana, trudno jednoznacznie ją określić jako grunge'ową, więc nie ma sensu przy jakimkolwiek stanowisku się upierać, a tylko uznać że temat jest nieco kontrowersyjny i postawić w tym miejscu kropeczkę. Gish natomiast jest z pewnością pobudowana na tradycji hard-rockowej, psychodelicznej i bluesowej, w klasycznym spojrzeniu w kierunku prekursorów stylu, umownie określając "woodstockowego", bo da radę usłyszeć tutaj te wszystkie zamaszyście inspirujące wpływy. Jakby napisać że to po prostu rock alternatywny w stosunku do z lat osiemdziesiątych natapirowanej klasyki, to też poniekąd prawda i trudno nie zgodzić się z przekonaniem, że w tej alternatywie jest zarazem spora dawka marzycielskiego pop-rocka oraz szczególnie na Gish słyszalna połowiczna (bo obok punkowej) inspiracja dla amerykańskiej najtisowej fali ekip spod znaku punk-rocka w stylu Green Day. Niezły przyznać należy misz masz sprężyn które ukierunkowały Gish plus dwa następne krążki i sprężyn jakie pomogły rozrosnąć się muzyce rockowej w kolejne gałęzie. Cieszę się, iż Lalu mnie na "dynieczki" namówiła.
sobota, 28 marca 2026
Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej (2025) - Emi Buchwald
Wciąż względnie młody, ambitny twórco sztuki filmowej, jeśli posiadasz ciekawe życiowe doświadczenia, jak i przez naturę i odpowiednio inspirujące środowisko doskonale przystosowany do spostrzegawczej obserwacji i analizy zebranego materiału umysł empatii niepozbawiony oraz zdajesz sobie naturalnie sprawę z tego, że klucz do sukcesu artystycznego, to przede wszystkim dobranie do realizacji zamysłu utalentowanych i samodzielnie też czujących i myślących współpracowników, a kasa niekoniecznie się na produkcję zgadza, ale jest w wymiarze podstawowo wystarczającym, to zakasuj rękawy i daj się poprowadzić intuicji, bowiem fart wystrzelający twoją pozycję w branży może czaić się tuż za rogiem, więc czym w sumie ryzykujesz, kiedy serducho do pracy jest głównym motorem napędowym. Przebijesz się albo nie, czasem to losowa kwestia, ale nawet jeśli dostrzeżony na poziomie ogólnokrajowego hałasu nie zostaniesz, to nie wierzę że dysponując energią, charyzmą sam sobie przy okazji nie sprawisz największego z możliwych prezentów, czyli robiąc wszystko z gigantycznym zaangażowaniem satysfakcji nie sprawisz - o zebraniu praktycznego dorobku kompetencji nie wspominając. Piszę to co powyżej, bowiem myślę czasy ogólnie sprzyjają osiąganiu rozgłosu i nie trzeba koniecznie obniżać totalnie standardów intelektualnych aby stać się rozpoznawany, bowiem równolegle szerokiej autostrady kompletnego deprecjonowania czy wręcz patologizacji treści, rozpościerają się możliwości tej wacie stawiania niekoniecznie bezpośredniego odporu - z głową podniesioną uzasadnienie, podróżowania terenami gdzie wartościom w nowoczesny/nośny, a przede wszystkim w szczerym tonie można pomagać przetrwać. Brzmi to może mocno wyniośle, ale uważam że w kinie dzisiejszym jest tak wielu młodych, szczególnie wrażliwych i niebanalnie spostrzegających rzeczywistość kandydatów na przyszłe wartościowe jako dobre przykłady ikony branżowe, że pomimo w obliczu od groma możliwości do działania jednak praktycznej standaryzacji przekazów, przestrzeń dla nich absolutnie się nie skurczyła. Tym bardziej że Polska rzeczywistość wciąż póki co nie jest jeden do jeden odbiciem zmanierowanych często całkowicie trendów zachodnich, a w sposób charakterystyczny dla realiów środkowej Europy łączy praktyczny wymiar intelektualnych, emocjonalnych poszukiwań, z jego poszanowaniem dla rozwijających się idei humanistycznych. Mówię o tym, iż to co ostatnio widziałem w rodzimym kinie tworzonym przez nowych artystów, to nie jest tylko sztuka dla sztuki czy idea dla idei (popisywanie się intelektualne), tylko bardzo głęboka analiza wiążąca błyskotliwość i intymność, w jedną formę użyteczną dla poznania przez widza tak siebie samego (rozpoznawania mechanizmów własnego psychologicznie wrzącego wnętrza), jak i zdolności oceniania zachowań czy reakcji postaci z otoczenia, nie wyłącznie przez pryzmat osobistych odczuć, przeżyć, mechanizmów, procesów. Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej jest wszystkiego powyższego znakomitym, wręcz akademickim przykładem, choć nie jest przecież niczym wyjątkowym, gdyż podobnie napisanych i doznawanych historii kreatywna, po odpowiednim warsztatowym przygotowaniu starsza już i młodsza młodzież nasza udostępnia wiele, ale dopiero teraz po skosztowaniu tej esencji tendencji myślę do mnie dotarło, że być może od czasu jakiegoś jestem świadkiem decydującego ewoluowania polskiej nowej szkoły filmowej, która oczywiście czerpie z najlepszej tradycji kina psychologicznego czy społecznego, ale w zupełnie nowy, raz bez kompleksów, dwa autentyczny, niezmanierowany i trzy co mnie najbardziej cieszy, zaskakująco empatyczny, dogłębnie i dojrzale analityczny sposób wprowadza go w świadomość wkraczających w dorosłość, przytłoczonych przez przebodźcowanie widzów (pozwala się zatrzymać i utożsamić), ale i tym w moim wieku otwiera często oczy bardzo szeroko na sposób w jaki współcześnie egzystencjalne wyzwania contennialsi reagują - czego być może bym nie widział, a tym bardziej rozumiał, gdyby młode, bardziej rzeczowe niż estetyczne ich kino by mi nie pokazało.
P.S. Przepraszam że we właściwym tekście nie znalazły się właściwe treści. Przepraszam że zamiast skupić się na pochwalenia walorów każdej z aktorskich kreacji, tak pod względem autentyzmu jak odważnego totalnego odarcia z emocjonalnej intymności i ukazania jej wrażliwości (każdej indywidualnej), to ja wdałem się w refleksje ogólne. Przepraszam że nie zauważam tego ogólnie co warsztatowo, formalnie uwagę przykuwa (oryginalnie zatytułowane rozdziały - ich mnogość i różna długość), co też dotyczy sedna przesłania, przekazu czy po prostu dla równowagi doskonałego poczucia humoru (fajne przerysowanie Benka i Franka) w przejmującym przecież dramacie rodzinnym i indywidualnym każdego z członów rodzeństwa (tak, każdy inny, osobliwie osobny). Przepraszam wreszcie że nie wytłuszczam tam motywu fantastycznego, realizmu baśniowego czy samego wątku mieszkania (tak się składa że kojarzy mi się ten zabieg z tym co teraz przecież zrobił tez Trier) oraz nie wychwytuje każdego elementu tak sympatycznie przystępnie nawiązującego do podstaw psychologii relacji w oddziałujących podczas okresu adolescencji małych grupach społecznych. Zrobiłem to przecież właśnie poniekąd teraz, dodając na finał ogromne uznanie dla Emi Buchwald i współscenarzysty Karola Marczaka, że tak wzruszająco, autonomicznie pozwolili każdej z postaci dojść do sedna własnych problemów i wyciągnąć im konstruktywne wnioski. Każdy z nas przecież zna SIEBIE najlepiej i potrzeba tylko przestrzeni, komunikatu zwrotnego bez pretensji i dyskretnej troski abyśmy się sami zrozumieli i nauczyli żyć w harmonii w sobie i symbiozie na zewnątrz.
piątek, 27 marca 2026
Persona non grata (2005) - Krzysztof Zanussi
Zanussi dyżurny ekspert od problematyki natury etycznej, uznany współtwórca kina moralnego niepokoju i Zapasiewicz z tą swoją zafrasowaną i jednocześnie naburmuszoną miną - Zapasiewicz doskonały. Chyra zaś świetnie wyrównujący proporcje współczesnego i reprezentowanego wspólnie przez Zapasiewicza i Olbrychskiego archaicznego teatralnego aktorstwa, natomiast Stuhr jak to Stuhr bardziej irytuje niż fascynuje odkąd zaczął być obsadzany lata temu w rolach charakterystycznych i niesie do dzisiaj ze sobą tą (manierę), a to są koszta. Refleksyjny dramat, fundamentalnie to rozliczający się z piętnastoleciem polskiej wolności, ale i z wieloma podtekstami i kontekstami jak to u Zanussiego. Odrobinę zbyt pretensjonalny i egzaltowany, szczególnie gdy łączy się wątki osobistych psychologicznych przeżyć bohatera (starość, doświadczenie śmierci) z kwestiami natury politycznej i powiązanego z nią ściśle szpiegostwa. Mógłbym napisać, że to doskonały przykład wątpliwego kontynuowania szablonu „moralnego niepokoju” przepracowywanego w polskim kinie skutecznie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wówczas z gigantycznym przekonaniem, a przeniesionego w czasy już kapitalistycznej Polski, gdzie taki przykładowo Zanussi próbował częściowo tylko udanie owy z udziałem problematyki wtedy bieżącej schemat wskrzeszać. Być może ta diagnoza jest totalnie przestrzelona, biorąc pod uwagę moją ograniczoną mocno sympatię dla samego Zanussiego i przez to też zdystansowanie moje do raczej słabo mi znanego w detalach jego dorobku. Bardzo możliwe.
czwartek, 26 marca 2026
Tatarak (2009) - Andrzej Wajda
Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.







