wtorek, 21 lipca 2026

Glorious Summer (2025) - Helena Ganjalyan, Bartosz Szpak

 

Eksperyment formalny, futurystyczny się zdaje. Rzecz inna, w której poetyce baletowej, z początkowej fazy się zatracasz i przy okazji pogubisz, bo interpretacja tej choreografii (opowiada ruchem, rytmem i alegorią), czy innego ćwiczenia aktorskiego, intensywnie wspomaganego natężeniem dźwięków muzyki i odgłosów zwyczajnych czynności, jest na otwarcie niejasna i trzeba być może (aczkolwiek później staje się to zbędne - symbolika zmętniała staje się klarowna), podeprzeć się czymś więcej niż wyłącznie swoją wizją wstępnego rozumienia. To bardziej teatr nowoczesny, awangardowy, niż stricte film, a z filmem wiąże go w pierwszym około kwadransie jedynie technika, czyli przenoszenie lokacji z wnętrz do przestrzeni otwartych. To merytorycznie wizja zaakceptowanej tresury, przysposobionej lekcji o sobie w warunkach izolacji ale i o własnych potrzebach, pragnieniach, a precyzyjnie afirmacji życia w przestrzeni bańki, wizualny esej. Terapeutyczny sztos (na koniec w punkt bezpośrednie pytania), jaki trafia zupełnie nową, świeżą, ascetyczną drogą, do mojego często jeszcze zbyt zamkniętego na doświadczenie szczęścia, łba zakutego. :)

P.S. A może ja tu w tekście, z wymruczanymi pod nosem spostrzeżeniami, pozwalam sobie na lekceważenie kontekstu manipulacyjnego, w sensie sekciarskiego (bo afirmacji koszty, to w tym ilustracyjnym wykładzie lęk i gniew), a intencją szefów przedsięwzięcia było stworzenie mrocznej satyry na przeterapeutyzowanie, gdzie skojarzenia z intelektualnie proekologicznym (pure nature) “bigbrotherem” są uzasadnione. He he. :)

poniedziałek, 20 lipca 2026

The History of Sound / Historia dźwięku (2025) - Oliver Hermanus

 

Na pozór tylko rzewnie śpiewają, tęsknią okrutnie, a wizualna strona wystylizowana na brązy i czernie, wprost dołującej atmosferze dostarcza według intencji reżysera waloru. Miłość między dwoma młodzieńcami w czasach konserwatywnego (proszę rozumieć archaicznego) spostrzegania norm moralnych i kulturowych, takim fotograficznie ilustracyjnym zabiegiem stylistycznym, staje się w pierwszej chwili opowieścią, jaka potrafi mimo wszystko lekko znudzone oko przytulić. Niby snuja charakterem hipnotyzuje i artyzmem dopracowanej formuły oraz świetnie dobranych aktorów urokiem (Mescal, O’Connor), czy ciekawością, co z tej historii bardziej wrzącego, w sensie kontekstowo poruszającego wypełznie wciąga, ale gdybym w to ostatnie nie wierzył i atmosfera by mnie nie kupiła, błyskawicznie dałbym się porwać sennym majakom. Nuda i prostota (czytaj pierwszy odruch na slow motion) i niski poziom złożoności (główny wątek jeden i pozostałe uczynne wobec kluczowego), przyczyniły się jednak paradoksalnie u mnie do wyzwolenia ciekawości, zarazem skutecznie unikając odpływu w sen lub inne czynności. Gdy się bohaterowie widzą, dużo rozmawiają, zaglądając sobie głęboko w oczy, docierając do najgłębszych poziomów własnych intymności, a scenariusz przechodzi w naturę bardziej przygnębiającej wersji Brokeback Mountain - w czym się z Lalu niemal telepatycznie zgodziliśmy. Wtedy Lalu mi zaczyna do uszka opowiadać (a ja słucham jak należy, zaklęty), że dla niej to melodramatyczna opowieść o wzajemnej pasji, miłości i fascynacji, zanurzona w naturalnych dźwiękach natury, zapachu lasu, szumie drzew, śpiewie ptaków, powiewie wiatru - ukrywająca się w ciepłych nieśmiałych spojrzeniach, subtelnych gestach, gorącym dotyku bliskości. Urocza (dla kobiet mniemam zapewne intensywniej) wędrówka dwójki zakochanych w poszukiwaniu muzyki ludowej przekazywanej z pokolenia na pokolenie, na tle dramatycznych wojennych rozstań i powrotów. W celu utrwalenia obyczajowości, dziedzictwa, by ocalić od zapomnienia - głos, śpiew, słowo, dźwięk, melodię, historię. Wyprawa kształtująca uczucia, budująca przyjacielską relację w namiętnym splocie miłosnym. Romans niespełniony, niezaspokojony, tęskniący, melancholijny z bolącym, rozciągniętym, przenoszonym w czasie, finalnie aż w kierunku starości zakończeniem. Świetny duet na ekranie: nieco wycofany, empatyczny, o cichej wrażliwości Lionel (Mescal) oraz fascynujący kryjącą się w oczach tajemnicą i mrokiem w pięknej duszy David (O'Connor). Skradli serce Lalu i dzięki Lalu wrażliwości, mnie też połechtali, obowiązkowo po hetero męsku tam, gdzie pod warstwą ochronną czyste, nieskażone serduszko.

niedziela, 19 lipca 2026

The Virgin Suicides / Przekleństwa niewinności (1999) - Sofia Coppola

 

Debiut Sofii Coppoli ponownie w kinie, a dla mnie w kinie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie, iż byłem te ponad ćwierć wieku temu zainteresowany, by udać się w kierunku ówcześnie jeszcze miejscu, które dzisiejszych multipleksów nie przypominało. Jedna duża, tudzież ogromna sala i kolejka szczególnie w weekend aby bilet zdobyć długa, więc i nie było mowy aby grymasić miejsca wyszukując, tylko brało się to co jeszcze wolne było i z każdej perspektywy sali, seans musiał być w satysfakcjonujący sposób widoczny. Przekleństw w takich warunkach nie wciągałem (jak zauważyłem), nie będąc najzwyczajniej zainteresowanym jakimś dziewczęcym filmem o dziewczęcych problemach. Inaczej dzisiaj, gdy tytuł zdobył uznanie, a ja szerzej i bardziej detalicznie spostrzegam kino, a szczególnie te filmowe produkcje, które nie boją, bądź nie bały się wkraczać na terytoria trudne tematycznie - często i gęsto kontrowersjami i zjawiskiem tabu przesiąkniętymi. Tak jak poczatkująca Sofia swój pierwszy pełny metraż oficjalnie zatytułowała, dla dystrybutorów jak widać było już trudne do zaakceptowania - lęk przed spłoszeniem widza wygrał potyczkę zapewne z rozkręceniem prowokacyjnego szumu. Rodzime Przekleństwa niewinności były znacznie łagodniejszą wersją oryginału i w przeciwieństwie do niego niewiele o fabule mówiły. Czy ja w ogóle nie jestem rozczarowany tym co zobaczyłem, a na co po przestudiowaniu kilku opinii liczyłem - chciałbym krótko natychmiast odpowiedzieć. To uczucie nie jest jednoznaczne, kłębią się w moim łbie dwie skrajne bazy myśli, więc nie stanę po żadnej ze stron barykady i nie opowiem się radykalnie za, czy przeciw, bowiem uznaję (i tutaj już wejdę w zamaszysty ton wyjaśniający), Przekleństwa niewinności posiadają cechy zarówno kina autorskiego obiecującego, jak i nie unikają potknięć, które formę finalną stawiają w świetle dyskusyjnym. Wszystko mi tutaj gra pod względem specyfiki obsady, a ona jest raz niezwykle przyjemna dla oka, jak i doskonale wymierzona charakterem pod osiągnięcie efektu starcia rzeczywistości lajtowej, gdzie młodość, dojrzewanie jest estetycznie wzrok przyciągające, a wyzwania, sytuacje trudne do przepracowania, bądź na zasadzie akcji reakcji ogarnięcia, bez doświadczenia wiedzy, czy dojrzałego wsparcia świata dorosłych niezwykle obciążające psychicznie. Wydaje się, iż dobór castingowy to strzał w dziesiątkę, i szczególnie postać Lux i jej talent aktorski wraz z wdziękiem, odpowiadają temu co chciałby nakreślić zapewne autor pierwowzoru, na fundamencie jakim zbudowała własną wizję Coppola. Tylko że trochę jest tak, że aktorzy w pełnej palecie postaci grają bez większego oddziaływania autorytetu reżysera na to co finalnie zostaje kamerą uchwycone. To są kreacje bez większych uwag, ale miałem wrażenie, iż wpływ Coppoli był (i tu skrajne jednak tezy) za mało ingerujący, bądź sama reżyserka oczekiwała tej naturalności złamanej pewną irytującą pozą nie do końca autentyczną. Tego nie wiem, do Sofii kontakt zgubiłem więc nie zapytam, a nawet jakbym numer znalazł gdzieś w wizytówkach sławnych i bogatych, to nie zadzwonię, bo jak to tak nagle z biegu wcinać się w kogoś dzień powszedni z banałami, a może wręcz zarzutami. ;) Nie dowiem się kropka, a i nie chcę być źle zrozumiany, gdyż oprócz już przytoczonych uwag jakie są jednocześnie zaletami jak i wadami, mam jeszcze dużo dobrego do powiedzenia o zbudowaniu interesującej atmosfery przedmieść oraz użyciu kilku niecodziennych form wizualnych, aby oddać zarówno oniryczność, jak i gęstniejący stale od startu, wpisany w codzienność, masochistycznie pociągający urok makabry. Niewiele mam za to wiele do wyartykułowania o sile oddziaływania procesów zobrazowanych, na stan psychiczny młodych, wzrastających w poczuciu izolacji i presji wymagań kobiet - wiadomo dlaczego. Dlatego nie poddaje wartościowaniu, czy taki finał byłby możliwy, a jedynie mogę się domyślać, że moc wpływu poczucia nieszczęścia na smarkate dusze, jest nieporównywalnie większy niż na te sprawdzone już wielokrotnie w ogniu walki i poddawane systematycznie próbie wytrzymałości. Dramatyzacja, przesadne tragizowanie jest równolegle problematyką ekstremalnie subiektywną, tak w wydaniu dorosłych jak tym bardziej jeszcze istotnie młodocianych jednostek - jeśli rozumiecie co mam na myśli, a pewnie kminicie, bo czujecie intensywnie czasem, iż ktoś nie do końca poważnie traktuje wasze wewnętrzne uniesienia, lub wy na histerię innych patrzycie w poczuciu zażenowania, z niesmakiem. W tym kierunku ja najsilniej odbieram przesłanie zawarte w powieści autorstwa Jeffreya Eugenidesa i zaadaptowanego tak, a nie inaczej przez Sofię Coppolę. Abstrahując być może niepotrzebnie od całej otoczki o jakiej źródła paplają, że wrażliwość młoda kobieca, że kulturowe uwarunkowania, że rówieśnicy, że środowisko wychowawcze, ale nie dyspozycje psychiczne - ich nie będę traktował lekko zdystansowanie. Fakt, cała paleta problemów wymienionych na siebie współoddziałujące i prowadzi do czasem brutalnych rozwiązań, jednako kręgosłupem jednostkowa wrażliwość, niezależna od części z nich, a innymi wręcz gigantycznie nasiąkająca. Kończąc "mundrowanie" (temat jak Amazonka szeroka), uważam iż jak na debiut, to młoda reżyserka dokonała ciekawej syntezy zmiennych, nie broniąc się mimo wszystko od zarzutu wyciągania też wniosków na skróty, przejaskrawienia i szukania stereotypowych, a przez to łatwych i nośnych źródeł tragedii oraz głównie to wyszła zwycięsko z trudnej sztuki łączenia skrajności, bez poczucia że obcuje się z grubo szytą groteską. Za to szanuję. 

sobota, 18 lipca 2026

Kynodontas / Kieł (2009) - Yórgos Lánthimos

 

Nie widziałem dotąd nic z serii greckiej Lánthimosa i zaczynam ją z polecenia od Kła, po czym mam wyszukać koniecznie i odpalić Alpy (2011). Rekomendująca Lalu uważa, że to co greckie u Lánthimosa to samo najgęstsze, więc najlepsze i ma na to kilka argumentów naprawdę przekonujących, na które nie znajduje bezpośredniej kontrargumentacji. Zwyczajnie rzuconej z impetem, a zarazem finezyjnie podkręconej piłki nie jestem w stanie po seansie Kła, tak wprost skontrować. Z tego co mi podpowiada eL, u Greka nic nie jest łatwe, nic nie jest wprost wytłumaczalne i namacalne. Nie ma jasnych odpowiedzi, za to jest dużo pytań, pozostawiających widza w osłupieniu i konsternacji, dając mu pełną dowolność postrzegania sensu jego kina. Oryginalność jego filmów i fikołków, jakie tam wyczynia, jeszcze bardziej nadaje smaku i napędza do dalszej konsumpcji. Te znaki zapytania, to między innymi przerażające sytuacje, praktyki czy rytuały. Jak to możliwe, czy to w ogóle możliwe, dlaczego itd.? To chory mały świat, zamknięty w swoim dziwactwie, na tle normalnego życia, w wielkim świecie, pytając czy na tym świecie właściwie wszystko jest ok? To obłęd, to sterylność, która wręcz szczypie w oczy. Niedorzeczność jaka boląc, urzeka oryginalną świeżością. Gdzie paradoksalnie można odnaleźć wrażliwość, bowiem wynaturzenie posiada swoje smutne uzasadnienie - kontynuuje eL, dodając na koniec, a ja to podsumowanie wprost zacytuję „pokaż mi kogoś tak pięknie zrytego, który wymyśla tak chore rzeczy?”. :) W mojej ocenie, po ostatnim ciosie nokautującym, stwierdzam iż konsultantka trafia z nimi rzecz jasna w punkt, natomiast moje przekonania porównawcze, niekoniecznie w szerszym kontekście tą wyższość Kła i dwóch pozostałych, wciąż z tytułu tutaj nie wymienionych (skupiamy się na jednym, nie na całej stawce), bez bezdyskusji potwierdza. Nie stawiam ja jednakowoż Kła ponad okresem środkowym, czy najbardziej obecnym, bowiem bez porządnego wkładu finansowego początki Lánthimosa są przede wszystkim (a może wyłącznie?) mocno kontrowersyjne tematycznie oraz równolegle prowokujące poprzez stosowanie eksperymentu społecznego, testującego dobry smak widza (poliż to) i sprawdzające czy intelektualne podszycie tegoż, jest dla jego możliwości czytelne. Ja być może nie wszystkie sugestie odszyfrowałem, bądź trafnie przejrzałem, a prosta, standardowa w tym wypadku operatorska praca, jak i ascetyczna oprawa wizualna, nie pozwalała oddać naturalnie, pełnego wówczas wschodzącej gwiazdy potencjału. Dlatego ja spróbuję jednak uniknąć jednogłośnego wartościowania, choć to w tym wypadku nic złego (bez urazy Lalu :)) i dam do zrozumienia, że tak spoglądając inaczej, gdy kręcił w języku ojczystym, nie znaczy że robił to ani gorzej ani lepiej. Różnie, bowiem nie znaczy z miejsca gorzej, słabiej, a może jedynie z większymi czy mniejszymi możliwościami. Kieł nie wchodzi na poziom późniejszy pod względem aranżacji, choreografii ale jasno pokazuje, że od początku Grek slajduje na krawędzi i nie ma obawy się ześlizgnie i poturbuje. Podsuwał na starcie do autopsji, po rzetelnym, alergie wypierającym wstępnym obwąchaniu, kino które przymusza do potężnego ruszenia łbem, pozbawienia się moralnej tarczy zniesmaczenie potęgującej, wytężając przy okazji abstrakcyjnie ukierunkowaną wyobraźnię. Inaczej nie ma opcji, by prócz przepracowania opadu żuchwy poprzez okazanie szoku, więcej w tym EKSPERYMENCIE przyuważyć. A wierzę i widząc bez dodatkowych przesłon czuję, iż jest opcja że ślepia i łeb wychwycą smaczki, poziomy i przesłania szlachetne w obłędzie o totalnym poziomie porycia. Tak tak - serio. Tak sobie tą refleksje od początku do końca wyobraziłem, zaplanowałem i w klawiaturze wystukałem.

P.S. Czuję się teraz po wypaleniu z tym co powyżej, jak masło maślane lub jeszcze gorzej jak margaryna margarynowa i co najgorsze, nie czuję małego zażenowania, czy tym bardziej udręki wstydu, choć “polizałem” to co mi pod nos podstawiono, z mordką którą mi odruchowo wykrzywiało.

piątek, 17 lipca 2026

Following / Śledząc (1998) - Christopher Nolan

 

Na naszych ekranach, od kameralnie studyjnych po mega-hiper multipleksowe, debiutuje właśnie Nolana być może opus magnum (takie wieści ocenne płyną z zachodu), a w ramach prawdopodobnie podgrzania też wokół twórcy atmosfery, jeszcze dni kilka temu śmigał debiut jego - jak na szybciocha rozpoznałem, od lat u nas wcale, bądź co najwyżej trudno dostępny. Korzystając zatem z okazji, poświęciłem jeden z wieczór i co następuje, mam kluczowy wniosek własny, iż Nolan przeszedł cholera prawie trzydziestoletnią drogę, od startu do wciąż przecież jeszcze nie mety (typ ma dopiero 55 wiosen), co oznacza w jego przypadku dryf od kina autorskiego, do gigantycznych produkcji blockbusterami nazywanych, a ja doceniając awanse w hierarchii, bardziej chyba obecnie kminie Nolana sprzed lat, niż współczesnego. Oppenheimer fakt potężny i widowiskowy, tak jak wszystkie spod jego łap superprodukcje, lecz w tej sekundzie mojej sympatii do kina, to ja poproszę więcej treści, a mniej postprodukcji i takich tam akcji pod tytułem „wy E biemy taki epos trzygodzinny, że widz z uśmiechem Jokera wypełznie z kina, ilością plus jakością przemielony. Odyseja więc Odyseją, a Following na tapecie i korzystając z fragmentów ostatnio w przestrzeni internetowej propsowanej, pięćdziesięciopięciolatka biografii/monografii filmowej chcę dopisać, iż Following korzysta z sytuacji z życia prywatnego Nolana, ale nie jest oczywiście ono wprost podstawą dla scenariusza. To incydent, może incydenty wplecione w fabułę, rozpisaną autorsko przez reżysera, na tej samej maszynie, która w filmie jest rekwizytem. Czerpiąc z finansowego źródła, którym premia dla Krzysztofa za dorywczą bodaj pracę jako operatora kamery, bezskutecznie zabiegając o wsparcie dofinansowania od w założeniu szczodrych dla artystów podmiotów/instytucji, kręcił Following długo. Cały proces był żmudny i spotykał się z oporami nie tylko materii nieożywionej, a jak donosi rzeczone opracowanie książkowe, inspiracją dla pociętej chronologii były prace oczywiście mistrza zza oceanu w osobie Tarantino. Powstały tym samym trzy różne osie czasu, a z porozrzucanych puzzli montaż skleił bardzo intrygującą opowieść, wizualnie nawiązującą do najbardziej szlachetnych wzorców kina noire - jednako osadzonego współcześnie. Struktura narracyjna w niej przypomina matrioszkę, stanowiąc przykrywkę dla kilku zwrotów akcji, które następują w ostatnich dwudziestu minutach filmu i wybuchają jak granaty, powodując reakcję łańcuchową - to parafraza cytatu z Nolana. Natomiast odniesienia do stylistyki noire, powiązane są z przekonaniem, iż cała istota estetyki noir, związana jest z tym, że powinna przemawiać do lęków i neuroz, a tu tak się dzieje – wystarczy he he „pół-przeklejania”. :) Chciałem tylko tym sposobem donieść, że mimo iż Nolan nie jest dla mnie tak wielki, jak wielkim się go uważa, to lukając w opracowanie o nim i jego filmografii, złapałem się raz na ciekawość, dwa na formę, więc raczej szybciej niż później ogarnę całość, a Following sam spostrzegam jako kino niezależne najbardziej wysokich standardów. Lekko perwersyjny, zaspokajający wbrew przeszkód potrzebę przykład, obrazujący jak błyskotliwość, pasja, upór i rzemieślnicza praca zamienia się w dzieło ponadczasowe. O czym jeszcze bardziej się przekonamy (jak nam będzie jeszcze dane), gdy Odyseja z całym swoim rozmachem narzędzi i technik się zestarzeje, a Following wbrew przeciwnie, jak wino wciąż dojrzewać będzie. To jest właśnie ta prawdziwa moc dobrego kina. Szach i mat! :)

P.S. W takim razie proszę się teraz (tuż tuż) spodziewać, na moje Memento oddanie sprawiedliwości.

czwartek, 16 lipca 2026

The Invite / Zaproszenie (2026) - Olivia Wilde



Tym razem Lalu i TKPC zgodni - w całej rozciągłości złożonego problemu bez jednej rozjechanej opinii. :) Dlatego podpisując się pod każdym słowem parafrazująco-cytuję nieomal wprost, iż zaproszeń w „Zaproszeniu" mamy wiele - zaproszenie do stołu, do rozmowy, do tańca, do łóżka. Jest w czym wybierać, jest się czym częstować i do czego też w ostatnich latach całkiem bogatych w podobne tragifarsy porównywać. Rzeź i Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, to naturalne główne tropy, ale jakby nie sympatyzować i cenić wymienione, to sorry Romanie, sorry Paolo, Oliwka odrobiła lekcje i jeszcze dosmaczyła swoje spojrzenie błyskotliwością level (ponad Wasz) master i takim heheszkowo i filozoficznie kunsztownym wyrzutem dopamino-adrenaliny, w kontekście kosmatych myśli, że nawet kwestie kontrowersyjne, otwarcie mogły być w kinie, przez niejednego „a fe!, jak to tak, ej, dajcie spokój!” przemlaskane. Sprawił to w zaczynie oczywiście literacki fundament, bodaj o pochodzeniu browadway’owskim (tylko domniemam w temacie), ale bezdyskusyjnie dopieścił zaskakujący ponad oczekiwania kunszt reżyserski Oliwki oraz niesamowita aktorsko dominacja każdej z postaci - dominacja w dokładnie wyznaczonej strefie, by ścierając przekonania, konfrontując zachowania, nie wchodzić sobie ambicjonalnie w paradę. Korków od szampanów celebrujących sukces huk zatem słychać! Dąsami i grymasami czarująca KRÓLOWA na ustach podnieconej krytyki, a zaraz w jej tle, ale nie w roli statystów, tak Penelopka, za wszystko i za rzecz jasna seksapil wyeksponowany oraz jeden i drugi Pan AKTOR. Niższy, grubszy, bardziej rubaszny za stu procentową skuteczność w wywoływaniu salw śmiechu (duet z Oliwką, o ho ho ho ho!) i wyższy, chudszy, a za fakt że mimo, iż jest warsztatowo bardziej jednofazowo mdławy, to w tym gronie ideolo dopełniający przestrzeni komediowym vibem powściągliwy - sam chyba bawiąc się podczas kręcenia setnie, gdyż (oddaje wszystkie swoje dzisiejsze kamyczki orzechowe), gość w środku eksplodował śmiechem co rusz i tylko poliki mu wibrowały. Rzecz wprost naj naj i naj w swoim segmencie! Wielowarstwowa fabularnie, genialnie eskalująca od naiwnej komedii do pełnokrwistego dramatu. Celna analitycznie, ciekawie skonstruowana w formule akcja-reakcja farsa, z doskonale zszytych i skrojonych emocjonalnie komponentów postaci, z nieoczywistymi dialogami, w których tyle samo szybkostrzelnego efekciarstwa, jak uroku i głębi. Finalizując nawijkę, pod przykrywką śmichów-chichów, rasowy kryzysowy dramat, od słowa do słowa, od czynu do czynu, zataczający piekielny krąg wzajemnych oczekiwań, pretensji, zawodów i marzeń. Napięcia w nim w brud, wyhamowań ile należy. Przesadzając już z słów ilością, ostro cięte, błyskotliwie przekorne i bardzo praktycznie intelektualne sąsiadów spotkanie, a dla widza wkręcenie szczwane w swego rodzaju oczyszczający seans, będący komediodramatycznym studium związku, relacji, małżeństwa, bliskości i rozpadu. Warto było przyjąć takie zaproszenie, bowiem ono jest bardzo ekscytującą, zwyczajnie-niezwyczajną, ironicznie wycacaną (zawsze lofciam), dla pokolenia 30-50, z lustrem ROZRYWKĄ.

środa, 15 lipca 2026

Grzyby (2023) - Paweł Borowski

 

Jak coś w rodzaju legendy, tudzież klechdy niesie, kiedyś gdzieś w lesie. W lesie tajemnicza zagubiona para i stara grzybiarka z okolic. Ja akurat bardzo szanuje las, gdy poczuję entuzjazm uciekam w las, kochając zapach lasu - więc się na włóczęgę w okoliczności leśne z przyjemnością wybrałem. Pomalutku, ostrożny kroczek za ostrożnym kroczkiem w towarzystwie zagadkowych postaci, słuchając nieco kwadratowych, a w założeniu zapewne naturalistycznych dialogów i wyczuwając że do jakiegoś twistu zmierzamy. Niby takie nic, a jednak coś - nagromadzenie drobiazgów i minimalistyczne, momentami półprofesjonalne aktorstwo. Z kamerą po lesie, niepokojąca historia mnie niosła, jednak za cholerę nie kumałem co co i jak to? Do finału nie kumałem, który to zaledwie dwu-trzyminutowy, opad szczeny zastygły zafundował i pozostawił z mocnym rezonowaniem na długą chwilę - w kontekście o jakim polecam się samemu przekonać. To się faktycznie (jak oznajmiają dopiski po wszystkim) mogło wydarzyć, ale nie wiemy czy się wydarzyło.

P.S. Dodam że jest tu kilka kwestii, których nie mogę rozgryźć i na pewno coś mi umknęło. Może pogrzebię, może jeszcze raz sobie zaaplikuję, to mi się rozjaśni/wyjaśni.

wtorek, 14 lipca 2026

The Veils - Fragile World (2026)

 


Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils. 

P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

The Choral / Chórzyści (2025) - Nicholas Hytner

 

Raczej ospałe, może flegmatyczne, w klasycznej gatunkowe konwencji kino, typowe dla brytyjskiego, pamiętnie archaicznie szlachetnego charakteru, gdzie wiążą się nostalgia i sentymentalizm, z mądrym przepracowywaniem bólu, lęku i innych emocji oraz szczyptą zdrowego, wyrafinowanego poczucia humoru. Z powściągliwym z zasady Ralphem Fiennesem w roli głównej, który w jaką estetykę nie zostałby wpasowany, zawsze trafia w punkt, bowiem posiada intuicję i dopieszczoną doświadczeniem wprawę aktorską, a jeśli już gra, to gra bez sztucznej szarży, robiąc i tak wrażenie piorunujące. W tym przypadku nie ma mowy, by rozwinął aż tak ekscytująco skrzydła, ale idealnie oddał wachlarz subtelnych emocji, skrytych za ochronnym dystyngowanym emocjonalnym uniformem. Podobała mi się postać jego, ale szanuję także w jaki sposób przybliżona zostaje trudna wojenna (I Wojna Światowa) historia i różne postawy, nie poddawane mądrze na szczęście, pro patriotycznej ocenie. Kryje się w tym co zobaczyłem i usłyszałem dołujący smutek bezsilności, oddziałuje bezradność wobec druzgocącej siły potworności wojennej rzeczywistości. To seans wiążący być może dwie skrajności, bowiem tak w sferze wyrażającej uczucia i przekonania w przemowie do widza, jest taktowny ludzki pierwiastek i ludzko niekonsekwentna momentami bezceremonialność. Bez względu na małe koncepcyjne w scenariuszu pęknięcia i efekt finalny jaki nie sprawi aby przebił się do pamięci długotrwałej, mnie potrafił jednocześnie zainspirować do ważnych także dzisiaj, tu i teraz obok refleksji, jak też przytłoczyć tą przyciężkawie jednak zaaranżowaną konfrontacją śmiertelnej powagi, z formą obyczajowej tragikomedii. Czerpie z tematyki złożonej, ale w zasadzie jest prosty, bo struktura z założenia całkiem lekka, ale zawartość treściwie, mocno obciążająca. Kameralny i wymagający uważności obraz, z pacyfistycznym dnem, o tym przede wszystkim, że “życie bywa gówniane, więc proszę śpiewać”.

niedziela, 12 lipca 2026

Tramhaus - The First Exit (2024)

 

Był czas odrodzenia retro rocka, klimatów szczególnych na przełomie lat sześćdziesiątych i w dalszej wówczas perspektywie jeszcze całkiem długo siedemdziesiątych i jest czas odrodzenia punka, pod oczywiście gatunkowym szyldem dzisiejszym post post (he he) punkowym, którego renesans pokrywa się ze znakomitym też czasem dla młodych w zimnej fali się pluskających. Zasuwają więc trendy odhaczając kolejne dziesięciolatki i ja już nie mogę się doczekać (być może już czuć cos w powietrzu), że klimaty okołorockowe i metalowe przykładowo spod znaku Roadruuner Records, już wkrótce trysną świetnymi smarkatymi bandami, mocno sceną z mojej młodości zainspirowani. Póki co przechodzę jeszcze kolejny etap zachłystywania się tym, czego gdy byłem smarkaczem, z oczywistych powodów jeszcze świadomie odpowiednio nie miałem szansy przyswajać. Poznaję kolejne znakomite ekipy i Tramhaus jest jedna z tych, które zakładam, nawet jeśli moda przeminie, nadal karmić mnie będą kapitalnymi numerami, z systematycznie wydawanych i za każdym razem oferujących w coś ciekawie dosmaczającego ich styl numerami. To moja wizja racjonalna przyszłości, bo podobnie mam bowiem z retro rockowymi perełkami, jakie przetrwały i dzisiaj często potrafią nagrać materiały jeszcze lepsze, niż wtedy, gdy wstrzeliwały się w nowe przyjście w chwale własnej, a zarazem klasycznej stylistyki. Na Tramhaus trafiwszy dzięki algorytmom Youtube'a (kilka kawałków i obrazków do nich prze(ch)zajebistych), natychmiast wbiłem w notkę biograficzną i tak na uszach zawisł The First Exit i ja to piszę bum cyk cyk tak jak było, wystartował z animuszem (The Cause) jaki przyprawił mnie o zawrót głowy, gdy w samotności w czterech ścianach poddałem się ochocie na w rytm nutki tejże taneczne pływanie. Wspaniały to był moment i trzymał mnie do końca debiutanckiego longa, a jak już sobie popląsałem, to posadziłem zadek i zapisałem sobie co poniżej. Zapisałem między innymi, iż wokal typa przypomina mi sposób artykulacji gościa ze Squid, ale muzyka jest bardziej bezpośrednia, łatwiejsza, a przez to bardziej zdatna do czystej zabawy, mimo tego co skojarzeniowo skonfrontowanego usłyszałem na przykład w A Necessity, stąd w kolejnych fazach dopatrzyłem się poprzez dosłyszenie, iż jakby ktoś w Semiotics wpasował mruczanki mega przekozaka z Viagry Boys, to byłby to numer Szwedów plus Amerykanina - prawda? :) Nie powodują jednak owe rozpoznania, jakobym miał potrzebę napisać, że Tramhaus kopiuje tego czy tamtego, bo to nieprawda i Tramhaus jest bezwzględnie Panem własnej twórczości, a style może nieco się mieszają. To po prostu wysokiej jakości, kreatywna nuta tętniąca życiem, którą rzecz jasna można bez problemu definiować przez pryzmat ejtisowych wielkich gatunku, ale ja tego nie zrobię. Być może dlatego, że ja wielkich gatunku, gdy wielkimi byli nie słuchałem, bowiem lat miałem za mało, albo nie otaczało mnie środowisko starszego brata, w punku i zimnej fali po szyję tułów trzymającego. Taki los starszego rodzeństwa, że ono szlaki przeciera i ślepia młodszemu otwiera, stąd niewykluczone że ja mogłem też wpłynąć (choć jak jak wiem zaledwie przez moment :)) na to co do uszu siostra moja wciągała. Tak czy inaczej i ten tego... jak chcecie to czym jest Tramhaus sprawdźcie, albo w sumie mi wszystko jedno - ja znam, słucham i czekam z wypiekami na już zapowiadaną studyjną dwójkę. ZA-JE-BI-ŚCIE!

sobota, 11 lipca 2026

Crippling Alcoholism - With Love from a Padded Room (2024)

 

Dwójka Crippling Alcoholism przeszła latek dwa, niezauważona pod moim radarem, tak jak naturalnie debiut o którym jeszcze nie mam do tej pory zielonego pojęcia. Przyjdzie czas zapewne aby przyczaić co grali, zanim weszli jak się okazuje dość mocno w rozpoznawalny nie tylko w głębokim undergroundzie przebłysk oryginalności, zaczynając wypływać na wodę szerszą, gremialnie przez zaawansowaną w wyławianiu perełek krytykę zostając docenionym. Pewnie szybko bym się o istnieniu tejże bostońskiej ekipy nie dowiedział, gdybym nie lukał gdzie trzeba i podczytywał w miejscach właściwych. Super że jest grono maniaków dziennikarskich, którzy trzymają rękę na pulsie i pośrednio inspirują takich maluczkich z Pierdołkowa jak ja. Tegoroczny krążek Crippling Alcoholism był dla mnie niezwykłym odkryciem, w trudnym czasie i nieomieszkałem o tym przy okazji quasi refleksjo-recenzji z lutego donieść, więc można doszukać się w archiwum, w miarę obfitej jak na standardy blogaska opinii. Tutaj tylko dodam w temacie Camgirl uzupełniająco, iż mieliłem wspominany od niemal pół roku, a nie były to łatwe seanse, bowiem mieszał we łbie, dociskał do ściany, także obsuwał ziemie spod nóg. Nie pomagał do momentu aż sytuacja mentalna uległa poprawie i względnej stabilizacji, wówczas na pełnej i z komfortem psychicznym bardziej znaczącym, zacząłem delektować się jego zawartością, ale jeszcze długo nie miałem odwagi aby skonfrontować się z dzisiaj poddawanej autopsji With Love from a Padded Room. Na dystans trzymałem, gdyż głównie przez obrazek z koperty się obawiałem, ale jak już schwyciłem okazję, silniejszy i odporniejszy, to się nie mogę od trzech dób od dwójeczki w katalogu Amerykanów uwolnić. Jednakowoż nadal bardziej sympatyzuje z trójką, ale nie mam wątpliwości, iż zawartość krążka z 2024 roku wejdzie już za moment na ten sam poziom wstrzykiwanego w krwioobieg hipnotyzującego zaangażowania, jaki doprowadzi do znajomości wszelkich niuansów i melodii, w każdej jednej depresyjnie urzekającej kompozycji. Ekscytujące momenty i eteryczne wątki z pewnością posiadają takąż moc sprawczą. Intensywnie wszędobylskie plamy syntezatorowe wypełniają potężną przestrzeń, podbijane wyrazistymi partiami wybuchowej perkusji i płynącymi wraz z falą elektroniki inspirowanymi zimną falą akordami, a wszystko wybrzmiewające niczym nakładające się na siebie echa. Tutaj mechanika syntetycznej powtarzalności spotyka się z chłodem skondensowanego, mozolnego dźwiękowego emocjonalnego rozedrgania, a efektu całości dopełnia otulający, aczkolwiek ponury głos, czysto wypełzający z niby klaustrofobicznej otchłani. Każdy detal trafia w punkt i koncepcja jest niezwykle spójna, bo głębokie przytłumione pomruki opowiadają historie trudne, niepokojące, ale z rodzajem wyhodowanego na doświadczeniach, oswojonego dewiacyjnego cierpienia. Raz człowieku podatny wejdziesz w ten świat, a Twoja zbroja zostanie rozpuszczona i zaczniesz myśleć, iż wszystko czego złego doświadczyłeś da się przekuć w siłę i spojrzeć bólowi z podniesiona głową prosto w oczyska. tylko tak to sobie wyobrażam. ;) 

piątek, 10 lipca 2026

Pillion (2025) - Harry Lighton

 

Odważne, w sensie możliwości obyczajowego napiętnowania role (jeden i drugi aktor z pary kozak), bezkompromisowe sceny (na surowo i ostro), ale to nie jakieś totalne zniesmaczenie, bo zdecydowanie to nie wyłącznie relacje seksualne męskie mnie o konsternację przyprawiły, ale sposób traktowania jakiego doświadcza postać/bohater, ze strony postaci/bohatera. Bliskość fizyczna to raz, a wykorzystywanie w kontekście psychicznej obojętności i przemocy cielesnej z nastawieniem na służalczość i cierpliwe znoszenie upokorzeń, to z wielkich liter, migające czerwonym światłem DWA. Brak dumy, a może niemożliwa do zniesienia samotność w tłumie, bądź w dodatku tak niskie poczucie własnej wartości, że pozwala się doprowadzić do wręcz upodlenia - może to szokować i wyrwać ze strefy moralnego komfortu. W tym kontekście jest to potężna dawka szokersa, tak jak prawdę pisząc są tu też momenty, że szczena opada (idę o zakład, iż nadwrażliwych, a może przede wszystkich niepewnych swojej heteroseksualności one oburzą święcie), kiedy środowisko więcej niż stuprocentowych motocyklowych samców, prezentuje skłonności do sado-maso, w odmianie niewolniczo homoseksualnych, z kłódką z łańcuchem dosłownie na szyi praktyk. Dlatego może lepiej za dużo nie zdradzać i nie zniechęcać, zachęcając prowokująco zarazem do machania transparentami środowiska zlęknionych, dodając tylko ostrożnie i optymistycznie być może, że w dramacie nieoczywistym, w punkt przekornym i całkiem w odpowiednich chwilach tragikomicznie ironizującym, odnajduję się też kochająca rodzina (wartości rodzinne zawsze na propsie), naturalnie i bezdyskusyjnie akceptująca te napiętnowane społecznie zachowania seksualne oraz ewolucja opisanej wyżej relacji - tak zaskakująca, iż poniekąd (gdyby nie podstawa naukowa) niewiarygodna. Kłódka na szyi może i wciąż pozostaje, ale robi się/jest empatycznie i zabawnie, patrząc na zdruzgotane sztywne konwenanse i tabu się roztrzaskujące, w tej opowieści o samotności i skromności. Towarzysząc poddawanemu próbie bohaterowi w wyboistej, pełnej pokory drodze do wyzwolenia. Rzecz nie taka ofensywna i nie taka śmiertelnie poważna, jakby się z pozoru mogło wydawać. Uznania dla Pana reżysera, podkreślę że debiutanta. 

czwartek, 9 lipca 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Sprawa wygląda jasno, wszystko jest dla mnie od lat myślę jednak zrozumiałe, że w moim, wciąż jeszcze teoretycznie rozwojowym wieku, trudno mi utrzymać zainteresowanie bieżącymi produkcjami jednej z moich ulubionych legend hard rocka, bowiem (cholera cholera cholera!), jak tu słuchać z zainteresowaniem wypocin emerytów, gdy w tychże próbach kompletnie nie słychać, tego wszystkiego co niegdyś (no tak, gdy zaczynali i jeszcze się przepoczwarzali) powodowało, iż powstająca muzyka była pasjonująca. Dzisiaj to co nagrają  nie ma już nic wspólnego z porywaniem do przeżywania nuty na różnych, podnoszących włosy na przedramieniu poziomach. Sentymentalnym, czy energetycznym - nie ważne, czy na zawiasa czy szaleńca! Najgorsze jest jednak nie to że Splat! jest za miękki czy za twardy, za wolny czy za szybki, tudzież fajny czy niefajny. Problem w tym, że on jest obiektywnie najlepszym co legenda nagrała od bardzo wielu lat i ja słuchając zawartości nawet złapię się na tym, iż poszczególne riffy, motywy czy wątki, a nawet konstrukcje mnie przez moment zaciekawią (pierwsze ze środka Scriblin' Gib'rish), lecz kompletnie nie łączy się ono z jakimkolwiek większym czy tym bardziej dłuższym wyrzutem dopaminy. Może dlatego, iż dzieje się niby w kompozycjach ze Splat! sporo, ale to sporo to jakaś siłowa jednak sklejka, u której motywacja bez ikry, żeby może jak zaklniemy rzeczywistość się udało, tak jak niegdyś (parafraza porównania Gillana), za czasów Highway Star czy najlepiej Smoke on the Water, inaczej, czyli według mnie popuścić lejce, wcześniej smagając tego narowistego już z natury rumaka do szalonego, często improwizowanego galopu. Niestety wiek nie pozwala się już pogibać elastycznie tak fizycznie, jak mentalnie i jakby się "starsi chłopcy" nie spięli, nie zmobilizowali i zaktywizowali, to ich nuta nie będzie tak luźna, lotna i pierwotnie dzika. To przykre (rozumiem doskonale), ale nawbijali w indeksy potężną ilość nutek, przyjęli postawy sugerujące nonszalancję, a gdy zajrzeć pod skórę tym wykonom, to paradoksalnie, one negują wszystko co naturalnie powinno wynikać z przyjętego kierunku na rockowy żywioł. Zamiast niego dostałem wydmuszkę ze spłaszczoną dynamiką i miałkością aranżacyjną, w której sterylności nie mam zamiaru na siłę doszukiwać się czegoś więcej prócz często wręcz kiczowatych, jakby z wieczorka zapoznawczego z sanatorium melodyjek. Spiętego patetycznego dryfu bez powietrza, jakby na jednym, długo przytrzymywanym wdechu. Powiem mocniej (mimo że podkreślam, iż to prawda obiektywna, jakoby Splat! ma najwięcej w sobie do komplementowania, niż chyba każde pojedyncze studyjne wydawnictwo, powstałe w obozie Brytyjczyków w XXI wieku), ŻE dałbym sobie zdjąć pazurka z małego paluszka, IŻ w powstaniu takiego zestawu riffów i klawiszowych wzorów maczała swoje diabelskie kopytka sztuczna inteligencja. Jak nie na maksa, to dopieszczała całość, doszlifowując też twierdzę wizję z koperty.

P.S. Natomiast jakby mnie ktoś jeszcze zapytał - a jak wokal? Zaproponowałbym Ianowi zgadać się na kufelek z ziomkiem Robertem (tak z Plancikiem), który mógłby wytłumaczyć mu, co śpiewać kiedy tego co chciałby śpiewać, już zaśpiewać nie jest zajebiście w stanie.

środa, 8 lipca 2026

Backrooms / Backrooms. Bez wyjścia (2026) - Kane Parsons

 

Dzień dobry/dobry wieczór, kina mocnych wrażeń „dreszczowych” maniakom. Przypominam/donoszę, iż była bardzo niedawno na ustach wielu Obsesja, obecnie w apogeum zainteresowania od kilkunastu dni pozostaje Backrooms. Horrory na propsie i to autorstwa kompletnie nowego pokolenia filmowego, bowiem te dwa i w ostatnim szerszym nieco czasie, kilka innych ważnych, bowiem frapujący i wdzięczny kierunek obierających, dystansujących się od wyłącznie efektowności na rzecz głębszych treści, produkcji nastawionych żniwa. Backrooms jest interesujący koncepcyjnie oraz w mocnym pomieszaniu z poplątaniem (czytaj bezpośrednim chaosie alegorycznym) zdatny do intensywnego rozbierania na części składowe i rzecz jasna wyciągania wniosków, sugestiami podsuwanych. Nie wszystko na pewno według intencji młodocianego kierownika tego zamieszania połączyłem, nawet jeśli dwóch głów używając, do swoich wrażeń te Lalu dopasowałem. To przecież jest chaos spory, nagromadzenie tajemniczych motywów, nawiązujących do wspomnień podświadomości, jakie we łbie uśpione i wybudzane w konkretnie sprężynujących okolicznościach. Opisywanie obrazem tego co znajdujemy w zapętleniu wspomnień, co nam zrobiło dzieciństwo i z czym nas pozostawiło. Częstokroć z nieuświadomionym przez lat mnóstwo znaczeniem wydarzeń i odcisków traumatycznych, dla bezpieczeństwa póki to możliwe wypieranych. Z koszmarem zza pleców, na pełnej najczęściej wchodząc w „przed-starość”, w tym przypadku wizualnie kapitalnie zilustrowanym, dzięki zastosowaniu kameralnych, a jednak widowiskowych efektów specjalnych. Mnie w tym labiryncie, w towarzystwie bohaterów, całkiem fascynująco w transie gubiło jedne myśli, natrafiając na inne i korzystając z własnych doświadczeń mało konstruktywnych, z klocków pamięci i pół-pamięci i czarnych dziur, własną mapę strachów tworzyło. Wszystko wypływa z zapętleń i wszystko finalizuje się zapętleniami, w tej alegorii terapii - otwierania drzwi i okien do osobistej twierdzy w głowie, z których co rusz wypada jakieś trupie truchło z przeszłości, prowadząc skomplikowanymi labiryntami, przez analizowane koszmary, do jednego banalnego wniosku, że jeśli traumy z czasu smarkatego nie dadzą rady (stając się w międzyczasie morderczymi cieniami) Cię człowieku zabić, to na pewno gigantycznie nie raz Cię zdemolują. Być może dlatego bronię się i jeśli tylko nie jest to konieczne, nie wycofuję i nie podejmuję konfrontacji - lukając ostrożnie w permanentnym, ale oswojonym lęku zza ochronnej szyby samotności, stworzonej i pielęgnowanej banieczki. Nie prowokuję starcia, gdyż mój wewnętrzny potwór, aktywuje się poprzez bez zrozumienia reakcję otoczenia. Dlatego interpretacyjne spojrzenie debiutującego smarkacza, ma dla mnie znaczenie i nie będę tu narzekał, że może za dużo tu było nachalnego psychologizmu. Było go tyle ile uznał autor za konieczne i nie skupił się wyłącznie na intelektualnej głębi, ale sieknął też kilka razy surowo i konkretnie kapitalnymi „strasznościami”, korzystającymi skutecznie z podkładu dźwiękowo-muzycznego. Z pewnością nie było możliwości aby przyciąć komara, bowiem konsekwentnie to co wypływało z ekranu niepokoiło i intrygowało. Zwięźle ujmując, porządny kawał porządnie zagranego, „klaustrofobicznie geometrycznego slashera terapeutycznego” wciągnąłem!

wtorek, 7 lipca 2026

East of Eden / Na wschód od Edenu (1955) - Elia Kazan

 

Lalu się całkiem mocno po obejrzeniu efektem podniecała, ja natomiast pozostałem raczej niewzruszony, więc gdyby nie natłok u niej innych okoliczności niesprzyjających spisywaniu refleksji, to w tekście poniższym więcej byłoby opinii pozytywnej lub wręcz entuzjastycznej, niż tej jak się okaże dość wstrzemięźliwej, ale nie napiszę że rozczarowującej w odczuciu i w odniesieniu do meritum. Zatem jeden film, a dwa stany po skosztowaniu i moje pierwsze przekonanie, bądź obawa iż może czegoś nie zrozumiałem, na coś nie byłem odpowiednio wrażliwy, więc ocena kompletnie nie będzie nasączona pewnością siebie - raczej zdystansowana, pozostawiająca pootwierane furtki do ewentualnej zmiany zdania, gdy okaże się być może kiedyś, że coś zaświtało, jakieś połączenia w przemyśleniach zatrybiły i w konsekwencji przymusiły w poczuciu wstydu, głowy spuszczonej do oddania Kazanowi i Deanowi sprawiedliwości. Może się tak zdarzyć, gdy przynajmniej zrozumiem jak doskonałym fundamentem była powieść Steinbecka, bowiem na półce wypycha się do przeczytania tegoż biografia, a przecież nic do trafionego odbioru twórczości nie przybliża jak znajomość kontekstów z życia i inspiracyjnych sprężyn. Na dzisiaj jednak napiszę tylko tyle (zostawiając miejsce na ewentualny edit, tudzież coś w rodzaju poszerzonej erraty), iż faktycznie temat ambicjonalnej, podszytej zazdrością walki o względy ojca plus konkurowania dwóch braci o serce jednej kobiety, to podstawa iście dla opowieści bogatej w namiętności i dramaty perspektywiczna, ale w przypadku kina hollywoodzkiego z połowy lat pięćdziesiątych i sposobu w jaki uniesienia w nim były ukazywane, dla mnie jak się okazało nazbyt emfazą przesiąknięte, kiedy w dodatku maniera Jamesa Deana bywała równie emocjonująca co przeszarżowana – w sumie zasługująca na kultową adorację. Zatem waham się, ale fascynująca i doceniona przez miłośników, w praktyce literatura Steinbecka, w formule kina Kazana u mnie na ten moment uznania na jakie się nastawiłem nie zdobyła. Może jednak to nie tylko problem aktorstwa jakie dzisiaj lekko przekoloryzowane uczuciowo, ale właśnie podstawa była nadmiarowo melodramatyczna i popuszczająca wodze w kierunku taniej sensacji, a sam Steinbeck nie był pewny czy zmierza w trafnym kierunku, sam nie wiedząc do końca i niejasno mącąc, co sądzi o ówczesnej kondycji człowieka. Być może konstrukcja jego prozy była nazbyt złożona, do zekranizowania w formule oddającej jej najważniejsze walory niezdatna. W końcu być może postaci były mało wiarygodne, mimo że sposób opowiadania wymagającej historii, na kartach był pełen życia. Mam może też poczucie, iż ta wielowarstwowa i podsumowana mocnym finałem quasi epopeja rodzinna, nie jest adresowana do typów mnie podobnych, całkiem solidnie impregnowanych na przejaskrawianie. Nie uważając jednocześnie, że sagi rodzinne, jeśli są psychologicznie wiarygodne, bywają gatunkiem jaki wywołuje we mnie uczulenie. Patrzcie proszę na moje przykładowe uwielbienie dla Wichrów namiętności.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Silent Friend / Milcząca przyjaciółka (2025) - Ildikó Enyedi

 

Kino otwarte, szeroko interpretacyjnie rozbudowane, pulsujące wewnętrznie i zamknięte, sprowadzone do skompresowanego, kameralnego slow cinema snuja jednocześnie. Harmonijnie otwarte i zamknięte estetycznie i formalnie - bez śladów uczestnictwa w tych dwubiegunowych określeniach sprzeczności. Kino metaforyczne, alegoryczne, więc trudne i żmudne, ale oferujące również masę głębokich przeżyć, niebezpośrednio, stopniowo w widzu, niczym wzrastająca roślina wzbudzanych. Wymagające obserwacyjnego zmysłu nastawionego na pełną koncentrację i zarazem pozwalające zatapiając się w kontemplacji odpocząć, gdzieś na granicy intensywnego wysiłku intelektualnego, w spokojnym, płynnie swobodnym otoczeniu pozbawionym jednakże chaosu wynikającego z natłoku ważnych myśli. Ostentacyjnie wręcz artystyczne i refleksyjne, jednako nie pobudzające odruchu obronnego, jaki często wiąże się z uczestnictwem w reżyserskim autorskim rytuale, stworzonym z pobudek etycznych, odpowiedzialności za wskrzeszanie szlachetnych wartości. Niebanalny a jakże temat, prawdę pisząc mnie totalnie zaskakujący na poziomie opracowania i docierania do sedna przesłania i analizy obranego eksploracyjnego kierunku. Uczestniczyłem i czułem, żyłem w procesie hipnotyzującym, czymś na kształt barwnej i kompletnej erudycyjnej medytacji, jednakże skutecznie uciekającej jak wspomniałem od nadęcia koncepcyjnego. W urzekającym, magicznym, widowiskowo intrygującym przeżyciu z głębokim wnętrzem i silnie rezonującym charakterem. Botanicznym eseju o fabularnie ludzkim kontekście - traktacie komunikacyjnym z fascynującymi paralelami, analogiami. Narracyjnej perełce, naukowym multimedialnym niemalże wykładzie, jaki pasjonuje i po wybrzmieniu potrafi zmienić w człowieku perspektywę, a być może nawet obudzić namiętną florystyczną pasję. Wielkie ilustracyjne kino gigantycznej wrażliwości, z monumentalnym finałem. Wprost naj haj. :)

P.S. Przepraszam za quasi poetyckich uniesień zatrzęsienie, kosztem innych właściwości w recenzji istotnych pominięcia. Świadomie sobie w coś więcej poza scenariusz, warsztat i technikalia odpłynąłem. ;)

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

Drukuj