czwartek, 25 czerwca 2026

Amrum (2025) - Fatih Akin

 

Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.

wtorek, 23 czerwca 2026

On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan

 

Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Obsession / Obsesja (2025) - Curry Barker

 

Bardzo dużo w międzyczasie i najczęściej mądrze, czasem jednak skrajnie zbyt lub za mało powściągliwie nabazgrano opisując ostatni fenomen „marketingu szeptanego”. O Obsesji z mikrym budżetem, a maksymalnym hajpem niemal każdy kto w popkulturze sobie zawodowo, bądź hobbystycznie brodzi, miał ochotę opinię wygłosić i nie trafiłem na żadną która miałaby podważać wartość w jakości debiutanckiego filmu, kogoś kto do tej pory profesjonalnie z fachem nie miał nic, lub niewiele wspólnego. Pełno w sieci teraz jego, a dokładnie o nim i chyba nawet więcej o odtwórczyni pierwszoplanowej roli i oboje oni wraz z resztą, tak fachowców zaangażowanych (charakteryzacja ze scenografią bomba) jak i aktorskiej obsady na słowa uznania zasłużyli. Odwalono tu bowiem kawał doskonałej, uparcie autorskiej roboty, stawiając miast (jak podobno wytwórnia sugerowała) na scenariusza, ogólnie pomysłu obskubanie i pod wymagania widza pop-corn-owego formy skrojenia, na pierwszorzędnie wytłuszczoną kwintesencję! Na szczęście szef kluczowej wizji miał jaja z granitu i nie dał się tak presji, jak (ciekawe czy to mit dodany czy prawda) przekupstwu finansowemu, bo dzięki tejże twardej (nie użyje słowa niezłomnej ;)) postawie, powstał horror z prawdziwej krwi i kości, o ludzkim obliczu nie tylko psychologicznym i silnym osadzeniu w naukowym (tudzież jak ktoś woli praktycznym). Bardziej na serio niż dla efekciarstwa, gdzie pod nieco tylko pojechanych motywach, jest mnóstwo rzetelnej, czyli sprawdzonej w boju i na własnym zapewne przypadku przetestowanej psychologi relacji. Ten fundament i to sedno jest o zazdrości, obsesyjnej miłości - miłości opresyjnej, wręcz histerycznej, gdzie szantaże or niepoczytalność właściwie. Tak samo jak wyłuszcza on drugą stronę medalu, czyli obok tego najbardziej uderzającego, czyli stylu przywiązania lękowego, mocno, radykalnie ukazanego i być może „horrorowato” przerysowanego, pojawia się styl unikowy, gładko (to znaczy szorstko w efekcie :)) przeplatający się ze stylem zdezorganizowanym, a obok majaczy jako niewykorzystana szansa, sytuacja (dla bohatera) styl bezpieczny. Tak to sobie osobiście najprostszymi metodami rozkminiłem i nie mam absolutnie jakichkolwiek pretensji, że wiedza jest tu raczej oczywista i podana wprost, a jednak daleko jej do łopatologii w komersze na ogół stosowanej. Dla mnie to tak samo ORYGINAŁ pośród gatunkowych kopi kopii, skopiowanych korzystając z popularnych, przekombinowanych kopii, czyli niby obraz zwykły, a niezwykły paradoksalnie, gdyż w swej formule skromnej powracający do , a nie ślepo brnący w efektowne i najgorsze że syntetyczne poboczności zagamtywania. Produkcja która wygląda niezwykle rzetelnie, a oczekiwane w horrorach jumpscare’y naprawdę mogą powodować obsranie, w mniej ekstremalnym wydaniu lekkie zmoczenia oraz po wyjściu z kina nietęgi miny, tak z powodu tego co powyżej, jak i analizowania siebie i swoich bliskich relacji - jeśli oczywiście jest ku temu powód, a dokładnie intelektualna i związana z bystrością autokrytyczną baza. Ogólnie „uważaj człowieku co sobie życzysz”, bo nie wiesz jak jest po drugiej stronie nieznanej bajeczki, a i od skrajności do skrajności przerażająco niedaleko. Więcej po prostu k-wa umiaru, zdrowego rozsądku we wszystkim plis. ;)

czwartek, 18 czerwca 2026

Maruja - Pain to Power (2025)

 


Trafiłem kilkanaście tygodni temu na kluczowe rozbudowane info, że pojawiło się takie z Wysp Brytyjskich objawienie i ja zaintrygowany luknąłem, zgadzając się finalnie, że z mega oryginalnym tworem mam do czynienia. Jestem również nieco zaskoczony, bowiem jakiś czas temu, gdy jeszcze nie próbowałem post punka intensywniej, to nie pomyślałbym, że taki stylistyczny flow mnie poniesie. Debiut Maruja osiada może nie z miejsca, lecz jego specyficzny VIBE wkręca się w głowę - ustawicznie domagając się mojej głowy drenowania. Kompozycje powiązane są wspólnym mianownikiem podkreślonym, w którym sekcja dęta odgrywa rolę kluczową. Gatunkowo usadawia się w wymienionym postpunku, lub z niego wypływa, bowiem nie idealnie w ramy się w finalnym kształcie wpasowuje. Nazwanie go hard core'owym spiritual jazzem (doczytałem) zdaje się trafione, gdyż łączy duszny gniew, zinternalizowaną i oswojoną wściekłość, z naturalnymi w świecie ambitnej ekstremy, wycieczkami w kierunku tak komplikowania struktur rytmicznych kakofonicznymi nieco odjazdami oraz klimatycznymi subtelnościami, niestojącymi z wymienionymi mimo pozorów w sprzeczności - budowaniem napięcia, pozwalając temuż eksplodować zgiełkiem. Swoją istotną rolę odciska też na repetywnych, hipnotycznych w odczuciu numerach skandowany, melorecytowany wokal, przechodzący skrajnie w bolesne jęki i pełne stroskanej uczuciowości zaśpiewy. W tekstach dotykając istotnej problematyki, rozwija przekaz zaangażowany - protestu i buntu. Dudni radykalnym, apokaliptycznym słowem i dla kontrastu czule otacza rodzajem muzycznego przemieszania nietypowych składników dźwiękowych. To rodzaj "hałasu", jaki wywołuje nie tylko wściekłe emocje, lecz równie często powoduje kontemplacyjne skupienie - inne, bowiem z kategorii mi dotąd nie bardzo znanej.

środa, 17 czerwca 2026

All Them Witches - House Of Mirrors (2026)

 

Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)

wtorek, 16 czerwca 2026

Blow-Up / Powiększenie (1966) - Michelangelo Antonioni



Biorę się ja (skupion jak się okaże na detalach, na kosmetyce) za Powiększenie. Ruszam odważnie w kapciach neofity w kierunku najbardziej jak póki co się domyślam ambitnego i najbardziej jak poczułem niejasnego oraz najbardziej jak widzę docenionego przez krytykę obrazu Antonioniego. Równie głośnego co przepełnionego i przegiętego kontekstami i symboliką, więc pozostając ze zmarszczonym czołem po niezwykłym abstrakcyjnym finale, sięgam automatycznie do źródeł i wyczytuje to, co mnie paradoksalnie w niewielkim stopniu zaskakuje. Bowiem okazuje się że zatrybiłem, choć być może jedynie podświadomie. Akcja wówczas związana z paniką i spotkaniem ze słowem wyjaśniającym wyciąga ze mnie tym samym, wszystko to co w mgle skojarzeń i interpretacyjnych pomysłów istotne i trafione, ale bez kluczowego znaczenia. To okazuje się iż po prostu artystyczny intelektualny snobizm i realizacyjnie ta pozorna nonszalancja w grze i w prowadzeniu narracji gubi właściwy kierunek i onieśmiela, a powinna mnie głupiego sfokusować i olśnić. Impertynencja perfidnego blagiera wręcz momentami, pod którą kryje się precyzja, jednako do wychwycenia, gdy mimo wszystko (w końcu) autor poda poza ekranem tropy do wyłapania, więc też typ kinowego przekazu za jakim nie przepadam do końca. Szanuje niekonwencjonalne ścieżki w myśleniu i kreowaniu ekranowej rzeczywistości przez osobliwych i erudycyjnych twórców, lecz też wymagam aby na tyle przyswajanie przelewali koncept na kadry, aby sam wysiłek umysłowy w miarę ogarniętego widza wystarczył, by ubrać metafory i alegorie w słowa. Sensów wiele, sposobów odczytywania dowolność, sprowadzona w tym konkretnym przypadku do dostrzeżenia w powierzchownym brak spójnej treści, przekazu trafnego - każdy widzi (jak ten bohater filmu) co innego i na swój sposób indywidualnie rzeczywistość przemiela. Tym przecież jest też film jako sztuka iluzji.

P.S. Właściwie to co powyżej powinno wystarczyć, ale po drodze do dziury w której goniona myszka spryciula się schowała, brzęczały mi myśli i kojarzonka, więc się jeszcze podzielę w trybie bezceremonialnie surowym składniowo, co następowało. Morderstwo jako pretekst, zagadka bez rozwiązania przejmująca uwagę i zwodząca. Bardziej archiwizacja, kronika wyglądu Londynu, przemian wizualnych i kulturowych, mentalnych z lat sześćdziesiątych. Bohaterem bardziej miasto, jako miejsce rozwoju kontrkultury - „Londyn który dopiero zaczyna swingować”. Rodzaj „peanu na cześć mody, obyczajów, muzyki, seksualności i dziwności świata”, który w zasadzie zakładam chciał Antonioni wyłuszczyć i być może potępić.” Hołd jednocześnie dla gatunku zwanego suspensem, ale z pozycji obserwacyjnej, technicznej, w żadnym stopniu emocjonalnego uwiązania w zależności, a tym samym nieintencjonalnie przyszła inspiracja dla (zgadzam się) Coppoli w Rozmowie czy De Palmy w Wybuchu. Akcja się długo zawiązuje i nie ma oczekiwanego wyjaśnienia od punktu kulminacyjnego. Narracja robi podkład pod zaskakującą tak abstrakcją, jak prostotą podkreślającą ogołoconą istotę, z interpretacyjnym twistem finalizacją. Niby to jakiś pusty przebieg, takie robi wrażenie ale czekając na zawiązanie intrygi, czuć napięcie i wisi nad tymi scenami jakiś rodzaj zawiesiny, która zagęszcza atmosferę. Surowo, a bardzo konkretnie i sugestywnie, a niby od niechcenia, śledząc jedną z kluczowych postaci. Ten aktor też przykuwa uwagę! Ten (o Eureka) z „ridleyowskiego” Gladiatora - rozpoznany (w odróżnieniu od The Yardbirds) z poślizgiem przez rysy surowe, charakterystycznie wyraziste, nadające w przyszłości aktorowi rozpoznawalność, nawet jeśli nazwisko w głowie, ze względu na przypisanie do roli z drugiego planu anonimowe. Taki to j.w. był seans do końca „o ch*j chodzi?”. :)

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Gallipoli (1981) - Peter Weir

 

Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.

niedziela, 14 czerwca 2026

In Flames - Soundtrack to Your Escape (2004)

 

Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)

Drukuj