piątek, 17 lipca 2026

Following / Śledząc (1998) - Christopher Nolan

 

Na naszych ekranach, od kameralnie studyjnych po mega-hiper multipleksowe, debiutuje właśnie Nolana być może opus magnum (takie wieści ocenne płyną z zachodu), a w ramach prawdopodobnie podgrzania też wokół twórcy atmosfery, jeszcze dni kilka temu śmigał debiut jego - jak na szybciocha rozpoznałem, od lat u nas wcale, bądź co najwyżej trudno dostępny. Korzystając zatem z okazji, poświęciłem jeden z wieczór i co następuje, mam kluczowy wniosek własny, iż Nolan przeszedł cholera prawie trzydziestoletnią drogę, od startu do wciąż przecież jeszcze nie mety (typ ma dopiero 55 wiosen), co oznacza w jego przypadku dryf od kina autorskiego, do gigantycznych produkcji blockbusterami nazywanych, a ja doceniając awanse w hierarchii, bardziej chyba obecnie kminie Nolana sprzed lat, niż współczesnego. Oppenheimer fakt potężny i widowiskowy, tak jak wszystkie spod jego łap superprodukcje, lecz w tej sekundzie mojej sympatii do kina, to ja poproszę więcej treści, a mniej postprodukcji i takich tam akcji pod tytułem „wy E biemy taki epos trzygodzinny, że widz z uśmiechem Jokera wypełznie z kina, ilością plus jakością przemielony. Odyseja więc Odyseją, a Following na tapecie i korzystając z fragmentów ostatnio w przestrzeni internetowej propsowanej, pięćdziesięciopięciolatka biografii/monografii filmowej chcę dopisać, iż Following korzysta z sytuacji z życia prywatnego Nolana, ale nie jest oczywiście ono wprost podstawą dla scenariusza. To incydent, może incydenty wplecione w fabułę, rozpisaną autorsko przez reżysera, na tej samej maszynie, która w filmie jest rekwizytem. Czerpiąc z finansowego źródła, którym premia dla Krzysztofa za dorywczą bodaj pracę jako operatora kamery, bezskutecznie zabiegając o wsparcie dofinansowania od w założeniu szczodrych dla artystów podmiotów/instytucji, kręcił Following długo. Cały proces był żmudny i spotykał się z oporami nie tylko materii nieożywionej, a jak donosi rzeczone opracowanie książkowe, inspiracją dla pociętej chronologii były prace oczywiście mistrza zza oceanu w osobie Tarantino. Powstały tym samym trzy różne osie czasu, a z porozrzucanych puzzli montaż skleił bardzo intrygującą opowieść, wizualnie nawiązującą do najbardziej szlachetnych wzorców kina noire - jednako osadzonego współcześnie. Struktura narracyjna w niej przypomina matrioszkę, stanowiąc przykrywkę dla kilku zwrotów akcji, które następują w ostatnich dwudziestu minutach filmu i wybuchają jak granaty, powodując reakcję łańcuchową - to parafraza cytatu z Nolana. Natomiast odniesienia do stylistyki noire, powiązane są z przekonaniem, iż cała istota estetyki noir, związana jest z tym, że powinna przemawiać do lęków i neuroz, a tu tak się dzieje – wystarczy he he „pół-przeklejania”. :) Chciałem tylko tym sposobem donieść, że mimo iż Nolan nie jest dla mnie tak wielki, jak wielkim się go uważa, to lukając w opracowanie o nim i jego filmografii, złapałem się raz na ciekawość, dwa na formę, więc raczej szybciej niż później ogarnę całość, a Following sam spostrzegam jako kino niezależne najbardziej wysokich standardów. Lekko perwersyjny, zaspokajający wbrew przeszkód potrzebę przykład, obrazujący jak błyskotliwość, pasja, upór i rzemieślnicza praca zamienia się w dzieło ponadczasowe. O czym jeszcze bardziej się przekonamy (jak nam będzie jeszcze dane), gdy Odyseja z całym swoim rozmachem narzędzi i technik się zestarzeje, a Following wbrew przeciwnie, jak wino wciąż dojrzewać będzie. To jest właśnie ta prawdziwa moc dobrego kina. Szach i mat! :)

P.S. W takim razie proszę się teraz (tuż tuż) spodziewać, na moje Memento oddanie sprawiedliwości.

czwartek, 16 lipca 2026

The Invite / Zaproszenie (2026) - Olivia Wilde



Tym razem Lalu i TKPC zgodni - w całej rozciągłości złożonego problemu bez jednej rozjechanej opinii. :) Dlatego podpisując się pod każdym słowem parafrazująco-cytuję nieomal wprost, iż zaproszeń w „Zaproszeniu" mamy wiele - zaproszenie do stołu, do rozmowy, do tańca, do łóżka. Jest w czym wybierać, jest się czym częstować i do czego też w ostatnich latach całkiem bogatych w podobne tragifarsy porównywać. Rzeź i Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, to naturalne główne tropy, ale jakby nie sympatyzować i cenić wymienione, to sorry Romanie, sorry Paolo, Oliwka odrobiła lekcje i jeszcze dosmaczyła swoje spojrzenie błyskotliwością level (ponad Wasz) master i takim heheszkowo i filozoficznie kunsztownym wyrzutem dopamino-adrenaliny, w kontekście kosmatych myśli, że nawet kwestie kontrowersyjne, otwarcie mogły być w kinie, przez niejednego „a fe!, jak to tak, ej, dajcie spokój!” przemlaskane. Sprawił to w zaczynie oczywiście literacki fundament, bodaj o pochodzeniu browadway’owskim (tylko domniemam w temacie), ale bezdyskusyjnie dopieścił zaskakujący ponad oczekiwania kunszt reżyserski Oliwki oraz niesamowita aktorsko dominacja każdej z postaci - dominacja w dokładnie wyznaczonej strefie, by ścierając przekonania, konfrontując zachowania, nie wchodzić sobie ambicjonalnie w paradę. Korków od szampanów celebrujących sukces huk zatem słychać! Dąsami i grymasami czarująca KRÓLOWA na ustach podnieconej krytyki, a zaraz w jej tle, ale nie w roli statystów, tak Penelopka, za wszystko i za rzecz jasna seksapil wyeksponowany oraz jeden i drugi Pan AKTOR. Niższy, grubszy, bardziej rubaszny za stu procentową skuteczność w wywoływaniu salw śmiechu (duet z Oliwką, o ho ho ho ho!) i wyższy, chudszy, a za fakt że mimo, iż jest warsztatowo bardziej jednofazowo mdławy, to w tym gronie ideolo dopełniający przestrzeni komediowym vibem powściągliwy - sam chyba bawiąc się podczas kręcenia setnie, gdyż (oddaje wszystkie swoje dzisiejsze kamyczki orzechowe), gość w środku eksplodował śmiechem co rusz i tylko poliki mu wibrowały. Rzecz wprost naj naj i naj w swoim segmencie! Wielowarstwowa fabularnie, genialnie eskalująca od naiwnej komedii do pełnokrwistego dramatu. Celna analitycznie, ciekawie skonstruowana w formule akcja-reakcja farsa, z doskonale zszytych i skrojonych emocjonalnie komponentów postaci, z nieoczywistymi dialogami, w których tyle samo szybkostrzelnego efekciarstwa, jak uroku i głębi. Finalizując nawijkę, pod przykrywką śmichów-chichów, rasowy kryzysowy dramat, od słowa do słowa, od czynu do czynu, zataczający piekielny krąg wzajemnych oczekiwań, pretensji, zawodów i marzeń. Napięcia w nim w brud, wyhamowań ile należy. Przesadzając już z słów ilością, ostro cięte, błyskotliwie przekorne i bardzo praktycznie intelektualne sąsiadów spotkanie, a dla widza wkręcenie szczwane w swego rodzaju oczyszczający seans, będący komediodramatycznym studium związku, relacji, małżeństwa, bliskości i rozpadu. Warto było przyjąć takie zaproszenie, bowiem ono jest bardzo ekscytującą, zwyczajnie-niezwyczajną, ironicznie wycacaną (zawsze lofciam), dla pokolenia 30-50, z lustrem ROZRYWKĄ.

środa, 15 lipca 2026

Grzyby (2023) - Paweł Borowski

 

Jak coś w rodzaju legendy, tudzież klechdy niesie, kiedyś gdzieś w lesie. W lesie tajemnicza zagubiona para i stara grzybiarka z okolic. Ja akurat bardzo szanuje las, gdy poczuję entuzjazm uciekam w las, kochając zapach lasu - więc się na włóczęgę w okoliczności leśne z przyjemnością wybrałem. Pomalutku, ostrożny kroczek za ostrożnym kroczkiem w towarzystwie zagadkowych postaci, słuchając nieco kwadratowych, a w założeniu zapewne naturalistycznych dialogów i wyczuwając że do jakiegoś twistu zmierzamy. Niby takie nic, a jednak coś - nagromadzenie drobiazgów i minimalistyczne, momentami półprofesjonalne aktorstwo. Z kamerą po lesie, niepokojąca historia mnie niosła, jednak za cholerę nie kumałem co co i jak to? Do finału nie kumałem, który to zaledwie dwu-trzyminutowy, opad szczeny zastygły zafundował i pozostawił z mocnym rezonowaniem na długą chwilę - w kontekście o jakim polecam się samemu przekonać. To się faktycznie (jak oznajmiają dopiski po wszystkim) mogło wydarzyć, ale nie wiemy czy się wydarzyło.

P.S. Dodam że jest tu kilka kwestii, których nie mogę rozgryźć i na pewno coś mi umknęło. Może pogrzebię, może jeszcze raz sobie zaaplikuję, to mi się rozjaśni/wyjaśni.

wtorek, 14 lipca 2026

The Veils - Fragile World (2026)

 


Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils. 

P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

The Choral / Chórzyści (2025) - Nicholas Hytner

 

Raczej ospałe, może flegmatyczne, w klasycznej gatunkowe konwencji kino, typowe dla brytyjskiego, pamiętnie archaicznie szlachetnego charakteru, gdzie wiążą się nostalgia i sentymentalizm, z mądrym przepracowywaniem bólu, lęku i innych emocji oraz szczyptą zdrowego, wyrafinowanego poczucia humoru. Z powściągliwym z zasady Ralphem Fiennesem w roli głównej, który w jaką estetykę nie zostałby wpasowany, zawsze trafia w punkt, bowiem posiada intuicję i dopieszczoną doświadczeniem wprawę aktorską, a jeśli już gra, to gra bez sztucznej szarży, robiąc i tak wrażenie piorunujące. W tym przypadku nie ma mowy, by rozwinął aż tak ekscytująco skrzydła, ale idealnie oddał wachlarz subtelnych emocji, skrytych za ochronnym dystyngowanym emocjonalnym uniformem. Podobała mi się postać jego, ale szanuję także w jaki sposób przybliżona zostaje trudna wojenna (I Wojna Światowa) historia i różne postawy, nie poddawane mądrze na szczęście, pro patriotycznej ocenie. Kryje się w tym co zobaczyłem i usłyszałem dołujący smutek bezsilności, oddziałuje bezradność wobec druzgocącej siły potworności wojennej rzeczywistości. To seans wiążący być może dwie skrajności, bowiem tak w sferze wyrażającej uczucia i przekonania w przemowie do widza, jest taktowny ludzki pierwiastek i ludzko niekonsekwentna momentami bezceremonialność. Bez względu na małe koncepcyjne w scenariuszu pęknięcia i efekt finalny jaki nie sprawi aby przebił się do pamięci długotrwałej, mnie potrafił jednocześnie zainspirować do ważnych także dzisiaj, tu i teraz obok refleksji, jak też przytłoczyć tą przyciężkawie jednak zaaranżowaną konfrontacją śmiertelnej powagi, z formą obyczajowej tragikomedii. Czerpie z tematyki złożonej, ale w zasadzie jest prosty, bo struktura z założenia całkiem lekka, ale zawartość treściwie, mocno obciążająca. Kameralny i wymagający uważności obraz, z pacyfistycznym dnem, o tym przede wszystkim, że “życie bywa gówniane, więc proszę śpiewać”.

niedziela, 12 lipca 2026

Tramhaus - The First Exit (2024)

 

Był czas odrodzenia retro rocka, klimatów szczególnych na przełomie lat sześćdziesiątych i w dalszej wówczas perspektywie jeszcze całkiem długo siedemdziesiątych i jest czas odrodzenia punka, pod oczywiście gatunkowym szyldem dzisiejszym post post (he he) punkowym, którego renesans pokrywa się ze znakomitym też czasem dla młodych w zimnej fali się pluskających. Zasuwają więc trendy odhaczając kolejne dziesięciolatki i ja już nie mogę się doczekać (być może już czuć cos w powietrzu), że klimaty okołorockowe i metalowe przykładowo spod znaku Roadruuner Records, już wkrótce trysną świetnymi smarkatymi bandami, mocno sceną z mojej młodości zainspirowani. Póki co przechodzę jeszcze kolejny etap zachłystywania się tym, czego gdy byłem smarkaczem, z oczywistych powodów jeszcze świadomie odpowiednio nie miałem szansy przyswajać. Poznaję kolejne znakomite ekipy i Tramhaus jest jedna z tych, które zakładam, nawet jeśli moda przeminie, nadal karmić mnie będą kapitalnymi numerami, z systematycznie wydawanych i za każdym razem oferujących w coś ciekawie dosmaczającego ich styl numerami. To moja wizja racjonalna przyszłości, bo podobnie mam bowiem z retro rockowymi perełkami, jakie przetrwały i dzisiaj często potrafią nagrać materiały jeszcze lepsze, niż wtedy, gdy wstrzeliwały się w nowe przyjście w chwale własnej, a zarazem klasycznej stylistyki. Na Tramhaus trafiwszy dzięki algorytmom Youtube'a (kilka kawałków i obrazków do nich prze(ch)zajebistych), natychmiast wbiłem w notkę biograficzną i tak na uszach zawisł The First Exit i ja to piszę bum cyk cyk tak jak było, wystartował z animuszem (The Cause) jaki przyprawił mnie o zawrót głowy, gdy w samotności w czterech ścianach poddałem się ochocie na w rytm nutki tejże taneczne pływanie. Wspaniały to był moment i trzymał mnie do końca debiutanckiego longa, a jak już sobie popląsałem, to posadziłem zadek i zapisałem sobie co poniżej. Zapisałem między innymi, iż wokal typa przypomina mi sposób artykulacji gościa ze Squid, ale muzyka jest bardziej bezpośrednia, łatwiejsza, a przez to bardziej zdatna do czystej zabawy, mimo tego co skojarzeniowo skonfrontowanego usłyszałem na przykład w A Necessity, stąd w kolejnych fazach dopatrzyłem się poprzez dosłyszenie, iż jakby ktoś w Semiotics wpasował mruczanki mega przekozaka z Viagry Boys, to byłby to numer Szwedów plus Amerykanina - prawda? :) Nie powodują jednak owe rozpoznania, jakobym miał potrzebę napisać, że Tramhaus kopiuje tego czy tamtego, bo to nieprawda i Tramhaus jest bezwzględnie Panem własnej twórczości, a style może nieco się mieszają. To po prostu wysokiej jakości, kreatywna nuta tętniąca życiem, którą rzecz jasna można bez problemu definiować przez pryzmat ejtisowych wielkich gatunku, ale ja tego nie zrobię. Być może dlatego, że ja wielkich gatunku, gdy wielkimi byli nie słuchałem, bowiem lat miałem za mało, albo nie otaczało mnie środowisko starszego brata, w punku i zimnej fali po szyję tułów trzymającego. Taki los starszego rodzeństwa, że ono szlaki przeciera i ślepia młodszemu otwiera, stąd niewykluczone że ja mogłem też wpłynąć (choć jak jak wiem zaledwie przez moment :)) na to co do uszu siostra moja wciągała. Tak czy inaczej i ten tego... jak chcecie to czym jest Tramhaus sprawdźcie, albo w sumie mi wszystko jedno - ja znam, słucham i czekam z wypiekami na już zapowiadaną studyjną dwójkę. ZA-JE-BI-ŚCIE!

sobota, 11 lipca 2026

Crippling Alcoholism - With Love from a Padded Room (2024)

 

Dwójka Crippling Alcoholism przeszła latek dwa, niezauważona pod moim radarem, tak jak naturalnie debiut o którym jeszcze nie mam do tej pory zielonego pojęcia. Przyjdzie czas zapewne aby przyczaić co grali, zanim weszli jak się okazuje dość mocno w rozpoznawalny nie tylko w głębokim undergroundzie przebłysk oryginalności, zaczynając wypływać na wodę szerszą, gremialnie przez zaawansowaną w wyławianiu perełek krytykę zostając docenionym. Pewnie szybko bym się o istnieniu tejże bostońskiej ekipy nie dowiedział, gdybym nie lukał gdzie trzeba i podczytywał w miejscach właściwych. Super że jest grono maniaków dziennikarskich, którzy trzymają rękę na pulsie i pośrednio inspirują takich maluczkich z Pierdołkowa jak ja. Tegoroczny krążek Crippling Alcoholism był dla mnie niezwykłym odkryciem, w trudnym czasie i nieomieszkałem o tym przy okazji quasi refleksjo-recenzji z lutego donieść, więc można doszukać się w archiwum, w miarę obfitej jak na standardy blogaska opinii. Tutaj tylko dodam w temacie Camgirl uzupełniająco, iż mieliłem wspominany od niemal pół roku, a nie były to łatwe seanse, bowiem mieszał we łbie, dociskał do ściany, także obsuwał ziemie spod nóg. Nie pomagał do momentu aż sytuacja mentalna uległa poprawie i względnej stabilizacji, wówczas na pełnej i z komfortem psychicznym bardziej znaczącym, zacząłem delektować się jego zawartością, ale jeszcze długo nie miałem odwagi aby skonfrontować się z dzisiaj poddawanej autopsji With Love from a Padded Room. Na dystans trzymałem, gdyż głównie przez obrazek z koperty się obawiałem, ale jak już schwyciłem okazję, silniejszy i odporniejszy, to się nie mogę od trzech dób od dwójeczki w katalogu Amerykanów uwolnić. Jednakowoż nadal bardziej sympatyzuje z trójką, ale nie mam wątpliwości, iż zawartość krążka z 2024 roku wejdzie już za moment na ten sam poziom wstrzykiwanego w krwioobieg hipnotyzującego zaangażowania, jaki doprowadzi do znajomości wszelkich niuansów i melodii, w każdej jednej depresyjnie urzekającej kompozycji. Ekscytujące momenty i eteryczne wątki z pewnością posiadają takąż moc sprawczą. Intensywnie wszędobylskie plamy syntezatorowe wypełniają potężną przestrzeń, podbijane wyrazistymi partiami wybuchowej perkusji i płynącymi wraz z falą elektroniki inspirowanymi zimną falą akordami, a wszystko wybrzmiewające niczym nakładające się na siebie echa. Tutaj mechanika syntetycznej powtarzalności spotyka się z chłodem skondensowanego, mozolnego dźwiękowego emocjonalnego rozedrgania, a efektu całości dopełnia otulający, aczkolwiek ponury głos, czysto wypełzający z niby klaustrofobicznej otchłani. Każdy detal trafia w punkt i koncepcja jest niezwykle spójna, bo głębokie przytłumione pomruki opowiadają historie trudne, niepokojące, ale z rodzajem wyhodowanego na doświadczeniach, oswojonego dewiacyjnego cierpienia. Raz człowieku podatny wejdziesz w ten świat, a Twoja zbroja zostanie rozpuszczona i zaczniesz myśleć, iż wszystko czego złego doświadczyłeś da się przekuć w siłę i spojrzeć bólowi z podniesiona głową prosto w oczyska. tylko tak to sobie wyobrażam. ;) 

piątek, 10 lipca 2026

Pillion (2025) - Harry Lighton

 

Odważne, w sensie możliwości obyczajowego napiętnowania role (jeden i drugi aktor z pary kozak), bezkompromisowe sceny (na surowo i ostro), ale to nie jakieś totalne zniesmaczenie, bo zdecydowanie to nie wyłącznie relacje seksualne męskie mnie o konsternację przyprawiły, ale sposób traktowania jakiego doświadcza postać/bohater, ze strony postaci/bohatera. Bliskość fizyczna to raz, a wykorzystywanie w kontekście psychicznej obojętności i przemocy cielesnej z nastawieniem na służalczość i cierpliwe znoszenie upokorzeń, to z wielkich liter, migające czerwonym światłem DWA. Brak dumy, a może niemożliwa do zniesienia samotność w tłumie, bądź w dodatku tak niskie poczucie własnej wartości, że pozwala się doprowadzić do wręcz upodlenia - może to szokować i wyrwać ze strefy moralnego komfortu. W tym kontekście jest to potężna dawka szokersa, tak jak prawdę pisząc są tu też momenty, że szczena opada (idę o zakład, iż nadwrażliwych, a może przede wszystkich niepewnych swojej heteroseksualności one oburzą święcie), kiedy środowisko więcej niż stuprocentowych motocyklowych samców, prezentuje skłonności do sado-maso, w odmianie niewolniczo homoseksualnych, z kłódką z łańcuchem dosłownie na szyi praktyk. Dlatego może lepiej za dużo nie zdradzać i nie zniechęcać, zachęcając prowokująco zarazem do machania transparentami środowiska zlęknionych, dodając tylko ostrożnie i optymistycznie być może, że w dramacie nieoczywistym, w punkt przekornym i całkiem w odpowiednich chwilach tragikomicznie ironizującym, odnajduję się też kochająca rodzina (wartości rodzinne zawsze na propsie), naturalnie i bezdyskusyjnie akceptująca te napiętnowane społecznie zachowania seksualne oraz ewolucja opisanej wyżej relacji - tak zaskakująca, iż poniekąd (gdyby nie podstawa naukowa) niewiarygodna. Kłódka na szyi może i wciąż pozostaje, ale robi się/jest empatycznie i zabawnie, patrząc na zdruzgotane sztywne konwenanse i tabu się roztrzaskujące, w tej opowieści o samotności i skromności. Towarzysząc poddawanemu próbie bohaterowi w wyboistej, pełnej pokory drodze do wyzwolenia. Rzecz nie taka ofensywna i nie taka śmiertelnie poważna, jakby się z pozoru mogło wydawać. Uznania dla Pana reżysera, podkreślę że debiutanta. 

czwartek, 9 lipca 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Sprawa wygląda jasno, wszystko jest dla mnie od lat myślę jednak zrozumiałe, że w moim, wciąż jeszcze teoretycznie rozwojowym wieku, trudno mi utrzymać zainteresowanie bieżącymi produkcjami jednej z moich ulubionych legend hard rocka, bowiem (cholera cholera cholera!), jak tu słuchać z zainteresowaniem wypocin emerytów, gdy w tychże próbach kompletnie nie słychać, tego wszystkiego co niegdyś (no tak, gdy zaczynali i jeszcze się przepoczwarzali) powodowało, iż powstająca muzyka była pasjonująca. Dzisiaj to co nagrają  nie ma już nic wspólnego z porywaniem do przeżywania nuty na różnych, podnoszących włosy na przedramieniu poziomach. Sentymentalnym, czy energetycznym - nie ważne, czy na zawiasa czy szaleńca! Najgorsze jest jednak nie to że Splat! jest za miękki czy za twardy, za wolny czy za szybki, tudzież fajny czy niefajny. Problem w tym, że on jest obiektywnie najlepszym co legenda nagrała od bardzo wielu lat i ja słuchając zawartości nawet złapię się na tym, iż poszczególne riffy, motywy czy wątki, a nawet konstrukcje mnie przez moment zaciekawią (pierwsze ze środka Scriblin' Gib'rish), lecz kompletnie nie łączy się ono z jakimkolwiek większym czy tym bardziej dłuższym wyrzutem dopaminy. Może dlatego, iż dzieje się niby w kompozycjach ze Splat! sporo, ale to sporo to jakaś siłowa jednak sklejka, u której motywacja bez ikry, żeby może jak zaklniemy rzeczywistość się udało, tak jak niegdyś (parafraza porównania Gillana), za czasów Highway Star czy najlepiej Smoke on the Water, inaczej, czyli według mnie popuścić lejce, wcześniej smagając tego narowistego już z natury rumaka do szalonego, często improwizowanego galopu. Niestety wiek nie pozwala się już pogibać elastycznie tak fizycznie, jak mentalnie i jakby się "starsi chłopcy" nie spięli, nie zmobilizowali i zaktywizowali, to ich nuta nie będzie tak luźna, lotna i pierwotnie dzika. To przykre (rozumiem doskonale), ale nawbijali w indeksy potężną ilość nutek, przyjęli postawy sugerujące nonszalancję, a gdy zajrzeć pod skórę tym wykonom, to paradoksalnie, one negują wszystko co naturalnie powinno wynikać z przyjętego kierunku na rockowy żywioł. Zamiast niego dostałem wydmuszkę ze spłaszczoną dynamiką i miałkością aranżacyjną, w której sterylności nie mam zamiaru na siłę doszukiwać się czegoś więcej prócz często wręcz kiczowatych, jakby z wieczorka zapoznawczego z sanatorium melodyjek. Spiętego patetycznego dryfu bez powietrza, jakby na jednym, długo przytrzymywanym wdechu. Powiem mocniej (mimo że podkreślam, iż to prawda obiektywna, jakoby Splat! ma najwięcej w sobie do komplementowania, niż chyba każde pojedyncze studyjne wydawnictwo, powstałe w obozie Brytyjczyków w XXI wieku), ŻE dałbym sobie zdjąć pazurka z małego paluszka, IŻ w powstaniu takiego zestawu riffów i klawiszowych wzorów maczała swoje diabelskie kopytka sztuczna inteligencja. Jak nie na maksa, to dopieszczała całość, doszlifowując też twierdzę wizję z koperty.

P.S. Natomiast jakby mnie ktoś jeszcze zapytał - a jak wokal? Zaproponowałbym Ianowi zgadać się na kufelek z ziomkiem Robertem (tak z Plancikiem), który mógłby wytłumaczyć mu, co śpiewać kiedy tego co chciałby śpiewać, już zaśpiewać nie jest zajebiście w stanie.

środa, 8 lipca 2026

Backrooms / Backrooms. Bez wyjścia (2026) - Kane Parsons

 

Dzień dobry/dobry wieczór, kina mocnych wrażeń „dreszczowych” maniakom. Przypominam/donoszę, iż była bardzo niedawno na ustach wielu Obsesja, obecnie w apogeum zainteresowania od kilkunastu dni pozostaje Backrooms. Horrory na propsie i to autorstwa kompletnie nowego pokolenia filmowego, bowiem te dwa i w ostatnim szerszym nieco czasie, kilka innych ważnych, bowiem frapujący i wdzięczny kierunek obierających, dystansujących się od wyłącznie efektowności na rzecz głębszych treści, produkcji nastawionych żniwa. Backrooms jest interesujący koncepcyjnie oraz w mocnym pomieszaniu z poplątaniem (czytaj bezpośrednim chaosie alegorycznym) zdatny do intensywnego rozbierania na części składowe i rzecz jasna wyciągania wniosków, sugestiami podsuwanych. Nie wszystko na pewno według intencji młodocianego kierownika tego zamieszania połączyłem, nawet jeśli dwóch głów używając, do swoich wrażeń te Lalu dopasowałem. To przecież jest chaos spory, nagromadzenie tajemniczych motywów, nawiązujących do wspomnień podświadomości, jakie we łbie uśpione i wybudzane w konkretnie sprężynujących okolicznościach. Opisywanie obrazem tego co znajdujemy w zapętleniu wspomnień, co nam zrobiło dzieciństwo i z czym nas pozostawiło. Częstokroć z nieuświadomionym przez lat mnóstwo znaczeniem wydarzeń i odcisków traumatycznych, dla bezpieczeństwa póki to możliwe wypieranych. Z koszmarem zza pleców, na pełnej najczęściej wchodząc w „przed-starość”, w tym przypadku wizualnie kapitalnie zilustrowanym, dzięki zastosowaniu kameralnych, a jednak widowiskowych efektów specjalnych. Mnie w tym labiryncie, w towarzystwie bohaterów, całkiem fascynująco w transie gubiło jedne myśli, natrafiając na inne i korzystając z własnych doświadczeń mało konstruktywnych, z klocków pamięci i pół-pamięci i czarnych dziur, własną mapę strachów tworzyło. Wszystko wypływa z zapętleń i wszystko finalizuje się zapętleniami, w tej alegorii terapii - otwierania drzwi i okien do osobistej twierdzy w głowie, z których co rusz wypada jakieś trupie truchło z przeszłości, prowadząc skomplikowanymi labiryntami, przez analizowane koszmary, do jednego banalnego wniosku, że jeśli traumy z czasu smarkatego nie dadzą rady (stając się w międzyczasie morderczymi cieniami) Cię człowieku zabić, to na pewno gigantycznie nie raz Cię zdemolują. Być może dlatego bronię się i jeśli tylko nie jest to konieczne, nie wycofuję i nie podejmuję konfrontacji - lukając ostrożnie w permanentnym, ale oswojonym lęku zza ochronnej szyby samotności, stworzonej i pielęgnowanej banieczki. Nie prowokuję starcia, gdyż mój wewnętrzny potwór, aktywuje się poprzez bez zrozumienia reakcję otoczenia. Dlatego interpretacyjne spojrzenie debiutującego smarkacza, ma dla mnie znaczenie i nie będę tu narzekał, że może za dużo tu było nachalnego psychologizmu. Było go tyle ile uznał autor za konieczne i nie skupił się wyłącznie na intelektualnej głębi, ale sieknął też kilka razy surowo i konkretnie kapitalnymi „strasznościami”, korzystającymi skutecznie z podkładu dźwiękowo-muzycznego. Z pewnością nie było możliwości aby przyciąć komara, bowiem konsekwentnie to co wypływało z ekranu niepokoiło i intrygowało. Zwięźle ujmując, porządny kawał porządnie zagranego, „klaustrofobicznie geometrycznego slashera terapeutycznego” wciągnąłem!

wtorek, 7 lipca 2026

East of Eden / Na wschód od Edenu (1955) - Elia Kazan

 

Lalu się całkiem mocno po obejrzeniu efektem podniecała, ja natomiast pozostałem raczej niewzruszony, więc gdyby nie natłok u niej innych okoliczności niesprzyjających spisywaniu refleksji, to w tekście poniższym więcej byłoby opinii pozytywnej lub wręcz entuzjastycznej, niż tej jak się okaże dość wstrzemięźliwej, ale nie napiszę że rozczarowującej w odczuciu i w odniesieniu do meritum. Zatem jeden film, a dwa stany po skosztowaniu i moje pierwsze przekonanie, bądź obawa iż może czegoś nie zrozumiałem, na coś nie byłem odpowiednio wrażliwy, więc ocena kompletnie nie będzie nasączona pewnością siebie - raczej zdystansowana, pozostawiająca pootwierane furtki do ewentualnej zmiany zdania, gdy okaże się być może kiedyś, że coś zaświtało, jakieś połączenia w przemyśleniach zatrybiły i w konsekwencji przymusiły w poczuciu wstydu, głowy spuszczonej do oddania Kazanowi i Deanowi sprawiedliwości. Może się tak zdarzyć, gdy przynajmniej zrozumiem jak doskonałym fundamentem była powieść Steinbecka, bowiem na półce wypycha się do przeczytania tegoż biografia, a przecież nic do trafionego odbioru twórczości nie przybliża jak znajomość kontekstów z życia i inspiracyjnych sprężyn. Na dzisiaj jednak napiszę tylko tyle (zostawiając miejsce na ewentualny edit, tudzież coś w rodzaju poszerzonej erraty), iż faktycznie temat ambicjonalnej, podszytej zazdrością walki o względy ojca plus konkurowania dwóch braci o serce jednej kobiety, to podstawa iście dla opowieści bogatej w namiętności i dramaty perspektywiczna, ale w przypadku kina hollywoodzkiego z połowy lat pięćdziesiątych i sposobu w jaki uniesienia w nim były ukazywane, dla mnie jak się okazało nazbyt emfazą przesiąknięte, kiedy w dodatku maniera Jamesa Deana bywała równie emocjonująca co przeszarżowana – w sumie zasługująca na kultową adorację. Zatem waham się, ale fascynująca i doceniona przez miłośników, w praktyce literatura Steinbecka, w formule kina Kazana u mnie na ten moment uznania na jakie się nastawiłem nie zdobyła. Może jednak to nie tylko problem aktorstwa jakie dzisiaj lekko przekoloryzowane uczuciowo, ale właśnie podstawa była nadmiarowo melodramatyczna i popuszczająca wodze w kierunku taniej sensacji, a sam Steinbeck nie był pewny czy zmierza w trafnym kierunku, sam nie wiedząc do końca i niejasno mącąc, co sądzi o ówczesnej kondycji człowieka. Być może konstrukcja jego prozy była nazbyt złożona, do zekranizowania w formule oddającej jej najważniejsze walory niezdatna. W końcu być może postaci były mało wiarygodne, mimo że sposób opowiadania wymagającej historii, na kartach był pełen życia. Mam może też poczucie, iż ta wielowarstwowa i podsumowana mocnym finałem quasi epopeja rodzinna, nie jest adresowana do typów mnie podobnych, całkiem solidnie impregnowanych na przejaskrawianie. Nie uważając jednocześnie, że sagi rodzinne, jeśli są psychologicznie wiarygodne, bywają gatunkiem jaki wywołuje we mnie uczulenie. Patrzcie proszę na moje przykładowe uwielbienie dla Wichrów namiętności.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Silent Friend / Milcząca przyjaciółka (2025) - Ildikó Enyedi

 

Kino otwarte, szeroko interpretacyjnie rozbudowane, pulsujące wewnętrznie i zamknięte, sprowadzone do skompresowanego, kameralnego slow cinema snuja jednocześnie. Harmonijnie otwarte i zamknięte estetycznie i formalnie - bez śladów uczestnictwa w tych dwubiegunowych określeniach sprzeczności. Kino metaforyczne, alegoryczne, więc trudne i żmudne, ale oferujące również masę głębokich przeżyć, niebezpośrednio, stopniowo w widzu, niczym wzrastająca roślina wzbudzanych. Wymagające obserwacyjnego zmysłu nastawionego na pełną koncentrację i zarazem pozwalające zatapiając się w kontemplacji odpocząć, gdzieś na granicy intensywnego wysiłku intelektualnego, w spokojnym, płynnie swobodnym otoczeniu pozbawionym jednakże chaosu wynikającego z natłoku ważnych myśli. Ostentacyjnie wręcz artystyczne i refleksyjne, jednako nie pobudzające odruchu obronnego, jaki często wiąże się z uczestnictwem w reżyserskim autorskim rytuale, stworzonym z pobudek etycznych, odpowiedzialności za wskrzeszanie szlachetnych wartości. Niebanalny a jakże temat, prawdę pisząc mnie totalnie zaskakujący na poziomie opracowania i docierania do sedna przesłania i analizy obranego eksploracyjnego kierunku. Uczestniczyłem i czułem, żyłem w procesie hipnotyzującym, czymś na kształt barwnej i kompletnej erudycyjnej medytacji, jednakże skutecznie uciekającej jak wspomniałem od nadęcia koncepcyjnego. W urzekającym, magicznym, widowiskowo intrygującym przeżyciu z głębokim wnętrzem i silnie rezonującym charakterem. Botanicznym eseju o fabularnie ludzkim kontekście - traktacie komunikacyjnym z fascynującymi paralelami, analogiami. Narracyjnej perełce, naukowym multimedialnym niemalże wykładzie, jaki pasjonuje i po wybrzmieniu potrafi zmienić w człowieku perspektywę, a być może nawet obudzić namiętną florystyczną pasję. Wielkie ilustracyjne kino gigantycznej wrażliwości, z monumentalnym finałem. Wprost naj haj. :)

P.S. Przepraszam za quasi poetyckich uniesień zatrzęsienie, kosztem innych właściwości w recenzji istotnych pominięcia. Świadomie sobie w coś więcej poza scenariusz, warsztat i technikalia odpłynąłem. ;)

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

środa, 1 lipca 2026

Jutro premiera (1962) - Janusz Morgenstern

 

Bardzo uroczo, z intelektualnym wdziękiem z epoki. Z mnóstwem tak samo charakterystycznych głosów, jak rozpoznawalnych natychmiast twarzy: Gustawa Holoubka, Ireny Malkiewicz, Kaliny Jędrusik, Tadeusza Janczara, Barbary Kraftówny, Wieńczysława Glińskiego, Aleksandra Bardiniego, Edwarda Dziewońskiego, Ignacego Machowskiego, Aleksandra Dzwonkowskiego, ale i Krystyny Sienkiewicz oraz Siemiona, Łazuki, czy w epizodzie Leopolda Tyrmanda. Zaprawdę wielcy i najwięksi i chciałoby się mieć to szczęście i wypić z taką śmietanką towarzyską kawkę lub coś mocniejszego w SPATiFie, ale czy byłoby jednak tak stu procentach racjonalne dzielić z tym pokoleniem surowe doświadczenia wojenne i powojenne? To już byłoby raz ryzykowne, dwa wymagające, więc wracając do sedna patrząc na ekran jest łatwiej, bezpieczniej i bardziej jednak idealizująco. Można więc między innymi skupić się na przyjemnie dopasowanej muzyce Krzysztofa Komedy, w której ambitne akcenty w rozrywkowej formule, człowiek ikona tamtych czasów, cudownie zaaranżował. W sumie nie często ostatnio korzystam (kino współczesne pomimo innej specyfiki żyje i ma się dobrze), lecz lubię takie wdzięczne, staromodne granie, ten czarno-biały, a mimo to ilustracyjny niebywale charakter obrazu oraz czar wielkich ARTYSTÓW i ich osobowości, których klasa ma ten powiew lekkości we wzbudzaniu podziwu i aplauzu. Szanuje zatem dawno zapomniane maniery i korzystam z rozmachem z obserwacji niegdysiejszych stosunków społecznych, wyższego levelu kurtuazyjnych relacji, równie jak jestem zafascynowany ówczesną szaro-burą w rzeczywistości ulicą, którą pokazywano tak, że gdyby nie socjalizm architektoniczny, cechy też drugoplanowe czy warunki materialne, można by mylić z planami z urokliwej małomiasteczkowej Francji. Bowiem sznyt naszej ówczesnej „bulwarowej farsy mieszczańskiej”, to myślę jawne nawiązanie do lekkiego, bez napinki artystycznej kina francuskiego - z oczywiście wymienionymi cechami realiów naszej części Europy. Jest tu też ździebko nawiązań do filmowania przedwojennego, bo wzorce szlachetne, choć archaiczne wciąż jeszcze wówczas, przez pryzmat nostalgii i sentymentu świeże. Obok zarazem, w osnutej talentem artystycznym symbiozie, trochę nowoczesności, w jednak przede wszystkim klasycznej oprawie, gdzie czar przystępności uzyskany za sprawą skromnych, jednakże intelektualnie błyskotliwych narzędzi satyrycznych.

wtorek, 30 czerwca 2026

Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Jak trafiłem, co o stylu i jakości nuty Obscure Sphinx myślę, w zasadzie póki co napisałem dotykając tematu krążka sprzed i po Void Mother. Podobnie jasne własne przekonanie wówczas między wierszami wyraziłem odnośnie tego jak ich sztuki wyglądają i co z nich najbardziej się zapamiętuję. Może moje doświadczenia odkrywania tak studyjnych materiałów, jak i koncertowych sytuacji są dość wąskie, bowiem na płyty nabieram ochoty raczej prawem serii i odpuszczam gdy nastąpi przesilenie, a gig widziawszy jeden, to więcej niż pierwsze, aczkolwiek może ono być głębsze przekonanie jest jedynie odciśniętym śladem w pamięci, nie zweryfikowanym już z pozycji osoby która wie czego może się spodziewać. Piszę powyższe gdyż uważam, iż powinienem się wytłumaczyć dlaczego Void Mother pod kątem analitycznym potraktuje powierzchownie - kompletnie na pierwszy odruch zdroworozsądkowy bez sensu, bowiem rozbudowane kompozycje aż się proszą aby je poddawać wnikliwej rozkminie. Uczynię wbrew może sobie zatem, dlategóż, że wszystkie trzy ich albumy są bardzo do siebie podobne, choć różnią je zniuansowania i oczywiście tendencja rozwojowa pozwala patrzeć na tą drogę przez pryzmat dojrzewania. Moje spojrzenie równa się teza, iż Void Mother jest typowym pomostem pomiędzy dwiema skrajnymi w dyskografii albumami, a każde słowo opisu zarówno Anaesthetic Inhalation Ritual i Epithaps może być wprost, czasem mniej, czasem odrobinę bardziej po poddaniu modyfikacji zastosowane do środkowego krążka. Po cholerę więc bez przyczyny i potrzeby tkwiącej w chronologicznym opisywaniu, dodawać tu powielając, że głos i charyzma Wielebnej to to i tamto, że riffy mechaniczne tak czy inaczej, frazy scalane tak i siak, czy klimat potęguje to i to, gdy zainteresowany Ty i Ty, może też Ty i jeszcze zbłąkani Oni którzy tu trafiają, klikając na rzeczone VM obstawiające (rok 2011 i 2016) materiały, w blogerskim amatorsko dziennikarskim refleksyjno-recenzenckim fasonie są dostępne i aż się wyrywają, zgłaszając pretensję do ich przestudiowania. :) To jest po prostu znakomita robota za każdym razem i w ramach rozszerzonego psychodelicznego post metalu, tudzież sludge'u, tak z posmakiem odhumanizowanego, a paradoksalnie emocjonującego - bolesnego jak sam skurw*syn (uwaga określenie za chwilę kontrowersyjne) modern gotyku, wszystkie trzy prace Obscure Sphinx to robota prze-cholera kapitalna. Bez kłaniania się z pozycji zaścianka wzorom zachodnim, a może nawet tym najlepszym dająca lekcje pokory. Słucham i znów możliwe że wpadam w tzw. fazę OS, gdzieś w każdym momencie gdy nie kręci się u mnie najnowszy GENIALNY Blindead, pod szyldem B23. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Behemoth - Thelema.6 (2000)

 

Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!

niedziela, 28 czerwca 2026

Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick

 

TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.

piątek, 26 czerwca 2026

The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski

 

Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.

P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji  Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)

czwartek, 25 czerwca 2026

Amrum (2025) - Fatih Akin

 

Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.

wtorek, 23 czerwca 2026

On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan

 

Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.

Drukuj