TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.
niedziela, 28 czerwca 2026
piątek, 26 czerwca 2026
The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski
„Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.
P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)
czwartek, 25 czerwca 2026
Amrum (2025) - Fatih Akin
Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.
wtorek, 23 czerwca 2026
On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan
Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Obsession / Obsesja (2025) - Curry Barker
Bardzo dużo w międzyczasie i najczęściej mądrze, czasem jednak skrajnie zbyt lub za mało powściągliwie nabazgrano opisując ostatni fenomen „marketingu szeptanego”. O Obsesji z mikrym budżetem, a maksymalnym hajpem niemal każdy kto w popkulturze sobie zawodowo, bądź hobbystycznie brodzi, miał ochotę opinię wygłosić i nie trafiłem na żadną która miałaby podważać wartość w jakości debiutanckiego filmu, kogoś kto do tej pory profesjonalnie z fachem nie miał nic, lub niewiele wspólnego. Pełno w sieci teraz jego, a dokładnie o nim i chyba nawet więcej o odtwórczyni pierwszoplanowej roli i oboje oni wraz z resztą, tak fachowców zaangażowanych (charakteryzacja ze scenografią bomba) jak i aktorskiej obsady na słowa uznania zasłużyli. Odwalono tu bowiem kawał doskonałej, uparcie autorskiej roboty, stawiając miast (jak podobno wytwórnia sugerowała) na scenariusza, ogólnie pomysłu obskubanie i pod wymagania widza pop-corn-owego formy skrojenia, na pierwszorzędnie wytłuszczoną kwintesencję! Na szczęście szef kluczowej wizji miał jaja z granitu i nie dał się tak presji, jak (ciekawe czy to mit dodany czy prawda) przekupstwu finansowemu, bo dzięki tejże twardej (nie użyje słowa niezłomnej ;)) postawie, powstał horror z prawdziwej krwi i kości, o ludzkim obliczu nie tylko psychologicznym i silnym osadzeniu w naukowym (tudzież jak ktoś woli praktycznym). Bardziej na serio niż dla efekciarstwa, gdzie pod nieco tylko pojechanych motywach, jest mnóstwo rzetelnej, czyli sprawdzonej w boju i na własnym zapewne przypadku przetestowanej psychologi relacji. Ten fundament i to sedno jest o zazdrości, obsesyjnej miłości - miłości opresyjnej, wręcz histerycznej, gdzie szantaże or niepoczytalność właściwie. Tak samo jak wyłuszcza on drugą stronę medalu, czyli obok tego najbardziej uderzającego, czyli stylu przywiązania lękowego, mocno, radykalnie ukazanego i być może „horrorowato” przerysowanego, pojawia się styl unikowy, gładko (to znaczy szorstko w efekcie :)) przeplatający się ze stylem zdezorganizowanym, a obok majaczy jako niewykorzystana szansa, sytuacja (dla bohatera) styl bezpieczny. Tak to sobie osobiście najprostszymi metodami rozkminiłem i nie mam absolutnie jakichkolwiek pretensji, że wiedza jest tu raczej oczywista i podana wprost, a jednak daleko jej do łopatologii w komersze na ogół stosowanej. Dla mnie to tak samo ORYGINAŁ pośród gatunkowych kopi kopii, skopiowanych korzystając z popularnych, przekombinowanych kopii, czyli niby obraz zwykły, a niezwykły paradoksalnie, gdyż w swej formule skromnej powracający do , a nie ślepo brnący w efektowne i najgorsze że syntetyczne poboczności zagamtywania. Produkcja która wygląda niezwykle rzetelnie, a oczekiwane w horrorach jumpscare’y naprawdę mogą powodować obsranie, w mniej ekstremalnym wydaniu lekkie zmoczenia oraz po wyjściu z kina nietęgi miny, tak z powodu tego co powyżej, jak i analizowania siebie i swoich bliskich relacji - jeśli oczywiście jest ku temu powód, a dokładnie intelektualna i związana z bystrością autokrytyczną baza. Ogólnie „uważaj człowieku co sobie życzysz”, bo nie wiesz jak jest po drugiej stronie nieznanej bajeczki, a i od skrajności do skrajności przerażająco niedaleko. Więcej po prostu k-wa umiaru, zdrowego rozsądku we wszystkim plis. ;)
czwartek, 18 czerwca 2026
Maruja - Pain to Power (2025)
środa, 17 czerwca 2026
All Them Witches - House Of Mirrors (2026)
Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)



.jpg)
.jpg)


