wtorek, 23 lipca 2024

Deep Purple - =1 (2024)

 

Z zasady w normalnych warunkach jestem bardzo sceptyczny w stosunku do sytuacji przedłużania w nieskończoność, do bólu, aż zrobi się naprawdę mocno żenująco kariery studyjnej największych legend muzycznej sceny. W zasadzie nie robię wyjątków i donoszę iż w poniższym przypadku także będę nieugięty, bowiem uznaję iż może mniej instrumentaliści (chociaż rzecz jasna także, bo jak niby inaczej) dają radę, ale tylko względnie (poziom sprawności manualnej przecież z biegiem lat nie rośnie), ale wokaliści to są już poza jakimikolwiek "ale" i kropka. Nie ma takiej możliwości aby w pewnym wieku głos jak dzwon nie zaczął fałszować, albo nazwijmy taką sytuację najzwyczajniej zmęczeniem materiału i efekt tegoż po prostu dostękiwaniem, a nie pruciem powietrza mocarnym wokalem. Ian Gillan już około 15 lat temu na scenie takie oznaki zdradzał (byłem na żywo i słyszałem na żywo), a od tego momentu cokolwiek nie zdziałałyby obróbka studyjna i fachowa pomoc speców od emisji głosu, to samego sedna problemu się nie zlikwiduje. Tak to oto na enigmatycznie filozoficznie zatytułowanym nowym krążku wokal Gillana jest niezły, lecz mnie akurat strasznie męczący tymi wszystkimi drobiazgami w postaci stojącymi za chęciami realnymi możliwościami i wynikającymi z nich siłowymi zaśpiewami, które (będzie chyba komplement) nie irytują aż tak jak przecież jednak młodszego Dickinsona na tegorocznym albumie. Nie znaczy to mimo wszystko iż =1 słucha mi się dobrze, a przyjemność z kontaktu płynie i nie jestem w stanie przestać go słuchać. Absolutnie nie ma mowy abym napisał w podobnym tonie co uznane klasyczne marki recenzenckie że jest fajnie i super że fajnie jest, bowiem jak mnie coś męczy to to odrzucam, a akurat =1 zdatny był wyłącznie do jednej z kawałkiem tylko współpracy i również niezbyt odczuwam zmiany w składzie i nie bardzo podobają mi się wykorzystane po raz enty schematy i szablony aranżerskie, a same kompozycje bez wyjątku czy są słabe, a może lepsze, to nie posiadają ni jednej samotnej cechy świadczącej o ich wyjątkowości i zlewają się w jednolitą masę z której co niektóre fragmenty mogą być poniekąd zapamiętywane robiąc częściowe wrażenie. Deep Purple tak a.d. 2024 jak od ponad ćwierćwiecza nie nagrało ni jednego prawdziwego przeboju, a to świadczy jedynie o jego słabości, czy nieistniejącej już chyba żyłce do znakomitego komponowania, choć zapotrzebowanie na nowa muzykę legendy nie jest przecież znikome. Z tego co trafiło w moje gusta, a jest związane z wydaniem =1, to oprawa graficzna - ascetycznie piękna. Reszta tak jak powyżej, a jak ktoś potrzebuje głębokiej analizy tematów jakie poruszają teksty, to odsyłam do Onet-owej waty i innych platform oratorskich wysiłków, które bez żenady (jprdl serio!!!) określają dzisiejszych purpli numerem jeden na scenie hardrockowej. 

P.S. Reckę skleciłem i reckę prawie upubliczniłem i w ostatniej chwili zwyciężyła w stu procentach uczciwość. Tak tak, podoba się D77K Now You're Talkin', gdyż jest najbardziej spoko zwięzły, jednak Gillan mógłby tu sobie darować tą totalnie położoną próbę krzyko-falsetu, którą oczywiście wspomniane portale także się za-chwy-ca-ją.  

poniedziałek, 22 lipca 2024

Avalon (1990) - Barry Levinson

 

Ajajaj ajajaj, już wiem! To co czuję teraz po seansie, to tzw. mieszane uczucia i  poczucie zmarnowanej szansy na kino wybitne w formalno-gatunkowej przestrzeni filmowej do której zawsze miałem słabość, a zarazem jakiś rodzaj spokoju czy błogości mnie opanowujący, gdy już napisy końcowe przejmują ekran. Bowiem ja bardzo bardzo takie ciepłe opowieści familijne o amerykańskiej podstawowej grupie społecznej i to jeszcze z czasów z jednej strony wizualnie możliwej do pięknego ogarnięcia przez scenografa, a z drugiej tak prawdziwej w swej istocie, jak współcześnie trudno już osiągnąć, gdy kręci się z udziałem całego nowoczesnego inwentarza zdobyczy nauki - na myśli mam smartfony i konsekwencje życia w rzeczywistości wirtualnej bardziej, niż tej realnej, z ludźmi w pełnym kontakcie f2f.  Domyślam się tylko, bo genezy Avalonu w stu procentach nie znam, iż jest w tym chyba spory pierwiastek sentymentalny Levinsona, a Avalon to nie inaczej tylko saga jego rodu, od momentu przybycia dziadka do Stanów Zjednoczonych. Opowieść o losach kilkupokoleniowej rodziny emigranckiej, trochę oczami dziecka (dziewięcioletni Elijah Wood), trochę średniego pokolenia i trochę seniorskimi. Zwykłe w sumie sytuacje, najbardziej codzienna codzienność i dotykani rożnymi (także naturalnie dramatycznymi) zdarzeniami szczęśliwi, bowiem trzymający się blisko siebie ludzie po prostu. Miejsce i czas największym i najbardziej malowniczym jednak walorem, bo myślę nie będę prezentował zbyt zaskakującej opinii, że scenariusz z sytuacjami emocjonalnymi, ale bez tak silnego oddziaływania w praktyce jakbym oczekiwał, ale w sumie też obsada przednia i obyczajowy charakter równomiernie poprowadzonej narracji posiada ten czar czy urok, który jak wyżej napisałem nie przeszkadza prześlizgnąć się przez projekcję w towarzystwie poczucia udręki i pozwolić osiągnąć stan odprężenia, lecz żeby Avalon był szczytem reżyserskich kompetencji Levinsona, czy tym bardziej jednym z najważniejszych obrazów w swej kategorii, to nie nie nie, nie przekonacie do tego mnie. :)

niedziela, 21 lipca 2024

The Zone of Interest / Strefa interesów (2023) - Jonathan Glazer



Nietrudno w czasie seansu czuć zarazem gniew jak i bezsilność, lecz w tym stanie niełatwo znaleźć odpowiednie (nie prostacko wzburzone czy z drugiej strony patetyczne i nie znieczulone rutyną znajomości tematu) słowa komentarza, gdy ogląda się na ekranie komfortowe życie rodzinne bliskich komendanta obozu koncentracyjnego, mieszkających w samym centrum zakrojonego na gigantyczną skalę planu holokaustu, kiedy naturalnie wokół rozgrywa się niebywała gehenna ludzka, a odpowiedzialni wiodą beztroskie, idylliczne w zasadzie życie. Jedyne słowa trafiające w punkt i określające mój stan emocjonalny, to te które wyrażają nawet nie odrazę, bądź szok w stosunku do prezentowanej znieczulicy, a racjonalną metodyczną analizę, gdy człowiek po raz kolejny uświadamia sobie do jakiego kompletnego pozbawienia odruchów człowieczeństwa prowadzi wpierw celowana precyzyjnie indoktrynacja, a dalej poczucie władzy zasadzone na totalnej bezkarności. Przemysłowe uśmiercanie o kilkadziesiąt metrów od wymarzonego domku z ogrodem warzywnym. Zaraz po sąsiedzki dymiące kominy krematoriów o zachwalanej skuteczności. Symboliczne niezwykle zmywanie oznak mordów z oficerskich butów, ogromnie sugestywna rola dźwięków tła, czyli jakichś przerażająco oswojonych odgłosów docierających z miejsca kaźni. Ludzie cienie przemykający pośród rasy panów i wykonujący mechanicznie przynależne im służalcze zadania byle przetrwać, byle przeżyć, a w innym planie bezrefleksyjni podwładni nazistowskiego oprawcy, ślepo i z maniakalnym zaangażowaniem wykonujący rozkazy i schlebiający dowódcy. Praca i czas wolny spędzany z rodziną lub na czynnościach hobbystycznych - wysiłek i odprężenie po sumiennie wypełnionych obowiązkach. Seria scen niezwykle wymownych, lecz efekt uzyskany bez odrobiny dosłowności. Narracja niesamowicie dosadnie i sugestywnie oddająca poprzez obraz i to co pomiędzy wierszami swoisty surrealizm pozbawionej jednak abstrakcji sytuacji, a w rzeczy samej koszmarną ciszą i adekwatnym kunsztownym symbolizmem wyrażająca upadek człowieczeństwa na rzecz kultu oswojonego zła. Film kolejna przestroga i naturalnie proste ale czy banalne skojarzenia, iż ludzie ludziom zgotowali ten los. Ludzie nie jakieś potwory, ale pozbawieni wrażliwości na okrucieństwo, opętani pogardą, tak samo jak książkowo przesiąknięci celnie sformułowaną tezą Hannah Arendt o banalności zła. Niezwykle ważny obraz w wielu kontekstach, lecz najbardziej myślę w kontekście pamięci i świadomości, o czym świadczy finałowa klamra współczesnego odniesienia. Kino złożone z prostych środków o miażdżącej sile oddziaływania i kino wielkich autentyzmem kreacji (wybitni Christian Friedel i Sandra Hüller), jednak kino które wejść pod skórę może wyłącznie widzu, który zna rewers tej historii, a obawiam się iż wiedza o holokauście i miejscach podobnych Auschwitz-Birkenau przestaje być powszechna i oczywista.

P.S. Szanuję ten polski wkład finansowy w sztukę która metodami jak najdalszymi od ideologicznej łopatologii edukuje. Byle więcej, bo to dobry, mimo że ambitny, a przez to nieskuteczny masowo kierunek. Bowiem nie ma bardziej zabójczej broni, niż strzęp wiedzy w rękach głupca - unikajmy więc jeśli jest okazja.

piątek, 19 lipca 2024

Finding Forrester / Szukając siebie (2000) - Gus Van Sant

 

Jak widzę Seana Connery’ego u Gusa Van Santa w udramatyzowanej obyczajówce, wówczas jakiś rodzaj zaskoczenia odczuwam, bowiem aktor to legenda, jednak kojarzony ze zdecydowanie innym repertuarem. Pierwszy Bond przede wszystkim, potem role raczej niekoniecznie przekonujące krytyków, gdyż w produkcjach nie bardzo wybitnych i wreszcie kiedy broda już była siwa, kreacje mentorów, w których zaczął się naprawdę dobrze odnajdywać. Jednako mentor w Nieśmiertelnym, ojciec Indiany Jonesa, bądź Jim Malone z Nietykalnych, to w kinie umówmy się rozrywkowym, bądź po prostu w kinie akcji występy, a nie role stricte dramatyczne z intelektualnymi ambicjami do pogłębionego podumania. Akurat Connery w Szukając siebie, to też człowiek wiedza z imponującym erudycyjnym zapleczem (ktoś akurat podobny do Wilhelma z Baskerville z wybornego Imienia róży), tylko Van Sant to nie spec od wizualnej widowiskowości, a fachowiec z zupełnie innego gatunkowego obszaru. Stąd się dziwie gdy właśnie hollywoodzki Holender Conner’yego sobie w obsadzie wymyślił i jestem mile zaskoczony, choć do kanonu osobistego Szukając siebie nie wpiszę, że ten „eksperyment” się udał i aktor teoretycznie jednej lub dwóch góra form wyrazu daje tu dojrzały koncert aktorski, rzecz jasna w granicach rozpoznawalności własnego stylu i możliwości. Jest Connery dobry i chociaż nie jest to najbardziej głośny reżyserski przykład pracy faceta odpowiedzialnego za takie dzieła jak hmmm… (jeśli to czytacie, to myślę iż je znacie), prezentuje Van Sant bardzo rzetelnie i wdzięcznie historię czarnego dzieciaka z basketowym bakcylem i z trudnej dzielnicy, który to zaprzyjaźniania się z emerytowanym literatem, a ten skrytemu wrażliwemu smarkaczowi z potencjałem intelektualnym i marzeniami o pisarstwie imponuje. To dwa rożne światy, a między nimi chemia, jakby to nie była trudna zasadniczo relacja. Młody i stary poza tym, biały i czarny, a za nimi stojące rożne życiowe doświadczenia. Tak czy inaczej, w filmografii Van Santa raczej jeden z tych najbardziej konwencjonalnych i bezpiecznych filmów. Kompletnie bez jakichkolwiek formalnych fajerwerków, natomiast z bardzo sympatyczną i optymistyczną aurą. Żaden hit sprzed lat, bo bym o jego istnieniu wiedział już prawie od cwierćwiecza, a tak trafiłem na seans akurat teraz za sprawą przypadku.

czwartek, 18 lipca 2024

Orange Goblin - Science, Not Fiction (2024)

 

Sytuacja (biorąc pod uwagę kilka ostatnich lat i kilka ostatnich płyt) w przypadku Orange Goblin jest obecnie niecodzienna, bowiem straciłem ja niemal kompletnie brytyjską ekipą bieżące zainteresowanie, gdyż (nie oszukujmy się) nawet jeśli nie pisałem o najnowszych albumach kompletnie krytycznie, to żaden z nich nie przetrwał próby czasu w takim stylu w jakim bym oczekiwał. Tym samym Science, Not Fiction nie był co zrozumiałe oczekiwany (do czasu jednak) zbyt niecierpliwie, więc kiedy już pojawiły się pierwsze dźwięki przedpremierowe, to okazało się, iż był to ten moment kiedy rozpocząłem jednak zniecierpliwione wyczekiwanie, bo coś się wydawało w skostniałym dotychczas niestety jak dałem do zrozumienia obliczu Pomarańczowego Goblina się zmieniło. Każdy kolejny singiel z jednej strony upewniał mnie w tym przekonaniu, lecz jednocześnie byłem w stosunku do swoich odczuć dość nieufny, bowiem miewałem przekonanie, że za tą przemianą podejścia kryje się myślenie życzeniowe, a głównym argumentem przemawiającym za jej zaistnieniem może nie być sama muzyka, a opakowanie w jakim single zostały mi zaprezentowane. Mówię tu o obrazkach takich fajnie zmontowanych, które idealnie w moje gusta się wpisały, stąd trudno mi było może uznać, że poniekąd sam sobie wymyśliłem ten oczekiwany przełom. Wątpliwości były i tylko konfrontacja z pełnym programem Science, Not Fiction była w stanie je rozwiać, bądź je potwierdzić wywołując tak radość, jak i równie prawdopodobnie smutek. To właśnie sprawdzian nuty bez efektów wizualnych określił jak jest i z mojej maksymalnie subiektywnej perspektywy informuję zainteresowanych, iż jest nawet lepiej niż sobie mogłem wymarzyć, a Science, Not Fiction wygląda (patrz koperta) równie świetnie jak brzmi, mimo że kompletnie sound nie nawiązuje do mojego faworyta z dyskografii, jakim krążek z 2007-ego roku. Healing Through Fire było mocno dołem potraktowane i membrany ostro dostawały w kość musząc znosić pracę wykonaną przez przesuwającego heblami. Natomiast produkcja Science, Not Fiction mimo iż znacznie bardziej czysta, posiada jednak ten soczyście brudny szlif i uważam że jest chyba jedną z najlepszych jaką Orange Goblin zdołał kiedykolwiek uzyskać - trzymając się przepisu na dźwięk podobny do tego w ostatnich latach uskuteczniany, a zarazem podbity odpowiednią dawką konkretnego, bardzo tłustego łomotu. Innymi słowy jest wyraziście, w sensie że moc nie rozprasza i nie przykrywa detali, a te są na Science, Not Fiction bardzo istotne, bez względu na fakt, że nikt tu niczego nowego nie odkrywa, a tylko w zasadzie więcej niż stonera w nucie Goblinów rock'n'rolla po linii (niewielkie zaskoczenie) Motorhead, czy z lekka bardziej psychodelicznego grania, w którym oczywiście fundamentem ogromna miłość do spuścizny Black Sabbath z czasów Ozzy'ego (patrz bardzo pod Childen of the Grave, The Fire At The Centre Of The Earth Is Mine). Album brzmi nareszcie ekscytująco i nareszcie nie mam powodów aby próbować kamuflować rozczarowanie - niby tylko do najlepszej tradycji dodali nieco świeżości w postaci ponownego entuzjazmu, ponownej ekscytacji i idealnie współgrającej z muzyką wizualnej narracji, a dzięki temu jest kapitalnie. Poszerzyć ponadto nieco spektrum aranżacyjne plus skorzystać z nośnego pomysłu plastycznego i otrzymać najlepszy od grubo ponad dekady (A Eulogy For The Damned  się kłania) efekt. Ja szanuję!

wtorek, 16 lipca 2024

Kerry King - From Hell I Rise (2024)

 
 

Informuję iż potworrrnie nie znoszę ignorować nowej muzyki kiedy raz - muzyk z kategorii ikona, tłumacząc swoje działanie kwestiami rozpoznawalności nagrywa ją pod własnym imieniem i nazwiskiem, a jest to w stu procentach robota zespołowa, instrumentalistów i wokalisty z ogromnym własnym dorobkiem i dwa - gdy takąż nową muzykę owy dorosły-dojrzały muzyk legenda opakowuje w straszliwie żałosną kopertę! Nie znoszę, ale tak zazwyczaj czynię, zdając sobie sprawę z faktu że moje zachowanie jest równie bzdurne jak powyżej wyszczególnione motywacje i czyny krytykowanego artysty! Najzwyczajniej obrażam się na człowieka którego przez pryzmat jego dokonań na scenie przecież cenię i szanuję, lecz to jego raz przekonanie o sile własnego nazwiska i dwa żenujące poczucie estetyki wizualnej mnie obraża, choć to on przecież świadectwo poziomu narcyzmu i tandety daje. W sumie Kerry King nigdy do artystów o wyszukanym guście nie należał, a i strrraszliwie wysokie mniemanie o sobie nie było mu obce. Prawda? Prawda że prawda? :) Ale do rzeczy, czyli właściwie do muzyki, bo jednak jej nie zignorowałem! Nie powiem, jest to co znalazło się na FHIR dopingujące do zarzucania grzywą, a w przypadku zaawansowanych wiekowo bądź skazanych przez genetykę na szybkie łysienie fanów trzepania wyłącznie banią. Jest to co znalazło się... cholernie energetyczne i posiada ten właściwy dla thrashu argument motoryczny i jest to co znalazło... także ciekawe pod względem melodycznym, bowiem wycinane riffy są bardzo wyraziste, a często też właśnie zaskakująco intrygujące, a dodatkowo jak te paluchy wioślarzy po gryfie biegają, to i motywy wychwycone mogą wręcz wywołać wrażenie WOW. Przykładowo (prosto z najbliższego brzegu) biorąc, ten akcencik z solówki Phila Demmela w Residue bajeczka, ale i jeszcze kilka takich akcyjek się odnajdzie i jak jestem przy Philu, to od razu gratulacje dla Kerry'ego że sobie takiego kompana dobrał i że te Demmela bogatsze o melodię solówki fajnie korespondują z jego (Kerry'ego) surowymi solami charakterystycznymi. Skład personalny bajka, bo obok ojca założyciela plus filaru przez lata Machine Head, to stary ziom Kinga czyli Paul Bostaph, plus raz Mark Osegueda (wiadomo Death Angel) oraz Kyle Sanders (nie wiadomo - bracholek Troya Sandersa, a to wiadomo że m.in. Mastodon). W tej konfiguracji działają jak maszyna i może się ta precyzja podobać, szczególnie że nuta to konsekwentne mechaniczne granie z AKCENTAMI, jednak bez odrobiny szaleństwa które by czymkolwiek innym niż doskonały warsztat i powielanie slayerowego szablonu zaskoczyły. Stąd niby riffy jeden do jednego Slayer z ostatnich krążków, a jednocześnie dzięki obecności Phila i najbardziej Marka, który nota bene Aray'e to wyłącznie z wyglądu przypomina, bo drze ryja znacząco bardziej ekspresyjnie i jestem skłonny uznać, iż bez jego udziału z pewnością nie byłoby tak dobrze jak jest i skończyłoby się raczej na sile oddziaływania porównywalnej do tej z Repentless - znaczy położono dobre ślady wokalne, ale w stylu odbiłem kartę przed wejściem do roboty i cieszę się bardzie że odbiłem już po. Chcę przez to powiedzieć, iż gdyby nie ten banalny tytuł i gdyby nie to co napisałem we wstępie (fajnie by było gdyby to wyszło pod nowym szyldem zespołowym i z lepszym pomysłem na grafikę), to bym podekscytowan był jeszcze bardziej, a tak fajnie, fajnie ale... Niestety jest to ale! Sorki, z uczuciami prosto z serca się nie dyskutuje.

poniedziałek, 15 lipca 2024

Alcest - Les Chants De L'Aurore (2024)

 

Dzień dobry, witam i cieszę się że kogoś tu goszczę, ale generalnie nie cieszę się tym co na nowej płycie Alcest muzycznie mi proponuję, a miałem ponad dwa tygodnie czasu na ewentualną zmianę zdania jakie tuż po dziewiczym odsłuchu chyba wyraźnie stanowczo i nieodwołalnie sobie zbudowałem. Bowiem Les Chants De L'Aurore mnie niemożebnie wymęczyło za pierwszym razem i za każdym następnym (przyznaję było ich jak na powyższą sytuację naturalnie niewiele), kiedy trudno było mi do końca albumu wytrzymać, chyba że zmęczenie dniem zrobiło swoje i podczas odsłuchu przysypiałem. Wówczas przyznaję album kręcił się od startu do mety i wprowadzał mnie w stan akurat odpoczynkowi nieprzeszkadzający. Na granicy snu i jawy Les Chants De L'Aurore jest znośny, a wręcz bardzo milusi, ale gdy poświęcić mu uwagę z pełną koncentracją na szczegółach związanych z aranżacjami, to zrazu dociera do człowieka, iż korzysta się tutaj ze schematów jakie momentalnie nużą, a ten marzycielski charakter muzyki Alcest stając się jej kluczowym i tak silnie wyeksponowanym składnikiem jest na dłuższą metę wręcz straszliwie trudnym do zniesienia. Ja rozumiem iż charakter "bajkowej" nuty Alcest zawsze i nawet na poprzedniczce Les Chants De L'Aurore niemal kompletnie opanowywał całość i dominował nad udanymi próbami urozmaicania "jasności" mrokiem, ale jednak "ścieranie" się tychże powodowało, iż najzwyczajniej Spiritual Instinct wypadał znacznie ciekawiej, a przede wszystkim nie męczył jako forma albumu. Najnowszy krążek jest rzecz jasna na swój sposób piękny, gdyż jest w tej melodyjnej formule eterycznej pierwiastek emocjonalny - jest co rusz wzrusz i takie inne dla faceta może lekko wstydliwe konsekwencje bycia uczuciowym, lecz nie ma prawie w ogóle momentów (przepraszam - środkowa i finałowa część L'Enfant de la Lune urzeka - tak urzeka), jakie w sensie pomysłu i instrumentalnej finezji by mnie tak przekonały, a tym fajniej gdyby były i PORWAŁY. Wszystkie numery ogólnie zlewają się w jedną homogeniczną kompozycję, a jeśli coś się częściej wyróżnia, to raczej na minus, bo przez własną przesadną przesłodkości naturę jest nieznośne. Może gdyby słuchać w stanie półświadomości, bądź jako single, co najwyżej w parach, to myślę iż byłbym mniej krytyczny. Czterdzieści trzy minuty na świeżo, bez zamykania oczu i ziewania już u mnie nie przejdą. 

P.S. Mogę utyskiwać, mogę też próbować znaleźć zasadniczo na siłę pozytywy, ale mogę też zauważyć na stówę że te fragmenty wyróżnione oraz obrazek z koperty i stworzony w podobnej konwencji animowany teledysk do L'Envo robią mojej duszy dobrze. :)

piątek, 28 czerwca 2024

Popioły (1965) - Andrzej Wajda

 

Jak zjawiskowo urodziwa i słodka była Pola Raksa, tutaj chyba w pełni okazałości widać najbardziej. Kobiety zazdrościły, męska część widowni chóralnie wzdychała i nie uwierzę, iż jej naturalność dzisiaj również nie wywołuje w płci brzydszej podobnych reakcji. Jak to jest zniewalająco szlachetnie zagrane i jak bardzo widzowi (mnie na przykład) niespecjalnie na szczęście kojarzy się z późniejszymi epickimi historycznymi dziełami Hoffmana, bowiem jest taki sposób interpretowania literatury narodowej znacząco bardziej wyrafinowany i dodatkowo w czerni i bieli takiej wyrazistej, że koloru mimo wszystko (podobno Wajda żałował, że nie zdecydował się na kolor) dla barwnej ekspozycji mu nie brakuje. Jaki to jest muzyczno-wizualny żywioł i jakie choreograficzne złoto z teatralnym deklamacyjnym afektem. Z porywającą scenografią, wizualnie obraz przepiękny, gdyż jak ta wieś sielsko-anielska na człowieka oddziałuje oraz jak dla odmiany czy kontrastu te sceny batalistyczne szarpią. Popioły zaadaptowane przez Wajdę jak doczytałem wzbudziły sporo dyskusji, jakoby to zostały uwspółcześnione, stając się tym samym politycznym dramatem „zawiedzionych nadziei i straconych złudzeń”. Posiadają (dla mnie na przykład) obecnie jednak wymiar dość daleki od cech polityczno-historycznych zasugerowanych powyżej, być może po trosze w zgodzie z przekornymi tak intencjami Wajdy, jak i oczywistym takimż efektem uzyskanym, bowiem oglądałem oczywiście jako ambitną próbę spojrzenia na wspomnianą literaturę narodową inaczej niż polityczna poprawność tak czasów na szczęście już minionych, jak okazuje się także paradoksalnie (hip hip hurrra narodowa duma we krwi skąpana) współczesnych by nakazywała. Wajda ukazał na tymże przykładzie, korzystając z intelektualnej prowokacji tragizm aspiracji wolnościowych, jakie „przekształciły się we własne przeciwieństwo”. Poszedł więc poniekąd pod prąd i się chyba naraził tym którzy w romantycznym męczeństwie narodowym widzą więcej piękna niż w zjawiskowej urodzie Poli Raksie. Nie-do-wiary! 

P.S. Gdyby były podejrzenia że nie cenię Jerzego Hoffmana "życiówek", to proszę się tak nie mylić, bo historyczne kino rozrywkowe także ma prawo istnieć, a szczególnie kiedy posiada taki aktorsko-scenograficzny rozmach jakim Hoffman go naznaczył. 

Drukuj