piątek, 17 kwietnia 2026

Köln 75 / Dziewczyna z Kolonii (2025) - Ido Fluk

 

Pomysł koncepcyjny bardzo wypasiony, taki w deseczkę - podobało mi się między innymi wmontowywanie archiwalnych rzeczywistych ujęć i też nawiązanie bezpośredniej relacji z widzem, poprzez zwracanie się z poczuciem humoru do kamery, jakby wprost do mnie kierowano słowa. Tylko że te poszczególne atrakcje formalne nie do końca spójnie się integrują z całościowym zorganizowaniem quasi muzycznego spektaklu - opowiadaniem o karierze menadżerskiej, poprzez stronę dźwiękową, fascynacją sceną z pozycji bycia jej fanką. Może to w sumie i się w miarę fajnie kręci, ale wizualnie i aktorsko uprę się, iż nie jest porywająco - nie wkręca, nie zasysa, nie ekscytuje jakby mogło. Inaczej czuję, iż w miarę zainteresowany oglądałem, ale daleko mi do zachwytu, może dlatego że dynamika daje radę, ale jednocześnie powoduje odczucie chaosu, jakby miało to być kręcone na spontanie, ale bez naturalnej ikry - ta swoista improwizacja nie posiada najistotniejszych walorów, czyli nie jest unikalna, oryginalnie kreatywna, najzwyczajniej naturalna. Dramatyzm scen które miały wywoływać emocjonalny wstrząs, to też tylko porządna inscenizacja, a nie poziom totalnego przeżycia. Nic w człowieku nie pęka i nie pozostawia głębokiego śladu, tak jak wymiar muzyczno-rozrywkowy nie oddaje tak jakbym oczekiwał uduchowionego charakteru dźwiękowej oprawy - mimo że się stara i kładzie na ten aspekt liczne akcenty. Chcę przez to powiedzieć, że intencje są ambitne, ale efekt uzyskany wyłącznie poprawny i można by kąśliwie dodać chwaląc ironicznie, że akurat jeśli chodzi o poziom komponentów to jest równo, więc spójnie. Może gdyby warsztat reżyserski i aktorski był lepszy (nawet mój wychwalany zawsze John Magaro wypada bladziutko) - był zobowiązująco ekscytujący, to ta w założeniu bystra lekcja także teorii muzyki jazzowej, miałaby szansę zasłużyć na duże oklaski, podobne tym które należą się największym mistrzom nuty płynącej z intelektualnie i emocjonalnie rozedrganego wnętrza. Mam nadzieje że trybicie o co biega mi w tej krytyce. :)

czwartek, 16 kwietnia 2026

The Good Boy / Dobry chłopiec (2025) - Jan Komasa

 

To co spisuję czynię ze sporym jak na refleksję o kinowej nowości opóźnieniem, posiłkując się jedynie kilkoma zwięzłymi spostrzeżeniami zapisanymi i rzecz jasna pamięcią często już zawodną, gdy tym bardziej natłok filmowego dobra spory. Kojarzę iż po wyjściu z projekcji byłem zdecydowanie efektem usatysfakcjonowany, bowiem doceniłem doskonały casting, te twarze i fizyczne cechy mistrzowsko dobrane, ale i aktorstwo bardzo na tak, bo przecież pośród mniej doświadczonych odtwórców, osoby Andrei Riseborough i Stephena Grahama z niejednego pieca już aktorski chleb zjeść zdążyły. Wkręciłem się w temat i powracając do domu próbowałem usilnie zdiagnozować złożone powody stanu rzeczy, zasadność walki z konsekwencjami, pośród pomijanych tutaj przyczyn - wtórne wychowanie (określenie opisujące ponowne procesy kształtowania osobowości, często w opozycji do wczesnej socjalizacji, wzmacnianie zachowań w psychologii) będące w tym przypadku działaniem z szacunkiem dla wolnej woli lub czystą tresurą tłumiącą takową. Spojrzeć na resocjalizacje level hard, jako karę za krzywdzenie i zarazem szansę na inną perspektywę - być może po prostu perspektywę empatyczną. Samo doświadczenie krzywdzenia jako tak samo możliwe dla dobra przyświecającego celu i dla zasługującego na potępienie, dla wypuszczenia z siebie mrocznych, kotłujących się emocji wyżycia się. Mimo że szczegóły zawarte w drugim (a może pierwszym) angielskojęzycznym projekcie Komasy mi już uciekły, to ogólny wydźwięk i wnioski liczne we mnie jednak pozostały, bo Dobry chłopiec prócz atrakcyjnych cech porządnego thrillera (trzymanie w napięciu i z pełną koncentracją), daje do myślenia i nie oferuje wprost żadnych oczywistych odpowiedzi. Może poza jedną banalną, a fundamentalnie zawsze skuteczną, że trafione trudnych charakterów wychowanie, to bezpośrednie indywidualne diagnozowanie i oddziaływanie, szczerość ponad wszystko, konsekwentny wpływ prawidłowego przykładu i otoczenie bezpieczeństwem - eliminacją pierwotnych, z dzieciństwa lęków.

środa, 15 kwietnia 2026

Pfau - Bin ich echt? / Paw zwyczajny (2024) - Bernhard Wenger

 

Pokochałem od pierwszego wejrzenia, mimo że to taki chłodem oddziałujący, wystylizowany ulubieniec i nie do końca wiem o co tu biega, choć trochę się droczę, bo przecież to zasadniczo jasno podana motywacja i przesłanie wyraźne. Na mój gust i dotychczas wyedukowany filmowo rozum blisko Rubena Östlund, a że ja z Rubenem czasem się jednak nieco siłuję, to jest to zaskoczenie swoiste, jeśli brać pod uwagę stylistyczne zbieżności. Debiut Bernharda Wengera spostrzegam jednak jako bardziej nieprzesadzony, a tym samym sympatyczny i zabawnie oraz zmyślnie plus przytomnie w skupieniu, z dystansem oraz balansem pomiędzy właśnie satyryczną ironią, a powagą, z aptekarską zimną precyzją, w nowoczesnym charakterze wizualnym i mentalnym, kino zaaranżowane. Z metaforycznym impetem w wyprowadzanych impulsach, doskonale wystudiowanym na potrzebę wytłuszczania dramatyzmem, pośród wszędobylskiej sztuczności kukieł na pokaz, z ekspresją opanowaną i spektakularnymi absurdami przyjmowanymi w możliwie towarzysko „najlepszym” tonie (scena z 60 urodzin :)), kapitalna to u podstaw i realizacyjnie koncepcja z wysublimowanymi kadrami, wypunktowująca celnie zanik autentyczności, w świecie łykanego na potęgę pozerstwa. Drąży specyficznie tam gdzie należy i metodą oraz technikami błyskotliwie ironicznymi - tak dla efektu jak i efektywności zasadniczej. Przemawia bez nadęcia, przekazując w niebanalny sposób oczywisty wniosek. Dzisiaj w świecie drapieżnego kapitalizmu, dla wizerunkowego sukcesu, opłaca się bardziej być emocjonalnie pustym, niż emocjonalnie, szczerze być po ludzku.

wtorek, 14 kwietnia 2026

The Testament of Ann Lee / Testament Ann Lee (2025) - Mona Fastvold

 

Skreślę teraz kilka zdań w kwestii filmu nowego Mony Fastvold (zaintryguje bądź zanudzę - na dwoje babka wróżyła), której pamiętam poprzedni, czyli Świat który nadejdzie zrobił na mnie niemałe wrażenie. Kiedy w dodatku sobie uświadomiłem że blisko współpracuje przecież z Brady Corbetem, będąc współodpowiedzialną za scenariusze do jego oryginalnego, tak monumentalnego jak brutalnie surowego kina oraz on nie pozostaje jej niewdzięczny i dokłada swoje do jej projektów, to miałem niemal pewność, że pomimo dość niepokojąco „metafizycznego” tematu Testamentu Ann Lee, będę z pewnością pod wrażeniem jego filmowego opracowania. Rzecz o wspólnocie Szejkersów (protestanckiej grupie religijnej, nazwanej oficjalnie Zjednoczone Towarzystwo Wyznawców Powtórnego Przyjścia Chrystusa, nakazującego celibat), a dokładnie początkach istnienia tzw. drżących kwakrów, przez pryzmat życiorysu „Matki” założycielki. Quasi musicalowa interpretacja niezwykłej historii Ann Lee (znakomicie aktorsko, bardzo fizycznie wypada Amanda Seifield - nie mając może tak indywidualnie obfitych partii wokalnych jak w Mamma Mia! ;)), której żywot to zarazem charyzma i gigantyczne poświęcenie, determinacja obsesyjna bliska obłędu, jak i równie intensywne cierpienie w pierwszej fazie dorosłości, które jak można się domyślić wpłynęło na jej postrzeganie bliskości fizycznej damsko-męskiej. Cierpienie na początek i z czasem przejmujące samounicestwienie z pomocą histerii nieżyczliwych, w anturażu niepokojącej aury i estetycznych, tak przyrodą i gorliwością religijną uduchowionych, jak brutalnych realiów. Dalej nadzieja, nowy świat zbudowany przez żarliwych wyznawców, którzy poszukiwali bezpiecznego schronienia przed niespokojnymi czasami, świadomi wyzwań niestrudzonej pracy i podporządkowania, niepodważalnej lojalności jakie przed nimi. Kłopot jednak w tym, iż praca tak jak i bliskość fizyczna jest naturalna, a tej drugiej “matka’ przez własne koszmarne doświadczenia zabraniała, a obok jeszcze rozszalała się wojna od której próbowali się pozornie tylko skutecznie odizolować. Przyznaję że poczułem dramatyzm wydarzeń, wstrząsającą wymowę, odczułem siłę ekstatycznych obrzędów oraz nie miałem problemu z wplataniem sekwencji „musicalowych”, bowiem one wkomponowane bardzo naturalnie, a nawet narracja bez nich snuta, mogłaby nie być tak sugestywna, czy choreograficzna perswazja byłaby niekompletna. Ponadto dla podkreślenia transowej atmosfery sporo scen w slow motion, w mistycznej, przejmująco kobieco ujętej aurze i dla równowagi wydaje z racjonalną krytyczną poniekąd jednak wymową. Mocne przeżycie, ale iluminacji ja nie doznałem, bo pewnie nie takie było założenie Fastvold i Corbeta.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Mother's Cake - Love the Filth (2015)

 

Nie miłuje najmocniej, lecz najsilniej jednak na teraz Love the Filth pośród krążków Austriaków propsuje, bowiem on mnie najbardziej intryguje i wciąż jest poniekąd nie do końca odgadnięty czy przyswojony. Bardzo szanuje kolejny trzy dotąd wydane albumy, gdzie Mother's Cake stawał się za każdym razem bardziej dojrzałym, unikającym prostej drogi do większej popularności, poprzez przede wszystkim stosowanie uproszczeń w formule aranżacyjnej. Wszystko po materiale z 2015 roku posiada w sobie więcej przejrzystości, rodzaju chwytliwości przybliżającej do radiowej formuły, lecz niekoniecznie proporcjonalnie mniej rozimprowizowanego charakteru. Jednako pod tym względem żaden inny album nie jest w stanie dorównać Love the Filth, bowiem tutaj wszelki indeks, to fajne osobne tematy, ale i gigantyczna przestrzeń do prowadzenia ich w ciekawych, niekoniecznie szablonowo powielanych kierunkach. Świetny puls, doskonały groove, lekkość instrumentalnych wirtuozerii (nieoczywiste solówki), garażowy etos z chropowatym, organicznie przytłumionym brzmieniem oraz pomysłowość, chociażby w kwestii ubogacania samej muzyki kapitalnymi klipami - patrz Gojira, Void i Ecstasy. Ponadto funkowy luz, free jazzowe momentami odjazdy i post punkowa czy bardziej post grunge'owa stylizacja, tak wizualna jak naturalnie wykorzystana w manierze wokalnej. Wielka sympatia dla tej ekipy i żal że jak się pojawiają u nas w kraju, to ostatnio jakoś mi z terminami było po drodze. Jeden gig i jeszcze jako support w zamierzchłych czasach to dla mnie zdecydowanie mało. Gigantycznie polecam zapoznać i obiecuję sobie po latach zobaczyć ich na żywca jako punkt kulminacyjny jakiego spędu - na stówę w doskonałej formie. Mojej i ich! :)

niedziela, 12 kwietnia 2026

Bring Them Down / Bez przebaczenia (2024) - Chris Andrews

 

Będzie zwięźle i bez upiększeń, bo esencjonalnie i ascetycznie idealnie do tego co zobaczyłem pasuje. Jedno wydarzenie implikuje serię interpretacji i kolejnych sytuacji gdzie zemsta to reperkusja poczucia krzywdy. Nakręcająca się spirala przemocy i w konsekwencji obłędu prowadzi do tragicznego finału, który sam nie wiem czy nie jest jednak przesadzony. Mimo ekstremy, wydaje się iż jest mimo wszystko w drodze do końca realistycznie, bowiem kto wie do czego zdolny człowiek pod presją w opresji i po traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa, dorastania. Obsada mocna i muzyka trafiona, bo te twarze i charakterystyczne mimiki celnie zdają się oddawać tak ducha miejsca jak okoliczności, a nuta to głównie złowieszcze uderzenia perkusjonaliów, co faktycznie pasuje i działa na wyobraźnię. Początek i koniec ze wspomnieniem wyjaśnia genezę reakcji i stanowi rodzaj zdolnego tłumaczyć zachowania pomostu, niestety jak od startu całość kopie, tak z czasem mimo że to dramatycznie twarde, makabryczne kino, to traci nieco impet.

sobota, 11 kwietnia 2026

Good Luck, Have Fun, Don't Die / Baw się dobrze i przeżyj (2025) - Gore Verbinski

 

Scena otwarcia, jeb*******ki majstersztyczek - przefantastycznego Rockwella. Aktorskie całościowo hocus pokus (porywająca szarża ryby w wodzie), w mega energetycznej, mega kreatywnej i mega mega zabawnej, mimo że przez odwołanie się do konsekwencji oddziaływania „EJ AJ” mało optymistycznej oprawie. Rycie bańki dowcipnie popuszczonymi wodzami fantazji, niepokojem czającym się pod powierzchnią odjechanej komedii post apokaliptycznej. Bardzo w punkt i bardzo na czasie, ze smartfon zombiakami i trwożącym kiciusiem - skojarzeniami jakbyśmy uczestniczyli w grze komputerowej, sterując intuicyjnie bez użycia pada bohaterem (podobieństwo stylizacyjne do Jamesa Cole’a z 12 małp Gilliama) z wieloma życiami, walczącym w towarzystwie kolejnego (być może tego właściwego) składu o przetrwanie ludzkiej cywilizacji w przyszłości. Piszą że próbuje Verbinski tutaj łapać mnóstwo srok za ogonki, mieszać rozumiem gatunki, gdzie ja widzę tylko wiązanie rozrywki z komentarzem społecznym oraz kapitalną wyobraźnię zaprzęgniętą do w atmosferze niezobowiązującej zabawy przestrzegania przed przegięciem ostatecznym. Pytam też dlaczego niby zabraniać kinu wciąganemu w towarzystwie słonego popcornu i słodkiej coli, być też trafną analizą słabej już i bardzo słabej potencjalnie rzeczywistości? Szczególnie gdy diagnozy i rozkminy jadące na kolorowym od fajerwerków jednorożcu są oparte na solidnym fundamencie realizmu! Kąśliwy czarny humor w abstrakcyjnym fartuszku ma tą siłę, że skutecznie trafia nawet tych opornych gdy ich obśmiewa. Dlatego między innymi kupuję to co zobaczyłem bez żadnego ale, zauważając i powtarzając za licznymi „zauważeniami” iż nowy Verbinski jedzie (piruety są, ale gleby zaliczonej brak) zarówno na jednej własnej firmowej rolce, jak i na wrotce która pomogła ostatnimi czasy zdobyć szalonej hybrydzie Oscara. Tyle że Wszystko wszędzie na raz ze mną do końca nie zażarło, a Baw się dobrze i przeżyj na pełnej mnie wkręciło i nie rozumiem dlaczego tutaj docenienia chociażby turbo roli Sama nie było!

P.S. Ja chyba nawet lepiej się bawiłem niż na Project Hail Mary - ale o tym dlaczego kiedyś.

piątek, 10 kwietnia 2026

Dead Man's Wire / Desperat (2025) - Gus Van Sant

 

Gus Van Sant kręci tutaj właściwie Pieskie popołudnie 2, piętnując bezwzględność i hipokryzję rekinów finansjery oraz zaznaczając rolę i moc sprawczą medialnej interwencji, w opartym na faktach, klasycznie zrealizowanym bo nawiązującym do wielokrotnie przepracowywanych szablonów stylistycznych, kinie spod znaku ogólnie heist movie. Pozornie bez większego wysiłku przedprodukcyjno-produkcyjnego ogarnia temat właściwie, lecz po seansie pozostało we mnie poczucie niedosytu, a powiązane być może ono z gładkim prześlizgiwaniem się przez kolejne etapy wydarzeń i zaniechaniu rozwijania pobudzających intelektualnie kontekstów pobocznych. Niby obsada gra jak należy i gra narracja oraz głównie konwencja, bowiem Desperat zainscenizowany jest zarówno surowo, kładąc nacisk tak na aspekt quasi dokumentalny, z wplataniem ujęć z kamery dziennikarskiej, jak i stawiając przede wszystkim na odzwierciedlenie realiów filmowania kina dramatu i akcji z lat siedemdziesiątych, ale coś mi to wszystko nie wgryzło się pod czachę jakbym oczekiwał. Miało być zakładam ekstremalnie gęsto od adrenaliny, napięciem obgryzanie pazurów prowokując i wiarygodnie rzecz jasna psychologicznie, a widz miał czuć jakby przebywał w środku wydarzeń, bądź obserwował je na żywo relacjonowane i te zdaje się jasne techniczne intencje są poniekąd zrealizowane, tylko że wszystko jednocześnie wydaje się takie perfidnie, sztucznie rozmyślnie wystylizowane, a być może i przez to opresyjne wobec postaci centralnej odczucia nie posiadają tak silnie oddziałującego wpływu na widza (przynajmniej na mnie), aby poczuć na maksa „tytułową” skrajną desperację ofiary stającej się z poczucia bezradności przytrzymującym zakładnika szaleńcem. Koncentracja uwagi też sfokusowana jest na pozornie fałszywej empatii jaka rodzi się pomiędzy dwiema ofiarami złożonej sytuacji i to ma siłę i w końcu empatycznie rusza, boli mnie widza, szczególnie gdy epilog wyraźnie tą kwestię podkreśla. Tylko że poza tym jednym bardzo intrygującym, niestety rozmywającym się detalem (który mógłby wyciągnąć wymowę na teren szerszy), pozostałe sprawiają wrażenie, iż zabrakło w realizacji naprawdę charyzmatycznego, szczerego, na cały gwizdek zaangażowania i tym samym potencjał zaprzepaszczono.

Drukuj