sobota, 13 czerwca 2026

Fatherland / Ojczyzna (2026) - Paweł Pawlikowski

 

Pierwsza uwaga natury quasi socjologicznej, że Multipleks, pokazy przedpremierowe w godzinach okołoobiadowych, konkretnie środek tygodnia, największa sala i 8 osób stan frekwencji. Czy to coś wyraziście mówi o stosunku do kina ambitnego, ponad europejsko nazwiskiem polskich twórców promowanego i w elitarnym gronie nagradzanego? O tym dowiem się może kiedy Ojczyzna wejdzie już w standardowym trybie na ekrany i dostępne będą statystki oglądalności. Póki co wyciąganie wniosków może być nazbyt pochopne, choć rzecz jasna stwierdzę gorzko, iż bardzo mocno ich smutne kontury zostały we mnie niewątpliwie zarysowane. Oddalając się jednak od wstępu, chcę w miarę zwięźle pochwalić się własnymi przekonaniami nie o potrzebach dzisiejszego widza, lecz jakości trzeciego w tej samej formule wizualnej, najbardziej docenianego od lat polskiego reżysera dzieła. Pawlikowski trzyma się standardu wizualnego wypracowanego ostatnimi głośnymi produkcjami, stawiając na precyzję detali i ogólnie wywoływanie wrażenia wysmakowanego dla wytrawnego oka. To jest w tym segmencie optyki ilustracyjnej, kadrowania fotograficznego (Łukasz Żal) w każdym calu doskonałe, ale i prowadzenie narracji przywołuje przymiotniki bliskoznaczne określeniu eleganckie. Przepływamy przez ciąg wydarzeń skupieni na wartości obrazowej, lecz i historycznej, zinterpretowanej historii powrotu Thomasa Manna po wojnie na tereny obydwu podzielonych politycznie ówczesnych Niemiec. Mann wraz z córką opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i odbywa podróż ze strony zachodniej na wschodnią, co wiąże się tak z zarysowaniem tła charakterystycznych cech przemian na wymienionych obszarach, jak i jeszcze wówczas zabieganiem obydwu ustrojów o pozyskanie przychylności laureata Nagrody Nobla - co szczególnie obserwacja zdarzeń po stronie Sowieckiej wywołuje poczucie absurdu i dyskomfortu. Wstrzemięźliwa, pozornie neutralna relacja historyczna jednako specyficznymi dla formy Pawlikowskiego środkami wstrząsa nie bezpośrednio, lecz za pośrednictwem doskonałego użycia dystansu, bez jasnej interpretacji, korzystając ze świadomości historycznej widza i jego merytorycznego przygotowania - znajomości kontekstów o znaczeniu elementarnym. Pobudza emocjonalnie charakterem jeszcze anomijnego i zarazem zamordystycznego tła politycznego, tak w układzie rzeczywistości zachodniej, w której faszystowskie demony pozostają w zaskakujący tylko dla gigantycznej naiwności sposób wciąż żywe, jak i dla tej za żelazną kurtyną, w której wszczepia i wczepia się w glebę równie mocno jak nazizm niebezpieczna ideologia komunistyczna. Na tle rodzących się zimnowojennych realiów Pawlikowski portretuje jednocześnie psychologicznie dwie sylwetki - ojca i córki. Kapitalnie oddaje w mimice i względnie kontrolowanych zachowaniach wewnętrzne rozterki, ból i cierpienie. To na swój inny niż otwarty sposób szarpie, bowiem aktorskie zabiegi stosowane tutaj, gdyby nie były realistyczne, natychmiast obnażyłyby złożoność stanów postaci i ich wymiar naznaczony starciem nadziei z brutalnymi faktami. To film gadany, a zarazem milczący, w znaczeniu iż dialogi posiadają swoja siłę wyrazu, lecz więcej dla emocji odczytujemy nie z ich bezpośrednio wybrzmiewających erudycyjnych tez, lecz tego co wokół wyrażania słowem się dzieje. Warstwy precyzyjnie kadrowanego obrazu, scenografii dopieszczonej i treści są mistrzowsko spójne i same w sobie za sprawą wymuskania efektowne. Efekt jest po raz kolejny na poziomie warsztatowym imponujący. Zewnętrznie zimny, ponuro dramatyczny, jak i nieomal poetycko rozedrgany - bliżej moim zdaniem do minimalistycznej Idy, niż bardziej rozbudowanej w wątki relacji osobowej i emocje wprost okazywane Zimnej Wojny. Styl Pawlikowskiego mnie w pełni satysfakcjonuje, ale bardziej fascynuje pytanie - jakby ten fenomenalnie czujący szlachetne metody filmowe mistrz planu wypadł w czymś formalnie zaskakującym. Konkludując Pawlikowski gdy już kręci to wie iż lepiej pozostawić niedosyt, niż uczcicie przesady, zamykając swoje ostatnie dzieła w około dziewięćdziesięciu minutach, więc myślę iż kolejny tytuł po wybrzmieniu tej nieformalnej monochromatycznej trylogii, przyniesie coś nowego, równie interesująco imponującego. Bardzo oczekuję.

piątek, 12 czerwca 2026

Evergrey - Architects Of A New Weave (2026)

 

Moi bodaj najwięksi "giltipleżer" jak w zegarku wydają nowe płyty i nawet nie wprowadza u nich poślizgów jakiekolwiek przetasowanie w składzie. Architects Of A New Weave nagrany z nowym bębniarzem i bez Henrika Danhage'a, który od 2001 roku był jednym z głównych filarów grupy prowadzonej jednak z żelazną konsekwencją przez Toma Englunda (bezdyskusyjnego lidera), mógł więc zapowiadać jakieś grubsze zmiany muzyczne. Nie mam na myśli przeskoczenia w inny gatunek, ale chociaż kosmetyczne, lecz zauważalne udoskonalenia, udziwnienia, czy doświadczenia, które może sugerowała mi okładka, jak też nie zmienia estetyki dotąd stosowanej, ale bardziej nawiązuje do tego co na początku, a dokładnie w 1999 roku jako ozdoba koperty Solitude, Dominance, Tragedy się objawiło. Mam ja duży sentyment w obydwu wymiarach (koperta, kawałki) do owej, zatem liczyłem na chociażby sound podobny, który przewietrzyłby myślę ten od lat, niezwykle czysty stosowany. W sumie nie mam nic do wszystkiego brzmieniowo dopieszczanego, ale coś więcej niż tylko sterylność bym mile tutaj widział. Jest jednak realnie jak automatyzm i przywiązanie do oczekiwań największych fanów Englundowi podpowiada, czyli bez szczątkowej ewolucji - pięknie, wypolerowanie, epicko i wzruszająco lirycznie. Z gitarami wycinającymi zarówno cięte, grube bo wyraziste riffy i solówkami wypielęgnowanymi, których wykonywanie na pewno kapitalnej biegłości i płynności wymaga. Tylko że jeśli tak jest, to ja podtrzymywać muszę swoje dotychczas wypracowane stanowisko, którego na przestrzeni ostatnich lat dwudziestu pięciu raczej nie zmieniałem, tak bardziej lub mniej w różnych okresach nowościami od Evergrey się podniecając. Pamiętam próby większej szorstkości w brzmieniu, bardziej organicznego i ograniczonego w sensie minimalizmu, rockowego stuffu i zupełne popuszczenie lejc w obrębie podniosłych, hymnicznych kompozycji - czas maksymalizacji cech dark-gotyckich, czy heavy metalowo-progresywnych. Mogę tutaj wymienić kiedy, jak według mnie było, ale nie widzę takiej potrzeby, gdyż pełny opis dyskografii, ktoś kto czyta i się głębiej wkręci ma na wyciagnięcie tutaj ręki, na klika jednego. W sumie każdy album po jakimś drobiazgu rozpoznaję i każdy może się odróżnić odrobinę, natomiast Architects Of A New Weave na ten moment zapamiętam najbardziej, jako ten satysfakcjonujący bardzo, lecz jednako ucinający moja wiarę w jakiś przełom wyrazistszy. 

czwartek, 11 czerwca 2026

Zabriskie Point (1970) - Michelangelo Antonioni

 

Wpełzam właśnie w elitarny świat Antonioniego i zrobiłem pierwszy krok oczywiście odtwarzając Powiększenie, lecz że jako ono jeszcze jest przeze mnie przepracowywane analityczne (szczerze, bezradnie doczytuje :)), a w międzyczasie zobaczyłem też Zabriskie Point i szybciej wiem co o nim myśleć, to na pierwszy archiwizacyjny wpis tenże (a)chronologicznie wskakuje. Dziwny to klimat, dziwnie opracowana treść – chaos pozorny, bo otwierająca scena, bo przeskakiwanie z początku wątku na wątek różnych bohaterów ustawiczny i trzeba szybko łączyć konteksty raczej mało uporządkowane. Niejako nie ma gigantycznej trudności by zrozumieć, że Antonioni tutaj z perspektywy (nie)amerykańskiej luka na tamtejsze społeczno-polityczne i gospodarcze, w sensie kapitalistyczne uwarunkowania ustrojowe przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tradycja twardogłowej konserwy i finansjery korporacyjnej interes ponad wszystko (greed is good), wymieszane z akademickim buntem młodych, bardzo ideologicznym. Także świat prowincji i wielkomiejski - biedy i bogactwa, życia z daleka od nowoczesnej cywilizacji codziennością i walka o wpływy na szczytach. To jak domniemam w tradycji nowofalowej, światopoglądowy manifest krytykujący Amerykę z jej hipokryzją - kolebki współczesnej demokracji i wolności, samej w swoim gnieździe zwalczającej tendencje do równości i różnorodności. Wykorzystując do tego niezwyczajny, rozwijający się z poziomu ogólności do szczegółowości scenariusz, doskonały zmysł wizualny oraz (tutaj pierwsze mega wrażenie) kapitalną, intuicyjną grę aktorską jeszcze naturszczyków, tudzież aktorów bez doświadczenia. Przyznaję już otwarcie, iż artystyczna stronę polubiłem (odlot z golaskami w piaszczystych górach jest odważny i hipnotyzujący), tą ideową natomiast wmieszaną warstwę niekoniecznie potrafię tak samo skrytykować, jak poprzeć. Dla mnie zwyczajnie więcej jest tutaj do zobaczenia okiem i "duszą" (drugie mega wrażenie) niż do analizy treści o charakterze politycznym - paradoksalnie. Ciekawa filmowa praca tak na poziomie opracowania muzycznego (Jerry Garcia, czyli Grateful Dead plus PINK FLOYD proszę Państwa), wszystko-mówiącej symbolicznie metafory, dosłownie eksplodującej finalizacji dramatyczną oczywiście puentą, ale jeszcze mocniej interesująca i zachwycająca wymiarem technicznie wizualnym - z doskonałym zdjęciami i tym sznytem odlotowym nowofalowym, który miał gdzieś poprawność polityczną i cenzurę obyczajową.

P.S. Zapamiętam nie tylko przez wzgląd na malownicze ujęcia pustyni i młodych ciał okurzonych, ale też gdzieś na marginesie tragicznie krótkiej, tajemniczej historii życia niejakiego Marka Frechette - aktora dosłownie jednej roli i to akurat głównej, nie byle u kogo przecież.

środa, 10 czerwca 2026

Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir

 

Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.

wtorek, 9 czerwca 2026

A.A. Williams - Solstice (2026)

 

Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się  sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!

poniedziałek, 8 czerwca 2026

While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach

 

Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)

środa, 3 czerwca 2026

Michael (2026) - Antoine Fuqua

 

Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.

wtorek, 2 czerwca 2026

Mistress America (2015) - Noah Baumbach

 

Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)  


Drukuj