Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils.
P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające.



















.jpg)
.jpg)



