Zanim teraz sprawdziłem (to był w sumie obowiązek) wpierw w kinie z niezapamiętanych powodów pominąłem - mimo że zapoznając się z przychylną krytyką pochłonąć chciałem, to w praktyce wstydliwie teraz przyznaję zignorowałem. Nim po tygodniach seans się odbył, powinienem też zrobić jakiś większy risercz, w jakich dokładnie okolicach geograficznych akcja się rozgrywa i z czym poza wysokiej jakości kinem w sensie treści się skonfrontuję. Obserwowałem więc bez przygotowania, z początku miejsca trudne mi do zdefiniowania i fascynująco od razu zaskakującą transową hipnozę - rave’owy vibe buchający, o dodatkowym pustynnym obliczu. Specyficzną medytację z potężnym bitem i szeroki w tłumie przegląd osobliwości ludzkich, których ilość za moment stopniała do jednostek kilku, może nastu bohaterów, fizycznym wyglądem, dość szokująco przykuwających uwagę. Dwa wątki z początku wyodrębniłem, czyli egzystencję dla pasji współczesnych pustynnych nomadów, wyrzutków i pośród nich poszukiwanie córki przez ojca i siostry przez brata. Dałem się oczarować egzotycznym widokom (przeprawa przez rozległe niezamieszkane tereny, grozą napawające góry), ilustracyjnemu potencjałowi i na życie ekscentrycznemu przepisowi. Narracji bez w treści większej jednak ekscytacji, gdy wlokła się karawana, podążała obranym szlakiem, aż do momentu, gdy w połowie scenariusz jeb-nął znienacka takim motywem, że do końca projekcji byłem zesztywniały, tym bardziej iż to okazał się dopiero początek zdarzeń, których śledzenie kosztowało mnie mnóstwo siły, by mierzyć się z obrazami, gdzie beztroska, nonszalancja i wolność, życie bez planu ale z ryzykiem, kończy się totalnym, makabrycznym koszmarem. Sirât, czyli podobno most/przejście mające oddzielić grzeszników od ludzi prawych, to do połowy trans, a od połowy potężne uderzenie - mocne sceny z sytuacjami w których widz jest brany przez i z zaskoczenia, kiedy szczena opada i serce niewygodnie kołacze. Od momentu kulminacyjnego napięcie jakiego dawno w wymiarze przygryzanej wargi i spoconej skroni, przed ekranem nie odczuwałem. Przestrzegam, bowiem to przykra, bolesna jest emocja, ale bardziej entuzjazmem się kierując namawiam.
środa, 20 maja 2026
wtorek, 19 maja 2026
In die Sonne schauen / Wpatrując się w słońce (2025) - Mascha Schilinski
Wygląda jak ruchome, płynnie zmontowane stare zdjęcia i stąd ten przeszywający klimat - trzech epok, powiązanych jednym skrywającym wiele ludzkich tajemnic miejscem. Opowiada obrazami, wręcz ujęciami fotograficznymi, autentycznie oddziałuje z ekranu gamą stonowanych odcieni, światłem naturalnym, ciepłem archaicznych żarówek, lamp naftowych i wreszcie świec. Ziarnistą fakturą uwypuklając przygaszone oświetlenie w pomieszczeniach i odgłosami natury niepokojące, mimo swego przyrodzonego piękna, przyrodnicze okoliczności akcentując, w hipnotyzującej historii, w swej złożoności narracyjnej świadomie z pozoru chaotycznej. Być może trudnej, niejasnej, lecz wystylizowanej perfekcyjnie. Wywołuje dreszcze przeszywające, niepokojem obcowania z obecnością śmierci, rozpala zmysły za każdym razem, gdy przenosimy się w czasie, dryfując według planu twórczyni za bohaterkami - nieomal w tradycji dziewiętnastowiecznego dreszczu istniejąc, kiedy kinem grozy dzieło Maschy Schilinski przecież nie jest, choć określenie go arthouse’owym horrorem ma w sobie więcej niż okruchy sensu. Podziw wzbudza wysmakowana scenografia, także dekoracje, atrybuty miejsc i z równą pieczołowitością dobrane rekwizyty czy charakteryzacje, stroje - mnóstwo w tym zachodu, by odtworzyć prawdziwe warunki. Trzy główne narratorki (znakomite kreacje nazwisk bez znanej mi dotychczas historii) splatają losy kobiet w rzeczywistościach na pozór odmiennych, jakby w jednej przestrzeni wiążąc je doświadczeniami wszczepianych traum, wpływem tak osobistych zgryzot, udręczenia, ale i cieni, powidoków przenoszonych z pokolenia na pokolenie w postawach i przeszłości miejsc. Cierpienie bohaterek jest zakamuflowane, nie epatujące, ale przemawiające mimo to niezwykle boleśnie. Kiedy pozwolimy się tym obrazom w transowym mroku pochłonąć, wytężając zmysł wzroku, dostrzeżemy przerażone oczy - w rzeczywistości dla kobiet opresyjnej, tolerującej cichą przemoc, nieme krzyki wydobywające się z napiętych mięśni, drżących dłoni. Reżyserka w zasadzie przychodząc znikąd (jej nazwisko nawet dla wybitnych koneserów kina europejskiego jest nic raczej nie mówiące), stworzyła dzieło fascynujące, w autorski sposób wiążące trudny temat, kameralne jego ujęcie, w paradoksalnie rozbudowane między wierszami o konteksty, powiązane z rolą przestrzeni - szeroko, przenikliwie i wysmakowanie wykorzystując doskonałe oko operatorskie. Szczerze polecam jak tylko zdarzy się okazja przyswoić.
poniedziałek, 18 maja 2026
Kramer vs. Kramer / Sprawa Kramerów (1979) - Robert Benton
Oscarowy hit, który zgarnął aż pięć statuetek, bez jednakowoż laurów przyznanych, komuś kto w moim przekonaniu w całokształcie przedsięwzięcia najbardziej na wyróżnienie zasłużył. O tym na końcu, potrzymam w niepewności co na myśli mam. Zanim tajemnicę zdradzę skupię się na udziale rozchwytywanego wówczas Dustina Hoffmana, grającego dużo i z ogromnym sukcesem oraz rozpalającej w owym czasie swój wieczny jak się okaże gwiazdorski płomień Meryl Streep. Obydwoje na fali i obydwoje na najwyższym szczeblu docenieni, zapewne przez pryzmat finałowych konfrontacji na sali sądowej i klamry skrojonej pod wzrusz niewyobrażalny. Ogólnie bowiem Sprawa Kramerów to bardziej dzieło pod konkretnego klienta skrojone, gdzie celem jest przede wszystkim poruszanie, a wtórnie myślę odbierane są jego walory poznawcze - rola opiekuńcza ojca zrównoważona z rolą opiekuńczą matki. Zaczyna się dość niewinnie, obyczajowo z lekkim dramatycznym tąpnięciem, przechodząc w nieco komediową formę, aby w momencie kulminacyjnym stać się porządnie nie tylko angażującym, ale wręcz targającym emocjonalnie dramatem sądowym i uzasadnienie ckliwym łez wyciskaczem. Prowadzą przed oblicze Sądu wydarzenia złożone i w międzyczasie perypetie tato-mamy z nagromadzeniem problemów (co chwila mocniejszy deszcz nad głową postaci Hoffmana) oraz co kluczowe, silnie uczuciowym związkiem jaki wiąże postać syna i ojca, na tle pozostającej chwilowo poza zasięgiem, zagubionej, poddanej próbie traumy depresji matki. W tym miejscu pora zdradzić, iż ja skupiłem całą niemal uwagę nie na kondycji rodziców, a stanie i sposobie przeżywania wydarzeń przez Billy’ego. Kiedy Billy płakał, ja z nim wyłem i twierdzę stanowczo, iż nie tylko same nominacje smarkaczowi (Justin Henry) się należały. Wielka to bowiem malca kreacja była.
niedziela, 17 maja 2026
All that Jazz / Cały ten zgiełk (1979) - Bob Fosse
Surrealistyczny nieomal klimat w czymś co zapowiadało się jako film muzyczny, bliski ramowo musicalowi, a okazało się taneczną tragifarsą „niesamowicie bolesną opowieścią o destrukcyjnej sile obsesji i uzależnienia od pasji, pracy i perfekcjonizmu” - inaczej autobiograficznym obrazem finezyjnie opowiadającym o tragicznych w skutkach, dramatycznych losach samego jego twórcy. Brutalnie gorzkim, skomponowany odważnie, nieco przedwczesnym testamentem oryginalnego reżysera, barwnego choreografa, utalentowanego tancerza, w którego wcielił się znakomicie Roy Scheider. Oddając i przelewając na ekran mam pewność w zgodzie i przy naturalnie akceptacji twórcy i tworzywa jednocześnie, wszystkie jego tak karykaturalne, jak i skrajne cechy, jakimi między innymi arogancja i oddany sztuce fanatyzm. Fosse postać kontrowersyjna, świadomie nieodporna na pokusy i dominująco biernie agresywna, narcystyczna jak można domniemać, ale i twierdzę ironicznie, satyrycznie autokrytyczna na własnych, prowokująco groteskowych zasadach. Tworząca za życia dla siebie epitafium - być może tak samo pretensjonalne, jak błyskotliwe. Świetny Roy i znakomicie zaadaptowana i potraktowana jazzującym pulsem broadwayowska muzyka. Powiązanie w fundamentalnym anturażu tradycyjnej burleski, późnych, dość posępnych (mimo że swobodnych), obskurnych, tandetnych wizualnie lat siedemdziesiątych. Widowiskowy spektakl w którym podskórnie pulsuje kontemplacyjne gorzkie przesłanie, gdzie show musi trwać pomimo swego destrukcyjnego charakteru - napędzane animuszem deksedryny i dla uspokojenia zarazem równoważone jak i podsycane gigantyczną ilością nikotyny. Potrzeba chwili aby się pozwolić wkręcić w ten psychologiczny klimat upatrzony psychodeliczną dziwacznością i osobliwie oryginalną, a zarazem szokującą artystyczną filozofią. Upstrzony mrocznymi odjazdami, zagospodarowany scenami, które przemawiają na innym niż standardowy kinowym poziomie. Dzisiaj od tamtej pory kino widziało już niemal wszystko, trudno zatem mu zaskoczyć, a wtedy wyobrażam sobie że podzieliło i mogło namieszać (mnóstwo nagród), gdy tym bardziej przemysł filmowy tkwił jeszcze w dużym rozkroku, pomiędzy przywiązaniem do kostniejącej tradycji firmowanych legendą Franka Sinatry i tendencjami rozerotyzowującymi czy antyestetycznymi - w tymże układzie odniesienia mocno szokującymi. Być może ja sam spodziewałem się prawie jeden do jednego drugiego Kabaretu, a otrzymałem podobnie nakręconą formę narracyjną, bliską wizualną (sceny tańczone, kadry, montaż, dynamika podobna), lecz zdaje się totalnie odmienną, rozbudowaną obficie o konteksty, konwencją w sensie właśnie filozofią, w jakiej nie wiadomo „gdzie kończy się łgarstwo, a zaczyna prawda”.
sobota, 16 maja 2026
The Cure - Pornography (1982)
Kilka "nie wiem" i paradoksalnie w kontrze w post scriptum "wiem" w tym tekście się pojawi, bowiem nie wiem wciąż czy mogę siebie nazywać chociaż częściowo i umownie fan boyem The Cure i wiąże się z tym brak pewności w odczuciach i osądach. Wahania we mnie kolosalna ilość i nie wiem na przykład czy bardziej cenię Disintegration czy Pornography, a może miałbym pośród albumów ekipy Robercika jeszcze bardziej lubiany, gdybym znał coś więcej niż tylko odrobinę powyżej fundamentalnego standardu. Nie wiem dlaczego przez wiele lat kręciłem się wokół tejże dyskografii i dopiero dekadę lub odrobinę później, zaciągnąłem się krążkami które mogę bez problemu policzyć na palcach jednej dłoni. Nie wiem też zbyt wiele naturalnie o szczegółach i kontekstach sytuacji w jakiej powstawało Pornography i wiedzę czerpię od tych którzy tak ówcześnie jak i może w dalszej perspektywie zdobyli szersze postrzeganie zawartości czwartego longa, tych najjaśniej chyba świecących prekursorów nowej fali i kilku odmian stylistycznych powiązanych. W Wikipedii bowiem obok NEW WAVE jak byk stoi, że ta nuta to pop-rock, rock alternatywny, pop alternatywny, indie rock, rock gotycki, post-punk, dance-rock i cokolwiek to znaczy college rock. :) Sporo sporo, ale zawężając stylistykę na potrzebę recko-refleksji czwórki, to ja swoim uchem osłuchującym się wciąż na bieżąco i z materiałami z przeszłości elektronicznie-rockowej nuty, dosłuchuje się tutaj wyłącznie syntezatorowo, basowo-perkusyjnej psychodelii owiewanej cierpiącym głosem lidera. Robercik nie był w tym czasie w najlepszym jak donoszą źródła stanie. Płakał na scenie, przeżywał załamanie nerwowe, pogrążając się w depresji, co odbijało się na atmosferze w grupie. Alko i narkotyki robiły swoje - demony przywołując, drenując mroczną podświadomość. Spięcia między muzykami były codziennością pracy nad Pornography i klimat ten odkładał się niczym ponury cień na finalnym efekcie. Co jednak w tej mrocznej opowieści pozytywne, to charakter emocjonalny sesji spowodował, iż powstał jednoznacznie jakościowo album kapitalnie wieńczący pierwszą fazę działalności zespołu, oceniany jednogłośnie jako jedno z najlepszych osiągnięć epoki. Zapewne sukces zahamował być może ostateczne tendencje rozpadowe, choć jak doczytałem, kolejna płyta nie spełniła oczekiwań, ani nie wznosząc się na poziom opisywanej, ani nawet nie dopasowując się do niej stylistycznie. Ta zimna, duszno-klaustrofobiczna poświata się straciła, a starcia osobowości, pesymizm i melancholia konstytuująca Pornography podczas komponowania, tym razem nie mogły mieć wpływu, bo i Robercik sam napisał większość materiału - świadomie kierując go w lżejsze, banalnie jałowe popowo piosenkowe rejony. Nie dziwi więc, że fani utożsamiający się z nostalgicznymi instrumentów westchnieniami, egzaltowanymi wokalami i przykrymi emocjami ją odrzucili, jako produkt bez rezonującej historii. Rozumiem ich, bo wiem jak bardzo dobrze (paradoks takich mroków) Pornography robi mi minimalistycznym chłodem, mechanicznym rytmem, idealnym współbrzmieniem basu i perkusji, gdzie dudnią zarazem maszynowa precyzja i otulający pogłos. Może i nie łączy mnie sentyment, ale na ile to możliwe silnie mnie Pornography angażuje i rzutuje na samopoczucie, rezonując z moim ja tu i teraz.
P.S. U góry "nie wiem" a u dołu "wiem", bo domyślam się jednak co nieco, gdyż miałem na to mnóstwo czasu by wewnątrz bańki swojej, szeptem odpowiadać sobie na pytanie dlaczego. Wiem że nie miałem starszego rodzeństwa, które by mnie wkręcało i wiem, iż świadomie zaczynając słuchać muzyki, to wychodziłem z bardziej gitarowego stuffu (grunge, potem metal, a jeszcze wcześniej punk i punk rock) i wiem dodatkowo jak trendy powracają i że ostatnie lata, to renesans brzmień ejtisowych i tym samy dla mnie sprężyna do przeszłości, gdy dzisiaj wielu podobne nuty w najwyższej jakości komponuje, ubogacając je po swojemu i mnie z tą na poły mainstreamową modą w ostatnich latach bardzo po drodze.
piątek, 15 maja 2026
Los domingos / Niedziele (2025) - Alauda Ruiz de Azúa
Powołanie do służby Bogu, do klasztoru klauzulowego młodą dziewczynę głos wewnętrzny wzywający. Starsze, dojrzałe jak na swój wątły wiek, lecz jeszcze w zasadzie dziecko, żyjące w dużej, trzypokoleniowej rodzinie częściowo niewierzącej, bez tradycji większej do religii przywiązania. Ambicje uniwersyteckie, nadzieja pokładana przez bliskich i w kontrze decyzja za którą stoją trudne do uzasadnienia emocje, metafizyczne odczucia. Trzeba sobie wówczas zadać pytanie i sprawdzić czy za odczuwaną potrzebą stoi rzeczywista, świadoma i dojrzała, wiarygodna, nie wyłącznie odruchowa niezbędność, czy może na nią wpływ wywierają doświadczenia utraty matki w dzieciństwie, wysoka wrażliwość, potrzeba ucieczki, zaznania opieki, bezpieczeństwa we wspólnocie, bądź naturalnie przychodzące impulsy testujące, gdy mowa o poważnych zobowiązania - w nie w pełni dojrzałym wieku zwodzące zmienne, czynniki. Dylematy i rozważania, w duchu troski opowieść osadzona w kontekście różnych postaw, kierunków przekonań i spostrzegania obiektywnego obrazu przez subiektywne doświadczenia. Temat bardzo dokładnie przemyślany i sportretowany, pozbawiony zaburzającej obraz z góry obranej perspektywy światopoglądowej, jednowymiarowej i jednokierunkowej, bez rezygnacji jednako z zaangażowania - takie empatyczne i erudycyjne. Poważne traktowanie tematu, ale bez fanatyzmu i tym bardziej z drugiej strony ośmieszania, choć momentami z poczuciem humoru, świadomie w odmianie zachowującej szacunek. Niedziela nawet jeśli z tła prowokuje, to do przemyśleń wartościowych. Przesuwając się z argumentami to na jedną to na drugą stronę, nie podając widzowi żadnego wniosku czy tym bardziej nie narzucając rozwiązań. Każdy więc ma szansę dostrzec to co najważniejsze, po stonowanie starannej, cierpliwej analizie. Może to z gruntu smętne kino, kontemplacyjne i skromne, bez dramatycznych w scenariuszu skandali, nadużywania wysuniętych na pierwszy plan emocji, ale kino intensywnych troskliwych rozważań i jego walorem przynajmniej dla mnie kluczowym, jest dążenie do wspomnianej równowagi ideowej.
P.S. Radykałów trzymać z daleka, albo wręcz przeciwnie - podstępem betonom podrzucić, obserwować reakcje. :)
czwartek, 14 maja 2026
L'inconnu de la Grande Arche / Wielki Łuk (2025) - Stéphane Demoustier
Z pewnością nie jest tak bombastyczny w wybrzmiewaniu i wymowie jak The Brutalist i brakuje mu podobnego realizacyjnego rozmachu, jak i koncepcja artystyczna nie sięga poziomu tego co nakręcił Brady Corbet, ale tematycznie, gdyby odpędzić porównania techniczno-warsztatowe, obraz to zaiste o podobnej wizjonerskiej, ekscentrycznie-osobliwej, pełnej przede wszystkim pasji i determinacji w byciu upartym i w zgodzie ze sobą postawie. Może z racji skromniejszych aspiracji, środków zaangażowanych w stosunku do zasugerowanej konkurencji bardziej nikłych, nie jest siłą ograniczeń tak szczegółowo dopracowany i malarsko inspirująco ekscytująco opowiedziany, jak bardziej znany i doceniony, intensywniej zdobny i dorodny amerykański brat bliźniak, ale w teorii i praktyce oraz kategorii mniejszych form, z ascetyczną formalnie (podkreślam budżet mniej okazały) koncepcją, to naprawdę interesujące kino. Kino o człowieku osobnym, wielkim oryginale funkcjonującym gdzieś na granicy wybujałego ego, arogancji wręcz nieznośnej, bądź po prostu (z perspektywy respektu dla własnej myśli) radykalnej uczciwości wobec siebie. Z intelektualnym, teoretycznie przede wszystkim zafiksowanym, trudnym bezdyskusyjnie we współpracy charakterem, bowiem nie uznającym kompromisów w realizacji projektów będących jego dzieckiem. Biopic, zapis fabularny ostatnich lat życia duńskiego, bez większego, rozpoznawalnego dorobku architekta Johanna Otto von Spreckelsena, który wygrawszy rozpisany przez ówczesnego francuskiego Prezydenta konkurs, „stawia” w bólach mierzenia się z problematyczną materią techniczną i trafiając tak na przychylność władzy (mecenasem François Mitterrand) i jednocześnie na opory polityczne (francuska prawica), na linii reprezentacyjnej Alei Paryża, charakterystyczny dzisiaj budynek nazwany Grande Arche de la Fraternité. Budynek idee, dzieło sztuki wizualnej, ale i kaprys, tak jego samego, jak i finansującego ten przerost formy nad treścią Mitterranda. Ekstrawagancji pochłaniającej astronomiczne kwoty, dowodu zarazem myślenia kategoriami estetyki, jak i będącego przedmiotem marnotrawstwa środków publicznych - którego formalnie, w dramatycznie osobistych okolicznościach ze względów wyżej wymienionych finalnie nie kończy, pozostawiając DZIEŁO swojego życia bez ojcowskiego nadzoru i pogodzenia się z sytuacją.
środa, 13 maja 2026
Heartburn / Zgaga (1986) - Mike Nichols
Opowieść małżeńska pary po doświadczeniach, w wieku średnim, gdzie on wchodzi w ten związek z porządnie udokumentowaną reputacją kobieciarza, a ona pod wpływem jego czaru tracąc zdrowy rozsądek, mimo że powinna być już względnie ostrożna w doborze pod wpływem emocji. ;) Po-spolerujmy niewinnie nieco, że zapoznanie, wesele i zaraz dzieciak, czyli życie płynie według uniwersalnych reguł i raczej też standardowo prowadzi do uczuciowego znużenia, znaczy ekscytacji wstępnej wypalenia. Czuć od początku, iż coś tu zacznie trzeszczeć, ścierać się i dochodzi do punktu kulminacyjnego, przełomu i wówczas „rozmemłane kluchy” małżeńskie przeradzają się w „rozmemłane kluchy” zmagań po raz drugi ciężarnej zdradzonej kobiety z codziennością. Rachel odchodzi, bo Mark wbił w przygodę z inną, ale to nie koniec i im dalej w las tym... no niestety mimo zakrętów bardzo przewidywalnie i „rozmemłanie kluskowato”. Obyczajowo poprawne, uprę się i powtórzę „rozmemłane kluchy”, z upragnionym wyczekiwaniem, że ta całkiem przyjemna sielanka się skończy i porządnie coś w końcu je-bnie. Wyczerpie się ona i on, bo rutynowe to i tamto - wiadomo jak to jest zazwyczaj. Niestety scenariusz nie przewidywał tutaj posiadania mocy konkretnie sprzedanej dramaturgii i bez ognia, schematycznie, w pociągu do tendencji w kierunku lajtowej nijakości zamiast rozgrzewać, powodował moją obojętność, bo to w założeniu bardziej niż z prawdziwego zdarzenia interakcyjna bomba, ckliwa i ospała, zdobna w niemal same mielizny, paplanina z happy endem. Może jednak tylko szczęśliwym zakończeniem częściowym, bowiem babeczki zdradzone często powracają, ale nigdy w pełni nie wybaczają, a to nie bardzo pomaga i faceta jednak przerasta i sypie się obustronnie (nie tropmy przez kogo bardziej) takie pozorne z poczucia winy i zranienia bez żarliwej motywacji naprawianie. Podsumowując, lubię od czasu do czasu ciepłe filmy, ale nie „rozgotowane kluchy”. Dzięki przyzwoitym ale nie na miarę gigantycznego talentu Meryl i Jacka kreacjom – z esencjonalnym dość więc nadzieniem, ale jednak ROZCIAPANE przez zbyt intensywnie długie gotowanie KLUCHY.
P.S. Jest Meryl i jest Jack, jak zauważam, ale najlepsza, będąca wisienką na tym zbyt mdłym torcie kreacja, to tej rudej bodaj około trzyletniej dziołszki, bo przemknięcie kilka razy przez ekran, po znajomości samego Miloša Forman, jest raczej nietrafioną, wątpliwą tego tortu ozdobą.







