piątek, 20 lutego 2026

Ulver - Neverland (2025)

 

Po kilkunastu dniach roku 2026-ego trafiła mnie niezła zaskoczka (ja głupi myślałem wówczas, że największa w najbliższym czasie - losie, ty losie), która akurat w obrębie hobbystycznych zainteresowań, w odróżnieniu od tej następnej krytycznej się objawiła. Mam na myśli rzecz jasna spadająca znikąd na sam koniec jak się okazało mijającego roku muzyczną premierę. Kompletnie bowiem nowego materiału Ulvera się nie spodziewałem, dlatego że nie przypominam sobie abym na jakąkolwiek, gdziekolwiek wzmiankę o zapowiedzi natrafił, jak i jeszcze chwile wcześniej przecież wydany późną jesienią 2024 roku Liminal Animals rozkminiałem i rozkminiam go wciąż jeszcze często, gdyż uważam że stał się przez ten czas bodaj najlepszym według mnie materiałem z ostatniego okresu stylistycznego ekipy Rygga - nazwijmy do umownie synth-popowym. Nakręciłem się więc na nowość bardzo szybko i bardzo mocno, ale zrazu mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, bowiem jak zasięgnąłem internetowego języka, to się okazało, że fakt, album wydali znakomity, ale album instrumentalny. Doceniam, bo szanuję, uważam też że dobra muzyka nie potrzebuje wsparcia często wokalnego, ale też stwierdzam subiektywnie, że dobre wokale, dobrze zinterpretowane i położone dodają doskonałej warstwie instrumentalnej bardzo wiele, a gdy przesłuchałem Neverland to już donoszę, iż w tym przekonaniu się tylko utwierdziłem. Nie znam powodów z jakich w tym wypadku Ulver zrezygnował z głosu swego lidera (nie doczytałem), lecz w moim uznaniu, gdyby wzbogacić tą świetną nutę interpretacjami i intonacjami wokalnymi, to w swojej synth-popowej lidze mogłaby wskoczyć na poziom poprzedniczki. Jest jednak jak jest i pozostaje mi jedynie sobie wyobrażać jakby zabrzmiała w pełnym rynsztunku. Poczucie niedosytu mojego jest tym większe, że czuję iż w tych nowych kompozycjach istnieje przestrzeń do wokalnego zagospodarowania i nie czułbym mam mniemanie, że dodatkowy instrument w postaci ludzkiego głosu nazbyt zagęściłby struktury, przez co materiał robiłby wrażenie przesyconego. Jak widzę (rzucając tylko okiem na opinie) Neverland i jego forma kojarzona jest z czasem tuż przed i zaraz po milenijnym, gdy Ulver serwował fanom rozbudowane dzieła będące rodzajem ambitnie elektronicznych pejzaży - ambientowych złożonych ilustracji. Odnoszę jednak wrażenie, iż najnowszy krążek może pobudzać w taką stronę sentymenty, ale jedynie przez wzgląd na podkreślany charakter wyłącznie ograniczony do zastosowania określonych narzędzi, albowiem ja akurat w charakterze Neverland słyszę większe zbieżności z zasygnalizowanym Luminal Animals, który myślę z perspektywy dzisiaj płynnie wprowadzał w obecną małą ewolucję artystycznej formuły Ulvera. Tutaj jest ten sam kapitalny puls, żywe korzystanie z dynamicznie rozumianej rytmiki i pozbawienie elektronicznej faktury patosu, z jakim niewątpliwie w przypadku okresu około milenijnego pamiętam fan boy Ulver miał do czynienia. Neverland to znakomita płyta, ale dam do zrozumienia jasno, absolutnie nie radykalny nowy krok, tak samo jak materiał który uprę się równie dobrze mógłby być dopieszczony liniami wokalnymi i na pewno nic by nie stracił, a (uprę się ponownie) dostałby tym samym większy potencjał komercyjny. Piszę to wiedząc oczywiście, że Rygg z kolegami to totalnie świadomi artyści i zrobili co chcieli zrobić, gdyż czuli to co czuli i żadna odczuwalna niepełna satysfakcja moja, nie może mieć wpływu na ich dobre, po stworzeniu znakomitego materiału samopoczucie. :) 

czwartek, 19 lutego 2026

En fanfare / Wysokie i niskie tony (2024) - Emmanuel Courcol

 

Los przewrotny, daje szansę i odbiera nadzieje na planów realizacje. Wybija z rytmu, ze strefy komfortu wyrzuca, stawiając przed człowiekiem zbyt trudne często wyzwania. Dźwigasz problem sam, bądź pomocą mogą służyć oddani przyjaciele i znajomi, a jeśli rodzina naturalnie daje radę, to dodatkowy, bezdyskusyjnie fundamentalny motor napędowy. Bohaterami pierwszoplanowymi „tonów” z krwi i kości postaci - bracia w bardzo wczesnym dzieciństwie rozdzieleni, o swoim istnieniu pojęcia nie mając, teraz się poznający, bowiem okoliczności dramatyczne ich ścieżki skrzyżowały i się okazało że różne ich losy oraz ich obrazy charakterów w odmiennych warunkach dorastania wytworzone, jedną wspólna cechę posiadają. W tle całkiem precyzyjnej narracji i jednocześnie jako sprężyna dla wydarzeń zaanonsowana dramatyczna iskra chorobowa oraz prócz społecznych tematów egzystencjalnych, kluczowa myślę dla uświadomienia sobie roli genetycznych predyspozycji, gdzieś głęboko u jednego skrywana i pielęgnowana zawodowa u drugiego CECHA - wrażliwość i pasja muzyczna. Lekko, zrazu mocniej ten francuski hit tamtejszy kinowy (2,5 miliona widzów) został udramatyzowany. Jako oczywisty i schematyczny go odebrałem, a mimo to można było się pokusić i może nawet bardzo polubić. Prawdę mówiąc spodziewałem się więcej, mocniej i intensywniej, ale gdy ponad oczekiwania postawić motywację z jaką został nakręcony i świadomość, że miał pozwolić poczuć się chyba lepiej, a nie wyłącznie przygnębiająco przeczołgać (przecież to w zasadzie komedia), to cieszę się że zobaczyłem. Obejrzy u nas pewnie garstka w porównaniu do hajpu w miejscu powstania i zapewne z przypadku przeczesując platformy streamingowe, bo w kinach zaistniał na krótko i tylko wybranych, jak kojarzę. Być me więcej fanów kina w miarę łatwo przyswajalnego zobaczy w przyjaznej weekendowej porze, poobiadowego na kanapie zalegania. Zmierzy się wówczas z nieco cierpkim poczuciem humoru i szczególnie na kwadrans przed końcem ciężkimi emocjami. Łezka się cholera też ze wzruszenia zakręci w ostatniej, z zamiarem jasne, ale nie perfidnie ku takiemu poruszaniu scenie przygotowanej.

środa, 18 lutego 2026

Jules (2023) - Marc Turtletaub



Starość jest w nadziei na długie życie celem i z drugiej manieczki gigantycznym lękiem przed długotrwałym przeciąganiu końca wszystkiego. Może być oczekiwaniem na wyhamowanie z codziennego biegu, ale i zarazem totalnie paraliżującą obawą przed odstawieniem człowieka w kąt - by sobie tam w „komforcie” snujących się dni i czasu dla siebie, na nieuchronny kres cierpliwie czekał. Sędziwy stan jawi się więc jako pełen sprzeczności i niby by się chciało tegoż doświadczyć, jeśli fart pozwoli i gdzieś po drodze człowiek nie zniknie z dnia na dzień nagle, bądź co gorsza w fizycznych i psychicznych cierpieniach choroby dech tracąc. Jak i może lepiej by było uniknąć jego, tym bardziej jakiegoś monotonnie nijakiego, tudzież miast możliwość jeszcze odrobinę czerpania z życia bezradnie dźwigając dokuczliwe dolegliwości, męczyć się w stanie zaawansowanie seniorskim niemożliwie. On po prostu podstępny, niebezpieczny, potrafi zapewne zaskoczyć i zmartwić, ale i ona, starość ta teoretycznie spokojna, bo świadoma, dojrzała i na swój sposób racjonalna, zebrawszy doświadczenia i przepracowawszy je, racjonalnie i zbawiennie klamrę naturalną oferując podsumowująca, fajna na swój "masochistyczny" sposób. Nie wiem czy będzie mi dana i jaka - zastanawiałem się, gdy pod wpływem jednej rekomendacji sprawdzić mi się zdarzyło mały oraz bez sprzeczności smutno-optymistyczny film wiszący na Netflixie. Prosty, bez pretensji wielkich ambicjonalnych, a mądry, uroczy bo wrażliwy -empatyczny. Po raczej taniości, ze słabościami realizacyjnymi, oczywistymi sytuacjami i groteską (sporo było dziwaczności w nim), ale przede wszystkim bez skomplikowanego do przesłania klucza. Wprost z poczuciem odjechanego i świadomego humoru o starości i samotności, z mocną obsadą weteranów. Z wnioskami dodającymi finalnie otuchy i siedmioma kocimi truchłami, zniebieszczonym łbem ufoka oraz sentymentem myślę do klasycznego Kapuśniaczku z Louisem de Funèsem.

wtorek, 17 lutego 2026

Wuthering Heights / Wichrowe wzgórza (2026) - Emerald Fennell

 

Żeby cokolwiek o efekcie napisać, trzeba jasno i wyraźnie (mimo że wszyscy wtajemniczeni przede wszystkim ten fakt podnoszą) do-zaznaczyć, że interpretacja reżyserki nie jest wierną (Lalu wie, bo zna - oj, zna) ekranizacją powieści Emily Brönte. Stanowi osobistą, raz bardzo bajkową, innym razem wręcz niczym orbitując klimatem wokół gotyckich horrorów wariacją Emerald Fennell o „Wichrowych Wzgórzach”, który to tytuł reżyserka celowo i zamierzenie zamyka w cudzysłowie. Świat wrzosowisk Fennell jest namiętny, magnetyzujący, nadpobudliwy i bardzo gorzki. Żywiołowy dramat miłosny, tragiczny w swoich skutkach, buzuje rozpasaną chemią między Cathy a Heathcliff'em, niemiłosiernie toksyczną namiętnością i zaborczością niszcząc oboje. Robbie i Elordi fascynują erotycznym pięknem, rozfantazjowaną cielesnością, skomplikowaną psychologią oraz nerwowym zespoleniem ciasnym bolącym sznurem. Historia jako całość jest operacją na żywym pulsującym organizmie, na którego tkankach przeprowadzane zostają eksperymenty wytrzymałości na niszczycielską moc zemsty, niespełnienia, fantazji, ogromu cierpienia i wreszcie potęgi nieskończonej miłości. Wizja reżyserska Fennell rozbija bańkę uprzedzeń, tabu, pruderii - zachłannie prowokuje, snuje opowieść bez chwili wytchnienia, z animuszem, dumą i pewnością siebie. Wizualnie mamy do czynienia z magicznym tworem, mało subtelnym, ociekającym erotyzmem, momentami karykaturalnym, ale jakże pięknym w swej dosłowności, gęstej mieszaninie emocjonalnych barw i emocji. Stroje, wystroje, makijaże, cały anturaż modowy, przywołują nieco „lanthimosowską” estetykę filmową i diabelskim wzrokiem przykuwają oko. Wraz z każdym dopieszczonym pojedynczym kadrem i ilustracyjnie płynnym obrazem rezonuje nieco nieoczywista w swej zaskakującej kompatybilności muzyka, idealnie podkreślająca charakter tej mrocznej bezlitosnej opowieści, oddająca klimat powichrowanych wzgórz pośród wrzosowisk, tętniących szerokim wachlarzem uczuć. Praca Fennell jest rozbudzoną, prowokującą, świadomie zamaszystą i momentami ironicznie groteskową kreacją, więc film nie tylko hipnotyzuje i intryguje, ale kipi, parzy, sprawia ból. Nie koi absolutnie, nie uspokaja - rozdrapuje i kąsa, po ludzku zwyczajnie wzrusza i porusza, budzi i pobudza. Podzieli widzów - już wiadomo iż ostro dzieli. Albo damy się ponieść folgowaniu scenariuszowemu, finezji artystycznej i opętać z zarumienionymi policzkami mrocznej i zmysłowej fantazji Emerald Fennell, albo pełni sceptycyzmu szukać będziemy usilnie Cathy i Heatcliffa z kart powieści Brönte i rozczarowani wrócimy ze spaceru po wrzosach.

P.S. Lalu bardziej zaimponował Elordi, a mnie Robbie - aktorsko oczywiście kwestię poza estetyczną (gdyby się dało ;)) rozumiejąc i zgłębiając.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Jay Buchanan - Weapons Of Beauty (2026)

 

Najgłębiej emocjonalny i najsilniej tymi emocjami eksplodujący głos współczesnego rocka, czyli wokalista kapitalnego Rival Sons częstuje albumem solowym. Jay Buchanan serwuje znakomity zestaw po pierwsze wzruszających ballad, które tylko pozornie mogą być odbierane jako schematycznie klasyczne. Ich siła to nie wyłącznie znakomity technicznie, poruszający bez siłowej maniery głos Jay'a - chociaż on nie tylko wisienką na tym finezyjnie udekorowanym minimalistycznym gustem, o ogromnej sile uczuciowego oddziaływania, obficie nasączonym subtelnościami torcie. Ich moc to też konstrukcja nie taka oczywista jakby się z pozoru właśnie zdawało (fani Marka Knopflera mogą poczuć kolejny poziom wtajemniczenia :)), bowiem kompozycje rozwijają się uroczo biegle w kierunku odkrywania naturalnego melodyjnego kierunku, a same tony tak wpadające w ucho jak dotykające miękkiej, wrażliwej ludzkiej materii, nie pozostawiają po sobie w żadnym wypadku poczucia obcowania z czymś może egzaltowanym, ale pompatycznie fasadowym (czytaj - opakowanym w puste frazesy czy banały), lecz posiadają walor najwyższej jakości szczerości i sugestywnej poetyckiej umiejętności wyczulenia człowieka na wartość i wartości. Słuchasz i czujesz, a jak zaczynasz czuć, to masz poczucie że dostrzegasz wokół więcej, stając się bardziej uważnym. Może to zostać uznane za quasi afektowane, przesadne najzwyczajniej, lecz z każdym kolejnym odbiorem Weapons Of Beauty dokonuje we mnie rodzaju przemiany zmysłowej - niczym bym rodził się na nowo, z niemal wampirzym sposobem dostrzegania rzeczywistości. Pełnym, dokładnym, po prostu soczystym - bez względu czy te dźwięki w głowie i sercu rozbrzmiewające, to wspomniane melancholijne ballady, czy lekkie rockery ze świetnym pulsem podskórnym, które mogą się być może kojarzyć z czymś na kształt bardziej artystycznego country rocka, a są myślę wspaniale skomponowanymi przez istotę którą można określić niezwykle świadomym artystą, folkowo-gospelowymi, cudownie się rozwijającymi i uzależniającymi, gitarowo smakowicie podbitymi hymnami, które przesączają się do wnętrza słuchacza i nadają wielu rzeczom których nie zauważał, właściwych kształtów. W tym momencie, odkąd premierowy odsłuch we mnie wybrzmiał i wobec ogromnych oczekiwań jakie już singlowa Caroline rozbudziła, ja jestem Weapons of Beauty zauroczony i zahipnotyzowany. Dlategóż przestałem sobie ostrożnie ją dawkować zaraz po tym jak pomyślałem że mi się może niestety w niewytłumaczalny, ale jednak realny sposób przejeść. Przedawkowuje więc od niemal startu systematycznie Jay'a i nic złego (krytycznego w sensie) się nie dzieje, a wręcz odnoszę optymistyczne wrażenie, że ten album nie posiada ścian ograniczających i nie ma możliwości aby w jego chłonięciu dotrzeć do granicy po której przekroczeniu zacznie się czuć zmęczenie - tym bardziej uzna się, iż Jay rzucił jakiś czar, który możliwe że pryska. On potrzebuje tej długofalowej i niezwykle skupionej uwagi, bo wówczas jest w stanie coraz to bardziej dojrzale się odwdzięczać - takim oddechem jakim proszę wierzyć, gdy nie jest człowiek nieczuły i odważy się pozwolić wewnętrznie dla własnego dobra sentymentalnie zdruzgotać, nie zaczerpnąłem przy muzyce może nigdy, a może czynię to w miarę często, ale nie w takim kontekście stylistycznym. 

środa, 11 lutego 2026

The Thing with Feathers / Czas kruka (2025) - Dylan Southern

 

Trzy bodaj perspektywy na najsilniejszą traumę, reagującą na nią kolejnymi fazami zjazdu przemianę bohatera - w tym tą reakcję dziecięcą, ujmującą i poruszającą najbardziej intensywnie. Benedict Cumberbatch, jako najbardziej rozpoznawalna, marketingowo kluczowa, oczywiście główna postać, w raczej ograniczonym budżetowo bardziej horrorze, niż dramacie. Mocnej schizie, znaczy wizualnym dosadnym ciosie, ale podanym w raczej totalnym bałaganie fabularnym. Zawieszonym jak zrozumiałem w umysłowym uniwersum człowieka przepracowującego ból, a opierającego się na realistycznej tragedii rodzinnej. Żałoba i grzęźnięcie w depresji, w ekstremalnej stylistyce filmu który sam sobie strzela w kolano, bo nie unosi ciężaru intencji. Niby zatapiamy się w mroku, spada na nas ołowiany ciężar cierpienia, ale to jakby toporna siła plus siła przynajmniej bez finezji, pozbawiona poetyki głębszej, a z pewnością psychologicznie błyskotliwej treści. Straszno-bolesna dawka wstrząsu, podbita ostrą paranoją, niestety przekombinowana motywami w jakich więcej wręcz groteskowej makabry, niż naturalnej mocy wyciskającej pot i łzy. Umysł w rozpadzie, bo emocje graniczne, tylko pomysł bądź już sama realizacja chybiona. Można się jak sugeruje czepiać, że tak fantastycznie sobie twórcy konspekt wymyślili i postawili na z drugoligowego horroru przerażenie, zamiast bardziej empatycznie rozsypkę, znakomitego swoją drogą tutaj Benedicta. Ale czy potworny ból nieokiełznany, to tylko dramatycznie romantyczne wzruszenie, czy totalne, potworne, może też alegoryczne przygnębienie. Cholera wie co z głową ono zrobić może i jakie obrazy w drodze przez piekło w kierunku możliwego katharsis tworzyć.

wtorek, 10 lutego 2026

Christy (2025) - David Michôd

 

Ktoś mi powiedział, że walczę tak, jakbym chciała zniszczyć tych którzy mnie skrzywdzili. Jakbym miała w sobie demony. Może to prawda?”. To zdanie z otwarcia, kołacze w głowie przez cały seans i w dodatkowym osobistym kontekście budzi mój strach, wespół ze skrajnie innym, krytycznym przekonaniem, że może brak mi tej determinacji i przez to pozwalam się coraz częściej i ofensywnie na jednym, emocjonalnym polu upokarzać. Christy zacięta, poniekąd przerażona siłą jaką uwalnia z podświadomości, ale też jak się okaże wraz z rozwojem wydarzeń, Christy słaba, bowiem nie potrafiąca się obronić w naprawdę właściwych momentach kryzysowych. Historia z głębokim dnem zagościła u mnie na ekranie, szczególnie warta uwagi jako psychologiczna przestroga, ale i posiadająca atut otwierający oczy i budujący wewnętrzną zaporę. Przykre tylko iż dramatyczny pierwiastek jest jakoby konkretny (łza się zakręciła, policzek zwilżyła, bo Sydney Sweeney przekonująca), ale ciężar gatunkowy fundamentu był gigantyczny i można było go jeszcze intensywniej wycisnąć. Fajna technicznie bokserka się ujawniła, zdaje żywej wody talent do tego sportu u Sydney i aktorsko bardzo sympatycznie wypadła, a u jej boku dla jej w fabule zguby, nie do poznania z początku, też aktorsko bardzo ok, co żadnym zaskoczeniem Ben Foster. Autentyczna opowieść gruba, opowiedziana porządnie jednak bez błysku. Potencjał większy niż to co reżyser z tego wyciągnął. Skupił się na drodze do tragedii, merytorycznie poszedł w dobrym kierunku i walki dobrze ogarnięte przez sztab współpracowników zostały, ale konstrukcja całości, to chyba za intencjami nie nadążyła. Nie wiem, czegoś mi brakło by przeżyć jeszcze bardziej tak jak należy. Choćby wymienieni aktorzy dwoili się i troili, wyszło li tylko niby poprawnie. Prądziło ale nie błysło, a oczekiwałem że błyśnie. 

poniedziałek, 9 lutego 2026

La grazia (2025) - Paolo Sorrentino

 

Sorrentino zapracowany (rok temu promował premierowo Boginię), a teraz grajdołek środkowoeuropejski może zweryfikować zachwyty wielkiego festiwalowego kina europejskiego, nad jego chronologicznie najnowszym DZIEŁEM. Nie waham się podkreślić tego czasem wyświechtanego określenia, sam podchodząc jednak do Łaski z nieco mniej emocjonalnie entuzjastycznym przekonaniem, bowiem z kina nie wyszedłem w tak poruszonym stanie jak ostatnio po projekcji Hamneta, ani jeśli mnie pamięć nie zawodzi, aż tak estetycznie przyjemnie zawstydzony czy oniemiały, jak po wspomnianej Bogini. Obiektywnie jest to jednak mniemam Sorrentino wręcz idealny, a na pewno najlepiej w swojej karierze warzący proporcje artyzmu i szołmeństwa do erudycyjnej, ale i zrozumiałej bez konieczności nad wyraz wysokiej inteligencji treści. Sorrentino przebogato serwujący zagadnienia ważne, konteksty wokół nich rozbudowane. Sorrentino w swoim stylu, jednakże czujący znakomicie granice przesady megalomańskiej do jakiej zdarzało mu się docierać i ją pretensjonalnie przekraczać, więc bardziej zniewalający zwodniczą troszkę, bardzo praktyczną, zasługującą na kolosalny podziw intelektualną deliberacją (wewnętrzną bohatera, na bazie precyzyjnie zanalizowanych przykładów do przepracowania), niż Sorrentino skupiony przede wszystkim na stronie wizualnej - mimo że ona ważna, a w jego wykonaniu (wyczucie kadru i rytmu przede wszystkim) zawsze doskonała. Robi wrażenie ilość tutaj wrażliwej, jakoby jednak podanej na analitycznie chłodnym poziomie substancji moralizatorskiej. Momentami jedynie emocjonalnie wybuchowej - podkręconej do wysokiej intensywności i nie zawodząc, podbitej małymi prztyczkami w nos bezrefleksyjnej i bezkrytycznej konserwy (patrz postać głowy Kościoła Rzymskiego). Pozornie zimna, książkowa prawnicza ocena dostępnych faktów, oparta jest o szerokie spektrum dylematów indywidualnych i obiektywnych wniosków - doświadczeń osobistych, kwestii nie dających spokoju, naładowanych po korek wręcz buzującymi, chronionymi przed słabością erupcji uczuciami. Przeszywająca mnie, ale w klinicznym sensie - niby czułem poruszenie, lecz jednocześnie obawiałem się tego eleganckiego kluczenia i przekornego inteligentnego manipulowania, tak treścią, jak i moimi w stosunku do zjawisk oraz egzemplifikacji przekonaniami. Pozostawałem lekko ostrożnie zdystansowany do niezwykle dojrzałej, może nie trudnej, ale złożonej przebiegle konstrukcji. Swoistej przemowy z punktu widzenia intelektualnie najwyższej próby, ale czy moralnie tejże mądrości dorównującej. Zachowywałem ustawiczną czujność, szczególnie gdy sam Sorrentiono dość wprost dał mi do zrozumienia abym ją zachował, nie idealizując między innymi przesadnie majestatu Prezydenta Republiki, uroku mędrca - symbolicznie marginalną, a merytorycznie nader istotną śmierć ogiera w męczarniach mając na uwadze. Bowiem ten sam bohater (Servillo aktorsko, jak to Servillo ;)), człowiek cnoty i rozwagi, kierowany właśnie paradoksalnie nimi pozwolił mu cierpieć, co niezwykle wymowne, potrzebując czasu do namysłu. Odpowiedzialna władza w ludzkich rękach pochopnych decyzji nie chce podjąć, a życie płynie - w tym konkretnym przypadku uwalniając go jedynie poniekąd od etycznych konsekwencji.

P.S. Przyznaję na marginesie jeszcze, iż nie widziałem chyba tak inaczej opracowanego tematu eutanazji w kinie. Być może potrzebuje czasu by sobie podobny przypadek przypomnieć.

Drukuj