Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.
czwartek, 26 marca 2026
środa, 25 marca 2026
Camper (2023) - Łukasz Suchocki
Godzina siedemnaście seansu, bez właściwie budżetu, bardzo na surowo, typowymi dla takiego wyzwania dość ascetycznymi rzecz jasna metodami. Naturalne, swobodne zbieranie doświadczeń bez krępującego scenariusza, jakby to był jedynie pod koniec wsparty artystycznie motywowanym muzycznie obrazowym fragmentem improwizowany reportaż, a nie przygotowana skrupulatnie fabuła, więc jeśli ktoś dotąd nie zorientowany na co się pisze, to proszę bardzo wyobraźnia już mu wymiar formy podpowiada. Idealnie w punkt taki jak sobie wyobrażam obraz intelektualistów młodych, od jakiegoś już czasu obracających się w wymagającym świecie dorosłości i raz biorących na siebie prawdziwą odpowiedzialność za siebie oraz swoją przyszłość, a dwa raczej bujających jeszcze w chmurach filozoficzno-ideologicznych, wciąż wolnych elektronów, których w procesie wychowania w warunkach komfortowych nauczono że mogą wszystko, bo są warci wszystkiego i nie powinni się bać żyć oryginalnie, spontanicznie, zupełnie inaczej niż pokolenia im wcześniejsze – bardzo, bardzo dobrze! Z dystansem, z lekkim na pozór ego przerostem tudzież przesyceniem, z większymi ambicjami i co najważniejsze tu i teraz, bez kompleksów. Mają świetny, bądź co najmniej dobry start, zapewniające względny spokój zaplecze, wsparcie finansowe i mogą się rozwijać, bez brutalnie destrukcyjnego traumatycznego bagażu. Paradoksalnie optymistyczny, taki zajebisty, bo kontrolowany dla równowagi psychicznej spleen, podszyty głębiej niepokojem - sympatyczne ogólnie klimaty, ciekawe socjologicznie i psychologicznie we wspomnianym reportażowym kinie drogi, po taniości, czyli produkcyjnie porządnie na zasadach tak dobrego rzemiosła i intuicji zrealizowanym. Obraz krótki, a jednocześnie z dużą zawartością treści, gdzie dające do myślenia reakcje postaci, ich wspólne i wzajemne, kulturowo charakterystyczne, czy współczesnym słownictwem interakcje napędzane. Język, dialogi jakby improwizowanie niezupełnie jeszcze aktorsko ogarniętych, ale utalentowanych kandydatów na profesjonalistów. Ma to egzystencjalnie praktyczne dialogowanie swój urok i wartość ma - ja to łykałem, czułem zainteresowanie. Swoje egzotyczne dokłada też czas i okoliczności sytuacji oraz wymiar kontemplacyjny - wyparty już chyba ze łba lockdown oraz zawsze ważne odkrywanie sensu istnienia/bycia.
wtorek, 24 marca 2026
Lamb of God - Into Oblivion (2026)
Owieczka Boża trwa i trzyma się własnego stylu, tyle by wystarczyło by opisać nowy krążek NIEbardzo młodego i pięknolicego ale wciąż potwornie energetycznego Randy'ego Blythe'a i jego wiekowych już ziomów. Żeby grać od ćwierć wieku wciąż umownie określany modern thrash, jaki czasem bardziej, momentami mniej ma wspólnego z thrash core'm czy hard core'm, to trzeba mieć potęgę siły i mocy, nie mniejszą niż miał komiksowy He-Man, bowiem jest to konkretnie fizycznie wymagająca działka. Skład Lamb of God kompletnie nie ma czego się w tym kontekście wstydzić, bo szarpanie strun i okładanie zestawu perkusyjnego oraz darcie mordy wychodzi im potężnie, z impetem zmiatając to co trzeba i kogo należy z powierzchni. Czym się jednak świeżo, mało-świeży album rożni od poprzedniczki i czy w ogóle tutaj jakiekolwiek przemiany zaszły, to ja nie jestem pewny. Słyszę jednak iż po przebojach w życiu prywatnym narwańca Randy'ego i po istotnej zmianie w składzie (gary), obecnie LoG okrzepli i jak po początkowym zadowoleniu z klasy Omens przyznam iż z rzadka do niej wracam (nie wiem czemu), to czuję że nomen omen Into Oblivion przynajmniej przez jakiś czas nie powtórzy przykładu poprzedniczki. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, współczynnik każdej stylistycznej cechy nuty LoG jest na poziomie bardzo zadawalającym, kompletnie nie zaskakującym, natężenie jebnięcia w kontekście ciężaru i precyzji napier-da-lanki to jest to to czego od nich oczekuję, a i czasem (w sumie jak od pewnego czasu zawsze) wyskoczy coś umilająco-urozmaicającego - podoba mi się ten El Vacío. Krążek jest tak samo agresywny jak motoryczny oraz pielęgnujący własny "owieczkowy" styl, więc pojawiają się pośród często wybitnie dobrego, impulsywnie melodyjnego czy nie stroniącego od nieco zakręconych breakdowów riffowania, także czyste popisy gitarowej po prostu ekwilibrystyki. Są one jednak podporządkowane nadrzędnej idei, aby przy tych kawałkach dawało się najbardziej możliwie efektywnie pomachać banieczką i ja zawsze gdy "owieczka" jest rytualnie składana w ofierze thrashowemu BÓSTWU, szyję własną poddaję sprawdzianowi. Coś przeskoczy czy nie daj PANIE wyskoczy - się obawiając, więc k***a ostrożnie! Teraz z mordą uchachaną, natenczas na cały niemal gwizdek pod akompaniament kapitalnego, częściowo szeptanego bangera A Thousand Years. No!
poniedziałek, 23 marca 2026
H-Blockx - FILLIN_THE_BLANK (2026)
Z pewnością premiera (w pewnym sensie jak spostrzegłem temat zgłębiając) powrotnego po latach (ostatni 14 lat temu wydany i ja go nawet nie znam) albumu niemieckich "Jankesów" przeszłaby obok mnie bodaj bez echa, gdybym co najwyżej 4 lata temu nie powrócił od dwóch startowych ich krążków z sentymentu i nie dostrzegł ku mojemu zaskoczeniu (zapraszam do wyszukania owej rozkminy), że one się cholera pięknie zestarzały, zasadniczo kompletnie nie dając się zmiażdżyć przysłowiowemu zębowi czasu. :) Fajnie fajnie, fajnie się wówczas ucieszyłem, dając się wciągnąć w klimaty bezpretensjonalne i co najważniejsze, nie tylko rozrywkowo wkręcające, mega energetyczne, ale też absolutnie nie bez wartości w kwestii ciekawej po prostu, finezyjnej pomimo raczej mało eksperymentalnej stylistyki nuty. Takiż też jest tegoroczny materiał, który ważę sobie w głowie bez znajomości niemal całkowitej, wszystkiego co moi zachodni sąsiedzi nagrali po roku 1996, a było tego jak teraz widzę pięć długograjów - być może niezasłużenie zignorowanych, gdy zainteresowałem się i zgłębiałem inne, jak uważałem bardziej ambitne gatunkowe kierunki. Jeśli będzie możliwość, utrzymam się jeszcze trochę na wierzgającym ostatnio konkretnie życiowym wierzchowcu, to sprawdzę i zdam tu sobie pisemną relację podsumowującą z doświadczeń rozpoznawania dotychczas ich niepoznanego. A mam na to apetyt i może zaraz z rozpędu zacznę to robić, gdy tylko odkleję się od FILLIN_THE_BLANK lub zaspokajając ciekawość starsze wplotę pomiędzy odsłuchy najnowszego. Się zobaczy, a póki rzeczywistość nie da odpowiedzi na właśnie wyrażone wątpliwości co do przyszłości, to spiszę FAJNE odczucia związane z przyklejeniem się do tego co głównym przecież bohaterem tej pseudo recki. Jak dałem już wcześniej do zrozumienia będę chwalił, bowiem czuje gdy teraz w uszach rozbrzmiewają mi poszczególne indeksy F_T_B jakbym powrócił do młodzieńczych lat dziewięćdziesiątych, a nie przeszkadza w tym nawet obecna prezencja ekipy H-Blockx, bo mimo upływu lat mają oni równie turbo wydajnego powera, a stylówa nawiązująca do klasyki nie gryzie się z siwym zarostem. Moje przekonanie być może będzie odosobnione i ktoś kto będzie szukał informacji w necie o H-Blockx z 2026 roku przeczyta, że typki po pięćdziesiątce próbują desperacko sprawdzać czy nadal potrafią w te klocki jak za młodu i że jest to nieco słabe/żenujące. Ja tutaj desperacji nie słyszę ani nie widzę, gdyż daje sobie i innym prawo do dobrej zabawy, bez względu na metryczki. Jeśli nawet jest to lekkie świrowanie w klimacie funky crossovera, co chyba dzisiaj nie jest na topie - mam to gdzieś, gdy robi się to z pasją i autentycznością, a nie uważam aby chłopaki startowali do powrotu z motywacjami finansowego sukcesu niebywałego, tylko po to by spełnić swoje wciąż doładowujące ich i motywujące potrzeby sceniczne czy po prostu kumpelskie. Nagrali zestaw mnie uszczęśliwiających numerów i uznaję że zrobili to by przede wszystkim siebie uszczęśliwić i czuję jak i słucham i widzę w klipach, że się udało sprawić sobie mega przyjemność. Im gratulować, a mnie słuchać!
piątek, 20 marca 2026
Affeksjonsverdi / Wartość sentymentalna (2025) - Joachim Trier
Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?
P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)
czwartek, 19 marca 2026
Sunshine / W stronę słońca (2007) - Danny Boyle
Według pomysłów ze scenariusza współpodpisanego przez Alexa Garlanda (obecnie także bardzo intrygującego, niekoniecznie w stu procentach w swoich projektach zrozumiałego reżysera), ta Danny'ego Boyle’a próba sprawdzenia się w gatunku gdzie galaktyki w kosmicznych statkach się pokonuje, by wypełnić priorytetową dla losów ludzkości misję. Znaczy w stylizacji od lat eksploatowanej i mimo swojej wąskiej pojemności oraz teoretycznie trudnej do poszerzenia, to w praktyce raz na jakiś czas twórcom kina udaje się wszczepić w konwencję coś na tyle na nowo, choć odrobinę intrygującego, że ona wciąż cieszy się popularnością, więc spróbować się w niej nie jest jednoznaczne z powielaniem wyłącznie schematu. Opinie o efektach pracy pod kierownictwem Boyle’a nie były i tym bardziej obecnie, gdy sporo się jeszcze z czasem tego kosmicznego pojawiło nazbyt euforyczne, stąd W stronę słońca żadnym klasykiem się nie stał i raczej określany jest jako bardzo porządna robota, ilustracyjnie pobudzająca, lecz bez znamion czegoś nazbyt w gatunkowych kategoriach wyjątkowego. Technicznie bezdyskusyjnie daje radę i odświeżony współcześnie może zmysł wzroku i słuchu nęcić wykorzystanymi rozwiązaniami, jednako fabuła zagmatwana, dziurawa, chwilami nieco nonsensowna i wzorcowo przewidywalnie podług zasad eliminacji bohaterów poprowadzona, wrażenie niedosytu poprzez banalizowanie wątków raczy też wywoływać. W tej konwencji przecież w sumie prawie wszystko przejdzie, każda quasi czy pseudonaukowa bzdura, każda fantazja scenarzysty ma prawo być opakowana w wizualną rozkręconą na fulla, jak tutaj feerię świateł, blasków. Boyle jednako nie skupił się jedynie na optyce wzrokowej i mimo że wszczepił też w stylistykę scie-fi opcję slasherową, to mocno wkręcił się w psychologię postaci, które patrząc z jednej strony są raczej sztampowe, a z drugiej ich przeżycia, lęki egzystencjalne, przed końcem ostatecznym mają walor wiarygodności. Może też dlatego takie mam przekonanie, że Boyle bardzo poważnie potraktował przygotowania ekipy aktorskiej do wymagań i wystawił na przykład przed zdjęciami na wymagający test zamieszkania wspólnego w akademiku, gdzie mieli się ze sobą zżyć aby autentyczna więź była przez widza wyczuwana, a samemu Cillianowi nakazał by klaustrofobiczną opresję ćwiczył będąc symulacyjnie w skafandrze podduszany. Stawiam finalnie więc tezę, iż W stronę słońca to produkcja z wadami i atutami, zaangażowana i niedopracowana, przekombinowana tak jak szablonowa - sprzecznościami stojąca, logicznie do realiów zdystansowana, ale bardzo OK.
środa, 18 marca 2026
Lenny (1974) - Bob Fosse
Mierzyłem się po seansie dni ładnych kilka i zmierzyłem się z Lennym z przypadku, gdy poszukując wspólnych z Lalu filmów z przeszłości wspólnie akurat nie obejrzanych, moglibyśmy taki jeden z wielu zapewne razem obejrzeć. Pomógł dokument o Lizie Minnelli gdzieś w przestrzeni klasycznej telewizji linearnej napotkany późnym popołudniem, wczesnym wieczorem i oczywista w nim obszerna wzmianka o Kabarecie, niezgłębionego wciąż Boba Fossa, w szerszym zakresie znajomości jego filmografii. Trafiło więc na Lenny’ego tym sposobem i ustrzeliliśmy tym samym zdecydowanie w punkt dzierlateczkę pośród różnych możliwości. Trafienie tak fantastyczne ze względu na jakość artystyczną, gdzie prym wiodą znakomite aktorskie kreacje z tą oczywiście kluczową, pierwszoplanową znakomitego (być może tutaj najznakomitszego w karierze) Dustina Hoffmana, jak i estetykę którą otoczył swoja biograficzną przypowieść Fosse. Obraz z wyeksponowaną najczarniejszą, jaskrawą czernią i najbielszą, czystą bielą, a pomiędzy skrajnościami stonowane ziarniste szarości, więc wizualna strona wygląda niczym autentyczny film archiwalny z epoki, tylko podkręcony klimatem tak montażowej jak i popkulturowej awangardy. Forma, opowiadanie o opowiadaniu (zeznania byłej żony, matki i menadżera), to sam w sobie fundamentalny walor w pomyśle zawarty, a treść jaką w sobie zawiera dostarcza prócz intrygującego materiału do analizy społeczno-psychologicznej, także mnóstwo wyrazistych, pulsujących i kłębiących się emocji. Lenny Bruce bowiem okazał się postacią niezwykle interesującą praktycznie charakterologicznie i osobowościowo teoretycznie - poważnym komikiem, społecznym stand-uperem zaangażowanym obyczajowo i z rozpędu też politycznie, gdy normy funkcjonujące w otoczeniu i ich kompletne nieprzystawanie do realiów budziły usprawiedliwiony wstrząs etyczno-moralny u kogoś kto hipokryzji za tolerowany stan uznać nie był w stanie. Człowieka przez swoją niezgodę i prowokującego do myślenia, często uzasadnienie stosującego wulgarny styl bycia (gagatek uzależniony z wielkim ego, czasem okrutny, ale nie napiszę że nie bez powodu) i ze względu na wzorce współżycia społecznego zawodowego prześladowany przez establishment i przez tenże tak finalnie doprowadzony na skraj obłędu z bezradności, jak po drodze pozbawiony możliwości działania i zarobkowania, mimo że jego bezkompromisowość popularność w środowisku scenicznych komików, pół szołmenów (jak na dzisiejsze warunki) rozgłos, sukces i pieniądze w międzyczasie mu gwarantowała. Tragiczna postać wyprzedzająca swoje czasy, wielowymiarowa i nieoczywista, zmarła w kwiecie wieku po przedawkowaniu, uwikłana w sądowe batalie i tragicznie uległa ostatecznie kompletnej znieczulicy prawnej, co fenomenalnie Fosse ukazał, tak oryginalną rozwijając narrację, jak i zamykając ją wymownymi, pełnymi między wierszami współczucia scenami końcowymi. Stworzył mocne, nieco paradokumentalne, szczere do bólu emocjonalnie i artystycznie wyraziste, bezwzględnie angażujące, przede wszystkim o pełnym sprzeczności i słabości, ale bez pogardy i bez strachu przed oceną przez pryzmat własnych wad człowieku w konflikcie z obłudą - w obronie wolności słowa ważne KINO. Ważne cholernie, bowiem dotykające mnie tematycznie, bardzo obecnie osobiście.
P.S. „Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem uśmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę jest szanowane - oto zadanie, które chciałbym spełniać wedle sił moich.” - Tadeusz Żeleński-Boy
wtorek, 17 marca 2026
Baza ludzi umarłych (1958) - Czesław Petelski
„Działo się to w latach 1945–46 w Bieszczadach, w górzystym zakątku Polski, gdzie wojna zniszczyła wszystko - miasta, wsie, mosty i drogi. Do odbudowy zgliszcz i ruin kraj potrzebował drzewa - drzewa, którego nie było czym wozić i ludzi, których nie było skąd wziąć. Jest to opowieść o złym czasie, złych drogach, złych samochodach i o ludziach, których nie da się określić jednym słowem”. Innych zupełnie od bardziej współczesnych, twardych sztuk jak cholera. Zahartowanych, zaprawionych w życiowych bojach, bez oczekiwań i bez jakby się wydawało większych niż skuteczne przetrwanie motywacji. Nikt się nie skarży, nie marze, pytanie czy naprawdę tak się dało, że pękać nikt sobie nie pozwalał? Emocje wrą, a wokół śnieg, błoto, chłód i zawieje - warunki ekstremalne, bohaterowie ekstremalnie zapiekli i ich osobowości zduszane do poziomu trybu w maszynie pracującej na rzecz odbudowywanej, na nowo, bez istnienia w powojennej rzeczywistości pojęcia indywidualnej jednostki ojczyzny. To rodzaj myślę założonego paradoksu, że tak indywidualne, silne, zdeterminowane, osobne przecież postaci, żyjące po swojemu, skazane na wieczną tułaczkę, skupione na indywidualnym starciu z przeciwnościami, stają się tutaj bezimiennymi (funkcjonują pod przezwiskami/ksywami), wartymi jedynie tyle ile potrafią wypracować i jak długo dźwigać swój krzyż znikającymi cieniami. Paradoksu w filmie z historycznie najwyższej jakości aktorskiej obsadą i filmie o śmierci czyhającej za rogiem. Z ciekawą też historią zakulisową, gdzie w założeniu reżyserować miał bodaj Andrzej Wajda, ale ze względu na zamieszanie podobno związane z nieuzgodnionymi i wbrew pomysłowi autora przeróbkami w scenariuszu wprowadzonymi przez reżysera i kierownika artystycznego zespołu Aleksandra Forda, Hłasko jako autor noweli będącej tutaj fundamentem, nie chciał się zgodzić na sygnowanie jej własnym nazwiskiem i oddał/sprzedał prawa Czesławowi Petelskiemu. W takiej kontrowersjami i nieścisłościami (bodaj, podobno) obrosłej atmosferze powstał zatem obraz który raz stał się sam w sobie legendą, ocenianą na poziomie dzieła i dwa obraz, jaki bywa dość często też pomimo przyciągającej uwagę i uznanie specyfiki swojego wyrazu, określany przez krytykę jako „produkcyjniak, bezskutecznie udający czarny film”, miast oczekiwanego (gdyby reżyseria wyciągnęła z niego więcej) „czarnej ballady ocierającej się o produkcyjniak”. Nie wiem ile wyciągnąłby z odrzuconego/zmienionego, a sugerowanego w pierwowzorze mrocznego zakończenia Wajda, ale myślę że postawiłby na najsurowsze polskie realia, rodzimą szkołę filmową i w na przykład też w scenie wypadku (szamotaniny do którego doprowadziła), uniknąłby skorzystania z muzyki i dramaturgii raczej hollywoodzką manierą wzorowanej. Tylko czy to dobrze czy źle - nie jestem w stanie po obejrzeniu pracy Petelskiego, a nie widząc naturalnie tej Wajdy się zdecydować.







