środa, 17 czerwca 2026

All Them Witches - House Of Mirrors (2026)

 

Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)

wtorek, 16 czerwca 2026

Blow-Up / Powiększenie (1966) - Michelangelo Antonioni



Biorę się ja (skupion jak się okaże na detalach, na kosmetyce) za Powiększenie. Ruszam odważnie w kapciach neofity w kierunku najbardziej jak póki co się domyślam ambitnego i najbardziej jak poczułem niejasnego oraz najbardziej jak widzę docenionego przez krytykę obrazu Antonioniego. Równie głośnego co przepełnionego i przegiętego kontekstami i symboliką, więc pozostając ze zmarszczonym czołem po niezwykłym abstrakcyjnym finale, sięgam automatycznie do źródeł i wyczytuje to, co mnie paradoksalnie w niewielkim stopniu zaskakuje. Bowiem okazuje się że zatrybiłem, choć być może jedynie podświadomie. Akcja wówczas związana z paniką i spotkaniem ze słowem wyjaśniającym wyciąga ze mnie tym samym, wszystko to co w mgle skojarzeń i interpretacyjnych pomysłów istotne i trafione, ale bez kluczowego znaczenia. To okazuje się iż po prostu artystyczny intelektualny snobizm i realizacyjnie ta pozorna nonszalancja w grze i w prowadzeniu narracji gubi właściwy kierunek i onieśmiela, a powinna mnie głupiego sfokusować i olśnić. Impertynencja perfidnego blagiera wręcz momentami, pod którą kryje się precyzja, jednako do wychwycenia, gdy mimo wszystko (w końcu) autor poda poza ekranem tropy do wyłapania, więc też typ kinowego przekazu za jakim nie przepadam do końca. Szanuje niekonwencjonalne ścieżki w myśleniu i kreowaniu ekranowej rzeczywistości przez osobliwych i erudycyjnych twórców, lecz też wymagam aby na tyle przyswajanie przelewali koncept na kadry, aby sam wysiłek umysłowy w miarę ogarniętego widza wystarczył, by ubrać metafory i alegorie w słowa. Sensów wiele, sposobów odczytywania dowolność, sprowadzona w tym konkretnym przypadku do dostrzeżenia w powierzchownym brak spójnej treści, przekazu trafnego - każdy widzi (jak ten bohater filmu) co innego i na swój sposób indywidualnie rzeczywistość przemiela. Tym przecież jest też film jako sztuka iluzji.

P.S. Właściwie to co powyżej powinno wystarczyć, ale po drodze do dziury w której goniona myszka spryciula się schowała, brzęczały mi myśli i kojarzonka, więc się jeszcze podzielę w trybie bezceremonialnie surowym składniowo, co następowało. Morderstwo jako pretekst, zagadka bez rozwiązania przejmująca uwagę i zwodząca. Bardziej archiwizacja, kronika wyglądu Londynu, przemian wizualnych i kulturowych, mentalnych z lat sześćdziesiątych. Bohaterem bardziej miasto, jako miejsce rozwoju kontrkultury - „Londyn który dopiero zaczyna swingować”. Rodzaj „peanu na cześć mody, obyczajów, muzyki, seksualności i dziwności świata”, który w zasadzie zakładam chciał Antonioni wyłuszczyć i być może potępić.” Hołd jednocześnie dla gatunku zwanego suspensem, ale z pozycji obserwacyjnej, technicznej, w żadnym stopniu emocjonalnego uwiązania w zależności, a tym samym nieintencjonalnie przyszła inspiracja dla (zgadzam się) Coppoli w Rozmowie czy De Palmy w Wybuchu. Akcja się długo zawiązuje i nie ma oczekiwanego wyjaśnienia od punktu kulminacyjnego. Narracja robi podkład pod zaskakującą tak abstrakcją, jak prostotą podkreślającą ogołoconą istotę, z interpretacyjnym twistem finalizacją. Niby to jakiś pusty przebieg, takie robi wrażenie ale czekając na zawiązanie intrygi, czuć napięcie i wisi nad tymi scenami jakiś rodzaj zawiesiny, która zagęszcza atmosferę. Surowo, a bardzo konkretnie i sugestywnie, a niby od niechcenia, śledząc jedną z kluczowych postaci. Ten aktor też przykuwa uwagę! Ten (o Eureka) z „ridleyowskiego” Gladiatora - rozpoznany (w odróżnieniu od The Yardbirds) z poślizgiem przez rysy surowe, charakterystycznie wyraziste, nadające w przyszłości aktorowi rozpoznawalność, nawet jeśli nazwisko w głowie, ze względu na przypisanie do roli z drugiego planu anonimowe. Taki to j.w. był seans do końca „o ch*j chodzi?”. :)

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Gallipoli (1981) - Peter Weir

 

Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.

niedziela, 14 czerwca 2026

In Flames - Soundtrack to Your Escape (2004)

 

Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)

sobota, 13 czerwca 2026

Fatherland / Ojczyzna (2026) - Paweł Pawlikowski

 

Pierwsza uwaga natury quasi socjologicznej, że Multipleks, pokazy przedpremierowe w godzinach okołoobiadowych, konkretnie środek tygodnia, największa sala i 8 osób stan frekwencji. Czy to coś wyraziście mówi o stosunku do kina ambitnego, ponad europejsko nazwiskiem polskich twórców promowanego i w elitarnym gronie nagradzanego? O tym dowiem się może kiedy Ojczyzna wejdzie już w standardowym trybie na ekrany i dostępne będą statystki oglądalności. Póki co wyciąganie wniosków może być nazbyt pochopne, choć rzecz jasna stwierdzę gorzko, iż bardzo mocno ich smutne kontury zostały we mnie niewątpliwie zarysowane. Oddalając się jednak od wstępu, chcę w miarę zwięźle pochwalić się własnymi przekonaniami nie o potrzebach dzisiejszego widza, lecz jakości trzeciego w tej samej formule wizualnej, najbardziej docenianego od lat polskiego reżysera dzieła. Pawlikowski trzyma się standardu wizualnego wypracowanego ostatnimi głośnymi produkcjami, stawiając na precyzję detali i ogólnie wywoływanie wrażenia wysmakowanego dla wytrawnego oka. To jest w tym segmencie optyki ilustracyjnej, kadrowania fotograficznego (Łukasz Żal) w każdym calu doskonałe, ale i prowadzenie narracji przywołuje przymiotniki bliskoznaczne określeniu eleganckie. Przepływamy przez ciąg wydarzeń skupieni na wartości obrazowej, lecz i historycznej, zinterpretowanej historii powrotu Thomasa Manna po wojnie na tereny obydwu podzielonych politycznie ówczesnych Niemiec. Mann wraz z córką opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i odbywa podróż ze strony zachodniej na wschodnią, co wiąże się tak z zarysowaniem tła charakterystycznych cech przemian na wymienionych obszarach, jak i jeszcze wówczas zabieganiem obydwu ustrojów o pozyskanie przychylności laureata Nagrody Nobla - co szczególnie obserwacja zdarzeń po stronie Sowieckiej wywołuje poczucie absurdu i dyskomfortu. Wstrzemięźliwa, pozornie neutralna relacja historyczna jednako specyficznymi dla formy Pawlikowskiego środkami wstrząsa nie bezpośrednio, lecz za pośrednictwem doskonałego użycia dystansu, bez jasnej interpretacji, korzystając ze świadomości historycznej widza i jego merytorycznego przygotowania - znajomości kontekstów o znaczeniu elementarnym. Pobudza emocjonalnie charakterem jeszcze anomijnego i zarazem zamordystycznego tła politycznego, tak w układzie rzeczywistości zachodniej, w której faszystowskie demony pozostają w zaskakujący tylko dla gigantycznej naiwności sposób wciąż żywe, jak i dla tej za żelazną kurtyną, w której wszczepia i wczepia się w glebę równie mocno jak nazizm niebezpieczna ideologia komunistyczna. Na tle rodzących się zimnowojennych realiów Pawlikowski portretuje jednocześnie psychologicznie dwie sylwetki - ojca i córki. Kapitalnie oddaje w mimice i względnie kontrolowanych zachowaniach wewnętrzne rozterki, ból i cierpienie. To na swój inny niż otwarty sposób szarpie, bowiem aktorskie zabiegi stosowane tutaj, gdyby nie były realistyczne, natychmiast obnażyłyby złożoność stanów postaci i ich wymiar naznaczony starciem nadziei z brutalnymi faktami. To film gadany, a zarazem milczący, w znaczeniu iż dialogi posiadają swoja siłę wyrazu, lecz więcej dla emocji odczytujemy nie z ich bezpośrednio wybrzmiewających erudycyjnych tez, lecz tego co wokół wyrażania słowem się dzieje. Warstwy precyzyjnie kadrowanego obrazu, scenografii dopieszczonej i treści są mistrzowsko spójne i same w sobie za sprawą wymuskania efektowne. Efekt jest po raz kolejny na poziomie warsztatowym imponujący. Zewnętrznie zimny, ponuro dramatyczny, jak i nieomal poetycko rozedrgany - bliżej moim zdaniem do minimalistycznej Idy, niż bardziej rozbudowanej w wątki relacji osobowej i emocje wprost okazywane Zimnej Wojny. Styl Pawlikowskiego mnie w pełni satysfakcjonuje, ale bardziej fascynuje pytanie - jakby ten fenomenalnie czujący szlachetne metody filmowe mistrz planu wypadł w czymś formalnie zaskakującym. Konkludując Pawlikowski gdy już kręci to wie iż lepiej pozostawić niedosyt, niż uczcicie przesady, zamykając swoje ostatnie dzieła w około dziewięćdziesięciu minutach, więc myślę iż kolejny tytuł po wybrzmieniu tej nieformalnej monochromatycznej trylogii, przyniesie coś nowego, równie interesująco imponującego. Bardzo oczekuję.

piątek, 12 czerwca 2026

Evergrey - Architects Of A New Weave (2026)

 

Moi bodaj najwięksi "giltipleżer" jak w zegarku wydają nowe płyty i nawet nie wprowadza u nich poślizgów jakiekolwiek przetasowanie w składzie. Architects Of A New Weave nagrany z nowym bębniarzem i bez Henrika Danhage'a, który od 2001 roku był jednym z głównych filarów grupy prowadzonej jednak z żelazną konsekwencją przez Toma Englunda (bezdyskusyjnego lidera), mógł więc zapowiadać jakieś grubsze zmiany muzyczne. Nie mam na myśli przeskoczenia w inny gatunek, ale chociaż kosmetyczne, lecz zauważalne udoskonalenia, udziwnienia, czy doświadczenia, które może sugerowała mi okładka, jak też nie zmienia estetyki dotąd stosowanej, ale bardziej nawiązuje do tego co na początku, a dokładnie w 1999 roku jako ozdoba koperty Solitude, Dominance, Tragedy się objawiło. Mam ja duży sentyment w obydwu wymiarach (koperta, kawałki) do owej, zatem liczyłem na chociażby sound podobny, który przewietrzyłby myślę ten od lat, niezwykle czysty stosowany. W sumie nie mam nic do wszystkiego brzmieniowo dopieszczanego, ale coś więcej niż tylko sterylność bym mile tutaj widział. Jest jednak realnie jak automatyzm i przywiązanie do oczekiwań największych fanów Englundowi podpowiada, czyli bez szczątkowej ewolucji - pięknie, wypolerowanie, epicko i wzruszająco lirycznie. Z gitarami wycinającymi zarówno cięte, grube bo wyraziste riffy i solówkami wypielęgnowanymi, których wykonywanie na pewno kapitalnej biegłości i płynności wymaga. Tylko że jeśli tak jest, to ja podtrzymywać muszę swoje dotychczas wypracowane stanowisko, którego na przestrzeni ostatnich lat dwudziestu pięciu raczej nie zmieniałem, tak bardziej lub mniej w różnych okresach nowościami od Evergrey się podniecając. Pamiętam próby większej szorstkości w brzmieniu, bardziej organicznego i ograniczonego w sensie minimalizmu, rockowego stuffu i zupełne popuszczenie lejc w obrębie podniosłych, hymnicznych kompozycji - czas maksymalizacji cech dark-gotyckich, czy heavy metalowo-progresywnych. Mogę tutaj wymienić kiedy, jak według mnie było, ale nie widzę takiej potrzeby, gdyż pełny opis dyskografii, ktoś kto czyta i się głębiej wkręci ma na wyciagnięcie tutaj ręki, na klika jednego. W sumie każdy album po jakimś drobiazgu rozpoznaję i każdy może się odróżnić odrobinę, natomiast Architects Of A New Weave na ten moment zapamiętam najbardziej, jako ten satysfakcjonujący bardzo, lecz jednako ucinający moja wiarę w jakiś przełom wyrazistszy. 

czwartek, 11 czerwca 2026

Zabriskie Point (1970) - Michelangelo Antonioni

 

Wpełzam właśnie w elitarny świat Antonioniego i zrobiłem pierwszy krok oczywiście odtwarzając Powiększenie, lecz że jako ono jeszcze jest przeze mnie przepracowywane analityczne (szczerze, bezradnie doczytuje :)), a w międzyczasie zobaczyłem też Zabriskie Point i szybciej wiem co o nim myśleć, to na pierwszy archiwizacyjny wpis tenże (a)chronologicznie wskakuje. Dziwny to klimat, dziwnie opracowana treść – chaos pozorny, bo otwierająca scena, bo przeskakiwanie z początku wątku na wątek różnych bohaterów ustawiczny i trzeba szybko łączyć konteksty raczej mało uporządkowane. Niejako nie ma gigantycznej trudności by zrozumieć, że Antonioni tutaj z perspektywy (nie)amerykańskiej luka na tamtejsze społeczno-polityczne i gospodarcze, w sensie kapitalistyczne uwarunkowania ustrojowe przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tradycja twardogłowej konserwy i finansjery korporacyjnej interes ponad wszystko (greed is good), wymieszane z akademickim buntem młodych, bardzo ideologicznym. Także świat prowincji i wielkomiejski - biedy i bogactwa, życia z daleka od nowoczesnej cywilizacji codziennością i walka o wpływy na szczytach. To jak domniemam w tradycji nowofalowej, światopoglądowy manifest krytykujący Amerykę z jej hipokryzją - kolebki współczesnej demokracji i wolności, samej w swoim gnieździe zwalczającej tendencje do równości i różnorodności. Wykorzystując do tego niezwyczajny, rozwijający się z poziomu ogólności do szczegółowości scenariusz, doskonały zmysł wizualny oraz (tutaj pierwsze mega wrażenie) kapitalną, intuicyjną grę aktorską jeszcze naturszczyków, tudzież aktorów bez doświadczenia. Przyznaję już otwarcie, iż artystyczna stronę polubiłem (odlot z golaskami w piaszczystych górach jest odważny i hipnotyzujący), tą ideową natomiast wmieszaną warstwę niekoniecznie potrafię tak samo skrytykować, jak poprzeć. Dla mnie zwyczajnie więcej jest tutaj do zobaczenia okiem i "duszą" (drugie mega wrażenie) niż do analizy treści o charakterze politycznym - paradoksalnie. Ciekawa filmowa praca tak na poziomie opracowania muzycznego (Jerry Garcia, czyli Grateful Dead plus PINK FLOYD proszę Państwa), wszystko-mówiącej symbolicznie metafory, dosłownie eksplodującej finalizacji dramatyczną oczywiście puentą, ale jeszcze mocniej interesująca i zachwycająca wymiarem technicznie wizualnym - z doskonałym zdjęciami i tym sznytem odlotowym nowofalowym, który miał gdzieś poprawność polityczną i cenzurę obyczajową.

P.S. Zapamiętam nie tylko przez wzgląd na malownicze ujęcia pustyni i młodych ciał okurzonych, ale też gdzieś na marginesie tragicznie krótkiej, tajemniczej historii życia niejakiego Marka Frechette - aktora dosłownie jednej roli i to akurat głównej, nie byle u kogo przecież.

środa, 10 czerwca 2026

Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir

 

Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.

Drukuj