wtorek, 3 marca 2026

Is This Thing On? / Czy mnie słychać? (2025) - Bradley Cooper

 

Ot to miła niespodzianka - takie Bradley’owe kręcenie, które wygląda i które się wciąga niczym kręcenie młodego Reitmana, czy Davida O. Russella. Idealne balansowanie pomiędzy inteligentną komedią, a poważnym, dialogami i emocjami intensywnymi stojącym dramatem obyczajowym. Tematycznie tutaj konkret o kryzysach indywidualnych i na partnerstwo wpływających przemianach wraz z mijającymi niczym mgnienie najlepszymi idealistycznie naiwnymi latami. Obsada siadła mi doskonale - wymieniając w kolejności płeć oraz doświadczenie kulturalnie eksponując, to Laura Dern sprawdza się teraz dojrzale równie dobrze jak w najlepszym dla siebie okresie, a grający ojca głównego bohatera Ciarán Hinds potrafi potężnie w kilku wejściach wzruszyć. Sam szef projekt, czyli Cooper też w fajnej, bardzo uroczo zabawnej roli z drugiego planu i cieszę s że nie przejął głównej, mimo że mógł oczywiście, bowiem bez większej historii na szczytach obsadowych niejaki Will Arnett, odwala tak kapitalną robotę, iż jestem skłonny orzec, że jest to jedna z najlepszych kreacji (typ ma głosisko) jakie ostatnio widziałem i należałaby się jej honory i laury. Za sztosem aktorskim bez problemu nadąża i uwypukla starania wymienionych praca operatorska - kamera za postaciami dynamicznie zasuwa, a w przypadku zbliżeń w klubach dodaje i tak już super rytmowi sekwencji, dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Rządzi po prostu świetny feeling, improwizowany klimat klubów, bud ze śmiechem, „standupowych” przedsionków dla amatorów, którzy może kiedyś wystrzelą z karierą, bądź dzięki odwadze i szczerości jak Alex (Arnett) chociaż odnajdą prawdziwego siebie, przepracują i przewartościują istotę życia, bez potrzeby smarowania przereklamowanym terapeutom. Przekorny, ironią losu błyskotliwie pogrywający, kawał dobrego rozrywkowego i ambitnego kina. Kina empatycznego i w głębi, pod warstwą humoru bardzo na serio.

P.S. Lalu (odrobina prywaty) musisz nadrobić - jeśli nie dla przystojniaków Arnetta i Coopera, to z pewnością dla dwóch przecudownych futrzaków. :)

poniedziałek, 2 marca 2026

The Verdict / Werdykt (1982) - Sidney Lumet

 

Lumet w dramaty sądowe że potrafi udowodnił już najwyższej rangi klasykiem na starcie swojej przebogatej jak się okazało kariery. Zatem powracając niejako w 1982 roku do gatunku, obstawiany był raczej kolejny raz na faworyta do najwyższych laurów. Okazało się jednak jak teraz patrzę (bo nie mam tego w głowie), iż z kilku nominacji najbardziej prestiżowych żadna statuetka nie padła łupem Werdyktu, więc jeśli ja oceniam sam film bardzo dobrze i komukolwiek kto chciałby zobaczyć sądowe batalie w wersji kinowej archetypicznej szczerze polecam, to poniekąd też rozumiem dlaczego apetyty jedno, a realia drugie. Problem uważam tkwi w rzeczy prozaicznej i nawiązującej wprost do określenia klasyczny czy standardowy. Bowiem Werdykt jest zrobiony według najwyższych standardów warsztatowych - ciekawy z realnymi zakrętami scenariusz, techniczne kwestie bez zarzutu oraz doskonałe role zarówno pierwszego jak i dalszego planu, lecz jednocześnie jest też po prostu poprawny na poziomie charakterystyk napisanych postaci. To się świetnie ogląda, w to można uwierzyć, gdyż brak tutaj mało wiarygodnych aspektów, tym bardziej twistów oraz kreacja Newmana solidnie i autentycznie przyciąga uwagę i zyskuje w sensie wewnętrznej, dalekiej od elastyczności kręgosłupa moralnego czy sumienia potrzeby mocnego jej kibicowania. Tylko to jest formuła stylistyczna i moralno-etyczna wartościowa, nawet wbrew może pozorom życiowa, a jednocześnie mocno w kinie zarówno do roku 82-ego, jak i tym bardziej nieprawdopodobnie po wyeksploatowana. Dlatego może wówczas gdy się pojawiała, mogła jeszcze wśród przeciętnych widzów stać się popularna i ekscytująca, natomiast krytyka zawodowa być może oczekiwała kina mniej standardowego - z większą finezją, inaczej polotem. Tak, ja stoję oczywiście po stronie tych którzy oczekują od kina przełamywania schematów, ale odnosi się to przede wszystkim do produkcji bardziej mi współczesnych, a w seansach sprzed lat szukam głównie angażującej emocjonalnie historii, a tutaj mnie wciągnęła i byłem całym sercem za sprawiedliwością. Tym bardziej iż w takiego Newmana uwierzyłem - ryzykanta, który wiąże ambicje z potrzebą zadośćuczynienia i uczciwej postawy, z szansą na spektakularne odzyskanie reputacji. Wystawionego i upokorzonego, sprowadzonego momentami do parteru - upadłego, ale nie złamanego. Poddanego sprawdzianowi charakteru i z determinacją i etosem pracy walczącego - niedosypiającego, przytłoczonego ciężarem sprawy, a i tak gdy potrzeba energetycznego. Idealisty po przejściach, pośród stada krwiożerczych prawniczych rekinów. Człowieka i prawnika, który wygłasza taką szczerą mowę końcową, że gdybym był ławnikiem, to też wbrew stanowczym sugestiom sędziego, skazałbym oskarżonych. Bo wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej...

niedziela, 1 marca 2026

Witchcraft - Idag (2025)

 

Poślizg konkretny w przypadku nowego albumu Wichcraft tutaj u mnie. Odstawiłem kompletnie bowiem projekt (kiedyś zespół, dzisiaj chyba bardziej indywidualny kaprys Magnusa Pelandera) - bez śledzenia, bez zainteresowania. Prawdę mówiąc byłem przekonany, iż stracił się on nie tylko z pola mojego widzenia, lecz przestał istnieć w ogóle. Okazuje się jednak, iż Magnus trwa i co ciekawe oraz przede wszystkim moja uwagę przyciągające, obecny krążek wraca do korzeni elektrycznych i co by o jego całościowej jakości nie napisać - trzeszczy i smrodzi przyjemnie najlepszymi starymi piecami. :) Witchcraft ponadto znowuż wydaje się jest drapieżnie okultystyczny, trochę po szwedzku, trochę po angielsku Pelander melodycznie recytuje co ma do powiedzenia. Ja nie kryje zaskoczenia na plus wyraźnego, gdyż nie byłem przecież (dałem już do zrozumienia) szalikowcem z poprzedniego albumu muzycznej koncepcji - patrz przekornie ochrzczony Black Metal. Znacznie bardziej szanuje powłóczyste riffowanie na fundamencie szorstkiego, organicznego brzmienia, gdzie prócz stonerowego przesterowania, pojawiają się zagrywki tak rodem z mniej skomplikowanego quasi jazzu czy jeszcze dla odmiany jakiegoś bardziej zapiaszczonego swingu or boogie. Nie przerzucam w takiej konstelacji także skrętów w stronę akustycznych nieco przyśpiewek folkowych, bo Witchcraft to też skojarzenia z przeszłością - podania, legendy i tym podobne. Kręci się zatem Idag u mnie całkiem sprawnie i szczególnie te numery z części angielskojęzycznej, gdzie czuć ducha sabbathów (Irreligious Flamboyant Flame - tak tak, bardzo blisko archetypicznej ery Ozzy'ego), czy Electric Wizard (riff Spirit taki taki właśnie), one wzbudzają moją największą sympatię. Finalnie jednak jest w tym rodzaj bałaganu aranżerskiego, czy coś w stylu nieprzepracowania i niedopracowania, a tym samym braku precyzyjnego spasowania elementów wpływających na jakość formy, więc myślę iż na dłużej z Idag to się nie zaprzyjaźnię. 

sobota, 28 lutego 2026

Pociąg (1959) - Jerzy Kawalerowicz

 

Wspaniała niedzisiejsza oprawa muzyczna Andrzeja Trzaskowskiego. Te brzmienia bardzo charakterystyczne i jednoznacznie z epoką rozchwianą pomiędzy narzuconym przywiązaniem do skostniałych schematów post socrealizmu, a wytęsknionym duchem europejskim się kojarzące oraz szeptany cudownie nostalgiczny temat przewodni. No i Cybulski i wiadomo, fatalne skojarzenie z wskakiwaniem do pociągu - te dwie cechy plus kultowy wjazd o słonecznym poranku na półwysep helski, jeszcze dziki, naturalny, z otwartym, pełnym widokiem na morze, pozostają w mojej świadomości i pozostawały od lat, od kiedy bardziej niż jako rozrywką kinem się zainteresowałem, na dobre też w kinematografię legendarną wkręcając. O zainteresowaniu, w kontekście płciowym, można by tak nieco humorystycznie, jak z pozoru w ogólności określić to cacuszko. On myśli że jest z nią, ale ona przed nim ucieka, więc on nie jest nią, a ona kimś innym jeszcze może być zainteresowana, ale nim innym też jeszcze jedna kobieta wydaje się być mocno zauroczona, bo ten z którym jest formalnie, nie wzbudza w niej tego czego by od mężczyzny oczekiwała. Technicznie, filmowanie wymagające w zatłoczonym pociągu. Filmowanie bardzo precyzyjne i montaż też doskonały. Film gatunkowo złożony, tak rozrywkowy, bardzo nowoczesny z kryminalnym wątkiem znienacka, jak i mocno ambitny humanistyczny (lincz nieomal, co on mówi o ludziach, o ich odreagowywaniu) thriller psychologiczny z nostalgicznym, melodramatycznym roztaczającym atmosferę niepokoju powiewem nad wszystkimi stylistycznymi składowymi. Ponadto nie trudno dostrzec nawiązań społecznych, gdzie sam pociąg i związane z zamożnością miejsca pasażerów (od wygodnych sypialek, przez zatłoczone przedziały, po koczowanie w przejściach) odzwierciedlają ówczesną hierarchię i stanowią interesujący do analizy portret społeczny. Moja częsta niechęć do uznawania prac ikonicznych sprzed wielu laty szeroko uznawanych za wspaniałe, pod wpływem takich perełek jest bezradna, bowiem Pociąg jest skonstruowany doskonale, genialnie warsztatowo wypracowany i oczywiście aktorsko posiada niezwykłego, romantycznego ducha.

piątek, 27 lutego 2026

Mean Streets / Ulice nędzy (1973) - Martin Scorsese



Sekwencja z napisami startowymi może robi niezłe wrażenie i udowadnia że Scorsese od samego początku miał pomysły i koncepcję wyróżniające jego styl. Niestety jeśli odrzucić nostalgię i sentymenty, to przecież słaba, mimo że jeden do jednego bliska realiom Małej Italii jest historia i intryga. Raczej niedopracowana w szczegółach, radosna, energiczna jak cholera improwizacja fabularna - dokumentowanie szarej, lecz nie monotonnej absolutnie codzienności drobnych rzezimieszków, kanciarzy z ambicjami. Czuć fragmentami tą właściwą żyłkę do klimatów gangsterskich, a scena w klubie go-go z czerwienią spadająca na postaci, to jak dobrze kojarzę wprost protoplasta dla ikonicznych restauracyjno-barowych wątków Chłopców z ferajny. Jednako całość nie trzepie, jest bardzo nierówna, czasem wręcz tylko półprofesjonalna. Trochę komiczne szarpaniny, bójki bez ikry - wprawki gatunkowe, stylistyczne po całości. Czuć że to debiut w tych klimatach, pierwsze poważniejsze kroki które nie mają startu do wszelkich już w pełni profesjonalnych dalszych działań Scorsese. Aktorstwo jednak jest dobre, nawet jeśli nieco przesadzone, przestylizowane uważam. Prócz wyrazistego, podobno debiutującego tutaj De Niro, Keitel od zaraz doskonały, drugi plan też w większości bardzo autentyczny i Nowy Jork surowo, uczciwie sportretowany, z lat swojej słabej kondycji moralnej i architektonicznej zasługuje na uwagę oraz w sumie przesłanie - jakiś brutalny morał końcowy, przestroga że pogardliwość w stosunku do niewłaściwych typów i krwawa akcja odwetowa za upokorzenie, kończy krótką karierę buńczucznego, impulsywnego idioty wirażki.

czwartek, 26 lutego 2026

The Majestic / Majestic (2001) - Frank Darabont

 

Darabonta (przypominam tego od ultra popularnych swego czasu i wciąż trzymających się w czubie hitów wszechczasów Skazanych na Shawshank i Złotej mili) bajeczka jakiej do tej pory obejrzeć nie zdołałem, a uczyniłem to jak widać teraz. Bajeczka, bo trudno inaczej określić fantazyjny scenariusz oraz też anturaż wizualny przepychem wyrazistych barw upstrzony. Bardzo faktycznie dopracowany, ale też pozbawiony nieco surowego autentyzmu, mimo że pozornie fragmentami przedmioty i dekoracje przybierają formę postarzałą. Ogólnie jednak atrybuty ilustracyjne są hollywoodzko nieznośnie dopieszczone i wymuskane, a nawet mam wrażenie że obróbka światłem faktur przypomina ingerencję branżowego programu komputerowego czy innego podobnego quasi ustrojstwa. Bajeczka też dlatego, iż pomysł oraz narracja taka wygładzona i nie zmienia tego też istotny udział prawdziwych mocnych akcentów, tak emocjonalnych jak i historyczno-politycznych. Nie jest to jednak zarzut tylko uwaga/spostrzeżenie, bo to taka konwencja stylistyczna i zapewne się sprawdziła, skoro widzowie ocenili ponad średnią znacznie wyżej. Rzewna i momentami dość płaska, a mimo to w tradycyjnie szlachetny sposób urocza sentymentalna podróż w kierunku klasycznego opowiadania o uniwersalnych wartościach i namiętnościach. Byli zapewne widzowie którzy beczeli, bo wrażliwość niejedno ma imię, a ta tutaj jak najbardziej w powszechny jej charakter precyzyjnie trafiająca. Ładne, ale bardzo poprawne i na koniec jeszcze z bardzo porządną porcją patosu oraz happy endem książkowym. Dałem radę znieść i nie napiszę aby trzymać się z daleka, bowiem trzeba tylko nastawić się na stylistykę poprawiającą przede wszystkim nastrój (bardzo umownie traktującą realia przez pryzmat fikcji), jak i sprawdzić zaskakująco dobrze obsadzonego Carrey'a, bo ta jego dramatyczność kreskówkowa, bardziej tutaj pasuje, od typowej dla innych specjalistów od „poważnych” aktorskich póz dramatyczności głęboko eksplorującej mroki. Tutaj trzymała z formą sztamę, będąc dramatycznością teatralnie powierzchowną, a zarazem taką wprost nastawioną na efekt westchnieniowy och i ach - bo to powtarzam rodzaj quasi baśni, a nie kino oczywiście dusznego realizmu.

środa, 25 lutego 2026

Drømmer / Sny o miłości (2024) - Dag Johan Haugerud

 

Technicznie standardowo schematyczny, jakby bardziej rozbudowany teatr telewizji akurat zagranicznej. Wiem że tu o treści chirurgicznej w założeniu autopsji poddawane nadrzędnie chodzi i o dyskusję wewnętrzną, monolog ze sobą i mnóstwa kontekstów w intelektualnej nader manierze PRZE-poprawnym psychologizmem współcześnie w wolnym świecie zachodniej Europy popularnym przepracowanie. O samotności, izolacji i dojrzewającym w młodym inteligentnym umyśle egocentrycznym doznaniu wyimaginowanej, bądź realnej (trudno orzec) miłości. O babińcu rodzinnym, reakcji najbliższych oraz braku odwagi i o paradoksalnie też odwadze ten intencyjnie dojrzały, o wysokiej zawartości podmiotowych wartości ale i być może przegadany quasi sceniczny dramacik obyczajowy, kręcący się w kółko wokół uczuć i przemyśleń na które być może szkoda aż tak skupionej uwagi i czasu. Bowiem to myślenie szlachetne u podstaw, jak na standardy ambicjonalne wysokie jest aż boleśnie chwilami płaskie, bez zdroworozsądkowego momentami szacunku dla osób których intymność jest poddawana opiniowaniu i rozumieniu. To materiał kontrowersyjny, aczkolwiek typowo zachodni – politycznie aż do mdłości poprawny i maksymalnie kozetkowy, ironicznie z zaskoczenia tą kozetkowość jako całość krytykujący (ostatnia dosadna scena u terapeuty). Mimo mankamentów produkcyjnych, ten powściągliwy warsztatowo spektakl swoisty w widzu otwartym domniemam rośnie i jak z początku pretensjonalnością naiwnie egzaltowaną bezpośredni racjonalizm rani, tak na koniec pomimo wszystko to co aktorsko takie sobie, ślad pozostawia. Nawet jeśli warsztatowo to tylko proste środki podporządkowane wzniosłej, niekoniecznie autentycznej deliberacji.

P.S. Nie znam pozostałych dwóch elementów trylogii, której częścią Sny o miłości są w sekwencji początkowych napisów określane, więc być może brakuje mi głębszego kontekstu by je odkryć należycie. Nie zmienia ten fakt jednak mojego przekonania, że jakim cudem Sny zostały na poprzednim Berlinale tak szczodrym uznaniem nagrodzone.

piątek, 20 lutego 2026

Ulver - Neverland (2025)

 

Po kilkunastu dniach roku 2026-ego trafiła mnie niezła zaskoczka (ja głupi myślałem wówczas, że największa w najbliższym czasie - losie, ty losie), która akurat w obrębie hobbystycznych zainteresowań, w odróżnieniu od tej następnej krytycznej się objawiła. Mam na myśli rzecz jasna spadająca znikąd na sam koniec jak się okazało mijającego roku muzyczną premierę. Kompletnie bowiem nowego materiału Ulvera się nie spodziewałem, dlatego że nie przypominam sobie abym na jakąkolwiek, gdziekolwiek wzmiankę o zapowiedzi natrafił, jak i jeszcze chwile wcześniej przecież wydany późną jesienią 2024 roku Liminal Animals rozkminiałem i rozkminiam go wciąż jeszcze często, gdyż uważam że stał się przez ten czas bodaj najlepszym według mnie materiałem z ostatniego okresu stylistycznego ekipy Rygga - nazwijmy do umownie synth-popowym. Nakręciłem się więc na nowość bardzo szybko i bardzo mocno, ale zrazu mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, bowiem jak zasięgnąłem internetowego języka, to się okazało, że fakt, album wydali znakomity, ale album instrumentalny. Doceniam, bo szanuję, uważam też że dobra muzyka nie potrzebuje wsparcia często wokalnego, ale też stwierdzam subiektywnie, że dobre wokale, dobrze zinterpretowane i położone dodają doskonałej warstwie instrumentalnej bardzo wiele, a gdy przesłuchałem Neverland to już donoszę, iż w tym przekonaniu się tylko utwierdziłem. Nie znam powodów z jakich w tym wypadku Ulver zrezygnował z głosu swego lidera (nie doczytałem), lecz w moim uznaniu, gdyby wzbogacić tą świetną nutę interpretacjami i intonacjami wokalnymi, to w swojej synth-popowej lidze mogłaby wskoczyć na poziom poprzedniczki. Jest jednak jak jest i pozostaje mi jedynie sobie wyobrażać jakby zabrzmiała w pełnym rynsztunku. Poczucie niedosytu mojego jest tym większe, że czuję iż w tych nowych kompozycjach istnieje przestrzeń do wokalnego zagospodarowania i nie czułbym mam mniemanie, że dodatkowy instrument w postaci ludzkiego głosu nazbyt zagęściłby struktury, przez co materiał robiłby wrażenie przesyconego. Jak widzę (rzucając tylko okiem na opinie) Neverland i jego forma kojarzona jest z czasem tuż przed i zaraz po milenijnym, gdy Ulver serwował fanom rozbudowane dzieła będące rodzajem ambitnie elektronicznych pejzaży - ambientowych złożonych ilustracji. Odnoszę jednak wrażenie, iż najnowszy krążek może pobudzać w taką stronę sentymenty, ale jedynie przez wzgląd na podkreślany charakter wyłącznie ograniczony do zastosowania określonych narzędzi, albowiem ja akurat w charakterze Neverland słyszę większe zbieżności z zasygnalizowanym Luminal Animals, który myślę z perspektywy dzisiaj płynnie wprowadzał w obecną małą ewolucję artystycznej formuły Ulvera. Tutaj jest ten sam kapitalny puls, żywe korzystanie z dynamicznie rozumianej rytmiki i pozbawienie elektronicznej faktury patosu, z jakim niewątpliwie w przypadku okresu około milenijnego pamiętam fan boy Ulver miał do czynienia. Neverland to znakomita płyta, ale dam do zrozumienia jasno, absolutnie nie radykalny nowy krok, tak samo jak materiał który uprę się równie dobrze mógłby być dopieszczony liniami wokalnymi i na pewno nic by nie stracił, a (uprę się ponownie) dostałby tym samym większy potencjał komercyjny. Piszę to wiedząc oczywiście, że Rygg z kolegami to totalnie świadomi artyści i zrobili co chcieli zrobić, gdyż czuli to co czuli i żadna odczuwalna niepełna satysfakcja moja, nie może mieć wpływu na ich dobre, po stworzeniu znakomitego materiału samopoczucie. :) 

Drukuj