poniedziałek, 1 czerwca 2026

Blindead 23 - Deuterium (2026)

 


Wyboista droga od dekady za członkami Blindead. Wpierw nie dający rady finalnie, z tymczasowym jak się okazało wokalistą Ascension. Kompletnie zaskakująca, jednako intrygująco dobra, jaka jednak pod innym szyldem powinna się ukazać Niewiosna i kilka lat temu info o powrocie Zwolińskiego do składu i pod kosmetycznie zmienionym szyldem na Blindead 23 zapowiedź otwarcia nowego rozdziału z pomocą epki. Dzisiaj natomiast już od kilku dni się u mnie kręci długo zapowiadany nowy pełny materiał i ja zamiast tu rozszyfrowywać kto się w składzie ostał, a kogo po drodze zabrakło i kto z kim nie mógł się dogadać i dlaczego problemy komunikacyjne czy inne kierunkowe zadecydowały o dziesięcioletnim chaosie, chcę po prostu skupić się na jakości Deuterium. Mam bowiem przekonanie, iż co by się przez te lata słabego nie wydarzyło i jakie w postaci materiałów studyjnych w międzyczasie Blindead/Blindead 23 stworzył płyty, to teraz cieszę się ogromnie, iż przedłużające się oczekiwanie na Deuterium okazało się warte cierpliwości. Czułem jak premierowo odpaliłem, iż za tym w pierwszej chwili dość wymagająco wyglądającym zestawem kompozycji, kryje się fantastyczna głębia do odkrywania systematycznego, poprzez co rusz odtwarzania i tak odkrywania nowego, intrygującego, jak wartości samej sobie pod postacią budowania w świadomości stopniowo numerów, które pozorną wyłącznie przez chwile nieskładnością zapowiadają utwory, jakie już teraz w mojej głowie tworzą znakomicie przemyślane metalowe przeboje, niepozbawione wszakże siły rażenia, przy sile emocjonalnego oddziaływania. Deuterium jest szyte świetnymi aranżerskimi ściegami, widać iż wykrojone świadomie części składowe, zostały biegle połączone ze sobą, a jakość wykorzystanej tkaniny dodaje im charakteru i elegancji. Deuterium jest wytrawne, ale i czuć w nim nie tylko posmak bardzo ambitnej, poważnej nuty, lecz melodyjne pasaże i znakomite wiązane wokalizy tworzą nie tylko energetyczny walor i walor przebojowy. To muzyka która skonstruowana została z tematów i wątków spajających poszczególne numery na poziomie jednej charakterystyki zaklętej w minimalistycznych, pomiędzy kompozycjami wspólnych nawiązaniach, zatem czuję iż jest bezpośrednią kontynuacją pomysłu koncepcyjnego z pierwszych trzech (nie liczę Devouring Weakness) krążków, ale te motywy pokrewne nie są aż tak silnie od razu słyszalne, więc mam wrażenie, iż Deuterium udowadnia, że przez ten czas od wydania Absence zespół, a dokładnie jego główny kompozytor wszedł na kolejny kompozytorski poziom i zdołał doskonale ten awans warsztatowy ukazać. Okiełznał swoje też wysokie ambicje i nie stworzył z ostałymi się współbraćmi kawałków wyłącznie technicznie zachwycających, bo kilka odsłuchów wykonanych przekonuje, iż są to kawałki wkręcające się chwytliwie w łeb - świdrujące i włażące pod skórę. Nie omieszkam już teraz wyrazić swojego głębokiego uczucia do Deuterium i wręcz zakochania we wściekłych niedźwiedzich rykach Patryka i jeszcze mocniej krystalicznych, wspaniale z rykiem korespondujących wokalach Rogera Öjerssona. To cudowny był pomysł aby tego z dorobkiem Szweda zaprosić do współpracy i też dzięki temu ruchowi, już dzisiaj dla mnie "ciężki wodór", czyli "stabilny izotop wodoru", a rzecz w skrócie o walce z problemami mentalnymi, powrocie do zdrowia psychicznego (będę skrupulatnie badał i pewnie się utożsamiał), to gigantyczny metalowy sztos, na równi traktowany jak wspomniane trzy startowe dzieła i dodam tylko jeszcze względem klasyfikacyjnym, iż brzmi on tak, że najlepiej by się zamontował pomiędzy Affliction, a Absence - ale że jest dopiero teraz to dla mnie żaden problem. Mega się cieszę że w takiej dwugłosowej między innymi postaci, a nie innej formie JEST W OGÓLE!

P.S. Jeżeli się bałem o powyżej wychwaloną jakość, to byłem niemądry. Widziałem przecież jakiś czas temu co obecny koncertowy skład Blindead 23, czyli po prostu Blindead na scenie jest w stanie zdziałać. Świadkiem mi krakowski Kwadrat. :) 

niedziela, 31 maja 2026

Remarkably Bright Creatures / Niezwykle szlachetne stworzenia (2026) - Olivia Newman

 

Zachęcony (choć przeczuwałem że za rekomendacją stoi szacunek dla kina ckliwego, kina szlachetnego, lecz bez impetu ponad emocje cieplutkie, dla serduszka milusie), wrzuciłem i bez gigantycznego zaangażowania obejrzałem. Historię na pozór przyjaźni ludzi po przejściach z ośmiornicą staruszkiem, która czuje więcej, wykraczając zmysłami i obserwacjami poza ludzkie pojęcie - opisującą rzeczywistość i to co w duszach ludzkich, mocno skrywane tkwi. Ośmiornica jest tu narratorem, a człowiek obiektem do rozpoznawania. Przyjaźń ze śluzowatym, inteligentnym stworzeniem i jako kluczowy wątek rodząca się więź pomiędzy starszą Panią, a młodym, zagubionym, pozornym lekkoduchem z rozpadającego się campera i dość banalnie, schematycznie jedno drugiemu zastępujące utracone ważne osoby. Ona traktuje go jak syna, a on ją niczym matkę i to jest słodkie, budujące, ale takie bez siły rażenia, mimo że zapewne w swoim dramatycznie familijnym i bardzo poprawnym wydaniu humorystycznym, łatwe do przyswojenia i potraktowania z sympatią. Miły aż do przesady seans, terapeutycznie dla osób wrażliwych seans wartościowy, ale niemożebnie płaski, dla wymagających intelektualnej głębi kompletnie nie ekscytujący. Doceniam cel w jakim powstało, ale nie ma możliwości bym napisał, że to coś więcej w wydaniu artystycznym niż letnia, a w ujęciu treści spłycona, uproszczona familijnie wersja życia na potrzeby niedzielnego seansu w gronie rodzinnym. Daje miłe wrażenia wizualne, czas na kojące kontemplowanie spokoju, relaksu, jednocześnie męczy, mdli uproszczeniami w znaczeniu prostotą psychologiczną. Jednak nie umieszczając w kategoriach tandety, uważam pomimo że momentami przekracza granice znośnej pogodnej ckliwości i wzruszu przesłodkiego. Liczyłem na coś po prostu bardziej wyważonego i wytrawnego, bez kierowania się w stronę finału z telenoweli, więc prawdę mówiąc przyjąłem taką skumulowaną dawkę rozczulania na dwa razy, bez względu że miło było zobaczyć Sally w czymś bardziej głośnym, po latach.

sobota, 30 maja 2026

Elephant / Słoń (2003) - Gus Van Sant

 

Minimalistycznie, po cichu, bez pod efekciarstwo narzucanych emocji, o rzeczywistej tragedii. Taki tam normalny dzień, takie tam zwykłe zabijanie. Obraz w połączeniu z muzyką, klasycznymi pasażami oddziałujący bardzo wymownie i szokująco. Dużo naturalności, autentyzmu, którego walory dodatkowo krew w żyłach niecodziennością w codzienności mrożą. Przekonujących do uczestniczenia w nich scen, ujęć śledzących zza pleców postacie, budujących tym samym ciekawą, powiązaną kilkoma punktami widzenia neutralną perspektywę. Szokujące okoliczności (nawiązanie tytułem do anglosaskiej metafory „słonia w pokoju”) i w swej ascetycznej, a celnej wymowie (do samodzielnej przede wszystkim interpretacji) wyjaśnienie uwarunkowań, stanu, motywacji autorów dokonanej krwawej zbrodni. Z zimną krwią przeprowadzonej egzekucji, z pytaniami jakie zostawiła dla świadków i postronnych obserwatorów medialnych doniesień oraz pracy Van Santa. Bez jednoznacznej odpowiedzi - co tak tych zgorzkniałych smarkaczy otępiło i kurwa w tej konkretnej socjalizacji poszło aż nie tak?! Zwięzły, bez opisów miejsca i czasu obraz, gdzie sekwencje kontrastowo długie, obiektywnie fakty inscenizujące. Wiemy co się zaraz stanie, bowiem film jest fabularyzowaną wersją ostatnich godzin życia ofiar i sprawców strzelaniny z amerykańskiego liceum w Columbine i doskonałą powściągliwą analizą w idealnie dobranej formie. Koncept niepodważalnie trafiony i swego czasu w Cannes doceniony został. To po słabszym czasie, był chyba dobry moment w karierze Van Santa. Przynajmniej ja mam takie odczucie, bo widzę że to taki niedosłowny Van Sant, jaki we mnie najczęściej najmocniej rezonuje.

P.S. Taka uwaga, że niby w te relacje z wydarzeń Gus Van Sant potrafi, a ostatnio mu nie wyszło - patrz Desperat z ubiegłego roku.

piątek, 29 maja 2026

Project Hail Mary / Projekt Hail Mary (2026) - Phil Lord, Christopher Miller

 

Mocno się przed wyrażeniem przekonania ociągałem, ważyłem bowiem bardzo ostrożnie za i przeciw zanim bym nazbyt pochopną opinię wydał. Pierwotne nastawienie mega optymistyczne, na które złożyć się miały zachwycone słowa, zdania, całe elaboraty, tak przeciętnego widza, jak raczej w przeważającym stopniu również rzadko zgadzającej się z ogółem, zawsze wymagającej poziomu najwyższego zawodowej krytyki, na początku pięknie się zgrały z moimi własnymi odczuciami. Niemniej jednak gdy chwila od seansu minęła, poczułem że nosem niepokojąco kręcić zaczynam, bowiem że za ciepły, za wzruszający i za za za, wszystko co kojarzy się z kinem o przyjaźni - kinem dalekim od wybitnego, ale jednocześnie takim którego pomimo jego wymienionych przywar, nie da się nie lubić. W tym sensie Projekt Hail Mary jest taki fajny, że wysyła większość konkurencji w czarną dziurę ze wstydu. Wzruszu tutaj masa, ale takiego emocjonalnego milusiania, które sprawnie zdaje się równoważone równą proporcjonalnie dawką doskonałego, uniwersalnego poczucia humoru. No nie ma opcji, żeby naturalnie finezyjnej interakcji dopktora Rylanda i Rocky'ego nie ulec, nie porechotać szczerze i nie poczuć ciepełka na serduszku, jak i nie przeżyć dramatycznych wątków, tak jakby oglądało się najlepszą z interpretacji historii o Lessiem. To właśnie poniekąd ten sam trop emocjonalny, który w kilkudziesięciu pewnie podobnych odsłonach wywoływał łzy, a najbardziej okazale je wyciskał, kiedy Parker Wilson (Richard Gere) zbudował niezapomnianą więź z Hachiko. :) Innymi słowy zamiast pieska dostajemy równie silnie łaskoczącą tam gdzie na duszy wrażliwe "żywą skamielinę". Do tego cała otoczka wizualna, czyli przestrzeń kosmiczna, efekty, zdjęcia i kolorystyka - wszystko to dodatkowo jeszcze skutecznie pociągające i hipnotyzujące. Familijny Interstellar poniekąd, czy doskonałe feel good movie w kosmicznym uniwersum, z czasem zasady bardziej, czasem mniej ssącym Goslingiem (cytuje stereotyp), któremu łątkę aktora "kluski" nie trudno przyszyć, tak jak nie ma problemu aby pośród jego już gigantycznego dorobku aktorskiego, nie znaleźć kreacji kontrargumentującej żarty prześmiewców, samych częstokroć śmieszniejszych w swych wywodach, niż sam słodziaśny Ryanek. Ryanek który przypominam że nieraz pokazał, iż posiada papiery na granie nie tylko komediowe - przeszukajcie proszę ten szeroki katalog zaczynający się od pajacowania, a kończący na twardzielach równych najtwardszych, tyle że z buźką ciasteczka. Tutaj trzyma się z charyzmą tej pierwszej z wymienionych skrajności, dodając oczywiście konkretną dawkę ciapowatości i prawdziwego oddania dla sprawy i zdobytego przyjaciela z dalekiej galaktyki. To Ryan po prostu po "ryanowskiemu" zdobywający serducho widza - udowadniający iż jak ktoś podsunie mu oryginalną wizję całościową, wdzięczny scenariusz oraz go trafnie obsadzi i pozwoli na swobodę, to odpłaca się zdobywając szczyty box office'u. Dołożyłem się do tego sukcesu w towarzystwie, z niekłamaną przyjemnością, nawet jeśli nie uznaję za kino które mi się pod skórą odłoży, to pośród wszystkiego co w większości obecnie wokół człowieka dołującego, fajna to przeciwwaga i odtrutka na czasem zbyt przeginaną wizję wszechogarniającego cynizmu. Za ten znakomicie ozdobiony też siłą rezonującą muzyki z tła powrót do fundamentu pośród wartości, to ja serdecznie wszystkim zaangażowanym w PHM dziękuję. Kategoria "miód na serduszku". :)

czwartek, 28 maja 2026

Einar Solberg - Vox Occulta (2026)

 

Główna i kładąca się cieniem długim na odczucia finalne, wymowna uwaga jaka mi się po kontakcie z Vox Occulta nasunęła, związana jest z faktem, iż pomimo z gruntu ciepłego przyjęcia drugiej solowej płyty wokalisty Leprous, ja do niej zdecydowanie tak często jako do ZNAKOMITEJ i wręcz UZALEŻNIAJĄCEJ jedynki nie powracam. Wówczas maksymalnie wkręcon, słyszałem w "szesnastce" wielowymiarowość w sensie sporego eklektyzmu, natomiast nowe jest również wielowymiarowe, jednak zdecydowanie bardziej ograniczone do przede wszystkim ilustracyjnej formuły - symfoniczności momentami nie nazbyt epickiej, ale dominującej. Gwoli ścisłości, poprzedni materiał absolutnie nie był pozbawiony podniosłej atmosfery, lecz pośród kompozycji porywających w klimaty orkiestracyjne, było też sporo tych, które świetnie nie tylko urozmaicały dramaturgię płyty, ale przede wszystkim ją w charakter różnych brzmień ubierały - wspierając jej atrakcyjność. Nie mam jednak pretensji o to, że Einar zawęził krąg poszukiwań i świadomie skupił się na stworzeniu swoistej, dla jego osobowości muzycznej identyfikującej go, ogólnie definiując "rock opery". Czuję tylko, iż to nie ta najbardziej otwarta z możliwych droga jaką powinien podążać. Być może jest to w perspektywie ślepa uliczka, bowiem paradoksalnie im dalej w las brzmień quasi filmowych, tym bardziej ściany się do wewnątrz zsuwają i miast powietrza w takiej nucie robi się od monotonii duszno. Jest zjawiskowo pięknie, majestatycznie, aranżacyjnie zdobnie, wokalnie rozbuchanie i w punkt zarazem, inaczej w pełni profesjonalnie, ale ja mam mimo to podczas tej muzycznej podróży w kręgi uzasadnionego i intrygującego pretensjonalizmu poczucie jakiegoś dyskomfortu. Porywają mnie tematy i wątki i jestem pełen szacunku dla twórcy i jego współpracowników, bo przeżywam w duszy muzyczne pejzaże (progresywno też rockowe) niezwykle wartościowe duchowo i instrumentalnie. Nie zmienia moje oddanie się kompozycjom z Vox Occulta jednakowoż przekonania, że zbyt szybko, albo wręcz niepotrzebnie, strategicznie błędnie Einar ukierunkował się na filharmonijną elitarność, spinając się wewnętrznie zbytnio w patetycznym dryfie, gdzie zwiewny, urokliwy liryzm, spotyka się z objawami lekkiego jednak nadęcia. Być może nieco nie mogę się zdecydować chwaląc i wysuwając na zmianę zarzuty, ale niezwykle cenię rozedrganie i puls wywołujący dreszcze ekscytacji w każdej kompozycji Einara, o których brak się podświadomie boję w przyszłości, kiedy już teraz siła wyrazu użytych majestatycznych orkiestracji sprowadza to co powstało, do wypolerowania natury dźwiękowej i wspomnianego zsuwania się niebezpiecznego ścian. Chciałbym się mylić, zaakceptowania ścieżki na mur nie do przebicia, przeskoczenia Einarowi przecież nie życzę. Czuję się tylko po każdym odsłuchu miast rozpalony, to znużony przesytem, a przecież towarzyszyła mi w trakcie muzyka niezwykle bogata, w teorii inspirująca, a w rzeczywistości troszkę pomimo wszystkich jej zalet miałka. Przejmująco osobista, do bólu poważna, cudowna brzmieniowo, lecz w fakturze wielopoziomowej, wbrew teorii, ku ograniczeniom stylistycznym płynąca.  

środa, 27 maja 2026

De rouille et d'os / Rust and Bone (2012) - Jacques Audiard

 

Nie dostrzegłem w tym klasycznym sentymentalizmie, lecz jednak potraktowanym nieco słodko i gorzko zarazem, tyle ile kobiecym spojrzeniem spostrzegła Lalu, stąd nie związałem się z obrazem i ze sposobem opowiadania oraz historią tak mocno, jakbym zapewne zdołał, gdybym przeskoczył ponad wewnętrzną barierą, która moje męskie ja chroni, możliwe że przed zrzuceniem pancerza. Czułem jednakowoż, iż kryje się w tej opowieści, formule przez Audiarda zastosowanej i stylu narracji nie tylko ta gładka, ale i szorstka (bliznowata) wrażliwość, która być może w moim przekonaniu, nie jest w stanie mną emocjonalnie targnąć, bowiem uwolnić się nie potrafiłem (mimo że chciałem) od poczucia, iż jestem tutaj u fundamentu już szantażowany. To mój problem, prawdopodobnie powiązany wprost z nastawieniem, gdy kluczowe dramatyczne wątki atakują błyskawicznie tragicznym wydarzeniem o gigantycznym kalibrze. Stąd do końca pozostawałem pod wpływem wewnętrznych podszeptów o wykorzystywaniu grubo szytych motywów i konfrontowaniem ckliwości z brutalnością, więc byłem tym samym poniekąd częściowo ślepy na wszystko co pomiędzy wierszami. Nie widziałem tak wyraźnie jak Lalu, że bolesna forma zewnętrzna, w środku pięknie mówi, iż sednem jest odnalezienie siebie na nowo, wysupłane z pokiereszowanych serc, powolne wychodzenie z mroku i wydobycie z czarnej głębi wrodzonej zdolności do odczuwania, okazywania emocji, a tym samym zatamowanie bolących, sączących się ran. Mistrzowski duet Marion i Matthias, przejmująco odegrał głęboką, zrodzoną z przyjaźni niewymuszoną miłość, bez wielkich słów i zbędnych gestów. Audiard natomiast wyeksponował silne połączenie ciał i dusz, okupione tragedią, traumą, bólem, poczuciem ogromnej samotności i tęsknoty za bliskością. Kiełkujące po cichu, subtelnie, z każdym spojrzeniem i dotykiem, w stronę chemicznego przyciągania, w rytmie przyjaźni, szacunku, oddania, współczucia i wzajemnej fascynacji. Dramatycznie, namiętnie i konsekwentnie poprowadził fabułę do poruszającego finału, który jest swoistym oczyszczeniem, zrozumieniem, spełnieniem, ukojeniem. Obiecuję sobie i Lalu, że jeszcze kiedyś to odkryję, tak by poczuć i zrozumieć.

wtorek, 26 maja 2026

You Can Count on Me / Możesz na mnie liczyć (2000) - Kenneth Lonergan

 

Sprężyną dla uzupełnienia wiedzy na temat filmografii Lonergana, czyli sprawdzenia jego debiutu, było info w necie, że tenże człowiek odpowiedzialny za bardzo mocny Manchester by the Sea, po 10 latach znów kręci, a ja od niego premiery, to z niecierpliwością oczekuję. You Can Count on Me, czyli pierwszy w dorobku Kennetha obraz, to z roku 2000-ego praca, czyli już szmat czasu od powstania minął, a w tym okresie reżyser zaledwie dwa tytuły zaoferował - co może o nim świadczyć dobrze, że wszystko co spod jego kierowniczego spojrzenia wychodzi, jest dopracowane szczegółowo, ale czy w praktyce tak to wygląda, może być kwestią sporną. Być może za długimi przerwami stoją inne zawodowe obowiązki lub pasje, bowiem myślę że debiut będąc kinem uroczo wzruszającym, ciekawym i dojrzale zabawnym, wywołuje poczucie nie do końca dopracowanego. Moje takowe spostrzeżenie wiążę z kluczową perspektywą, jaką poznanie debiutu już po doświadczeniu jego ostatniej, głośnej produkcji i skojarzeniach jakie konfrontacja pierwszego i ostatniego wywołuje. Mianowicie mam nieodparte wrażenie, iż scenariusz i rysy osobowościowe postaci w Manchester by the Sea, to rozbudowanie poprzez analogie, wątków właśnie z You Can Count on Me, bowiem zaczynając od podobieństwa fizycznego pomiędzy Ruffalo, a Affleckiem i Williams, a Linney, to zauważam też bardzo bliskie korelacje w kwestii ich sytuacji osobistej – pokrewne, chyba nieprzypadkowe przecież motywy w scenariuszu (brat i siostra vs. były mąż i żona oraz w pierwszej ośmiolatek kuzyn, a w drugiej kuzyn nastoletni, ponadto tu strata rodziców i strata dzieci tam, jak i w obydwu przypadkach powrót głównego męskiego bohatera na stare śmieci oraz nawet hobby które przez ekran przelatuje, to to samo wędkarstwo). Mniej rozbudowana historia, która wygląda jakby była mniej dramatycznie tragicznym w wyrazie fundamentem, zarysem skryptu z nagradzanego „manchesteru”. Te porównania urosłe w mojej głowie, trochę obniżają moją ocenę tego co startowe w karierze Lonergana, jednako nie powiem nic więcej o nim krytycznego, bo wszystko prócz minimalizmu w stosunku do, mocno na mnie oddziaływało - aktorstwo wyborne i ciepłe, mądre przesłanie przede wszystkim.

P.S. Dodać czuję w obowiązku, jeszcze pochwały dla najmłodszego w rodzinie aktorskiej Culkina, bowiem zasłużył sobie bezdyskusyjnie i wyróżnić najbardziej dramatyczną scenę - na pozór szokująco-wstrząsającą, lecz w swojej wymowie, biorąc pod uwagę dobro dziecka, w sumie dla niego o wydźwięku uwalniającym od idealizowania, budowania fantazji bez pokrycia w realiach. Kto widział, będzie wiedział co mam konkretnego na myśli. W sumie JEJU - nie wiem (gdy czytam przed opublikowaniem) czy tam, w tych istotnych wywodach wyraziłem się dostatecznie jasno. Na swoje usprawiedliwienie mam bardzo ciężkie powietrze po upalnym dniu - ono przecież nie pomaga w koncentracji.

poniedziałek, 25 maja 2026

Le meraviglie / Cuda (2014) - Alice Rohrwacher

 

Kino Alice Rohrwacher jest INNE. U niej nawet plakaty to INNA INSZOŚĆ. Dała mi maluczkiemu dowód zachwycający przy okazji dwóch ostatnich oryginalnych dzieł i ja teraz do tego zacnego grona dodaje Cuda z 2014-ego. Po prostu fundamentalnie mądre, pomysłowe, nieoczywiste, skromne w środki, soczyście poetyckie kino, jest warte pomijania systemowego, najbardziej wycacanego, a jednocześnie megalomańsko pośród najwyższego poziomu przegadanego elitaryzmu, erudycyjnego kina. Toż to ja tu, w tym miejscu deklaruje, iż będę starał się intuicyjnie, nosem do tej pory mam nadzieje nieźle wyćwiczonym wyniuchiwać co mi wali teatrzykiem dla intelektualnego wzwodu osiągania, czymś na kształt sobie, ponad przyjęty za przyzwoity, poziom dodawania - nadymania, a skupiać się na aktach cudownej naturalności, bez jednej skazy fałszu. Będę tropił i podszeptów wszystkich o guście niebanalnym, aczkolwiek stąpającym po twardym gruncie realizmu (biorę też ten magiczny rzecz jasna z podziękowaniami :)) słuchał. Potrzebuję kina najprawdziwszej prawdy, bez snobowania i będę go dzięki inspiracji między innymi Alice do serca i zwojów mózgowych chłonął. Będę chwalił tą, tutaj sprężynującą lecz małą skalą odzewu, a mocno rezonującą jakościowo historię, gdzie facet i wianuszek kobiet. Same córki, w ilości wygodnej do zarządzania. Figura ojca, któremu można tak samo pod wpływem emocji współczuć jaki i go bezpardonowo ganić. Za zawziętość, za do dyscypliny i udręczania dzieciaków niewolniczą niemal pracą skłonności. Brak niemal w stopniu radykalnym elementarnych oznak okazywanej miłości - bez zauważania starań i poczucia winy, bym po łysej glacy okładał. Za wbity i praktykowany w łeb zapewne w dzieciństwie, zaprogramowany od smarkacza surowy, mimo że po prawdzie konserwatywnej odpowiedzialności model wychowania. Jednocześnie gdy typ okaże, a okazałby myślę skruchę, gdyby właściwie go podejść, to za przykład dawany życia dla życia, a nie dla pustych atrybutów materialnych bym szczerze, z szacunkiem dłoń uścisnął. Oddałbym respekt miną doceniającą za umiłowanie wolności i przyrody gigantycznego w życiu świadomym znaczenia (sielskie niby, a wymagające w rzeczywistości warunki życia). Wszystko to powyżej bym, gdybym zamiast skupić się na głęboko w środku emocjach przeżywanych przez Gelsominę i jej siostry, ocenianiem postawy Wolfganga, podczas seansu się zajmował. Gdybym nie zauważył jakiego świata odchodzenie, tutaj Alice subtelnie opłakuje.  

P.S. Za zamykające kadry niszczejącego, opuszczonego domu (coś prze-przemawiającego) bym dodatkowo ozłacał.

Drukuj