środa, 6 maja 2026

Immolation - Descent (2026)

 

Przy poznawaniu i rozgryzaniu poprzez wgryzanie, w przypadku płyt Immolation sprawa jest zawsze szczególna. Rolę odgrywa kluczową, tak ostatnimi czasy wkręcenie (tak najbardziej od Atonement) oraz wciąż brak fanowskiego obeznania poprzez przekonanie się do przede wszystkim materiałów startowych, jak i każdego z tych późniejszych, od których odpychało mnie (miałem swego czasu na licencyjnych taśmach zestaw od trójki do siódemki) dewastujące brzmienie - ekstremalnie ciemne, duszne, produkcja gęsta i przymulona. Próbowałem ale poległem, za starych czasów nie osiągnąłem upragnionego uparcie punktu wejścia, gdyż prócz kwestii kręcenia gałkami nie złapałem ducha - do smoły i demoniczności ówczesnej nie dojrzałem. Nie zatrybiło i się tym samym nie tęskniło, więc jak już dzisiaj mam wiedzę, iż dwa pierwsze krążki podobno dysponowały większą selektywnością, to i tak nie znajduję na razie czasu aby odszukać i zweryfikować przekonania. Skupiam się na tym co współcześnie w wymiarze szerokiego wachlarza interesujących mnie stylistyk, a może bardziej poszczególnych ekip jakie bez względu na gatunkową przynależność uznaje za oryginalne i przez to fascynujące, a Immolation tak naprawdę poznając na nowo (od czasu uważam istotnie zmieniającego mój stosunek Atonement) - wpadając w łapska Nowojorczyków najczęściej przy okazji wydania nowego albumu. Zatem mam od kilku dni do dyspozycji Descent i staram się go ogarniać, tak z perspektywy pełnowymiarowego krążka, jak i oczekiwań jakie wzbudziły przed premierą promowane single. Przychodzi mi to podobnie łatwo i ciężko jak poprzednio, ale z przewagą przyciągającej ciekawości nad przytłaczającym rozmachem i dziwną, osobną ciężkością Immolation, pośród przedstawicieli amerykańskiej szkoły death metalu. Chcę prze to dać do zrozumienia, iż po raz kolejny czytelna, zbalansowana i zniuansowana produkcja stawia go pośród tych zestawów numerów, do których zabieram się bez balastu niechęci do kwestii studyjnej obróbki. Stąd badam Descent na przyjemnym lajcie, ale po wybrzmieniu ostatniej nuty, jak to zwykle czuję się zmasowanym atakiem wirtuozerii przeorany i potrzebuję odmiany, jakbym musiał po sesji przewietrzyć pomieszczenie, bowiem zrobiło się w nim nazbyt zawiesiście, by mój układ oddechowy zniósł kolejny seans łomotu, bez rozdzielenia ich czymś mniej wymagającym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w historii Immo było znacznie więcej uderzeń bardziej przytłaczających, ale ja jak donoszę mam bardziej ograniczone doświadczenie i głównie nowość odnoszę do dwóch ostatnich studyjnych rzeczy. Tym samym myślę, że bliżej Descent Acts of God, niż w pewnym sensie przyjaźniejszemu szaleńcom z doskoku korzystającym z uroków milenia death metalowego Atonement. Kolejny to przemyślany krok udoskonalający własny sposób młócenia lub z drugiej mańki, następny ruch łopatą aby okopać się na wcześniej zdobytym terenie, gdzie zespół zdążył obrosnąć kultem. Nie ma na co utyskiwać, bo wszystko tutaj w kategoriach "album Immolation" jak powinno gra (zajebiście gra - dudnienie przez które słychać cykanie, sekcja, riffy, szczątkowe, gustowne melodie, wreszcie popisy), lecz gdyby ktoś chciał poznać zdanie jedynie w 1/3 nie laika, to nie nagrali drugi raz z rzędu czegoś bardziej mnie hipnotyzującego od Atonement. 

P.S. Plus na korzyść 13 nad 12, że jest krócej, a przez to szybciej można doczekać się oddechu, po otwarciu okien. ;)

wtorek, 5 maja 2026

Crippled Black Phoenix - Sceaduhelm (2026)

 

Sytuacja wygląda mianowicie tak, że mam już przed sobą i kilka razy zdążyłem się przez niego przegryzać, nowy, mniej obfity album ekipy Justina Greavesa, a do rozczytania głębszego i wymierzenia maksymalnie subiektywnej jeśli będzie potrzeba takowo krytyki, pozostaje mi nadal album poprzedni, gigantyczny, przed czterema laty wydany. Wypadałoby podejść zasadniczo chronologicznie do wyzwania, ale Banefyre swego czasu po oględnym sprawdzeniu nie przytrzymał mnie jak widać na dłużej, więc porzucając zasady i nadal uciekając przed przytłaczającą czasowo potęgą dwupłytowca z roku 2022, zabieram się za bieżący materiał. Przyciągła mnie bowiem Sceaduhelm oprawą graficzną, kolorystycznie ascetyczną, ale i obrazkową stroną tego co w necie z nowej płyty grupa wizualnie promuje. To jasne nawiązanie do ilustracji z w międzyczasie wydanego krążka na okazję jubileuszu i jak dla mnie fajna kontynuacja tejże ciekawej koncepcji, więc skuszony chyba bardziej na pierwszym etapie plastycznie niżby muzycznie donoszę co poniżej. Donoszę twierdząc co następuje, że Sceaduhelm pomimo z pozoru piosenkowego charakteru należy wciągać z determinacją długo, aby pod bardziej niż dotychczas ograniczonej jednak stylistycznie powierzchnią dostrzec wciąż istotne w tej muzyce niuanse. Może mniej tutaj progresywnego, doom rockowego (tak to nazwę) zadęcia, a więcej skomasowanego rocka, lecz to nie są tylko zwięzłe pioseneczki, a całość poprzez sporą ilość dopuszczonej do udziału w dramaturgii narracyjnej samplowanej gadki, wciąż może być katalogowana jako epickie spostrzeganie dark rocka czy metalu. Jestem skłonny zarazem stwierdzić, że ten materiał jest w odróżnieniu od wcześniejszych bardziej efektywny niż efektowny, ale czuje również podczas wieczornych podróży przez ten nowy koncept, iż oferuje mi on znacznie więcej niż bym pomyślał po jednym czy dwóch odsłuchach. Jedzie tu szef projektu na klimacie wokalnym (szorstkość i tajemniczość, bodaj trójki głosów) i brzmieniach bliższych prostocie aranżacyjnej ejtisowej klasyki brytyjskiego rocka gotyckiego, ale o inspirowaniu się nimi wprost po całości raczej nie ma mowy. Moim zdaniem mocny bit perkusyjny i basowy trzon - on tylko motywacją dla fundamentu zacieśniającego obecny związek Crippled Black Phoenix z wymienioną sceną, gdzie toporne (czytaj ascetyczne :)) brzmienie i specyficzny sound, lokowany pomiędzy zimną sterylnością, a garażowym brudem, tworzą idealną symbiozę z dotychczasowym style CBP i wykorzystanymi tutaj filmowo samplowanymi monologami, dialogami i odgłosami. Uznaję, iż bardzo okej psychodelicznie gotycko rockowy album nagrali, który na koniec nieco przed finałowym, podniosłym, ośmiominutowym hymnem subtelnie zwalnia, jaki ma też tajemnicze oddziaływanie na psychikę, bez konieczności nawet wgryzania się w teksty - jak w moim przypadku na razie ma to jeszcze miejsce. 

poniedziałek, 4 maja 2026

The Assessment / Ewaluacja (2024) - Fleur Fortuné

 

Lalu mówi CIEKAWE, obejrzyj. Ja na to – OK, patrzę. Wziąłem bo raz rekomendacja (warto ufać z dobrym gustem bliźnim), dwa debiucisko (kto wie na co stać kierownika czy tym razem kierowniczkę zamieszania za pierwszym razem) i trzy, gdyż jak widzę Alicję z Göteborga (Alicia Vikander), to się zawsze rumienię. Zbierając i wciskając w system bazę danych – dzieci, granice, zasady! Dalej konsekwencje, systemowe wylanie dziecka z kąpielą, czyli typowe doświadczanie nadgorliwej przezorności od skrajności do skrajności. Prewencyjne testowanie sprawdzająco-przygotowujące do rodzica roli - jak sobie radzić by sobie poradzić eksperymentowanie. Bardzo ciekawa, szersza niż powyżej przeze mnie zasugerowana interpretacja. Interpretacja z perspektywy bliżej nieokreślonej przyszłości, dobra w sumie lekko futurystyczna lekcja pokory dla przyszłych mamuś i tatusiów, bowiem oprócz pułapki nadmiernej wyrozumiałości, czai się tu sugestia diagnozowania relacji między partnerami-kandydatami, ale i nadmierna kontrola aparatu państwowego - to akurat polityczna przestroga. Tylko że intuicji i wiedzy doświadczanej nie poddasz wiarygodnej kontroli w inscenizowanych, laboratoryjnych warunkach, bo za dużo zmiennych, drobiazgów nieświadomie lub świadomie pominiesz i emocji nie wystawisz na naturalne czynniki weryfikujące. Prowokujące to mimo to i owo było doświadczenie, warte obejrzenia bowiem zgadzam się że INTRYGUJĄCE, a aktorsko i pod względem oprawy przyjemne wizualnie oraz bardzo sprawnie zrealizowane - dobry bardzo debiucik. Tylko gdyby się nieco czepiać, trochę też takie ślizganie się po głównym temacie i odbijanie się od narzuconych sobie ram formy, a poza tym jednak to nie napawająca zbytnim optymizmem wizja niedalekiej przyszłości, po uznanej już chyba w pewnych środowiskach za nieuniknioną katastrofie klimatycznej. Wizja też mało etyczna - słusznie zatem w niedosłowny sposób w scenariuszu czuję skrytykowana.

niedziela, 3 maja 2026

The Drama / Drama (2026) - Kristoffer Borgli



Fenomenalna zadziorna ekranowa chemia, wyborna drama - rozedrgana, drżąca, przekorna, wzruszająca i bardzo sexy! Kipiący wulkan niedomówień, paraliżujących emocji, ukrytych pragnień, lękowych reakcji, uzasadnionych obaw. Wulkan pełen gorącej miłosnej lawy, namiętnego uczucia, ale tego mądrego, myślącego, otulonego empatycznym kocem, patrzącego w przyszłość. Drama jest dramatyczna, melodramatyczna, komediodramatyczna. Sieje niepokój i dyskomfort, ale i porusza serducho poprzez swoją autentyczność, zamykającą się w emocjach, rozmowach i nie pozostawia swym przekornym, ironicznym i przede wszystkim błyskotliwie zaaranżowanym krytycyzmem jednak suchej nitki, włazi pod skórę i pulsuje. Drama jest takim swoistym nieobliczalnym słodko-gorzkim teatrem, a widz zaciekawionym z wybałuszonymi oczami podglądaczem zza kurtyny. Myślę iż aby w pełni przeżyć ten seans, korzystając z okazji bycia zaskoczonym, należałoby wprowadzić restrykcje podobne tym jakie narzucał Hitchcock w przypadku swojej kultowej Psychozy. Odebrać prawo do zdradzania czegokolwiek, gdziekolwiek – w obecnej rzeczywistości internetowej pod karą wyklęcia, społecznego pręgierza totalnej dezaprobaty dla za długiego w necie jęzora. :) Absolutnie to nietypowa komedia romantyczna i tego należało się spodziewać, nie dać się nabrać na pozory sprzedawane w trailerze, bo to przecież film Kristoffera Borgli, człowieka odpowiedzialnego za takie precyzyjne intelektualne filetowanie rzeczywistości w Chorej na siebie i Dream Scenario. Oddziałuje w Dramie silnie totalna zaskoczka, konsternacja chwilowa, by później umysł zaczął składać fakty, analizując konteksty i osobiste doświadczenia telewizyjnych relacji przypomniane oraz element społeczny, który wydaje mi się, że dla nas Europejczyków, akurat uderza w większym stopniu wciąż w Amerykanów. Działa niby banał, coś z pozoru niskiej wagi, co można by potraktować z zimnym humorem, jako słabość młodzieńczej nadwrażliwości, ale co sprężyną dla rozwoju wydarzeń, wysokooktanowym paliwem dla farsy, pobudzanej gigantycznym niepokojem i co najważniejsze dla rozkręconej tytułowej DRAMY, o potencjalnie tragicznym, w wymiarze wyobrażanych konsekwencji. Stąd w tej pozornej irracjonalności reakcji, jest też napędzona lękiem uzasadnionym racjonalność - coś co nie da się jednoznacznie ocenić w kategoriach słuszności indywidualnego rezonansu. Borgli rewelacyjnie łączy tu czarny humor z wrażliwym sznytem oraz idealnie obsadza wszystkie role - każdy z bohaterów pozostawia ślad i wnosi świeżość do przedstawionej historii. Znakomity balansujący na granicy obłędu Pattinson (podobna rola do tej z Giń kochanie, gdzie jednak nie mógł się wykazać talentem komediowym), w duecie z naburmuszoną zagubioną Zendayą - cieszą oko i wyzwalają poczucie troski, aż chce się zaciskać pięści, żeby im się udało. W drugim rzędzie postaci też nie brakuje znakomitych kreacji, a obok fantastycznie beztrosko dwulicowej postaci granej przez Hailey Gates (oportunistyczna suka, a da się lubić :)), jednak tron przejmuje Alana Haim, sprzedając tutaj tak autentycznie bezbłędnie i przykuwając za każdym razem sto procent uwagi, zbiór postaw środowiskowych, że to wręcz niebywałe, jak postać z planu drugiego może tak mocno zostać widzowi w pamięci. To jest kapitalne kino, które w tym momencie staje na pudle tego co w tym roku obejrzałem. Może dlatego, iż zamieszało w głowie mi i Lalu jednocześnie, wbijając prócz odczucia złości i sympatii na i do bohaterów oraz poczucia prowokującego, intrygującego dyskomfortu, mega satysfakcjonującego, gigantycznego banana na ryjek. Najmocniej to myślę po finałowej, a wcześniej próbnej sesji zdjęciowej scenie!

sobota, 2 maja 2026

Dracula: A Love Tale / Drakula. Historia wiecznej miłości (2025) - Luc Besson

 

Nie ukryję zaraz poniżej, odczuwanego i wprost wyrażanego swego rozczarowania, stąd tylko w jednym zdaniu napomknę o tym, iż ogarniając intuicyjnie co się święci gdy dotarły do mnie wieści, że Besson odgrzeje klasyka z poziomu gotyckiej klasyki szlachetnej, wciąż miałem odrobinę wiary, iż po bardzo udanym (nawet świetnym) Dogmanie, stać go jeszcze na kino, na lata temu prezentowanym poziomie. Czując to co powyżej i doświadczając starcia wewnętrznego intuicji z wiary płomieniem jeszcze się tlącym, z króciutkiego początku, pomimo dystansu i obaw, byłem całkiem miłe na plus zaskoczony, ale po chwiluni dosłownie wpadłem w czarną rozpacz obserwując kostiumową rewię o charakterze komediowym, miast potężnej produkcji, z elegancją, zamysłem i charyzmą zrealizowaną. Kompletnie posmutniałem, bowiem widziałem przed sobą aktorów z dorobkiem i klasą, bez jednak wiary i chęci oraz opowieść wątkami niezdarnie żonglującą, bez szczątkowego nawet posmaku intrygująco-niepokojącego w rozbuchanych scenach i mnóstwo zachodu scenografów, speców od kostiumów, charakteryzacji o efekcie finalnym mizernym. Postaci wizualnie bogate, lecz z rozmachem rozbijające się o poprawność inscenizacyjną, przeplataną momentami totalnym parodiowym karykaturalizmem, jakby Besson chciał niezwykle mocno wyjść poza szablon, ale finezji mu brakowało - o smaku dobrym i pomyśle na spójną koncepcję nie wspominając. Wiele w sumie mógłbym znieść, bo zdeklarowanym miłośnikiem malowniczej i odważnie krzykliwie wywrotowej wersji Coppoli pozostaje, ale wyszła Bessonowi mozaika zupełnie bałaganiarska - bezładna, chaotyczna i po prostu żenująco pusta emocjonalnie, a niechlubną anty wisienką na tym szkaradnie pstrym torcie, okazał się upiornie groteskowy hrabia na zamku, nawiązujący wprost nieudolnie kiczowatą charakteryzacją do Draculi Oldmana. Szczyt przesady - nawet jakbym się nie starał dostrzec w tym jakiejś ironii czy względnie autoironii, to nie udźwignąłem tego poziomu tandety i braku szacunku jednak dla zasłużonego dla sukcesu z lat dziewięćdziesiątych Bessona, Gary’ego Oldmana. Podsumowując nie wyszło jak przepełniona przejmującym duchem romantyczna baśń grozy, tylko jak przynosząca wstyd wszystkim zaangażowanym nieintencjonalna satyra. Nie udało się mym zdaniem ostatnio del Toro rywalizującemu z Branaghiem i nie udało się równie spektakularnie Bessonowi w starciu z Coppolą. Nie wiem czy w ogóle w przypadku jednego i drugiego, na ich zaawansowanym etapie karier był sens aby podnosić rękę na klasyki i czy to wina słabszej dyspozycji weteranów „pretendentów”, czy aż tak w przeszłości wysoko postawionej poprzeczki. W sumie, to jest pytanie retoryczne, a ja żartuję sobie je zadając. :)

piątek, 1 maja 2026

Normal (2025) - Ben Wheatley

 

Po pierwsze podzielam zaskoczenie i podziw, iż Bob Odenkirk w wieku już mocno zaawansowanym stał się przekonującym bohaterem kina akcji (ach ta charyzma, ważniejsza niż doEbany tors :)) i mimo że raczej szerszym zazwyczaj łukiem omijam produkcje z mordobiciami w roli głównej i tylko okazja była spotkać się z trailerami filmów, gdzie on obecnie obija agresorom zakapiorskie mordy, to kiedy pojawił się Fargo-podobny poniekąd zwiastun Normal i jeszcze odkryłem, że to film w którym kierowniczą na planie rolę odgrywa Ben Wheatley (pamiętam i bardzo dobrze wspominam jego High Rise), nie zwlekałem i jak tylko Normal wpadł w program multipleksowych premier ruszyłem by sprawdzić, czy to z pozoru mało intelektualne „dzieło” pod względem przede wszystkim widowiskowej przekorności daje radę. Donoszę że w kategorii "bracia Cohenowie kręcą z Quentinem Tarantino", czyli łączą klimaty osobliwych postaci z krwawymi rozróbami i rozstrzygnięciami, jest to strzał centralnie w nos. Odnosząc się do klasycznych kreatorów kinowej rozrywki, gdzie czarny humor, groteska, farsa, cudowna rozpierducha odgrywają kluczowe rolę, a tegoż przymrużenia oczu uczestnikami wyraziści i rzecz jasna uzbrojeni po zęby bohaterowie, Normal mnie kupił bez dyskusji. Tym bardziej (doceniam absurdalną wyobraźnię :)), iż w jego wydaniu postaciami których flaki rozbryzgują się na ścianach i lądują na ulicach, obeznani z używaniem gnatów przyjaźnie uśmiechnięci mieszkańcy z pozoru sennego, sympatycznego miasteczka. Między innymi poczciwa dziewiarka, hardy typ ze sklepu żelaznego, pogodny (chyba?) listonosz oraz oczywiście policyjna sekcja porządkowa i władza stanowcza - wszyscy jak jeden mąż skorumpowani, we wspólnotowym interesie przeciwko samotnemu tymczasowemu szeryfowi, z małym jedynie wsparciem, stającemu do ostatecznego starcia, w obliczu niewiarygodnej kolaboracji wymienionych, z trwogę samą nazwą wywołującą Yakuzą. Chwalę obsadę i pomysł, lecz nie popadam jednak w nadzwyczajny entuzjazm, bo wiem że prócz doskonałej realizacji (wybuchy, strzelaniny, walki wręcz), Normal nie ma nic więcej, bądź niewiele więcej do zaoferowania, gdyż jedynie powiela schematy - szeryfa da się polubić, jest po przejściach i ma żelazne zasady, a scenariusz trzyma się kręgosłupa widowiskowej akcji i owinięty zostaje przede wszystkim wokół czytelnej osi walki uczciwości z zachłannością. Aczkolwiek (powinienem uczciwie zauważyć) podnosi też w tle aspekt izolacji, pozostawienia prowincjonalnych dziur na pastwę losu. Zatem jak ktoś ma potrzebę zgłębiania tego polityczno-ekonomiczno-społecznego wątku, to odnajdzie tu to "niewiele więcej". :)

czwartek, 30 kwietnia 2026

Massive Attack - Protection (1994)

 

Kiedyś nie wszedłbym w to tak łatwo jak obecnie, bowiem drzewiej się bardziej ekstremalnym muzycznie było i wstydem okazywało się łykanie za jedną sesją deathowego i trip-hopowego stuffu, stąd wybory były bardziej ograniczone, a horyzonty węższe. Dziś, a dokładnie od prawie dwóch dekad mam delikatnie mówiąc wyrąbane na to co myślą Ci których zdanie jest niewiele więcej niż NIC warte, zatem ochoczo już od latek wielu wchodzę w wielogatunkowość, wybierając nie to co może oprócz tego że się podoba, to wypada słuchać, a totalnie każdy gatunek w którym trafię na ekipę jaka potrafi mnie zafascynować, zahipnotyzować i uzależnić. Gdy Protection premierę miało ansambl Massive Attack kojarzyłem, lecz eksplorując wówczas tereny metalowo zaawansowane, zwyczajnie czas cały poświęcałem na budowanie bazowej wiedzy o tejże gatunkowej przestrzeni. Ominął mnie kontakt z Protection u zarania i po czasie miałem z tym materiałem swój pierwszy raz i od tej pory uznaję dwójkę alternatywnych indie, trip-hopowców za materiał bardzo dojrzale rozwijający stylistykę i prowadzący jak po nitce do szczytowego Mezzanine. To tu elegancka elektronika i soulowa subtelność nabierają pełnie wspólnoty brzmieniowej, a wpływ zróżnicowanych, doskonałych warsztatowo i dopasowanych do klimatu, rytmicznych, emocjonalnych wokali powoduje, że tej "alternatywie" tak samo blisko do popowej chwytliwości, jak też nadal bardzo daleko od sukcesu przechodzącego w koniunkturalizm - bujają, ale w tym bujaniu jest zarazem płynność i odprężenie, jak i ambicja tworzenia utworów dalekich do banalności. W moim przekonaniu więc jazzują i swingują, czują funky czy reggae w ramach ogólnie pojmowanego trip-hopowego tripu. Leniwa i błyskotliwa (fajne bity i motywy) po prostu, relaksująca i angażująca nuta, która nie wymaga jakiegoś głębokiego osłuchania, ale i nie sprawia wrażenia skrojonej pod prezentację mainstreamową. Subiektywnie kapitalna estetyka, idealna do chillu - obiektywnie, dziś już szlachetny kanon gatunku.

P.S. A na dodatek na finał, na żywca zarejestrowany cover "doorsów" w wersji, no ja nie wiem ja nie wiem, ale bioderka chodzą. :) 

środa, 29 kwietnia 2026

Nan Fang Che Zhan De Ju Hui / Jezioro dzikich gęsi (2019) - Yi'nan Diao

 

W oczy rzucają się barwy, duża ilość wyrazistych podświetleń, co czyni z tytułu rozpoznawalny nie tylko przez wzgląd na pochodzenie, ale jaskrawości w hipnotyzującym ilustracyjnie obrazie. Czyste soczyste zielenie, żółcie wszelakie w brązy przechodzące i wściekłe czerwienie, a nawet totalne fiolety zalewające neonowo całe pomieszczenia. Całość to przede wszystkim wizualny majstersztyk, może nieco przesadzony, ale z pewnością robiący wrażenie, pulsując paletą odcieni, półcieni i światła - sztucznego w nocnym szemranym miejskim otoczeniu i naturalnego, w licznych też ujęciach bujnej przyrody. Nie rozpoznałem wcześniej wystarczająco z czym będę miał do czynienia i spodziewałem się (w sumie nie wiem czemu) bardziej romansu niż ulicznej gangsterki, a dostałem zatopioną w półświatku, ambitnie poetycką, kryminalną historię policyjnej obławy, zdrady, walki o wpływy i rozliczeń - pościgu za jak zrozumiałem dość przypadkowym zabójcą stróża prawa. Krwistą nader momentami, efekciarską jatkę (scena z parasolem), ze sztuką walk na pieści i kończyny dolne, nie stroniącą też od wykorzystania wszelkich przedmiotów niebezpiecznych traktowanych jak broń biała (parasol :)) oraz rzecz jasna ostatecznej w użyciu, broni palnej. Sterylną jak i gęstą, parną produkcję - bowiem wilgoci od cholery, w okresie chyba pory deszczowej. Kolorową estetykę modern noire, nawiązującą zakładam do mocno mrocznej futurystycznej miejskiej atmosfery podobnej do tej z kultowego Blade Runnera, lecz osadzoną współcześnie, w zatłoczonej, obskurnej chińskiej przestrzeni. I fajnie!

Drukuj