piątek, 24 września 2021

Soilwork - Stabbing the Drama (2005)

 


Swego (niedawnego jeszcze czasu) emocje do czerwoności rozgrzewający melo death skandynawski, swoje dni popularności ma już (od jakiegoś czasu :)) ostatecznie za sobą. W wielu przypadkach to w sumie dobrze, że formacje z tego nurtu zeszły ze sceny (szlag je trafił) i nie wiem (paradoksalnie?) dla tych niewielu mniej tendencyjnych grup wraz z końcem mody przyszedł sprawdzian charakteru, który zdały nawet celująco, potrafiąc odnaleźć się w mniej przychylnej rzeczywistości, kiedy to kokosy już pod nogi wprost nie spadają. Soilwork tylko na starcie swojej kariery było melo death-thrashowy, bo szybko poszedł całkiem autonomicznych kursem i stworzył własną osobną niszę. Wprost do sceny już przy okazji Natural Born Chaos nie pasowali, ale to dopiero Stabbing the Drama określiła i ustabilizowała ich pozycję, jako bandu z własnym kompozycyjnym stylem. Co więcej, w realiach bez hajpu wokół rytmicznego/motorycznego (momentami rwanego, szarpanego :)) szwedzkiego metalu odnaleźli się więcej niż nieźle, udowadniając że zdefiniowanie stylu nie oznacza kompletnego powielania schematów na każdym kolejnym albumie. Tandety przede wszystkim nie sprzedają, a Stabbing the Drama z perspektywy czasu daje radę i każdorazowy powrót do krążka z 2005-ego roku jakąś tam przyjemnością się okazuje. Bowiem praktyczne kombinacje w obrębie melo deathu/modern thrashu, z crossoverowymi czy wręcz hard core'owych inklinacjami, okazało się całkiem odporne na korozję. Wziąć agresji miarkę, brutalności równą jej porcję, dodać dla równowagi melodyjności i tym samym chwytliwości. Kosić ciętymi riffami, miażdżyć ciężkim tychże brzmieniem i od czasu do czasu popisać się przykuwającą uwagę solówką. Osadzić efektowny gitarowy wachlarz na rytmicznym, motorycznym fundamencie i wszystko musnąć nowoczesnym klawiszem i obficie potraktować oryginalnymi wokalami, z frazami krzyczanymi, growlowanymi i czystymi zaśpiewami. Tym samym jednocześnie nutę połamać i nadać jej kolorytu futurystycznego oraz pozostawić w niej trzon jednoznacznie z tradycyjnym heavy metalem się kojarzący. Stworzyć album niemal radiowy, ale broń B. całkowicie banalny. Nagrać przeboje do nucenia, ale jednak nie dla wszystkich. :)

czwartek, 23 września 2021

Carcass - Torn Arteries (2021)

 

Zanim przejdę do sedna i nieco krytycznym wzrokiem spojrzę w kierunku albumu, który zasadniczo uznaje za świetną robotę, lecz (o jejku) równocześnie kręcę nosem, bo uważam iż brak mu pewnych walorów, których istnienie powstrzymałoby mnie od drobnych złośliwości, podzielę się prawidłowością jaka gości od pewnego czasu w moim życiu i wyraźnie w momentach newralgicznych komplikuje mi funkcjonowanie. Mianowicie natchnienie w kwestii recenzjo-refleksji dopada mnie coraz częściej wówczas, gdy późna noc za oknem czernią otula, a do pracy zawodowej jeszcze przed świtem trzeba się zbudzić, bądź kiedy inne obowiązki pilne cisną i nie ma chwili by zasiąść i dobre pomysły na tekst przełożyć. Wtedy to próbując je osadzić w pamięci, by na dogodny moment do spisania doczekały, zaczynam się fiksować na powtarzaniu myśli w myśli, bądź na siłę podejmując spore ryzyko je notuje - ciśnienie zewnętrzne z trudem znosząc, albo też mu ulegając, jak czajniczek zaczynam wrzeć w uścisku konfliktu muszę-muszę. Tak to było właśnie w przypadku pomysłu na tekst w temacie Torn Arteries, który w ogólnym zarysie powstał, został zapamiętany, lecz niezapisany, a do tego do kroćset (i tutaj drugi kontekst sytuacyjny) zanim go wprowadziłem w edytor wpadłem na kilka zdań kolegi blogera (znacznie, gdzie tam - znaczniej bardziej popularnego), który to w podobnym tonie i z prawie bliźniaczymi skojarzeniami spisał błyskotliwie własne przemyślenia. Stąd miałem wyjścia dwa - raz porzucić wypracowany pomysł, by nie narazić się na posądzenie o plagiat, lub zaryzykować i liczyć na wiarę i wyrozumiałość moich kilku czytelników, którzy zapewne też działalność wspomnianego kolegi blogera śledzą i moje zapewnienia że zdarza się, iż dwie totalnie obce i pozbawione tym samym bezpośredniego kontaktu osoby mają podobne odczucia i (co jest głównym powodem wciskania tak obszernego wstępu tego), mają bardzo podobną koncepcję na akapitu/akapitów zapisanie. W tej sytuacji postanowiłem jak poniżej następuje zgodzić się z przekonaniami wyżej wspomnianego i krótko je tylko wypisać, nie roszcząc sobie praw do sławy z nich może wynikającej, ani nawet do uznania że posiadam fascynującą wyobraźnię i ekscytujące poczucie humoru oraz nawet całkiem niezłą łatwość myśli przelewania na klawiaturę. Także ten tego, Torn Arteries spostrzegam jako materiał taki nieludzko perfekcyjny, niby ten właśnie prymus szkolny doskonale zawsze przygotowany i nienagannie w mundurku się prezentujący, którego prace pisemne i odpowiedzi są pozbawione błędów ortograficznych, stylistycznych czy oczywiście merytorycznych, ale od których poprawności wieje nudą. Wzór po prostu do naśladowania, ale jako kompan od linijki funkcjonujący zwyczajnie kompletnie pozbawiony spontaniczności, nie mówiąc już o niedostatku ekstremalnych skłonności, które to najczęściej długowieczne wspomnienia zapewniają. No ok, taki mądrala może też zaimponować wiedzą i biegłością - on może nawet wbić w kompleksy elitarnością, ale częściej niestety jego ostrożność i posunięta do granic wytrzymałości nienaganność oblicza, tak samo przewidywalność zachowań emocjonalnie i energetycznie odebrać wszelkie siły witalne. Poza tym on się alko nie napije, nie sarknie złośliwie i nawet jak się zaśmieje to tak powściągliwie. Chyba wystarczająco dotychczas już dałem do zrozumienia, że mam poniekąd problem z Torn Arteries, bo ja jako mimo wszystko osobnik całkiem ambitny, by doświadczyć kontaktu z towarzystwem w okularach chce do niego wracać, że się w tej ekskluzywnej materii odnajduję, ale to wyzucie z większych emocji powoduje obojętność w jego trwałym konsumowaniu. On jest i tylko jest, jak np tło do rożnych domowych obowiązków. Sami muzycy w dodatku nie prezentują większej pasji i nawet, jeśli nie można im odmówić profesjonalizmu, to prezentują się mało wiarygodnie, a taki Bill Steer (patrz: video do The Scythe's...), to chyba lepiej jednak czuje się w anturażu Gentlemans Pistols i ja chyba też już bardziej w ten jego wizerunek wierzę. Torn Arteries bardziej jednak do mnie przemawia niż powrotny Surgical Steel. Dodatkowo kapitalny jarzynowy cover art większą uwagę zaskarbia.

środa, 22 września 2021

The Lurking Fear - Out of the Voiceless Grave (2017)

 


Z gigantycznym poślizgiem i z komunikatem nadrzędnym zanim wyłuszczę co i dlaczego przychodzę. Budzę się po trzech latach i wreszcie składam ze słów jakimi na co dzień zdążyłem się nauczyć całkiem sprawnie posługiwać, tekst co w przypływie dobrych chęci czytających możne określić niezgorszą recenzją. Komunikuję jednak zanim słowa właściwe popłyną, że debiut absolutnie (nie)debiutantów znałem i w tym debiucie się zasłuchiwałem od kiedy wypełzł z piekła deathowej ekstremy, ale niech dla mnie Lucyfer już przygotowuje najgorętszy kocioł smoły, jeślim łgam choć odrobinę, kiedy bez przystawki w postaci przypiekania na wolnym ogniu przyznam się, iż nie wiem jakim czarcim cudem tego dotychczas materiału nie poddałem (na miarę moich quasi recenzenckich możliwości) analizie. Tak się może złożyło, że się w mej głowie przyjęło przekonanie, że dokonałem ja już tego i stąd w nieświadomości błędnego rozumowania pozostawałem/istniałem. Teraz jednak sprawdziwszy i oniemiawszy dostrzegłem jak jest - a jak nie jest, a odkryłem to dzięki pojawieniu się w internetach wszędobylskich nowego clipu Panów rzezi dźwiękowej Weteranów, który promują pod szyldem The Lurking Fear już nadchodzącą dwójkę. Na paplanie kto tu instrumenty gwałci już za późna pora, a jedynie zauważę z prywatnej perspektywy, że kłapania dziobem Pana Tomasa Lindberga to ja nie zawsze i nie od zawsze z niekłamaną przyjemnością słuchał i tutaj to akurat jak i na starych nagraniach At the Gates dla odmiany z radochą to wyjca wycie przyjął. Tomasa wrzask już taki, że nie wszędzie wciśnięty, choć zawsze jednaki, harmonijnie współpracuje. A może współdziała w symbiozie tyle że nie wszystkie kapele w jakich ryja wydziera mnie do gustu przypadają? Nad ta kwestią teraz się zamyślam! Ale nie o tych nich tutaj, a tutaj o "lovecraftowym" The Lurking Fear, zatem raz że mi ten wyjec w tym otoczeniu dźwiękowym leży, a dwa że to otoczenie o kurw, o jprdl takie cudnie brzydko-piękne - tak jak to jakim swego czasu inna gromada starych szwedzkich deathowców zaimponowała. Tak jak wielbię Bloodbath, tak wielbić postanowiłem The Lurking Fear i oczekując z wypiekami na ryju ich kolejnego krążka oświadczam, że Out of the Voiceless Grave charczy  tak, jak charczeć każdy kolejny współczesny rzyg At the Gates powinien - a nie charczy i chu! Tu sznyt archetypiczny rządzi i jazgotliwe harmonie wyrywają sobie pierwszeństwo z tempem (he he tempami) opętańczymi i masywnym walcowaniem z tak umiłowanymi wyrazistymi melodiami, a w dodatku z każdej nuty wylewa się jad i pryska w ślepia przekrwione. Innymi słowy, starsi koledzy zza Bałtyku napierdalają, a tu odrobinę młodszy od starszych kolega słucha i wyraża wdzięczność za to napier(tralalala). Szatan, Lucyfer, Belzebub albo jaki inny Czort Wam zapłać!

wtorek, 21 września 2021

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) - Mateusz Rakowicz

 


Cóż, nie mam chyba ochoty swojego zdania szerzej prezentować, a tym bardziej udowadniać że miało mi się prawo nie podobać, bo po zapoznaniu się z wcześniejszym hura entuzjazmem prezentowanym przez „szczęśliwców”, którzy już zdążyli się z mega hitem Polsatu zapoznać, czuję się po prostu tak rozczarowany, że aż przygnębiony. Polska szkoła filmowa poziom nędza (czkawka uciążliwa po podanej po krajowemu hamerykanskiej bułce z podłą wołowiną), ale nie nędza całkowita, tylko nędza w sensie poddania się pokusie zdobycia poklasku i oglądalności, by z ciekawego konspektu w efekcie zrobić cyrk i historię dramatyczną sprowadzić do rozrywkowej hały, pełnej cekinowego blasku i teledyskowo-komiksowego efekciarstwa. Kompletnej parodii rzeczywistości, z kontaktu z którą (pesymizm podpowiada) że większa część widzów będzie miała od ucha do ucha sobotnią radochę, nie zdając sobie często sprawy, że to totalny odlot autora scenariusza, a prawda o Saszłyku (przepraszam Najmro), to oprócz obrabiania Pewexów i filmowych romansów, także narcystyczny egocentryzm i finałowa tragedia. Rozumiem że tak sobie to wymyślono, tak zrealizowano i tak dobrze produkt końcowy zostanie ze sporym zyskiem sprzedany. Mnie jednak ten tani matrixowy (patrz: bidny slow motion) styl nie przekonał - tempo dobre, co postrzegam za zaletę, tylko że ja wychodząc z kina wymagam, aby bez względu na charakter stylistyczny, film zostawił we mnie ślad, a Najmro śladu nie zostawia, bo nie wyłącznie puenta tutaj żałosna w konfrontacji z rzeczywistością, lecz sporo w międzyczasie tandety i do przesady przerysowanej manipulacji sentymentalno-nostalgicznej. Podkreślam zatem, że to z takiego tworzywa sztucznego produkt do masowego korzystania, gdyż żadne minimalnie chociaż ambicjonalne kino - chyba że za ambicję uznać sny o pełnych multipleksowych salach i radośnie strzelającym na stoisku z przekąskami popcornie. Nawet w kategoriach rozrywki niebędące jednak doskonałą, a tylko naciąganie dobrą zabawą. Podsumowując, nie powiem jak belfer za mojego dzieciństwa siadaj pała. No tak, powiem bardzo dobrze, trzy na szynach! Bowiem na przykład na cholerę przestylizowywać historię, która sama w sobie ma doskonały, ale nie absurdalnie hollywoodzki styl, którego polaczki (tacy nowocześni patrioci ze znakiem TERAZ POLSKA) nie docenili i wcisnęli bez wyczucia w formę, której do kurwy nędzy kręcić jak amerykańscy mistrzowie nie potrafią. 
 
P.S. Abstrahując od jakiejkolwiek prawdy i realizmu biograficznego oraz szacunku dla ofiar Najmrodzkiego. Pamiętam te materiały w 997, kojarzę czym był schyłkowy PRL i pierwsze lata nowego otwarcia i trudno mi zrozumieć, dlaczego reżyser rówieśnik, ten około transformacyjny koszmar postanowił tak żałośnie zaklinać. 

poniedziałek, 20 września 2021

Control Denied - The Fragile Art of Existence (1999)

 


Ta opowieść nie powinna była się tak szybko skończyć. Ona miała przecież przed sobą wiele rozdziałów i to rozpisanych śmiało na kilka ksiąg i tomów. Bo przecież Death w rozkwicie i Control Denied, jako projekt uboczny u progu popularności. Niestety wszyscy fani gigantycznego talentu Chucka Schuldinera wiedzą jak się ona przedwcześnie tragicznie zakończyła i ubolewają nad tym przerażającym faktem, że ogromna wyobraźnia muzyczna i równie kolosalne umiejętności instrumentalne obróciły się w proch. Temat działalności macierzystej formacji podejmowałem już kilkukrotnie i jeszcze nadejdzie ten właściwy moment, który zdopinguje mnie do pochylenia się nad archetypicznymi aktami twórczymi powyższej legendy, a w międzyczasie czuję się zobligowany w końcu do rozpisania kilku wątków powiązanych z pierwszym i ostatnim tchnieniem Control Denied. Krucha sztuka egzystencji (cóż za proroczo symboliczny i literacko wdzięczny tytuł) swego czasu postrzegałem jako nie do końca przez pryzmat wykorzystanych możliwości wokalnych Tima Aymara udany pomysł stylistyczny. Cóż, potrzeba było ewidentnie czasu aby z charakterystyczną manierą się osłuchać, by docenić tkwiące w niej walory, bądź chociaż przyzwyczaić głowę do jej brzmienia. Szczęście w tym, że sama dźwiękowa formuła tkwiąca pod warstwą śpiewu potrafiła zainteresować i bezkonfliktowo zadomowić się w duszy i umyśle, bowiem jej forma nie tak odległa od pomysłu w jakim Death z powodzeniem godnym progresywnych legend w finalnej fazie istnienia z powodzeniem funkcjonował. Eksplorowanie progresywnego heavy metalu, w którym tak samo istotna była nośna fraza melodyczna jak i wręcz wirtuozerskie popisy z pograniczna jazzowej improwizacji zaprzątała uwagę Chucka. W tym kierunku zdawał się w planach na przyszłość kierować swe kroki, a gdzie by go ta bogata w możliwości droga zaprowadziła, już nie raz zadawałem sobie pytanie i zawsze brakowało mi inwencji by móc to określić. The Fragile Art of Existence to wymagający koncentracji album, ale kunsztowność tkanych motywów odpłaca się w sposób zwielokrotniony, kiedy uda się przegryźć przez jej złożoność i to co z początku pozornie przekombinowane i niespójne przeobrazi się w niekonwencjonalny, ale jednak znakomity nowoczesny i progresywny heavy metal - bez stylistycznych granic spostrzegany. Jedno co tylko mogło i może budzić wątpliwości, kiedy dotarcie do jądra tej sztuki bardzo wysokich lotów następuje, to przekonanie iż Mistrz nie potrafił wówczas jeszcze przestawić się na zupełnie inny tok myślenia o strukturze muzycznej pisanych kompozycji, przez co album (co by tu detalicznych różnic nie wyszukiwać) z powodzeniem z wokalami jego samego, mógłby stanowić kolejny krok w ewolucji wielkiego Death'u. Zmiana perspektywy spojrzenia, ucieczka w rejony nieznane, najlepiej te zaskakujące i najważniejsze od nawyków uwolnienie - tego bym dzisiaj od nowej formacji Schuldinera oczekiwał. Ale tego nie dostanę - wszystko co miało powstać to powstało i my wszyscy pasjonaci już o tym z bólem serca patrząc w przeszłość wiemy. 

niedziela, 19 września 2021

Minamata (2020) - Andrew Levitas

 


Mimo iż to gatunkowy dramat biograficzny, opierający się fabularnie głównie na śledczym wątku, to miejscami Minamata wygląda niczym horror, gdyż koszmar wywołany przez korporacyjną chciwość i bezrefleksyjność tak silnie sugestywnie przez autora zdjęć oddany. Przerażające obrazy wykreowane przez cały zespół fachowców odpowiedzialnych za powstanie filmu Andrewa Levitasa, nawiązują bezpośrednio do prac Williama Eugene'a Smitha, będącego głównym jego bohaterem i wieloletnim autorem wstrząsającej dokumentacji fotograficznej z miejsc konfliktów. Amerykańskiego fotografa, twórcy reportaży (fotoesei), które publikował wówczas w magazynie Life, a jak można doczytać w materiałach źródłowych wcześniej w innym wiodącym piśmie, pracując także swego czasu dla legendarnej agencji fotograficznej Magnum. Jego kariera bogata, życie osobiste zapewne przez wzgląd na wykonywaną profesję obarczoną gigantycznym obciążeniem psychicznym burzliwe, a same zdjęcia w branżowym środowisku uznane i niezwykle dla zwykłego pochłaniacza masowej informacji poruszające. Minamata to fabularny zapis autentycznych wydarzeń, zrealizowany w wolnym tempie z mocno refleksyjnym przesłaniem zawartym pod szorstką warstwą realistycznego mroku. Zapisem schyłkowego fragmentu biografii, ale przede wszystkim kroniką wielkiej tragedii małej społeczności poświęconej w imię zarobku i rozwoju przemysłowej potęgi. Mocnym, silnie oddziałującym filmem z bardzo dobrymi kreacjami - chociaż Depp zbyt już dla mnie ograny. Filmem który to w gatunkowym schematyzmie, pośród wielu innych produkcji opisujących dziennikarskie śledztwa wyróżnia się nad wyraz surowym charakterem, ponurą atmosferą przygnębiającego dreszczowca i intensywnym podkreśleniem ludzkiego cierpienia. Grube ryby krzywdzą plotki. Historia stara jak świat. Znamy - rozumiemy - cóż zrobić! 

P.S. Miażdżąco przerażający cynizm i totalny brak jakiejkolwiek wrażliwości na krzywdę ludzką ze strony korporacyjnych bossów, którym całkowity widok przesłania wyłącznie specyficznie rozumiane dobro - "dobro" spostrzegane pod postacią wyłącznie finansowych korzyści. Starcie władzy pieniądza ze zwykłym człowiekiem w oczywisty sposób przesądzone, a nawet jeśli upadek tych możnych mógłby nastąpić, to wyłącznie chwilowo, bo zawsze te tłuste kocury na cztery łapy spadają. Cóż zrobić?

sobota, 18 września 2021

Four Good Days (2020) - Rodrigo García

 

Upodobał sobie chyba Rodrigo García Glenn Close i ona chyba wiąże dobre wspomnienia ze współpracy z tym reżyserem, bo już mieli okazję wspólnie pracować i z tej kooperatywy powstał szczególnie dla niewątpliwie wielkiej aktorki ważny (prestiżowe nominacje) Albert Nobbs -  a teraz po latach (za chwilę wydam werdykt, czy warty uwagi) Four Good Days. Nie ma tu co kręcić, należy się opinia szczera i najlepiej treściwie wystawiona. Zatem z grubej rury, już, natychmiast wale! W pełni świadom odpowiedzialności za słowa stwierdzę, że wyszło znakomicie i nie ma podstaw przed seansem do obaw, czy aby nie banalnie i sztucznie. Bowiem jakby temat nie był ograny to zawsze, kiedy naturalność i wiarygodność przedstawionych sytuacji jest nie do podważenia, a kreacje aktorskie nie śmierdzą na odległość tanią emocjonalnością, to do cholery trzeba się cieszyć i z entuzjazmem chwalić. Glenn Close to jak zazwyczaj mistrzostwo świata - im starsza tym lepsza i tym ostatnimi laty obsadzaniem jej w kameralnych dramatach strzałem w dychę, szansa na kolejne peany pochwalne ustrzelona. Mila Kunis też plamy nie daje, a nawet stwierdzę, że jak na aktorkę nie bardzo dramatyczną, aczkolwiek jak już tak poważnie obsadzana, to przecież bez zgrzytu, daje tu sto procent z siebie i nie jest to w żadnym razie bez powodu trafiony wybór persony odpowiedzialnej za casting. Chcę przez to powiedzieć, że jak już jest powód by na wysokim ciśnieniu brawurowo atakować, to ciśnie jak należy i w tej relacji córka matka interakcja aktorska potrafi bardzo mocno poruszyć. Zatem brawo za jej wybór. Każda z nich w tym opartym na autentycznej historii koszmarze - koszmarze jednako z optymistyczną puentą ma swoją osobną i wymagającą wyszkolonego warsztatu rolę do odegrania i każda z postaci w jakie się wcielają też nieco za uszami nagromadziła, bo ideału na tym świecie brak, słabości w człowieku mnóstwo, bo też rzeczywistość stawia przed niekoniecznie łatwymi wyborami, niekoniecznie też w stu procentach osobiście sprowokowanymi, bądź zawinionymi. Przepracowywanie w cztery oczy zaszłości, wszelkich dołków i traum to raz, ale wiecznie się w nich babranie to też nie bardzo właściwe działanie, kiedy skupić trzeba się na dynamice bieżących sytuacji. Było minęło, nie ma co nadgorliwie rozgrzebywać, pamiętać lepiej to co dobre, a takie za nami pozostawione życie kiedyś przecież też było - może życie lepsze jeszcze będzie, może jeszcze niestracona na nie szansa? Matczyna miłość, gigantyczne poświecenie, odwaga i wręcz katorżniczy upór. Dramat z pasją i wedle najlepszych gatunkowych prawideł stworzony, stąd nie ma się do czego przyczepić. Film to z wielkim doświadczeniem poprowadzony - bez dziur fabularnych, logicznych i świetnie konteksty ogarniający. Może nie dzieło epokowe, ale kapitalna, detalicznie przemyślana i zrealizowana typowo po amerykańsku udramatyzowana prawdziwa, wiarygodna i przekonująca robota/historia. Zostanie ze mną - myślę, że nawet na dłuższy czas. Bo jest tego bezdyskusyjnie warta, a piosenka z finału odpowiednio wzruszająca by w sercu i pamięci zakotwiczyć. A to ważne. 

P.S. Dragi to potworne gówno, żadna to myśl odkrywcza. Pewnie jeszcze większe, kiedy uzależnienie nie dotyczy ciebie z perspektywy własnego organizmu, a patrzeć musisz na staczanie się kogoś najbliższego i pomimo ratunkowego instynktu jesteś bezradny, bo koła rzucane wokół pływają, ale nie ma komu ich złapać. I jeszcze nieco prywaty przy okazji. Mówią małe dzieci, małe problemy, duże dzieci, duże problemy. Ciekawe, kiedy i czy w ogóle moi starzy podziękują mi za to, że ze mną ich nie mieli. Jestem cierpliwy.

piątek, 17 września 2021

Land (2021) - Robin Wright

 



Bardzo romantyczna, nieprzekonująco dramatyczna, aczkolwiek niecałkowicie pozbawiona realizmu opowieść o ucieczce przed reperkusjami życiowej tragedii. Nieco oklepany temat, jego wizualizacja dość przewidywalna, ale w sumie trudno wymagać oryginalności od każdego nowego obrazu, w którym bohater w dzicz ucieka, kiedy oto ratuje się przed koszmarem wspomnień. Ale też (piszę uczciwie, w dowód w pierś się uderzając) że piękne, mimo iż pozbawione większej finezji ujęcia surowej przyrody oraz najistotniejsze dla gatunku, nawet poruszające (obiektywnie, nie subiektywnie) ujęcia duszy katuszy. Ufff. Niby nie dosłownie, niby nie wprost podane powody tego cierpienia, lecz też bez żadnego problemu widz domyśli się, jaka tragedia stoi za obserwowaną sytuacją. Szkopuł jednak w pełnometrażowym debiucie reżyserskim znanej (zawsze pozostanie Jenny Curran) aktorki taki, że to taka powierzchowna i szalenie prosta wizja i w dodatku brak jej mocy wnikliwości i tak przeze mnie uwielbianego pulsu podskórnego. Dość wytrawny kinoman będzie niewystarczająco przekonany, a koneser zamiast poruszony, wręcz bardziej rozbawiony prostotą szytych grubą nicią przewidywalnych wydarzeń. Ja ponadto jestem rozczarowany, bo miałem nadzieje na wstrząs, na który już po dwudziestu minutach seansu wiedziałem że nie mam co liczyć. Może nie jest to totalny zakalec, lecz wypiek nie w pełni udany, bo okazało się, że szef tej kuchni niby ma składniki, wie w jakich proporcjach książkowo ich użyć, ale brak mu intuicji i na razie nadaje się tylko by nakarmić niezbyt wymagającego klienta. Przepraszam - szefowa kuchni oczywiście. :)

Drukuj