środa, 8 lipca 2026

Backrooms / Backrooms. Bez wyjścia (2026) - Kane Parsons

 

Dzień dobry/dobry wieczór, kina mocnych wrażeń „dreszczowych” maniakom. Przypominam/donoszę, iż była bardzo niedawno na ustach wielu Obsesja, obecnie w apogeum zainteresowania od kilkunastu dni pozostaje Backrooms. Horrory na propsie i to autorstwa kompletnie nowego pokolenia filmowego, bowiem te dwa i w ostatnim szerszym nieco czasie, kilka innych ważnych, bowiem frapujący i wdzięczny kierunek obierających, dystansujących się od wyłącznie efektowności na rzecz głębszych treści, produkcji nastawionych żniwa. Backrooms jest interesujący koncepcyjnie oraz w mocnym pomieszaniu z poplątaniem (czytaj bezpośrednim chaosie alegorycznym) zdatny do intensywnego rozbierania na części składowe i rzecz jasna wyciągania wniosków, sugestiami podsuwanych. Nie wszystko na pewno według intencji młodocianego kierownika tego zamieszania połączyłem, nawet jeśli dwóch głów używając, do swoich wrażeń te Lalu dopasowałem. To przecież jest chaos spory, nagromadzenie tajemniczych motywów, nawiązujących do wspomnień podświadomości, jakie we łbie uśpione i wybudzane w konkretnie sprężynujących okolicznościach. Opisywanie obrazem tego co znajdujemy w zapętleniu wspomnień, co nam zrobiło dzieciństwo i z czym nas pozostawiło. Częstokroć z nieuświadomionym przez lat mnóstwo znaczeniem wydarzeń i odcisków traumatycznych, dla bezpieczeństwa póki to możliwe wypieranych. Z koszmarem zza pleców, na pełnej najczęściej wchodząc w „przed-starość”, w tym przypadku wizualnie kapitalnie zilustrowanym, dzięki zastosowaniu kameralnych, a jednak widowiskowych efektów specjalnych. Mnie w tym labiryncie, w towarzystwie bohaterów, całkiem fascynująco w transie gubiło jedne myśli, natrafiając na inne i korzystając z własnych doświadczeń mało konstruktywnych, z klocków pamięci i pół-pamięci i czarnych dziur, własną mapę strachów tworzyło. Wszystko wypływa z zapętleń i wszystko finalizuje się zapętleniami, w tej alegorii terapii - otwierania drzwi i okien do osobistej twierdzy w głowie, z których co rusz wypada jakieś trupie truchło z przeszłości, prowadząc skomplikowanymi labiryntami, przez analizowane koszmary, do jednego banalnego wniosku, że jeśli traumy z czasu smarkatego nie dadzą rady (stając się w międzyczasie morderczymi cieniami) Cię człowieku zabić, to na pewno gigantycznie nie raz Cię zdemolują. Być może dlatego bronię się i jeśli tylko nie jest to konieczne, nie wycofuję i nie podejmuję konfrontacji - lukając ostrożnie w permanentnym, ale oswojonym lęku zza ochronnej szyby samotności, stworzonej i pielęgnowanej banieczki. Nie prowokuję starcia, gdyż mój wewnętrzny potwór, aktywuje się poprzez bez zrozumienia reakcję otoczenia. Dlatego interpretacyjne spojrzenie debiutującego smarkacza, ma dla mnie znaczenie i nie będę tu narzekał, że może za dużo tu było nachalnego psychologizmu. Było go tyle ile uznał autor za konieczne i nie skupił się wyłącznie na intelektualnej głębi, ale sieknął też kilka razy surowo i konkretnie kapitalnymi „strasznościami”, korzystającymi skutecznie z podkładu dźwiękowo-muzycznego. Z pewnością nie było możliwości aby przyciąć komara, bowiem konsekwentnie to co wypływało z ekranu niepokoiło i intrygowało. Zwięźle ujmując, porządny kawał porządnie zagranego, „klaustrofobicznie geometrycznego slashera terapeutycznego” wciągnąłem!

wtorek, 7 lipca 2026

East of Eden / Na wschód od Edenu (1955) - Elia Kazan

 

Lalu się całkiem mocno po obejrzeniu efektem podniecała, ja natomiast pozostałem raczej niewzruszony, więc gdyby nie natłok u niej innych okoliczności niesprzyjających spisywaniu refleksji, to w tekście poniższym więcej byłoby opinii pozytywnej lub wręcz entuzjastycznej, niż tej jak się okaże dość wstrzemięźliwej, ale nie napiszę że rozczarowującej w odczuciu i w odniesieniu do meritum. Zatem jeden film, a dwa stany po skosztowaniu i moje pierwsze przekonanie, bądź obawa iż może czegoś nie zrozumiałem, na coś nie byłem odpowiednio wrażliwy, więc ocena kompletnie nie będzie nasączona pewnością siebie - raczej zdystansowana, pozostawiająca pootwierane furtki do ewentualnej zmiany zdania, gdy okaże się być może kiedyś, że coś zaświtało, jakieś połączenia w przemyśleniach zatrybiły i w konsekwencji przymusiły w poczuciu wstydu, głowy spuszczonej do oddania Kazanowi i Deanowi sprawiedliwości. Może się tak zdarzyć, gdy przynajmniej zrozumiem jak doskonałym fundamentem była powieść Steinbecka, bowiem na półce wypycha się do przeczytania tegoż biografia, a przecież nic do trafionego odbioru twórczości nie przybliża jak znajomość kontekstów z życia i inspiracyjnych sprężyn. Na dzisiaj jednak napiszę tylko tyle (zostawiając miejsce na ewentualny edit, tudzież coś w rodzaju poszerzonej erraty), iż faktycznie temat ambicjonalnej, podszytej zazdrością walki o względy ojca plus konkurowania dwóch braci o serce jednej kobiety, to podstawa iście dla opowieści bogatej w namiętności i dramaty perspektywiczna, ale w przypadku kina hollywoodzkiego z połowy lat pięćdziesiątych i sposobu w jaki uniesienia w nim były ukazywane, dla mnie jak się okazało nazbyt emfazą przesiąknięte, kiedy w dodatku maniera Jamesa Deana bywała równie emocjonująca co przeszarżowana – w sumie zasługująca na kultową adorację. Zatem waham się, ale fascynująca i doceniona przez miłośników, w praktyce literatura Steinbecka, w formule kina Kazana u mnie na ten moment uznania na jakie się nastawiłem nie zdobyła. Może jednak to nie tylko problem aktorstwa jakie dzisiaj lekko przekoloryzowane uczuciowo, ale właśnie podstawa była nadmiarowo melodramatyczna i popuszczająca wodze w kierunku taniej sensacji, a sam Steinbeck nie był pewny czy zmierza w trafnym kierunku, sam nie wiedząc do końca i niejasno mącąc, co sądzi o ówczesnej kondycji człowieka. Być może konstrukcja jego prozy była nazbyt złożona, do zekranizowania w formule oddającej jej najważniejsze walory niezdatna. W końcu być może postaci były mało wiarygodne, mimo że sposób opowiadania wymagającej historii, na kartach był pełen życia. Mam może też poczucie, iż ta wielowarstwowa i podsumowana mocnym finałem quasi epopeja rodzinna, nie jest adresowana do typów mnie podobnych, całkiem solidnie impregnowanych na przejaskrawianie. Nie uważając jednocześnie, że sagi rodzinne, jeśli są psychologicznie wiarygodne, bywają gatunkiem jaki wywołuje we mnie uczulenie. Patrzcie proszę na moje przykładowe uwielbienie dla Wichrów namiętności.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Silent Friend / Milcząca przyjaciółka (2025) - Ildikó Enyedi

 

Kino otwarte, szeroko interpretacyjnie rozbudowane, pulsujące wewnętrznie i zamknięte, sprowadzone do skompresowanego, kameralnego slow cinema snuja jednocześnie. Harmonijnie otwarte i zamknięte estetycznie i formalnie - bez śladów uczestnictwa w tych dwubiegunowych określeniach sprzeczności. Kino metaforyczne, alegoryczne, więc trudne i żmudne, ale oferujące również masę głębokich przeżyć, niebezpośrednio, stopniowo w widzu, niczym wzrastająca roślina wzbudzanych. Wymagające obserwacyjnego zmysłu nastawionego na pełną koncentrację i zarazem pozwalające zatapiając się w kontemplacji odpocząć, gdzieś na granicy intensywnego wysiłku intelektualnego, w spokojnym, płynnie swobodnym otoczeniu pozbawionym jednakże chaosu wynikającego z natłoku ważnych myśli. Ostentacyjnie wręcz artystyczne i refleksyjne, jednako nie pobudzające odruchu obronnego, jaki często wiąże się z uczestnictwem w reżyserskim autorskim rytuale, stworzonym z pobudek etycznych, odpowiedzialności za wskrzeszanie szlachetnych wartości. Niebanalny a jakże temat, prawdę pisząc mnie totalnie zaskakujący na poziomie opracowania i docierania do sedna przesłania i analizy obranego eksploracyjnego kierunku. Uczestniczyłem i czułem, żyłem w procesie hipnotyzującym, czymś na kształt barwnej i kompletnej erudycyjnej medytacji, jednakże skutecznie uciekającej jak wspomniałem od nadęcia koncepcyjnego. W urzekającym, magicznym, widowiskowo intrygującym przeżyciu z głębokim wnętrzem i silnie rezonującym charakterem. Botanicznym eseju o fabularnie ludzkim kontekście - traktacie komunikacyjnym z fascynującymi paralelami, analogiami. Narracyjnej perełce, naukowym multimedialnym niemalże wykładzie, jaki pasjonuje i po wybrzmieniu potrafi zmienić w człowieku perspektywę, a być może nawet obudzić namiętną florystyczną pasję. Wielkie ilustracyjne kino gigantycznej wrażliwości, z monumentalnym finałem. Wprost naj haj. :)

P.S. Przepraszam za quasi poetyckich uniesień zatrzęsienie, kosztem innych właściwości w recenzji istotnych pominięcia. Świadomie sobie w coś więcej poza scenariusz, warsztat i technikalia odpłynąłem. ;)

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

środa, 1 lipca 2026

Jutro premiera (1962) - Janusz Morgenstern

 

Bardzo uroczo, z intelektualnym wdziękiem z epoki. Z mnóstwem tak samo charakterystycznych głosów, jak rozpoznawalnych natychmiast twarzy: Gustawa Holoubka, Ireny Malkiewicz, Kaliny Jędrusik, Tadeusza Janczara, Barbary Kraftówny, Wieńczysława Glińskiego, Aleksandra Bardiniego, Edwarda Dziewońskiego, Ignacego Machowskiego, Aleksandra Dzwonkowskiego, ale i Krystyny Sienkiewicz oraz Siemiona, Łazuki, czy w epizodzie Leopolda Tyrmanda. Zaprawdę wielcy i najwięksi i chciałoby się mieć to szczęście i wypić z taką śmietanką towarzyską kawkę lub coś mocniejszego w SPATiFie, ale czy byłoby jednak tak stu procentach racjonalne dzielić z tym pokoleniem surowe doświadczenia wojenne i powojenne? To już byłoby raz ryzykowne, dwa wymagające, więc wracając do sedna patrząc na ekran jest łatwiej, bezpieczniej i bardziej jednak idealizująco. Można więc między innymi skupić się na przyjemnie dopasowanej muzyce Krzysztofa Komedy, w której ambitne akcenty w rozrywkowej formule, człowiek ikona tamtych czasów, cudownie zaaranżował. W sumie nie często ostatnio korzystam (kino współczesne pomimo innej specyfiki żyje i ma się dobrze), lecz lubię takie wdzięczne, staromodne granie, ten czarno-biały, a mimo to ilustracyjny niebywale charakter obrazu oraz czar wielkich ARTYSTÓW i ich osobowości, których klasa ma ten powiew lekkości we wzbudzaniu podziwu i aplauzu. Szanuje zatem dawno zapomniane maniery i korzystam z rozmachem z obserwacji niegdysiejszych stosunków społecznych, wyższego levelu kurtuazyjnych relacji, równie jak jestem zafascynowany ówczesną szaro-burą w rzeczywistości ulicą, którą pokazywano tak, że gdyby nie socjalizm architektoniczny, cechy też drugoplanowe czy warunki materialne, można by mylić z planami z urokliwej małomiasteczkowej Francji. Bowiem sznyt naszej ówczesnej „bulwarowej farsy mieszczańskiej”, to myślę jawne nawiązanie do lekkiego, bez napinki artystycznej kina francuskiego - z oczywiście wymienionymi cechami realiów naszej części Europy. Jest tu też ździebko nawiązań do filmowania przedwojennego, bo wzorce szlachetne, choć archaiczne wciąż jeszcze wówczas, przez pryzmat nostalgii i sentymentu świeże. Obok zarazem, w osnutej talentem artystycznym symbiozie, trochę nowoczesności, w jednak przede wszystkim klasycznej oprawie, gdzie czar przystępności uzyskany za sprawą skromnych, jednakże intelektualnie błyskotliwych narzędzi satyrycznych.

Drukuj