Nie miłuje najmocniej, lecz najsilniej jednak na teraz Love the Filth pośród krążków Austriaków propsuje, bowiem on mnie najbardziej intryguje i wciąż jest poniekąd nie do końca odgadnięty czy przyswojony. Bardzo szanuje kolejny trzy dotąd wydane albumy, gdzie Mother's Cake stawał się za każdym razem bardziej dojrzałym, unikającym prostej drogi do większej popularności, poprzez przede wszystkim stosowanie uproszczeń w formule aranżacyjnej. Wszystko po materiale z 2015 roku posiada w sobie więcej przejrzystości, rodzaju chwytliwości przybliżającej do radiowej formuły, lecz niekoniecznie proporcjonalnie mniej rozimprowizowanego charakteru. Jednako pod tym względem żaden inny album nie jest w stanie dorównać Love the Filth, bowiem tutaj wszelki indeks, to fajne osobne tematy, ale i gigantyczna przestrzeń do prowadzenia ich w ciekawych, niekoniecznie szablonowo powielanych kierunkach. Świetny puls, doskonały groove, lekkość instrumentalnych wirtuozerii (nieoczywiste solówki), garażowy etos z chropowatym, organicznie przytłumionym brzmieniem oraz pomysłowość, chociażby w kwestii ubogacania samej muzyki kapitalnymi klipami - patrz Gojira, Void i Ecstasy. Ponadto funkowy luz, free jazzowe momentami odjazdy i post punkowa czy bardziej post grunge'owa stylizacja, tak wizualna jak naturalnie wykorzystana w manierze wokalnej. Wielka sympatia dla tej ekipy i żal że jak się pojawiają u nas w kraju, to ostatnio jakoś mi z terminami było po drodze. Jeden gig i jeszcze jako support w zamierzchłych czasach to dla mnie zdecydowanie mało. Gigantycznie polecam zapoznać i obiecuję sobie po latach zobaczyć ich na żywca jako punkt kulminacyjny jakiego spędu - na stówę w doskonałej formie. Mojej i ich! :)
poniedziałek, 13 kwietnia 2026
niedziela, 12 kwietnia 2026
Bring Them Down / Bez przebaczenia (2024) - Chris Andrews
Będzie zwięźle i bez upiększeń, bo esencjonalnie i ascetycznie idealnie do tego co zobaczyłem pasuje. Jedno wydarzenie implikuje serię interpretacji i kolejnych sytuacji gdzie zemsta to reperkusja poczucia krzywdy. Nakręcająca się spirala przemocy i w konsekwencji obłędu prowadzi do tragicznego finału, który sam nie wiem czy nie jest jednak przesadzony. Mimo ekstremy, wydaje się iż jest mimo wszystko w drodze do końca realistycznie, bowiem kto wie do czego zdolny człowiek pod presją w opresji i po traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa, dorastania. Obsada mocna i muzyka trafiona, bo te twarze i charakterystyczne mimiki celnie zdają się oddawać tak ducha miejsca jak okoliczności, a nuta to głównie złowieszcze uderzenia perkusjonaliów, co faktycznie pasuje i działa na wyobraźnię. Początek i koniec ze wspomnieniem wyjaśnia genezę reakcji i stanowi rodzaj zdolnego tłumaczyć zachowania pomostu, niestety jak od startu całość kopie, tak z czasem mimo że to dramatycznie twarde, makabryczne kino, to traci nieco impet.
sobota, 11 kwietnia 2026
Good Luck, Have Fun, Don't Die / Baw się dobrze i przeżyj (2025) - Gore Verbinski
Scena otwarcia, jeb*******ki majstersztyczek - przefantastycznego Rockwella. Aktorskie całościowo hocus pokus (porywająca szarża ryby w wodzie), w mega energetycznej, mega kreatywnej i mega mega zabawnej, mimo że przez odwołanie się do konsekwencji oddziaływania „EJ AJ” mało optymistycznej oprawie. Rycie bańki dowcipnie popuszczonymi wodzami fantazji, niepokojem czającym się pod powierzchnią odjechanej komedii post apokaliptycznej. Bardzo w punkt i bardzo na czasie, ze smartfon zombiakami i trwożącym kiciusiem - skojarzeniami jakbyśmy uczestniczyli w grze komputerowej, sterując intuicyjnie bez użycia pada bohaterem (podobieństwo stylizacyjne do Jamesa Cole’a z 12 małp Gilliama) z wieloma życiami, walczącym w towarzystwie kolejnego (być może tego właściwego) składu o przetrwanie ludzkiej cywilizacji w przyszłości. Piszą że próbuje Verbinski tutaj łapać mnóstwo srok za ogonki, mieszać rozumiem gatunki, gdzie ja widzę tylko wiązanie rozrywki z komentarzem społecznym oraz kapitalną wyobraźnię zaprzęgniętą do w atmosferze niezobowiązującej zabawy przestrzegania przed przegięciem ostatecznym. Pytam też dlaczego niby zabraniać kinu wciąganemu w towarzystwie słonego popcornu i słodkiej coli, być też trafną analizą słabej już i bardzo słabej potencjalnie rzeczywistości? Szczególnie gdy diagnozy i rozkminy jadące na kolorowym od fajerwerków jednorożcu są oparte na solidnym fundamencie realizmu! Kąśliwy czarny humor w abstrakcyjnym fartuszku ma tą siłę, że skutecznie trafia nawet tych opornych gdy ich obśmiewa. Dlatego między innymi kupuję to co zobaczyłem bez żadnego ale, zauważając i powtarzając za licznymi „zauważeniami” iż nowy Verbinski jedzie (piruety są, ale gleby zaliczonej brak) zarówno na jednej własnej firmowej rolce, jak i na wrotce która pomogła ostatnimi czasy zdobyć szalonej hybrydzie Oscara. Tyle że Wszystko wszędzie na raz ze mną do końca nie zażarło, a Baw się dobrze i przeżyj na pełnej mnie wkręciło i nie rozumiem dlaczego tutaj docenienia chociażby turbo roli Sama nie było!
P.S. Ja chyba nawet lepiej się bawiłem niż na Project Hail Mary - ale o tym dlaczego kiedyś.
piątek, 10 kwietnia 2026
Dead Man's Wire / Desperat (2025) - Gus Van Sant
Gus Van Sant kręci tutaj właściwie Pieskie popołudnie 2, piętnując bezwzględność i hipokryzję rekinów finansjery oraz zaznaczając rolę i moc sprawczą medialnej interwencji, w opartym na faktach, klasycznie zrealizowanym bo nawiązującym do wielokrotnie przepracowywanych szablonów stylistycznych, kinie spod znaku ogólnie heist movie. Pozornie bez większego wysiłku przedprodukcyjno-produkcyjnego ogarnia temat właściwie, lecz po seansie pozostało we mnie poczucie niedosytu, a powiązane być może ono z gładkim prześlizgiwaniem się przez kolejne etapy wydarzeń i zaniechaniu rozwijania pobudzających intelektualnie kontekstów pobocznych. Niby obsada gra jak należy i gra narracja oraz głównie konwencja, bowiem Desperat zainscenizowany jest zarówno surowo, kładąc nacisk tak na aspekt quasi dokumentalny, z wplataniem ujęć z kamery dziennikarskiej, jak i stawiając przede wszystkim na odzwierciedlenie realiów filmowania kina dramatu i akcji z lat siedemdziesiątych, ale coś mi to wszystko nie wgryzło się pod czachę jakbym oczekiwał. Miało być zakładam ekstremalnie gęsto od adrenaliny, napięciem obgryzanie pazurów prowokując i wiarygodnie rzecz jasna psychologicznie, a widz miał czuć jakby przebywał w środku wydarzeń, bądź obserwował je na żywo relacjonowane i te zdaje się jasne techniczne intencje są poniekąd zrealizowane, tylko że wszystko jednocześnie wydaje się takie perfidnie, sztucznie rozmyślnie wystylizowane, a być może i przez to opresyjne wobec postaci centralnej odczucia nie posiadają tak silnie oddziałującego wpływu na widza (przynajmniej na mnie), aby poczuć na maksa „tytułową” skrajną desperację ofiary stającej się z poczucia bezradności przytrzymującym zakładnika szaleńcem. Koncentracja uwagi też sfokusowana jest na pozornie fałszywej empatii jaka rodzi się pomiędzy dwiema ofiarami złożonej sytuacji i to ma siłę i w końcu empatycznie rusza, boli mnie widza, szczególnie gdy epilog wyraźnie tą kwestię podkreśla. Tylko że poza tym jednym bardzo intrygującym, niestety rozmywającym się detalem (który mógłby wyciągnąć wymowę na teren szerszy), pozostałe sprawiają wrażenie, iż zabrakło w realizacji naprawdę charyzmatycznego, szczerego, na cały gwizdek zaangażowania i tym samym potencjał zaprzepaszczono.
czwartek, 9 kwietnia 2026
Green Carnation - A Dark Poem Part II: Sanguis (2026)
Ooo ho ho ho ho ho! Wciskam play niczego ekscytującego ponad poziom satysfakcjonujący się nie spodziewając, a tu druga odsłona najnowszej płyty Green Carnation robi mi od pierwszego motywu do końca (poprzez liczne zmiany, w sensie aranżacyjnych zakrętów) niezłe przyjemne kuku. Sanguis otwierający trwa ponad dziewięć minut i ani przez sekundę nie zawiera w sobie mielizy, a podbicie kompozycji skrzekiem wokalnym odpowiednio rasowo mu siły oddziaływania dodaje. Przyznaję, spore zaskoczenie na plus duży, bowiem pierwsza część A Dark Poem ujrzawszy światło dzienne bodaj we wrześniu ubiegłego roku, a docierając do mnie gdzieś około dopiero stycznie bieżącego nie zrobiła na mnie wrażenia większego, rywalizację przegrywając jak pamiętam pisałem z równolegle przez In The Woods... wydaną Otrą. Tutaj wejście w płytę mam od razu z epickim pazurem, a za chwilę po wybrzmieniu subtelnej, czterominutowej ale jednak w kontekście miniaturki łączącej indeks pierwszy z trzecim kontynuację energetyczną otwieracza. Prosty zdawałoby się, ciężki zarazem riff trójki daje absolutnie radę, a przy przed finale złowrogo brzmiące głosy wzmacniają siłę przekazu. Tak tak, to potężne w całej rozciągłości krążka utwory - pół rockowo progresywne, pół gotycko klimatyczne, dark metalowe granie, które w tym momencie gdy zabrzmią jeszcze syntezatory pół folkowe kojarzy się z półką na jakiej stoi i ruszyć się nie da, bo sklejony ze stylistyką obecny Amorphis, ale ten Amorphis jednocześnie (no może poza za każdym razem na niemal każdym albumie pojedynczych chwytliwych killerów) deklasujący ciekawszymi, bardziej różnorodnymi pomysłami. Fakt, Green Carnation też może wydawać się w tej odsłonie w dłuższej perspektywie kontaktu przewidywalny, ale gdy Amorphis ostatnio mnie wprost od pierwszego odsłuchu niemiłosiernie zanudza, to do A Dark Poem Part II: Sanguis chcę powrócić i napawać się atmosferą jaką rozsiewa - co nie takie trywialne, także tymi deklamacjami podniosłymi. Przejmujący to materiał tak pod względem muzycznym jak i lirycznym, jaki w odróżnieniu od startowej części zapowiadanej trylogii, na kolejny, zamykający ją etap robi mi smaka. Thanks, mimo że klamra z końca jest semi akustyczna, to też jest autentycznie wzruszająca.
środa, 8 kwietnia 2026
Black Label Society - Engines of Demolition (2026)
O tym iż uznaję i szanuję nowy krążek Zakka i spółki niech zaświadczy fakt, iż waham się czy po kilkunastu latach przesunięcia zainteresowania BLS na niewielki margines, w końcu nie dorzucę z takim logiem świeżynki do kategorii dłuższego korzystania i być może pozostania jej na dobre pośród klasyków ekipy, do której rzecz jasna wracam ochoczo choć nie wtedy naturalnie, gdy mam ochotę na nutę przełamująca stereotypy. Może też powrócę do wydanej aż osiem lat temu Grimmest Hits, którą nawiasem pisząc także swego czasu przyjąłem ciepło, mimo że po czasie (jak chyba przeczuwałem) ześlizgnęła się na owy marginesik. Z tym że być może teraz przez dłuższą przerwę wydawniczą jestem bardziej stęskniony za stylem BLS, więc i może szybko Engines of Demolition nie podzieli losu poprzedniczki (cholera wie!) i nie wiem, wyciągnie ją z cienia, aby przekonać się czym mnie tak przyciągnęła, a potem się z codziennej eksploatacji wykluczyła - nie trudno sobie w sumie na to retoryczne pytanie odpowiedzieć! Wiem tylko bez gdybania i opierania się na automatyzmach myślowych, że oprócz obowiązkowych nieco jak zazwyczaj miałkich, bo od kalki komponowanych ballad (wystarczyłaby jedna, uzasadniona w hołdzie dla Ozzy'ego) cała reszta huczy jak należy, będąc motorem napędowym dynamiki płyty. Liczy się fajny nośny i ciężki zarazem riff oraz wraz z jednowymiarowym ospałym charczeniem wokalnym, przeplatanym jedynie w miejscach ukajania serduszek nudą, rzecz jasna solówkami w ilości obfitej o typowej charakterystyce nasiąkniętego southern rockiem heavy metalu. Wiadomo było że Zakk przełomowej formuły muzycznej nie zaproponuje (prochu na nowo nie wymyśli), bo jest tradycjonalistą, potężnie owłosionym zawiasem przyszytym do jeansu i skóry. Mógł tylko potwierdzić dobrą, prawidłową formę i to uczynił. Między innymi harleyowcy wznoszą za Engines of Demolition toasty, a ja jak będę kiedyś w jakimś barze podchmielony też może jeden zaproponuje. Nie chadzam od lat nazbyt często do takowych alko przybytków, choppera nie dosiadam, a tym bardziej nie trafiam do tych pod które podjeżdżają i sieją trwogę odrodzeni starcy po szychcie w korpo, to i mogę z takimi odważnymi deklaracjami się wychylać.
piątek, 3 kwietnia 2026
A Good Year / Dobry rok (2006) - Ridley Scott
Sympatycznie banalny ale i w swej przewidywalnej prostocie urokliwy romansik od (niewiarygodne) Ridley'a Scotta. Trochę się efekt zestarzał pod względem formy, bowiem nieco tu w kwestii montażu pokombinowano, a kombinacje w rodzaju tych co próby czasu dobrze nie znoszą, oczywiście w uniknięciu powyższego nie pomagają. Jednak jako niezobowiązujące kino przede wszystkim dla oka i serduszka, rodzaj próby stworzenia lekkiego melodramatycznego feel good movie w tak samo francusko-włoskim i wyspiarskim/angielskim stylu z Hugh Grantem bez Hugh Granta, jak najbardziej się nadaje i nie mówię jedynie o okolicznościach czarującej przyrody i architektury, ale o walorach obsadzonej w idealnie dla siebie charakternej rólce Marion Cottilard, jaka wygląda tutaj ZJA-WI-SKO-WO i bardziej ledwo na dwudziestolatkę energiczną niż tak jak było w rzeczywistości kobietę wówczas już trzydziestoletnią. W ogóle casting postawił na aktoreczki z wybitnie podkreślonym figlarnym biustem, co zapewne męską część widowni przez całą projekcję ów walor utrzymał przed ekranem mocniej niż intensywnie wkręcony w rolę Russell Crowe. Crowe niekoniecznie tak błyskotliwie uroczy jak się stara i jakby mógł tutaj znacznie lepiej wypaść delikatniutki, cherubinkowy Hugh. Całkiem fajna mimo to bezpretensjonalna rozrywka, nic ponad to i jeśli mogę zdradzić intymne skojarzenie, to naturalnie dla widoku tych wielkich oczu z woreczkami Marion (tak tak Lalu) przede wszystkim się zdecydowałem. Wszak sam pierdołowaty w tym nowym dla siebie bodaj gatunkowym kontekście Ridley, Russell spoko, lecz nieco w doborze do roli wątpliwy oraz w tle wielce charakterystyczny, bez potrzeby pierwszego planu zajmowania Tom Hollander nie mieliby żadnych szans mnie przed ekranem utrzymać, bez KLUCZOWEJ przyjemności łypania sobie oczkiem od samego dołu do samej góry na CZARUJĄCĄ niewiarygodnie Marion. :)
czwartek, 2 kwietnia 2026
Holy Smoke / Święty dym (1999) - Jane Campion
Zaskakująco dużo poczucia humoru, brytyjskim charakterem (w wydaniu konkretnie australijskim) przesiąkniętego, w filmie o tematyce śmiertelnie poważnej. Bez niego być może historia z pozoru „uwalniana od sekciarskiego ześwirowania” przybrałaby wyłącznie specyfikę nie do zniesienia, nabrzmiałą od histerycznej powagi. Nikt tu na szczęście niczego wprost nie ocenia - postaw zachowań czy motywacji. Więcej, sama Campion jak często bywa z premedytacją prowokuje do wzmożonego oburzenia, a to co z ekranowego kosmatego podpuszczania wynika, poddane zostaje wyłącznie wartościowaniu widza, ale rzecz jasna pomiędzy wierszami i w reakcjach aktorskich, sugestii jest bez liku. Rola Harveya, przemiana w działaniu ciekawie zostaje rozpisana, gdy z początku do akcji wkracza z impetem i od razu dominacje przejmuje, by wraz z rozwojem wydarzeń zupełnie stracić przewagę. To fascynujące w jaki sposób i jakie metody i techniki wpływu stosuje, by przed inną manipulacją uratować, ale też znakomita Kate nie pozostaje dłużna (to sedno tego obrazu), kiedy swoją zmysłowością młodą potrafi dojrzałego by się wydawało faceta owładnąć. To uwikłanie w gierkach jest niezmiernie interesujące, więc dyskusje pomiędzy parą głównych bohaterów to najlepsze co wydaje się mogło tej zmieniającej w trakcie charakter historii się przydarzyć. Wtedy do głosu dochodzi samo gęste emocjonalnie, zaczynamy rozumieć iż umysł jest buntownikiem, a nie sługą. Finał „dymu” jest na grubo, dramatycznie humorystyczny - groteskowo tragikomicznie zaskakujący. W sumie to rozwój sytuacji, scenariusza zawijasy powinny mnie na takie odjechane nieco rozwiązanie przygotować. :) Dobra zatem to psychologiczna rozkmina w lekko rozrywkowej formie i w filmografii Campion może nie to co najlepsze, co interesująco urozmaicające ogólnie ambitnie i niepokojąco przede wszystkim poważne.
P.S. Ciekawi mnie czy Campion słabość iz amiłowanie do Keitela kochanka, sięgała dalej niż tylko poza zawodową styczność. AI oficjalnie twierdzi iż „Jane Campion i Harvey Keitel, mimo że są wybitnymi postaciami kina, prywatnie nie są parą. Łączy ich jednak wieloletnia, zawodowa przyjaźń i głęboki wzajemny szacunek, ukształtowany podczas pracy nad filmami".






