Kiedy Aleksander Macedoński zinterpretowany według Stone’a, nie zostaje zbyt ciepło, tak przez krytykę jak i widzów bez przerostu ego w temacie znajomości kina przyjęty, ja uznaję że fakt ten był/jest wciąż jawną niesprawiedliwością, jeśli zerknąć na konkurencję w gatunku, nadmiernie myślę mimo mojej także sympatii, zachwytem obdarzoną. Mówię na przykład o fenomenalny ale nazbyt ckliwym Gladiatorze, jaki robi wrażenie, mnie też przekonuje, ale tam gdzie kończy się hollywoodzko przyjazna narracja, tam pozostaje przestrzeń dla niewykorzystanej kontekstowo głębi. Natomiast Aleksander to zupełne przeciwieństwo i narracja szorstka pozostawia kawał przepracowanego miejsca dla mnóstwa historycznych niuansów, doskonale sugestywnie kręcącej mnie psychologicznie zeschizowanej Stone’a maniery i rozhulanej teatralnie, archaicznej (także potraktowanej przez opinie surowo) gry aktorskiej. Aleksander sam wygląda rewelacyjne w tej przeczącej jego krwiożerczości cherubinkowej fizys, a do tego plan hipnotyzuje barwami i wspomniane aktorskie kreacje sprzedane z manierą sceniczną, dają więcej intrygujących wrażeń, niż teraz przeze mnie rzucone odrobinę na pożarcie Gladiatora walory. W Gladiatorze dominuje rozrywka namiętna, a tutaj ambitna sztuka nieoczywista, więc w takim starciu bieli z czernią, staje po stronie soczystego czarnego i gdy teraz skupiam się na ekscytujące treści od Stone’a, myślę o spłaszczeniu też historii Odysa przez Nolana. Obiecałem sobie zrobić weryfikację (Odyseja vs. jeszcze nie zarchiwizowane u mnie klasyki historycznej estetyki) i w tym kontekście wolę zamiast bajeczki, kawał potężnego, być może nieprzyjaznego gigantycznej popularności kino kontrowersyjnego, reżysera obecnie zasłużenie wyklętego. Coś jest w tej interpretacji kinowej życia Aleksandra Wielkiego prócz krwistych oczywistości przerażająco niepokojącego - być może rodzaj wzniosłej powagi i klasyczny syndrom powłóczysty, archetypicznego teatru w kinie z lat pięćdziesiątych. Jest z pewnością ciężar gatunkowy sfokusowany na burzliwej i brutalnej historii ukazanej z klasą, rezygnując z typowej hollywoodzkiej manii, zeszlifowywania szorstkości ku łatwiejszej chłonności dla przeciętnego niedzielnego kinowego widza. Może jestem niewolnikiem symbolicznej sekwencji, fenomenalnego między innymi ujęcia w slow motion zmontowanego, a może ten styl ekspozycji egzotyki miejsc mojemu gustowi odpowiada, tudzież w odniesieniu do postaci/do bohatera, przeprawa przez zrodzone obsesje i ambicje oraz reżysera odwaga by amok, manię niebywałą wizualnie wszczepić w obrazy krwawej grozy, przepuszczone poprzez wyobraźni i finezji najostrzejszą filtrującą optykę - to mnie trwożąc zelektryzowało. Brak więc sukcesu finansowego, jest w przypadku Aleksandra powodem do detalicznego przejrzenia genezy powodów, a tym pierwotnym i głównym jak mniemam wysoki poziom odporności na wpływy podpowiadaczy i potężna megalomania Stone’a. Miał człowiek wówczas swoje przekorne usposobienie, jakie w ostatniej grubo ponad dekadzie, nie bardzo przekładało się na mocne tytuły, ale akurat Aleksander potraktowany bez taryfy ulgowej, to być może jego finalny, a najważniejsze ostatni zasadnie skuteczny był środkowy palec pokazany hollywoodzkiemu mainstreamowi. Według mnie przekonujący, tak jakościowo, jak ambicjonalnie.
P.S. Ponadto jak tu sfilmowane są sceny batalistyczne. Na nie się gapi z rozdziawioną gębą! Rzekłem!

.jpg)








.jpg)





