
Byłem
i odbębniłem, a w tym drugim słowie kryje się
mnóstwo
przekory, bo na kilka dni przed premierą, a i w trakcie pierwszych
dni wyświetlania burza w szklance wody hulała na całego, co
okazało się
zjawiskiem błyskawicznym i chwilowo rozruszającym zasięgi tam,
gdzie ich brak, to
tragedia dla mącicieli.
Pojawili się
znienacka eksperci od greckiej mitologii i najczęściej tacy, jakich
o czytelnictwo czy w dzieciństwie czy w dorosłym życiu raczej bym
nie podejrzewał.
Ocenili
surowo, często nawet przed seansem, uznając iż
najważniejszym
w tej premierze jest kolor skóry Heleny Trojańskiej.
Mieli prawo, ja nie mam obowiązku słuchać ich rasistowskiego
pieprzenia i chyba jestem okej, że jedynie do krótkiego wstępu
złośliwego, żenujące okoliczności startu wyświetlania
w
naszym grajdołku
spodziewanego hitu Nolana mnie natknęły. Niżej już
być może bez goryczy zakamuflowanej się
obędzie i tylko prawda prawda i cała prawda maksymalnie subiektywna
białe tło, czarnym drukiem wypełni. O czym jest Odyseja i
poprzedzająca ją Iliada, gdybyś
czytelniku ani tej wiedzy z lektury, ani z seansu ekranizacyjnego nie
posiadał, zapytaj AI, a BROŃ CIĘ BOGOWIE radykalnych prawaków
teraz
nie pytaj, bo się ekstremalnie
w szambie wybitym utopisz, lub co i tak Ci zrobi młyn we łbie
pogubisz
w domniemaniach i interpretacjach. Od siebie tylko w temacie
fundamentu przekleję
suche info, że dla Nolana interesu finansowego,
Odyseja „przedstawia
wydarzenia mające miejsce po upadku Troi. Jej fabuła skupia się na
wieloletniej
tułaczce Odysa (Odyseusza),
który wraca do swojej ojczyzny Itaki - mierząc
się
z potworami,
czarownicami i gniewem boga Posejdona. Równocześnie opowiada o
wiernej żonie bohatera, Penelopie, która czeka na niego w domu”.
Nolan
mega świadomy z jakim materiałem nośnym
przyszło mu pracować, od strony technicznej stworzył w moim
przekonaniu coś na skrzyżowaniu trylogii
Władcy Pierścieni i obecnie
Diuny, więc same te tytuły mówią nieomal wszystko o stronie
wizualnej przedsięwzięcia. Powstał (jak na możliwości
współczesne warsztatowe)
produkcyjny sztos, pełen rozmachu, ale bez zaskoczenia, w postaci
finezji większej realizacyjnej. To mnie lekko rozczarowało,
chociażbym miałem
przed seansem bardzo realistyczne oczekiwania - pozbawione
huraoptymizmu na poziomie finezji
kreacji. Nie
odnosząc się
do interpretacji treści
(w
przestrzeni sieci zatrzęsienie tegoż
przecież),
a tylko oceniając siłę
oddziaływania obrazu i wymiaru
przygodowego,
to potężny
gigantyczny
epos hollywoodzki,
grubo
techniką filmową PRZE-ARANŻOWANY.
CGI
oczywiście
w akcji i jak nie znoszę takiej sterylne instrumentach, to w
tym przypadku jednak
jest znośnie, a i tak ta
konwencja się
zestarzeje już wkrótce, daje gwarancję. Podobały mi się
tyle
o
ile
koty, a najbardziej to
widowiskowe
lokacje, staranne dekoracje i ogólnie moc nazwisk z topu
hollwoodzkiego - grających
mocniej, bądź z ograniczonym impetem, ale na poziomie od wysokich
stanów
średnich, do niższych stanów wysokich.
Szczegółowo
to,
z raczej przyjemnego letargu otrząsnąłem się
podczas sceny wizualizującej
podstęp makabryczny czarownicy Kirke oraz zawitania drużyny
nie-pierścienia do Hadesu. Patrząc w szerszym wymiarze, to z
początku
zdystansowany, dałem
się
wciągnąć, a uniwersalizm symboliczny tejże grubo podbitej
kontekstami opowieści-przestrogi do mnie przemówił.
Bowiem
zgadzam się z przekonaniem
pewnego azjatyckiego twórcy gier komputerowych (właśnie podczas
spisywania na nią trafiłem), że w formule przede wszystkim
literackiej (to mój akurat przytyk) Odyseja, to „intymny, głęboko
ludzki dramat” oraz że „zamiast
po prostu patrzeć na ekran, czułem się, jakbym był tam przez cały
czas - to było coś więcej niż oglądanie, byłem świadkiem,
dzięki wyjątkowo płytkiej głębi ostrości i eleganckim
przestrzeniom
kierującym uwagę na najdrobniejsze szczegóły, nieustannie
podążają za cierpieniem i losem bohaterów”. Tyle
iż mój problem, to ani nie wyraźny
heban Heleny, czy niedostosowanie obrazu postaci do moich własnych
wyobrażeń względem ich charakterów, a wprost napiszę - brak
odpowiedniej wrażliwości
abstrakcyjno-baśniowej,
do odczytywania mitologii z płaszczyzny legendy,
na płaszczyznę rzeczywistości.
To jakbym rozumiał ludzki charakter głębokiej
treści, ale postaci świata „Bogów” mi ją zaburzały. Inaczej,
gdyby to był epos o ludziach bez „Bogów”, to ja bym był w tym
bardziej, a
że ja nie sięgam
wciąż tego poziomu podatności, jak i nie zatraciłem się za łebka
w szkolnym materiale, to miałem dystans, który myślę Lalu jako
entuzjastka,
powinna przed projekcją odpowiednio sprytnie zlikwidować,
wprowadzając mnie w choć
odrobinę stan czucia więcej i mocniej. Niestety wolała mnie
przetestować, a ja ją
zawiodłem swym stonowanym
stanowiskiem dotyczącym
entuzjazmu po obejrzeniu
przygód Odysmariusza. :)
P.S.
Musisz Odysmariuszku zawierzyć Bogom, a wrócisz! Żółwik!