niedziela, 30 sierpnia 2026

Kontinental '25 (2025) - Radu Jude

 

Widzę w sobie duży potencjał na sporą, graniczącą z gigantyczną sympatię do twórczości Rude Jadu, jakbym nie był w tym jego świecie mało jeszcze obeznany i wciąż bezskutecznie próbował odnaleźć dostęp do wszystkiego co nakręcił, zanim powstał jego poprzedni, obfity czasowo hit dla bardzo wtajemniczonych - mowa o Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata. Znam na dzień dzisiejszy jedynie tytuły dwa, ale to już mi wystarcza abym czuł że sposób jego rozumienia kina społecznie zaangażowanego oraz bogactwo powiązań kontekstowych pod pozornie skromnym obliczem zewnętrznym, mega mi odpowiada i imponuje. Kręcenie półreportażowe, jak można w notkach doczytać w przypadku Kontinental '25 za pomocą osobistego iphone’a Jude Radu, mocno wkręcone w rozwijanie neorealistycznej historii mozaikowej. Kamera smartfona statyczna, ustawiona na szerszy plan, na rożnych płaskich płaszczyznach i charakterystycznie wykorzystana podczas ujęć w samochodach. Na poziomie treści właśnie społeczno-politycznej, wprost z życia, nieco dla pikanterii przerysowane dylematy, moralne deliberacje w świecie kapitalizmu niedojrzałego etycznie i moralności fasadowej, gdzie publiczne zadośćuczynienia stanowią formę uspokojenia sumienia, w systemowym wykorzystywaniu warstw niższych przez uprzywilejowane - tak tak, okazale socjologicznie to zabrzmiało i zaraz jeszcze zabrzmi. :) Kwestie nacjonalistyczne, nierówności społecznych i oceny w świecie internetowego opiniowania stereotypowego, przez które przemawiają frustracje i wylewana hektolitrami żółć. Być może lajtowa akurat hipokryzja i absurdy w formule kina formalnie po taniości zrealizowanym, lecz z mocnym przesłaniem analitycznym - politycznym, socjalnym. Ponadto kilka innych wtrętów, w tym metaforyczna i symboliczna filozofia Zen głoszona przez absolwenta mało atrakcyjnego na rynku pracy kierunku humanistycznego, zaistniała w dalszej części rozwijania inaugurującego przez tragedię wydarzenia oraz na tym samym levelu dyskusji objawiona nawijka znajomego narcystycznego Popa, a wszystko w sumie tak pokręcone aby opowiedzieć dosadnie i finezyjnie o wschodnioeuropejskiej patodeweloperce. Donoszę już wprost, iż bardzo mi leżało to kino bez ustawiania planu, z grubą przygodą nocną empatycznej i szanowanej Pani komorniczki po mocnym upojeniu. :)

sobota, 29 sierpnia 2026

Chelsea Wolfe - The Dark (2026)

 

Niemal błyskawicznie Chelsea pojawia się z nowym albumem, bowiem w cyklu wydawniczym dwa lata to dość krótki okres pomiędzy nowymi studyjnymi materiałami. Wbija mroczna "księżniczka" raczej znienacka - ja przynajmniej odnotowałem zapowiedzi longa niedługo przed samą premierą, a ja lubię kiedy ten czas jest maksymalnie zawężony, choć (na marginesuie dodam) niespodzianki o wrzuceniu płyty z dnia na dzień nie są najlepszym pomysłem, bo przecież chwilę trzeba się nacieszyć ekscytacją wyczekiwania. :) To powyżej jedno, drugie bardziej istotne naturalnie odniesie się do pierwszych wrażeń odsłuchowych, a tutaj mamy lekki dysonasik, bowiem jeśli krążek tytułowany jest The Dark, a brzmi znacznie mniej przygnębiająco od każdego poprzedniego, to można pomyśleć iż autorka jest przekorna. Nawet gdyby poczucie obcowania ze sztuką bardziej przystępną, a mianowicie lżejszą brzmieniowo i o sile chwytliwości piosenkowej większej się subiektywnie przebijało nieco zwodniczo, to akurat pewność moja mocno argumentowana w kwestii zwiększonej dynamiki kompozycji z Ciemności. Popem bym ich stylistyki nie określił, ale co niektóre numery mimo że tekstowo cisną na smutno, to też chce się do ich rytmu lekko podrygiwać bujająco. Żadne to akcje w stylu tanecznych typowo, ale co czuje moje ciało i jak reaguje tutaj szczerze pragnę poinformować. Nie wiem czy Temu Który stara się Podnosić tutaj Ciśnienie do gustu przypada intensywniej Chelsea taka quasi radiowa, czy ta sprzed lat, która potrafiła dreszcze riffami ciężkimi, z pogranicza doom metalu czy nawet mniej gruzowatych brzmień sludge'u, w moim szczęśliwie póki co sprawnym ciele wywołać. Odpowiedź jest najprostsza z możliwych, że w obecnej sytuacji dysponując Chelsea "wielotwarzową" mogę sobie zgodnie z nastrojem dobierać jej nutę do odsłuchu, stąd narzekać nie mogę bowiem szerszy zakres jest fajniejszy zdecydowanie od jego zawężania - oczywiście jeśli czuć w estetyce niezmiennie charakter właściwy artysty. Na The Dark mimo że chwilami artystka wyraźnie na poziomie soundu mięknie, to wciąż trzyma się oryginalnej dla siebie formy od lat wypracowanej. Nie napiszę więc iż long najnowszy to jakaś rewolucja, jak i nie mam przekonania że jest to ewolucja, gdy przecież się upierając bardziej jasno i żwawo też w pojedynczych indeksach na poprzednich materiałach bywało. Prywatnie to w sumie mnie cieszy takie ukierunkowanie na "uprzebojawianie", bowiem próbowałem dotychczas różnych sposobów na przekonanie Lalu Kontekstowej do zatopienia się w bólu Chelsea, a Lalu się tego mroku obawiała i jakoś skutecznie unikała, a teraz kiedy też te wiosła ekstremalnie nie zaciągają wielotonowym obciążeniem depresyjnym, ten pierwszy krok najtrudniejszy Lalu zrobi w końcu bez lęku. Trzymam kciuki bardzo mocno, a jak nie uda się jej wkręcić z płyt, to ostatecznie pozostanie do zrealizowania plan doskonały finałowy, czyli wykorzystanie biletów na zakupiony jesienny gig Chelsea w towarzystwie równie interesującej "wiedźmy" A.A. Williams - jaki w stołecznej Progresji się wydarzy. Tak, to szczwany, coraz bardziej jestem pewny że już nie ryzykowny plan. :)

P.S. Lepiej poinformowani, Ci co śledzą podglądając i podpytując donoszą, że to cytuję "pierwszy materiał artystki nad którym pracowała na trzeźwo i pogodzona z własnymi demonami" - w co wierzę, kiedy słyszę że mniej w nim cierpienia. Trzymaj się w końcu ciepło Chelsea!

piątek, 28 sierpnia 2026

The Rivals of Amziah King / Wszyscy moi wrogowie (2025) - Andrew Patterson

 

Szczególna sytuacja kiedy idziesz do kina, w ciemno raczej po plakatu wstępnej interpretacji przewidując coś w rodzaju retro kina sensacyjnego, bądź soczystego dramatu, a trafiasz na totalnie zaskakującą hybrydę wielogatunkową, w której w połowie następuje wyhamowanie nagłe, zwrot i aktor który do tej pory ciągnął całą historie charyzmą własną i odgrywanej postaci po prostu znika - niemal rozpływając się w powietrzu odchodząc do aniołków, ale tak silnie rezonuje na dalszy rozwój wątków, że nawet po wyparowaniu i zmianie środka ciężkości gatunkowej, jego obecność jest odczuwalna. Donoszę tajemniczo, trochę bardziej niż trochę spojlerując, ale nie przewiduję aby kulminacyjna zdrada fabuły powodowała u kogokolwiek kto najpierw zasięgnie tu języka, a później obejrzy film Andrew Pattersona odczucie rozczarowania. Bowiem fabuła jest tak skonstruowana, iż dramatyczno-sensacyjne oblicze przełomu tego niezwykle ludzkiego, wrażliwego w sposób elementarny obrazu, nie stanowi jego sedna. Więcej w nim płaszczyzny czułej niż surowej, a obie zostają z wyczuciem oryginalności otulone folk-country-bluesową (tak, to fachowo bluegrass) warstwą muzyczną w postaci tak stałego tła towarzyszącego interakcjom i dialogom (ten południowy redneckowy akcent), jak i między innymi plumkającego banjo czy innej mandoliny oraz przeplatania rytmu muzycznymi „performansami” w warunkach okoliczności amerykańskiej wsi sielskiej, ale i brutalnie surowej. Jest zatem pozytywnie i dla równowagi smutno, a wszystko co się wydarza kręci się wokół związku człowieka żyjącego i napędzanego prawdziwym wspólnotowym życiem, z przyrodą, a uporządkowanym dokładnie światem pszczół – wzorców życia społecznego. Zapamiętana zostanie na pewno poetycka scena przyciągania czułym spokojem i zrzucania z ramienia roju przez kapitalnego tutaj, urzekająco autentycznego, ze wspaniałą aurą roztaczaną Matthew McConaughey'a, czy ta finałowa cudownie alegorycznie określająca wartość lojalnego, z zasadami człowieka w kontakcie z potencjalnym zagrożeniem ze strony natury. Sama sekwencja z napisami początkowym robi już spory apetyt na nasycenie się doskonałym kinem, korzystającym z wielu inspiracji, ale osobliwie jak się okaże odnajdującym się w estetyce kina autorskiego – wymykając się łatwemu szufladkowaniu. Do końca z łatwością utrzymując moje zainteresowanie, bowiem trudno z sercem pod zbroją wrażliwym, nie dać się przekonać pozytywnemu tripowi w poszukiwaniu najbardziej wonnego nektaru życia dla samej przyjemności aktywnego, pracowitego i satysfakcjonującego istnienia. Tripowi w dość dynamicznym tempie, gdyż narracja opowiadając tak pozytywnie jak na smutno, wspomnianym bluegrassem podkręca rytm, a film może kojarzyć się z gigantycznym rozmiarami teledyskiem przerywanym scenami gadanymi, jakie wraz z każdym elementem składowym przybliżają jego wydźwięk przesłania, ku osobliwemu quasi moralitetowi.

P.S. Wyróżniłem Matthew, ale też na odpowiednią dawkę komplementów zasługuje cała obsada i pojawiający się w doskonałej formie w drugiej połowie, mega doświadczony hollywoodzki filmów akcji weteran w osobie Kurta Russella. 

czwartek, 27 sierpnia 2026

The End of Oak Street / Koniec ulicy Dębowej (2026) - David Robert Mitchell

 

Kapitalna przygoda - przygoda VERY nostalgiczna. Doskonała zabawa - fajne kontrolowane lęki i poczucie humoru w doskonałych proporcjach dla mojego pokolenia szczególnie sentymentalnie związanego z okresem, gdy kategoria filmów rozrywkowych dla dorosłych i młodzieży była spójna, czyli zajebistego kina ejtisowego, więc MEGA frajda. Być może to nowa wersja klasyki pokroju Parku Jurajskiego i Powrotu do przyszłości nawet bardziej - jeśli nie uznawać krwiożerczych dinusiów za atrybut decydujący. Koncepcja brawurowo daleka w teorii od poważnego kina, a wyszło w praktyce fajnie mądrze, prawdziwie i naprawdę emocjonująco oraz zaskakująco głęboko wzruszająco - jedna scena taka że po reakcji Anne Hathaway serce miałem pokrojone. Fantastycznie technicznie wyprodukowane kino może nieco trącące myszką, ale w rzeczywistości dzięki reżyserskiej nerdowskiej pasji, świetnie przeniesione w świat technologii XXI wieku. Wiążące znakomicie uznane wzorce z finezją i umiejętnościami, gdy przykładowo widzimy inspirowane już daleką przeszłością ujęcia w pierwszym planie twarzy bohatera, a w drugim lokacji z partnerami danej interakcji - zobaczycie zrozumiecie, nie muszę wszystkiego wyjaśniać jasno. :) Relaks i ekscytacja, gdy członki odgryzane i wyrywane przez ptako-gady są ofiarom tajemniczego zjawiska przerzucania dzielnicy w czasie, ale i soczysta dawka humoru popularnego zapodanego w bardzo obrazowej formule - patrz kopulujące sierścio-włose diplodoki. Warto było skoczyć na seansik i dać wciągnąć się w kino archetypiczne, czyli w bajzel pozostawiony niczym po ataku zombiaków! Polecam gorąco, choć to klisze, ale jakie uroczo wdzięczne klisze i jaki słodziaśnie charakterny burek Starbuck!

P.S. W sumie nie miało prawa nie zagrać, kiedy za taką konwencję zabrał się David Robert Mitchell.

środa, 26 sierpnia 2026

Fontaines D.C. - Dogrel (2019)

 

Tydzień temu zapowiedzieli kolejny materiał i wsparli to promocyjne info świeżutkim singlem, a ja równolegle z zafiksowaniem się na Marianne odkryłem nową twarz zespołową z Irlandii i na zmianę słuchałem singla od gwiazd alternatywy i muzycznych obrazków od Gurriers. Marianne udowodniła iż główni rozgrywający już są daleko od swoich korzeni, a na ich miejsce śmiało mogą wskoczyć nowi - zaangażowani i obiecujący ogromnie. Wspominam o Gurriers bowiem gdyby nie Come and See, raczej tak szybko nie odpaliłbym Dogrel - raczej ciesząc się jedynie obliczem autorów jednego z największych obecnie przeskoków z podziemia do mainstreamu rockowego. Kiedy jednak poczułem wibracje surowsze i skojarzenia wyraziste, zapragnąłem z teraźniejszej perspektywy spróbować bardziej świadomie (bez już skupienia na tym co od A Hero's Death wydali) rozkminić stylówę z Dogrel Dobrze pamiętałem i trafnie myślę powiązałem Gurriers i wczesny Fontaines, choć absolutnie tych grup z początkowych okresów pomylić nie można. Ani jedni ani drudzy mimo posiadających cech na szczęście nie rozmywających granice, nie pretendowali wówczas/teraz do bycia artystycznym fenomenem, a ich albumy technicznie wymagającymi dziełami sztuki. To co nagrali, a z czym dokładnie w tej refleksji o Dogrel się mierze, było czystym odzwierciedleniem tak w warstwie tekstowej i muzycznej wyjątkowego w swym klimacie oblicza Dublina i mentalności jego mieszkańców. Jest tutaj zatem "ilustracyjnie" opowiadane, stąd między innymi dużo fucków (środkowych palców wystawionych) i obrazów plugastwa wprost z ulic, gdzie podobno bruk śmierdzi, przesiąknięty moczem oraz też konfrontacji katolickiej przeszłości z nowoczesnością i brutalnym kapitalizmem. Innymi słowy jest krytycznie i buntowniczo, a najczęściej po prostu jak na quasi poezję dosadnie, a muzycznie natomiast najczęściej post punk nabija skoczny rytm, bas dudni na poziomie transowej zimnej fali, a charakterystyczne wiosła generują całkiem chwytliwy dodatkowy hałas. Instrumentaria standardowe, a wokal niczym w nowym ciele głos bardziej rzutkiego z braci Gallagher. :) Chatten to jednak żaden porywczy frustrat, a bardziej kolorowy i wrażliwy indywidualista, który idealnie odnajduje się we własnej skórze poety outsidera, a jego ziomkowie do tej przyciągającej wzrok wielbicieli artystów nietuzinkowych prezencji dorzucają własny, dzisiaj już absolutnie nie od sztancy koloryt. On współcześnie się upstrokacił znacząco, jak i może nastwiony jest mocniej na realizację założeń PR-u, co mnie akurat nie przeszkadza, bowiem uwielbiam ekipy w których ucieczka od uniformizacji sprawia, że jednostkowe fascynacje i oryginalne osobliwości się znakomicie dopełniają. Liczy się efekt - motywy zostawmy branżowym specjalistą od psucia tego co działało. :)

wtorek, 25 sierpnia 2026

Minsk - With Echoes in the Movement of Stone (2009)

 

Faza słaba, okres przejściowy, schyłku optymizmu być może czas, więc kryzys - dobrze wszystko raczej z tej mrocznej perspektywy nie wygląda. Muzyka stąd na uszach częściej na grubo szyta - ogień bądź melancholia i jeszcze momenty (będąc ponad standard szczerym) małych entuzjazmów, gdy pomyśleć o nadchodzących premierach i tych longach jakie już jako świezynki mogą się w odtwarzaczu zakręcić. Ponadto czasem wyświetli się we wspomnieniach jakiś link sprzed lat, a to bywa sprężyną do dodatkowych refleksji i zasięgania informacji co akurat w obozie pół zapomnianego bandu obecnie się dzieje. Tak przypomniałem sobie, że tychże Amerykanów ostatni materiał jak dotąd w 2015 roku poddawałem autopsji, a od tamtej pory ani słychu o nich, więc gdy wpadłem na wzmiankę o ewentualnie szykującym się przebudzeniu ich koncertowym, to tak idąc za ciosem archiwizacyjnym, jak i syndromem depresyjnych pokus, dałem sobie chwilę spędzić z With Echoes in the Movement of Stone. Był to czas już programowo odarty z uśmiechu, różowych okularów zasunięcia w futerale, lecz też czas pomimo kontekstu emocjonalnego bardzo przyjemnie ładujący paradoksalnie akumulatory. Wiadomo, dobra nuta posępna wpływa na człowieka do wewnątrz skierowanego dwutorowo i tak też krążek Minsk z roku 2009-ego pozostawił mnie w stanie biegunowo różnym. Raz klimat dołu, dwa satysfakcja z obcowania z nutą od której psychodeliczno-depresyjnego ciężaru robi się na zgniłym serduszku jakoś bardziej milusio. Potężna nuta płynie, a w świadomości prócz transowego poniekąd odlotu, także liczne skojarzenia stylistyczne, bo kiedy mówi się o Minsk, to od razu dwie nazwy orbitują wokół  logotypu. Neurosis jako archetyp i Cult of Luna jako tego archetypu młodego pokolenia rozwijanie, ale kiedy ja zostaje pochłonięty przez WEitMoS (ekspertem od Neurosis absolutnie nie jestem), to bardziej skojarzeniami uciekam w stronę przymulonej wersji High of Fire, czy Kylesy - oczywiście wyczuwając te głównie podkreślane konotacje. Ponadto mam wrażenie, iż klimat i eksperymenty brzmieniowe (czasem za bardzo mnie jednak przytłaczające) kierują rozpoznawanie w stronę psychodelii z lat siedemdziesiątych. Jest w tym bowiem także posmak dziwactw i odjazdów intergalaktycznych (gdybym był sam w kosmicznych otchłani, to bym sobie zapuścił Almitra's Premonition i sprawdzał własne granice psychicznej wytrzymałości), jak i teraz gdy wspomniany wokalnie wybrzmiewa, to słyszę echa co niektórych bardziej surowych wprawek niemieckiego Kadavar. Faktycznie jak na zimną estetykę postmetalowo-sludge'owo-noise'ową, Minsk na swojej trójce przemawia dość eklektycznie, więc katalogowanie tejże wprawki jako oczywistych nawiązań jest pozbawione uzasadnienia. Patrzę więc na nią na zasadzie licznych skojarzeń, a nie super wiążącej przynależności gatunkowej, gdy poza wszystkimi powyżej asocjacjami wymienionymi, mocno w łeb wchodzi również charakter rytualny tej nuty, w której ponad skromne formalnie aranżacje, ładowane jednak obficie różnorodnościami, brudne brzmienie organiczne, wpływa w chA intensywnie na wycieczki porównawcze ze starymi, zamierzchłymi czasami nagrywania muzyki, a nie możliwości technicznych studyjnych. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Gurriers - Come and See (2024)

 

Nadchodzi późnoletni/wczesnojesienny czas żniw muzycznych nowości, więc czas gorący na który zawsze z podnieceniem czekam, mimo że wiąże się z końcem wakacyjnego letniskowania. Tytułów będzie sporo do ogarnięcia, a pośród nich zapowiadany drugi krążek idących w ślad za Fontaines D.C. ich irlandzkich rodaków z Gurriers. Ten debiutancki, którego powyższy (podnieś wzrok) obrazek zdobi przegapiłem i odkrywam dopiero gdy dwójka promowana na horyzoncie, ale lepiej późno niż wcale - chyba że dotyczy to powiedzenie wybryku Gordona Shumway'a z gazem w piekarniku - wówczas ostrożnie! W przypadku wyczajenia czegoś ciekawego muzycznego z niedalekiej przeszłości nie ma niebezpieczeństwa, a jedynie przyjemność którą należy sączyć i jej poznaniem się napawać. Come and See jedzie na popularnym od nowa dzisiaj nurcie odświeżającym brytyjską alternatywę ejtisową, czyli na tym na czym rozgłos zasłużony coraz mocniej zdobywają ich wspomniani bardziej wciąż popularni naturalnie ziomale od Griana Chattena. Zatem album to całkiem eklektyczny i jeśli jeszcze ciągnąc przez chwilę porównania z większymi braćmi, to najbardziej z ich debiutancką estetyką, więc jest zarazem dość melodyjnie, ale więcej jednak zimnej rytmiki i raz ugładzonej, raz surowszej post punkowej wściekłości.  Nie ma kompletnie nudy, bowiem kiedy momentami odpływają w kierunku atmosferycznego, hipnotycznego czy bujanego grania, to zaraz są w stanie uderzyć czymś zdecydowanie żywszym, a wokalista zapodać łobuzerskie wersy barwą zbuntowanego smarkacza, z charakterystycznym pobrzmiewaniem akcentu. Tego przecież brakuje na ostatnim albumie Fontaines D.C., a Gurriers są w stanie na obecną chwilę wypełnić znakomicie lukę po zmieniających stopniowo na bardziej indie-popową estetykę, zmierzających na szczyty współczesnych, najbardziej perspektywicznych muzycznych Irlandczyków. Więksi dziś to mega gorący towar, a mniejsi jestem pewny, że mogą namieszać w przyszłości bardzo podobnie, bowiem Come and See jest już materiałem doskonałym i otwierającym im drzwi nie tylko do kariery, ale też kariery w różnych możliwie stylistycznych kierunkach. Dramaturgia konstrukcji jedynki zdradza talent do budowania struktur jakie fantastycznie ekscytują w formule długograja, a poszczególne indeksy same w sobie wyróżniają się cechami jakie stanowią o ich własnej oryginalności - mimo że w mocno ogranej przecież formule gatunkowej. Ja czuję w tej nucie szczerość, siłę i kreatywność, a to co już usłyszeć mi się udało z nadchodzącej Nobody's Coming To Save You przekonuje mnie, iż Come and See to tylko inauguracja kapitalnej ich drogi do szerszego zaistnienia i zdobycia uznania jako ekipy fajnie energetycznie napędzającej i aranżacyjnie frapującej. Tak się dzieje naturalnie, że jak ktoś się przebije, to ciągnie rozkręcony pęd ze sobą kolejne undergroundowe klejnoty. Gurriers jest jeszcze nieoszlifowany idealnie, ale to tylko kwestia czasu. Oby tylko ewolucja ku doskonałości, nie odebrała im całego waloru dzisiejszej dzikiej nieco świeżości. 

piątek, 14 sierpnia 2026

Mænd og høns / Mężczyźni i kurczaki (2015) - Anders Thomas Jensen



Szalony naukowiec i jego pokiereszowani synowie, obciążeni porządnie genetycznie, czyli do sportretowania z maksymalnym dystansem i poddania potęgowaniu patoli w manierze quasi tarantinowskiej, totalnie pojechany “gang Olsena” na dziedziczonym śmietnisku wychowywany. Wpierdzielają tony tych tytułowych kurczaków (sceny posiłków są akurat wyśmienicie nieapetyczne) i w sumie większego ani tym bardziej głębszego sensu w tej warsztatowej wprawce reżyserskiej (mogli sobie pozwolić na rozwinięcie skrzydeł kolorowych, też ucharakteryzowani przekomicznie aktorzy), raczej trudno się doszukać. On (gdyby nie dało się z kontekstu wychwycić, chodzi o sens :)) jakiś naturalnie jest, nie odbieram przecież prawa makabrycznej grotesce do kamuflowania pod właściwą odpychającą stylistyką przesłania czy czegoś w tę mańkę. Tylko jakby mnie nie łaskotało abstrakcyjne poczucie humoru, to na większość makabresek jestem przed hura heheszkowaniem uodporniony. Takie duńskie poczucie humoru, nie jest nawet wyzwaniem, bowiem nie chodzi tutaj o dojrzewanie do jego skumania, lecz o z natury chyba jego ekstremy kminieniu. Były momenty że jakieś oko mnie obserwujące podczas seansu wychwyciłoby grymas wyduszonego uśmiechu. Bez względu jednak na to ile by było takich incydentów zarejestrowanych, ani raz bodaj zdrowo nie parsknąłem, a częściej robiłem wielkie oczy - konsternacji smak w rozdziawionej gębie czując. Nie wiem dokładnie co obejrzałem, mimo że jakby mnie zapytano o jakieś szczegóły, to jest duże prawdopodobieństwo iż je zapamiętałem. Konkretnie szczególna jest to produkcja - wyraziście upstrzona czarna komedia, jaka zostanie we łbie, ale powtarzam, za cholerę więcej z niej ponad przekraczanie granic dobrego smaku poprzez darcie łacha z wynaturzeń ja nie doświadczyłem. Najgorsze, iż mając apetyt na Madsa w fazie, Mads tu jak jakby pierwowzór, powtórzenia z ostatniej dotąd jego roli u Jensena.

P.S. Dopiszę (bo przy Skandynawach to obowiązek), iż gdyby Lalu znalazła chwilę by mi więcej streszczenio-refleksji pod ryjek podstawić, to pewnie zakrzyknęła by z zachwytem, że kolejna perełka od zakręconego Jensena! Z obsadą z półki najwyższej, wymiatającą, że aż pióra lecą - dosłownie. To i sporo więcej by mi do słuchu dała, Lalu „skandynawowa”. :)


czwartek, 13 sierpnia 2026

Italiensk for begyndere / Włoski dla początkujących (2000) - Lone Scherfig

 

Urocze, nieco absurdalne i naiwne małe ciepłe kino. Skromne zwyczajne historie skromnych zwyczajnych ludzi, połączone równie absurdalnie zwariowanym kursem języka włoskiego. Forma odarta, ludzie odarci z dodatkowych zakłócających odbiór właściwy warstw, wpływających na wszystko tylko nie na najbardziej życzliwą istotę. Tym razem surowy paradygmat Dogmy (przez te standardy, jest to film naturalnie jakby półamatorski), daje nam optymistyczną opowieść, nie dołując zbyt mocno skandynawskim chłodem, choć nie znaczy to, że jej surowizna nie dostarcza nam smutnych refleksyjnych poruszeń. Małe gesty i ludzie słabi, samotni, oczekujący na przełom, zainteresowanie, niosąc długotrwale w pokorze krzyż oczekiwań i obowiązków. Dogma 95 zawsze blisko człowieka, bez zbędnych wyszukanych efektów, ubarwień - czysty naturalizm oraz skupienie na twarzach i grymasach. Urok i magia tego manifestu tkwi w każdym najdrobniejszym szczególe - subtelnym geście, głębokim spojrzeniu, przelotnym dotyku. Fajna człowiecza plecionka, pełna życzliwości, empatii, tak silnej potrzeby obecności drugiej osoby, rozmowy, bliskości, miłości. Ponura kopenhaska rzeczywistość zostaje subtelnie i po cichutku ocieplona grubym kocem wrażliwości i już nie taka osamotniona w tłumie. Tenże smutny, a jasny film dla optymistycznych pomimo trosk smutasów, może mniej smutnych i wrażliwych odbiorców nieco śmieszyć, bo w rdzeniu się nie odnajdą, dryfując podczas seansu na fali małych lub większych groteskowych niuansów, tak mnogo w zachowaniach osobliwie wyobcowanych postaci obserwowalnych.

środa, 12 sierpnia 2026

Atheis - Elements (1993)

 

Podczas odsłuchów Cynic, badanie słów kluczowych, czy inne ustrojstwo dobierające podobne treści wbiły mi w oczy tą charakterystyczną okładkę trójki Atheist i olśniło mnie, pamięć cucąc, że zanim może o Nocturnusa najmocniejszych dokonaniach, to obok ekipy z Paulem Masvidalem na czele, powinna chociażby właśnie Elements Atheis się pojawić. Równie mocny album w sensie łączenia gatunkowych proweniencji, gdzie jednako obok fundamentalnego death'u, muzycy ochoczo korzystają z inspiracji tak jazzu, jak jeszcze bardziej egzotycznego flamenco i doskonale zrytmizowanego, mrocznego, surowego bluesa. Osobiście Elements trafia do mnie z większym impetem niż Focus, a i samo jest krążkiem przystępniejszym, z bardziej wyeksponowaną melodyjnością. Ponadto typ wokalnej ekspozycji jakiej używał Kelly Shaefer kręcił mnie mocniej, niż Masvidala gardłowe popisy, ale najmocniej to zapadł mi w pamięć basu furkot Tony'ego Choy'a, a taki Air mogę śmiało uznawać za fenomen kreatywnego podejścia do basu figur wykorzystywania. To nie jedyne rzecz jasna walory kompozycji z Elements, bowiem sama w sobie konstrukcja materiału robi doskonałą robotę, gdy pomiędzy właściwe numery znakomite miniaturki instrumentalne zostają wplecione. Cynic i Atheist z roku 1993 jawią się jako główne motory napędowe rozwoju deathowej stylistyki, a dzięki nim scena nie patrzy już w stronę szybciej czy brutalniej, ale poszukuje bocznych furtek, których otwarcie wypuści zaduch i nabierze głębokiego oddechu. Atheist z tego okresu odmiennie od Cynic nie myśli wyłącznie o włączaniu elementów skrajnie teoretycznie niepasujących w ramy klasycznego, a często już zdominowanego death metalu, ale pozwala sobie by eklektyzm stanowił jeden z fundamentalnych walorów materiału, stąd obok siebie i bez poczucia niespójności (to jest gigantyczny plus na rzecz ekipy z Shaeferem) współegzystuje stricte death z feelingiem niemal pop rockowym. Uwielbiam przykładowo pomysł i koncepcję dynamiki wałka tytułowego, jak i tą jaka stoi za Mineral - tak samo z sympatią odbierając to co w tym utworze dzieje się w drażliwej rytmice, jak i w wątkach uspokajających ten żywioł. Można by śmiało donieść, iż trójeczka to eklektyzm formalny powiązany z miażdżącymi riffami i wpuszczonym w ten misz masz uporządkowujący fusion, ze szczególnym udziałem emocjonalnych pasaży. Krążek żyje osobliwym życiem wewnętrznego rozdygotania, a w tym nerwie jest jednak kontrolowany i dawkowany odprężający spokój. To nuta zdecydowanie milsza dla ucha i zdatna nawet do przełknięcia dla kogoś z rozregulowanym układem nerwowych - czego o Focus Cynica nie mogłem wcześniej napisać i teraz też nie wspomnę w formie oznajmującej. :)

wtorek, 11 sierpnia 2026

Cynic - Focus (1993)

 

W powszechnym rozumieniu (jeżeli komukolwiek nie związanemu chce się nad definicją zastanawiać) death metal jest czymś w rodzaju stylu w ciężkiej muzyce, charakteryzującym się nieczytelną aranżacją, jazgotliwie-zgrzytliwymi gitarami oraz na poziomie tekstów gloryfikacją wszystkiego co odpychające na tym naszym padole i do tego bełkotliwego, wrzeszczącego paszczą ich interpretowania. Ogólnie najstraszniejsza obok black metalu i co ciekawe improwizowanego jazzu oraz nowoczesnej symfonicznej ekspresji anty muzyka. Piszę wstęp takowy z premedytacją i kąśliwie dodam, iż akurat taki death jaki zaproponowała czwórka wybitnych instrumentalistów ze stylem związanych, akurat w roku 1993 wiąże w jedna eksperymentalną, a zarazem spójną formę dwa kierunki wyżej wymieniane. Focus jest bowiem zarazem death metalowy, jak i jazzowy - wówczas kompletnie na scenie nowy. Wyrasta i rozkwita jednak z fundamentu jaki Chuck Schuldiner wraz z rozwojem swojej macierzystej grupy konsekwentnie promował, lecz wówczas jeszcze nie czuł powodu aby tak daleko z własnymi wizjami oryginalnego jazz-death'u zabrnąć. Miał gość chyba naturalnego czuja, gdy spojrzeć na fakt, iż Cynic rozbił wszystkie możliwe mury, przeszedł na kompletnie niezagospodarowane tereny i znikł, gdyż zapewne nie miał pomysłu na dalszą ewolucję. Nie dało rady dalej i bardziej "kosmicznie", a  gdy to określenie się pojawia, to od razu przypominam sobie, że zanim Chuck odkrył w sobie żyłkę eksploratora, to w estetyce swoją istotną rolę zaznaczył Nocturnus i może nawet bardziej niż Spiritual Healing i dalej Human, ekipa zmarłego właśnie Mike Browninga na The Key wystrzeliła w inne galaktyki death metalowej podróży ku nieznanemu. To zwięzły rys historyczny, a gdy wrócić myślami do Focusa, słucham go teraz zdecydowanie inaczej, niż gdy album liczył dopiero dni, tygodnie czy miesiące. Wtedy odpadłem, totalnie nie byłem gotowy na coś tak jazgotliwie połamanego, a później gdy już zacząłem dojrzewać do matematyki w metalu, czas już był zupełnie inny i miast doceniać prekursora, zafiksowałem się na nowej perełce jaką bezdyskusyjnie The Dillinger Escape Plan się okazali. Toteż w sumie nigdy Focus u mnie nie miał szans by urosnąć do rangi praktycznego kultu, mimo że zdarzały mi się z nim kontakty sporadyczne, ale dopiero teraz, kiedy lat w ch i jeszcze sporo więcej od premiery minęło, napisze od serca, łącząc się w sympatii z opiniami sprzed już laty, że rozumiem jakim objawieniem mogła być to płyta dla słuchacza drzewiej już na szok konstruktywny przygotowanego, a spotkanie wspomniany czterech wyjątkowych osobowości nadzieją na totalne przekonstruowanie death metalowej formuły, bądź jej intrygującego rozszczepienia. Wizjonerstwo i odwaga niebywała wypływa z każdego dźwięku, a zaawansowanie techniczne nakazuje bić najgłębsze pokłony przed instrumentalistami. Na całego zmiana spojrzenia na death metal, odrzucenie prymitywizmu czy brutalnie srogiej, zdołowanej koncepcji na rzecz połamanych struktur, lecz takiego rodzaju kombinacji, iż ciężar jest dodatkiem, a nie celem samym sobie. Pulsujące podziały jazzowe, rozbudowane przestrzenne frazy, sąsiadujące z gęstymi atakami, rozedrganiem, a do tego odjechane wokalizy, plus klimat quasi futurystyczny, a całość idealnie zbalansowana, by uniknąć dłużyzn czy z innej beczki, nie uczynić stuffu przerażająco odpychającym, przez konglomerat gęstych, skomplikowanych rozwiązań. Nie znaczy to podkreślam, iż Focus jest zarazem łatwy i trudny - on kiedyś był trudniejszy, dziś jest łatwiejszy, bowiem mnóstwo w międzyczasie w ekstremie się wydarzyło. W roku 1993 był znośnym jedynie dla maksymalnie wyrobionego i bez klapek na oczach metalowego szalikowca i nie odnosiło się to "wyrobienie" do znoszenia kilkutonowych walców czy prędkości nadświetlnych, tylko co z praktyki czasu najśmieszniejsze, na złagodzeniu klimatu i paradoksalnie skompresowaniu poprzez przewietrzenie jednocześnie faktury, by w perspektywie czasu powstała jeszcze inna - scena mega progresywnego instrumentalnego metalu. :)

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Alexander / Aleksander (2004) - Oliver Stone

 

Kiedy Aleksander Macedoński zinterpretowany według Stone’a, nie zostaje zbyt ciepło, tak przez krytykę jak i widzów bez przerostu ego w temacie znajomości kina przyjęty, ja uznaję że fakt ten był/jest wciąż jawną niesprawiedliwością, jeśli zerknąć na konkurencję w gatunku, nadmiernie myślę mimo mojej także sympatii, zachwytem obdarzoną. Mówię na przykład o fenomenalny ale nazbyt ckliwym Gladiatorze, jaki robi wrażenie, mnie też przekonuje, ale tam gdzie kończy się hollywoodzko przyjazna narracja, tam pozostaje przestrzeń dla niewykorzystanej kontekstowo głębi. Natomiast Aleksander to zupełne przeciwieństwo i narracja szorstka pozostawia kawał przepracowanego miejsca dla mnóstwa historycznych niuansów, doskonale sugestywnie kręcącej mnie psychologicznie zeschizowanej Stone’a maniery i rozhulanej teatralnie, archaicznej (także potraktowanej przez opinie surowo) gry aktorskiej. Aleksander sam wygląda rewelacyjne w tej przeczącej jego krwiożerczości cherubinkowej fizys, a do tego plan hipnotyzuje barwami i wspomniane aktorskie kreacje sprzedane z manierą sceniczną, dają więcej intrygujących wrażeń, niż teraz przeze mnie rzucone odrobinę na pożarcie Gladiatora walory. W Gladiatorze dominuje rozrywka namiętna, a tutaj ambitna sztuka nieoczywista, więc w takim starciu bieli z czernią, staje po stronie soczystego czarnego i gdy teraz skupiam się na ekscytujące treści od Stone’a, myślę o spłaszczeniu też historii Odysa przez Nolana. Obiecałem sobie zrobić weryfikację (Odyseja vs. jeszcze nie zarchiwizowane u mnie klasyki historycznej estetyki) i w tym kontekście wolę zamiast bajeczki, kawał potężnego, być może nieprzyjaznego gigantycznej popularności kino kontrowersyjnego, reżysera obecnie zasłużenie wyklętego. C jest w tej interpretacji kinowej życia Aleksandra Wielkiego prócz krwistych oczywistości przerażająco niepokojącego - być może rodzaj wzniosłej powagi i klasyczny syndrom powłóczysty, archetypicznego teatru w kinie z lat pięćdziesiątych. Jest z pewnością ciężar gatunkowy sfokusowany na burzliwej i brutalnej historii ukazanej z klasą, rezygnując z typowej hollywoodzkiej manii, zeszlifowywania szorstkości ku łatwiejszej chłonności dla przeciętnego niedzielnego kinowego widza. Może jestem niewolnikiem symbolicznej sekwencji, fenomenalnego między innymi ujęcia w slow motion zmontowanego, a może ten styl ekspozycji egzotyki miejsc mojemu gustowi odpowiada, tudzież w odniesieniu do postaci/do bohatera, przeprawa przez zrodzone obsesje i ambicje oraz reżysera odwaga by amok, manię niebywałą wizualnie wszczepić w obrazy krwawej grozy, przepuszczone poprzez wyobraźni i finezji najostrzejszą filtrującą optykę - to mnie trwożąc zelektryzowało. Brak więc sukcesu finansowego, jest w przypadku Aleksandra powodem do detalicznego przejrzenia genezy powodów, a tym pierwotnym i głównym jak mniemam wysoki poziom odporności na wpływy podpowiadaczy i potężna megalomania Stone’a. Miał człowiek wówczas swoje przekorne usposobienie, jakie w ostatniej grubo ponad dekadzie, nie bardzo przekładało się na mocne tytuły, ale akurat Aleksander potraktowany bez taryfy ulgowej, to być może jego finalny, a najważniejsze ostatni zasadnie skuteczny był środkowy palec pokazany hollywoodzkiemu mainstreamowi. Według mnie przekonujący, tak jakościowo, jak ambicjonalnie.

P.S. Ponadto jak tu sfilmowane są sceny batalistyczne. Na nie się gapi z rozdziawioną gębą! Rzekłem!


niedziela, 9 sierpnia 2026

Kingdom of Heaven / Królestwo niebieskie (2005) - Ridley Scott

 

Po sprawdzeniu praktycznym, rozhulanej promocyjnie nolanowskiej Odysei, postanowić mi się zachciało, iż luknę na nowo na kilka może historycznych i quasi historycznych tytułów (jakie jeszcze tutaj nie zagościły) i tym samym będę miał też jakieś porównanie i odpowiedz między innymi na pytanie - czy w ostatnich dajmy trzydziestu, może skrajnie czterdziestu laty, robiono też super produkcje w gatunku, jakie z dzisiejszych hitem box office’u mogą pójść w szranki? Nie pod względem kultowości, bowiem co stare i głośne było, to często z czasem zdobywa dodatkowe uznanie w formie właśnie kultowości. Chodzi mi bardziej o to, czy przykładowo technicznie jest lepiej i czy takie możliwości obróbki komputerowej popsuły kwestie wizualnej wiarygodności, czy może dodały jej wartości. Na pierwszy rzut biorę Ridley'a Scotta Królestwo niebieskie, czyli klasyczne kino bitewno-przygodowe, rycerskie znaczy - ze szczękiem żelastwa i rżeniem koni w galopie. Wszelkiej pierwotnej maści oręża dominacji, więc krwi i flaków charakterystycznie szołmeńsko z zadawanych ran tryskających, nader natężenia. Może to nie ta kategoria porównawcza, bo w mitach więcej umowności i ugrzecznienia, a gdy pod lupę bierze się wydarzenia w większym stopniu realistyczne, to należy wprost pokazywać jak krzywda, nawet w przyjętych za usprawiedliwione działaniach mogła być zadawana. Batalistyczne jest w Królestwie konkretnie i potęga wojsk robi wrażenie. Epickie zacięcie wynosi widowiskowość na najwyższy z możliwych wtedy, a może i wciąż obecnie poziom, lecz wizualna technologia sterylna nie czyni Królestwa niebiańskiego odpornym na wady. Chciałoby się aby ziarno filmu jakieś istniało, bo jego kompletne spłaszczenie, czyni efekt soczystym, lecz nazbyt klinicznie myślę efektownym. To chyba w tym segmencie punkt dla Nolana, który mniej z wygładzeniami przesadza, ale przegrywa w moim przekonaniu na poziomie dynamiki, bowiem Królestwo jest znacznie intensywniej dynamiczne, spektakularne i efekciarskie, mimo że „osadzone bliżej ziemi”. Zastanawiając się po seansach (kinowym i domowym), w którym przyjemniej jako widz oczekujący wkręcającego efektu się odnalazłem, to jednak nie mam jasnego stanowiska. Dochodzę do wniosku, że trudno w sumie porównywać oba hity i każdy z nich stoi przed konkurentem w pewnych wąskich kategoriach, a całościowo trzymają równy poziom, a że ten Scotta o ponad ćwierć wieku starszy, to chylę czoła, że mimo na pełnej korzystającego z technologii, wciąż ogląda się wyśmienicie. Mówię o oddziaływaniu całej warstwy ilustracyjnej, a najmocniej kluczowego szturmu na Jerozolimę, gdzie maszyny oblężnicze i szerokie kadry robią super wrażenie. Ale na pewno pomimo włożonego wysiłku, trudno mi również Królestwo Niebieskie uznać za dzieło wybitne. Zabrakło drenującej siły psychologicznej relacji pomiędzy bohaterami i intrygi porażającej emocjonalnie. Zamiast tego nacisk położony na potęgę produkcji i dla oczu wizualna efektywności, nieco oczy zamydla. Tak jak podobnie do obecnej wciąż na ekranach Odysei, trudno mi się przyczepić do przesłania, gdyż ono celne, pozbawione jednakże odrobiny chociaż kontrowersji, dostosowane do możliwości intelektualnych szerokiego grona widzów, z tezami oczywistymi, bez większego zniuansowania. Tu i tu (zwyczajnie górą ponad istniejącą, lecz niewykorzystaną treść przygoda) - chociażby każdy bardziej wnikliwie analizujący sznyt historyczny zauważy coś ponadto, co reżyser wprost chciał dać do zrozumienia. Okej, może jak dobiorę następny typ, to będzie bardziej trafiony. Czekają między innymi Aleksander, Trzynasty wojownik i oczywiście Troja. 

sobota, 8 sierpnia 2026

Death - Spiritual Healing (1990)

 

Przeglądałem którejś prawie nocy (czas późnowieczorny wypełniając) rolki na fb i pojawiła mi się taka jedna wykorzystująca możliwości AI, jaka ożywiła okładkę Spiritual Healing i wtedy dotarło do mnie, że pierwszych trzech albumów LEGENDY nie mam dla swoich potrzeb zarchiwizowanych, więc czym prędzej zapuściłem ostatni chronologicznie z brakujących i kilka refleksji natychmiast we łbie mi się pojawiło. Pierwsza zasadnicza, że ja przez lat wiele za najciekawszy czas ewolucyjny w muzyce Death spostrzegałem od Human, a powód leży w czasie i okolicznościach, bo gdy zaczynałem odkrywać dla mnie przyjemnie satysfakcjonującą estetykę death metalu, to akurat już gdy taśmy licencyjne na rynek u nas weszły i tym samym Human jako ten z numerem katalogowym MASS0001 Metal Mind Productions sobie opatrzyłem i etykietę przyklejając, błędnie osadziłem. Drugi powód nie muzyczny, to oczywiście seria okładkowej spójności pomiędzy jedynką, dwójką, a trójką poczyniła przekonanie, że ten dla mnie istotny etap dla Death właśnie od czwórki o odmiennej szacie graficznej się zaczyna. Jest jednako jeden powód i powód to czysto muzyczny, że cholera jasna największy skok Death poczynił właśnie między Leprosy, a Spiritual Healing - zmieniając kurs z brudnego, siarczystego grania, raczej względnie prymitywnego, na ten przewracający amerykański death metalowy stolik i tworzący kompletnie nową jakość i podgatunek w śmierć metalu. Nawet jeśli da radę na Leprosy znaleźć motywy jakie zapowiadają poniekąd zamiłowanie do komplikowania (Left to Die), to dopiero na rzeczonym/opisywanym dzieją się rzeczy nawet i rewolucyjne. Z obowiązku dodam, że wtedy też zaistniały w składzie istotne zmiany, które zwiastowały przyszły system budowy składu przez Chucka, że nikt oprócz sternika, nie ma pewności obecności na kolejnym albumie, a wielkie nazwiska albo już statusem gwiazd estetyki spowite, bądź dopiero u boku Chucka do tej rangi dorosłe, pchają się do współpracy z nowym prorokiem sceny. Na Spiritual Healing zagrał taki już z dorobkiem James Murphy - wioślarz co potrafił odtworzyć pomysły szefa, a i zapewne swoje trzy grosze jako nie byle kto do ich aranżacji wtrącić. Pojawiają się błyskotliwe pojedynki gitarowe i mam wrażenie, że chemia pomiędzy gitarzystami jest na poziomie jaki gigantycznie ambitny Schuldiner od skrojonego tandemu wymagał. Ten radykalny krok "ojca dyrektora" powoduje, iż wszystko się klei tu znakomicie, a rozkwit jest tylko kwestia czasu, co okazało się prawdą i stanem rzeczywistym, lecz w przyszłości już bez Murphy'ego, który będzie robił jeszcze swoje, a i inni znani zdarzy się że go przytulą i z nim nagrają na przykład swój najznamienitszy w karierze album - patrz prze-znakomity The Gathering Testamentu. Wracając do gwiazdy recki dodam jeszcze, że głupi byłem, iż na jakiś czas kontakt (nie rozumiem, nie rozumiem) zarzuciłem, bowiem tak dynamicznie zakręconego i tym samym szalonego albumu (pomostu pomiędzy starym, a nowym) w dyskografii LEGENDY już nie da się odnaleźć. Od Human zaczyna się na dobre Death sterylny, kliniczny, a tutaj nadal (w tym rozwoju ku oryginalności) czuć napierdalankę oldschoolową. 

piątek, 7 sierpnia 2026

The Odyssey / Odyseja (2026) - Christopher Nolan

 

Byłem i odbębniłem, a w tym drugim słowie kryje się mnóstwo przekory, bo na kilka dni przed premierą, a i w trakcie pierwszych dni wyświetlania burza w szklance wody hulała na całego, co okazało się zjawiskiem błyskawicznym i chwilowo rozruszającym zasięgi tam, gdzie ich brak, to tragedia dla mącicieli. Pojawili się znienacka eksperci od greckiej mitologii i najczęściej tacy, jakich o czytelnictwo czy w dzieciństwie czy w dorosłym życiu raczej bym nie podejrzewał. Ocenili surowo, często nawet przed seansem, uznając najważniejszym w tej premierze jest kolor skóry Heleny Trojańskiej. Mieli prawo, ja nie mam obowiązku słuchać ich rasistowskiego pieprzenia i chyba jestem okej, że jedynie do krótkiego wstępu złośliwego, żenujące okoliczności startu wyświetlania w naszym grajdołku spodziewanego hitu Nolana mnie natknęły. Niżej już być może bez goryczy zakamuflowanej się obędzie i tylko prawda prawda i cała prawda maksymalnie subiektywna białe tło, czarnym drukiem wypełni. O czym jest Odyseja i poprzedzająca ją Iliada, gdybyś czytelniku ani tej wiedzy z lektury, ani z seansu ekranizacyjnego nie posiadał, zapytaj AI, a BROŃ CIĘ BOGOWIE radykalnych prawaków teraz nie pytaj, bo się ekstremalnie w szambie wybitym utopisz, lub co i tak Ci zrobi młyn we łbie pogubisz w domniemaniach i interpretacjach. Od siebie tylko w temacie fundamentu przekleję suche info, że dla Nolana interesu finansowego, Odyseja „przedstawia wydarzenia mające miejsce po upadku Troi. Jej fabuła skupia się na wieloletniej tułaczce Odysa (Odyseusza), który wraca do swojej ojczyzny Itaki - mierząc się z potworami, czarownicami i gniewem boga Posejdona. Równocześnie opowiada o wiernej żonie bohatera, Penelopie, która czeka na niego w domu”. Nolan mega świadomy z jakim materiałem nośnym przyszło mu pracować, od strony technicznej stworzył w moim przekonaniu coś na skrzyżowaniu trylogii Władcy Pierścieni i obecnie Diuny, więc same te tytuły mówią nieomal wszystko o stronie wizualnej przedsięwzięcia. Powstał (jak na możliwości współczesne warsztatowe) produkcyjny sztos, pełen rozmachu, ale bez zaskoczenia, w postaci finezji większej realizacyjnej. To mnie lekko rozczarowało, chociażbym miałem przed seansem bardzo realistyczne oczekiwania - pozbawione huraoptymizmu na poziomie finezji kreacji. Nie odnosząc się do interpretacji treści (w przestrzeni sieci zatrzęsienie tegoż przecież), a tylko oceniając siłę oddziaływania obrazu i wymiaru przygodowego, to potężny gigantyczny epos hollywoodzki, grubo techniką filmową PRZE-ARANŻOWANY. CGI oczywiście w akcji i jak nie znoszę takiej sterylne instrumentach, to w tym przypadku jednak jest znośnie, a i tak ta konwencja się zestarzeje już wkrótce, daje gwarancję. Podobały mi się tyle o ile koty, a najbardziej to widowiskowe lokacje, staranne dekoracje i ogólnie moc nazwisk z topu hollwoodzkiego - grających mocniej, bądź z ograniczonym impetem, ale na poziomie od wysokich stanów średnich, do niższych stanów wysokich. Szczegółowo to, z raczej przyjemnego letargu otrząsnąłem się podczas sceny wizualizującej podstęp makabryczny czarownicy Kirke oraz zawitania drużyny nie-pierścienia do Hadesu. Patrząc w szerszym wymiarze, to z początku zdystansowany, dałem się wciągnąć, a uniwersalizm symboliczny tejże grubo podbitej kontekstami opowieści-przestrogi do mnie przemówił. Bowiem zgadzam się z przekonaniem pewnego azjatyckiego twórcy gier komputerowych (właśnie podczas spisywania na nią trafiłem), że w formule przede wszystkim literackiej (to mój akurat przytyk) Odyseja, to „intymny, głęboko ludzki dramat” oraz że „zamiast po prostu patrzeć na ekran, czułem się, jakbym był tam przez cały czas - to było coś więcej niż oglądanie, byłem świadkiem, dzięki wyjątkowo płytkiej głębi ostrości i eleganckim przestrzeniom kierującym uwagę na najdrobniejsze szczegóły, nieustannie podążają za cierpieniem i losem bohaterów”. Tyle iż mój problem, to ani nie wyraźny heban Heleny, czy niedostosowanie obrazu postaci do moich własnych wyobrażeń względem ich charakterów, a wprost napiszę - brak odpowiedniej wrażliwości abstrakcyjno-baśniowej, do odczytywania mitologii z płaszczyzny legendy, na płaszczyznę rzeczywistości. To jakbym rozumiał ludzki charakter głębokiej treści, ale postaci świata „Bogów” mi ją zaburzały. Inaczej, gdyby to był epos o ludziach bez „Bogów”, to ja bym był w tym bardziej, a że ja nie sięgam wciąż tego poziomu podatności, jak i nie zatraciłem się za łebka w szkolnym materiale, to miałem dystans, który myślę Lalu jako entuzjastka, powinna przed projekcją odpowiednio sprytnie zlikwidować, wprowadzając mnie w choć odrobinę stan czucia więcej i mocniej. Niestety wolała mnie przetestować, a ja ją zawiodłem swym stonowanym stanowiskiem dotyczącym entuzjazmu po obejrzeniu przygód Odysmariusza. :)

P.S. Musisz Odysmariuszku zawierzyć Bogom, a wrócisz! Żółwik!

czwartek, 6 sierpnia 2026

Madder Mortem - Desiderata (2006)

 

Tekst poniższy może być obszerny, na przekór faktu że niewiele z Desideraty dzisiaj pamiętam, lecz intensywnie dzisiaj i wczoraj u mnie gra, a gdybym nie miał jednak zbyt wiele do wyrażenia, to awaryjnie dysponuję dość bogatą fachową archiwizacją magazynową, okoliczności czasu i sytuacji gdy powstawała i została wydana. :) Na początek informacja podstawowa, iż był to wówczas czwarty studyjny materiał norweskich (całkiem oryginalnych i być może dość ekscentrycznych muzycznie mieszkańców Oslo) i w sumie bodaj (bo pamięć już krótkawa) ostatni ich krążek który odkrywałem jeszcze na bieżąco - czekając na premierę. Desiderata wyszła pod skrzydłami kultowej Peaceville i można by wtedy przypuszczać, że tak markowa w gatunku stajnia ich raz wypromuje, dwa pozwoli ich popularności wystrzelić, aby kolejna przystań "lejbelowa" spieniężyła finalnie całą drogę na metalowy szczyt. Taki scenariusz jednako się nie zmaterializował, a czy winę ponosiła słabsza wartość czwórki czy nietrafiony, spóźniony czas na rozgłos, nie musze chyba w miarę zorientowanym w hałaśliwych trendach z pierwszej dekady XXI wieku, tego konkretnego przypadku wyjaśniać. Doomowe, ku uniesieniom aspirujące klimaty, nawet podkręcone mechanicznymi szarpanymi riffami (upieram się wciąż że nasze Obscure Sphinx musiało się nasłuchać trochę MM), nie były w stanie się przebić, bowiem potencjał na słuchacza atmosferycznego grania się przerzedzili, a ponadto Madder Mortem to nie były nutki najprostsze - progresywnymi wywijańcami bardziej niż ckliwymi melodyjkami zainfekowane. Interesujące aranżacje i twarde w zasadzie strun szarpanie z momentami bardzo finezyjnymi motywami, pozwoliły Desideracie całkiem dobrze się udało zestarzeć i jak kojarzę inaczej niż sporemu gronu albumów z szerokiej gotycko-metalowej palety, które nie dały rady i uległy trzonowcowi czasu. Desiderata trzyma się wciąż dobrze, a odpowiedzialne myślę pogmatwanie w strukturach, inaczej harmonie, którym w sukurs idzie szorstkie oraz potrzeba przełamywania oczywistych rozwiązań. Bądź jestem w totalnym błędzie, a za wszystkim co subiektywnie odczuwam stoi brak mojego z Desideratą związania, przyczyniając się fundamentalnie, do odbierania tego albumu na poziomie względnej wciąż świeżości i nim zaintrygowania. Rzekłbym, że czasem dobrze się nie zżyć, aby nie odczuć znużenia. :)

środa, 5 sierpnia 2026

Sentenced - The Funeral Album (2005)

 

Kiedy w roku już dawno minionym 2005-ym pożegnalnego albumu Sentenced słuchałem, nie miałem pretensji iż ekipa Finów zamyka za sobą drzwi, a jak to sami stwierdzali "nie rozstajemy się, po prostu kończymy działalność koncertową i fonograficzną", bowiem odczuwałem, iż konwencja się wyczerpała, a nagrywanie co raz to kolejnego podobnego albumu, nie przyniesie większego pożytku, od tego jaki możliwy poprzez zniknięcie ze sceny, wpływając na fanów po pogrzebie tęsknotę. Teraz nieco mi szkoda, czuję że mi ich współcześnie nieco brakuje, ale wciąż szanuję ówczesny wybór, szczególnie gdy patrzę przykładowo na żenującą stagnację ich ziomków z Amorphis. Wiem że do krążków tych wciąż klasycznych znacznie chętniej bym powracał, gdyby ich teraźniejsze dokonania dodawały im punktów do wcześniej osiągniętego statusu, zamiast wręcz wszystko co dajmy na to, do połowy lat dwutysięcznych osiągnęli/nagrali (może nawet do momentu przejęcia mikrofonu przez Tomiego Joutsena) zaprzepaszczając. Obawiam się że historia Sentenced mogłaby pobiec w tym samym kierunku, jakby goście męskiej decyzji ostatecznej nie podjęli. Materiały by może dobre wciąż produkowali, ale za cholerę wierzyć mi się nie chce, iż mogłyby one przebić to co w ich dyskografii najlepsze. The Funeral Album przekręcił klucz w zatrzaśniętych drzwiach i ekipa Samiego Lopakki nie ma do dziś czego się wstydzić, bowiem ukłonili się zbiorem bardzo porządnych numerów - idealnie puentujących bodaj piętnastoletnią karierę. To jasne że ostatni krążek to nuta głównie (patrz wyjątek Where Waters Fall Frozen) z tej samej płaszczyzny, w jakiej się umościli wpierw nagrywając przełomowy Amok, a później kontynuując kurs z ostatnim jak się okazuje wokalistą poprzez Down, Frozen, Crismson i The Cold White Light. Album pogrzebowy to klamra podsumowująca, wykorzystująca znane i ograne aranżerskie patenty i jedynie może brak mi pośród tych trzynastu numerów naprawdę konkretnego przeboju, jakie systematycznie niemal dotąd się pojawiały i w układzie odniesienia innych bardzo dobrych brylowały, lecz nie uznaję aby problem był to dla finałowego aktu problem istotny. Tym bardziej że jestem w stanie doszukać się w indeksach wyrazistych wątków, motywów, akcentów, a domykający wieko potężny, wręcz jak na standardy Sentenced mocno epicki hymn End of the Road zostaje w głowie. Nic w sumie szczególnego, ale charakterystyka melodii w obliczu stylu Finów zawsze posiadała swój własny koloryt. Melancholijny, desperacki - smarkaty po prostu, gdy nieodorostkiem naiwnym w kwestiach relacji romantycznych się było. Wtedy można było naturalnie się na pełnej utożsamiać. :)

Drukuj