poniedziałek, 30 stycznia 2023

Cream - Wheels of Fire (1968)

 

Wheels of Fire, czyli płyta legenda - dla wtajemniczonych rzecz niemal święta. Napisze słów kilka o niej i zrobię to w inny sposób niźli zrobiłem to o Disreali Gears, bo już nie będę truł jedną (w porywach do trzech) linijką tekstu, jak długo i jak kręte ścieżki do wciąż jednak umiarkowanej fascynacji Cream mnie prowadziły. :) Napiszę wprost korzystając jednak z kontekstu jakim inną legendę, tym razem zza Oceanu w postaci The Doors uczynię. To niby podobne okoliczności czasowe i poziom artystycznej biegłości niebywały oraz prawie fenomen rozpoznawalności tudzież popularności (bez względu na znacznie krótszy żywot głównego bohatera tejże refleksji) podobny, lecz nawet jeśli obydwa bandy na bluesowym szkielecie swoje numery tworzyły, to jest oczywiste jaka różnica dzieli brytyjskiego i kalifornijskiego blues-rocka i tak jak wciąż w całości do większości albumów ekipy którą wizualnie firmował tragicznie kończący swe krótkie aczkolwiek cholernie burzliwe życie Jim Morrison nie potrafię się przekonać, tak bardziej zadziorny i mniej "narkotyczny" styl Cream rozpoznaję jako dla mnie w stu procentach przyjazny, choć jak nadmieniłem w praktyce nadal bez szału uzależniający. Wciąż zatem nie czuję się w najmniejszym stopniu ekspertem w/s w tym miejscu materiału analizowanego, więc moje spostrzeżenia należy traktować z dystansem, zrazu także jako pewnie tak oczywiste że wstyd, ale tak jak The Doors to instrumentalnie klawisz Manzarka, tak bez względu na fakt kto WIELKI na dwóch wiosłach tutaj zasuwał i jak bardzo Eric Clapton z tej dwójki nazwiska na dekady sobie nie wypromował, to sercem Cream zawsze pozostanie bezkompromisowy, niedawno niestety zmarły Ginger Baker i jego sposób nabijania nerwowego rytmu, który dynamikę gry wówczas doprowadził do poziomu wirtuozerskiego. Trzy silne osobowości w trudnych relacjach krótko ze sobą na tyle sprawnie artystycznie współpracowały, że to co pozostawiły stało się kanonem, jaki fenomenalnie skonstruowany został ze wspomnianego korzennego gitarowego bluesa, brzmienia zgrzytliwego, mocno przesterowanego w którym dominowała rock'n'rollowa moc oraz silnie wyeksponowanej ciekawie chwytliwej melodyki. Wszystko to osadzone na geniuszu Bakera, który zdaje się swoim stylem tkwił bardziej w jazzie niż bluesie, czy z dzisiejszej perspektywy kreował perkusyjne brzmienie rodzącego się hard rocka. Tu jest "pies pogrzebany", jednako nie jako źródło jakiegoś problemu tylko kwestia decydująca, bo nie ma mowy by efektowny puls gry Bakera uznawać za (he he he) "piątek koło u wozu" tego (he he) gwiazdorskiego ansamblu. Bez jazzującego pałkera nie byłoby tego ognia i po prostu urozmaicenia, a chwytliwa gra wioseł osadzona na bardziej standardowym rozumieniu rockowej rytmiki szybko mogłaby stać się nazbyt ofensywna i przez to nieznośnie milutka dla uszka. Żeby jednak nie odbierać znaczenia wpływowi wywieranemu przez Claptona i Bruce'a mam argument w zanadrzu taki, że bez ich umiejętności kompozytorskich i najzwyczajniej we trójkę sprawnemu pomimo wszystko pisaniu zgrabnych numerów mogących z łatwością ewoluować w rozimprowizowane suity, nie byłoby finalnego efektu jaki z łatwością przetrwał próbę czasu i mimo że minęło grubo ponad pół wieku odkąd taki Wheels of Fire powstał, to (he he) "niech mnie kule biją", że nie brzmi on wciąż świeżo, a kończąc w tym miejscu swój wywód dodam przekornie, że nawijając tutaj o stylistycznych odlotach "doorsów" i trudnościach w ich zaakceptowaniu, to sam pytam siebie dlaczego taki pierwszy z brzegu dziwaczny Rat and Warthdog mi  na przykład wchodzi, a odjazdy z Ameryki nie bardzo. Obym miał jeszcze czas to zrozumieć. :)

sobota, 28 stycznia 2023

The Death and Life of John F. Donovan (2018) - Xavier Dolan

 

Nie rozumiem wielce chłodnego przyjęcia z jakim spotkał się akurat ten film Xaviera Dolana. Rozumiem natomiast doskonale, że trudno go nazwać jednym z najlepszych jego dokonań, bo mimo w sumie nic mu nie brakuje i jest zapewne w stu procentach tym co wciąż bardzo młody reżyser w trakcie pracy chciał osiągnąć (a co po premierze i zdystansowanej ocenie promocyjnie niepotrzebnie porzucił), to wyróżnia się na tle innych jego produkcji nieco mniej intensywną aurą i zarzuconą na rzecz natłoku wątków wyrazistością oraz co zdaje się kluczem w odbiorze rozmyciem sedna, przez zbytnie poszerzenie palety kluczowych postaci. Jest też bardziej typowo hollywoodzki (nie tylko przez angielskojęzyczność i gwiazdorskie aktorskie persony) niż charakterystycznie dla jego filmów artystycznie ambitny, a mimo to zawiera większość cech do jakich Dolan przyzwyczaił swojego widza. Jest więc głęboko psychologią postaci zdominowany, opowiada między innymi o człowieku w kryzysie tożsamości, stawiającym odpór pokusom i opór światu, który nie rozumie jego inności. Poza tym od strony czysto formalnej zawiera w sobie sceny emocjonalnego wzburzenia, budowania gęstej atmosfery pomiędzy bohaterami tkwcymi w trudnych, czasem wręcz toksycznych zależnościach - a tychże geneza w relacjach rodzinnych i trudnym lub chociaż wyboistym nieco dzieciństwie. Stawia też na korzystanie z mocy muzyki, która wyzwalając się z ciszy, jak zwykle buduje podkład pod klimat lub wprost tak jak w scenach klubowych tą atmosferę kształtuje. Rytm i dynamika też od roli muzyki zależy, ale żadna z tych kwestii nie przejmuje dominacji, a jest idealną przeciwwagą dla siebie, kiedy przykładowo z rodzinnej kłótni podczas okazjonalnego spotkania przerzuceni jesteśmy w klimaty klubu, gdzie następuje upuszczenie ciśnienia podczas hucznej zabawy raczej na smutno. Bo tak przejmująca cisza jak i przeszywająca muzyka wyzwala emocje i otwiera na nie nawet najbardziej skrytych i najbardziej uzbrojonych w grubą skórę twardzieli, zatem ochoczo i jak najbardziej uzasadnienie z niej Dolan korzysta. Poza tym cały czas jedzie na wysokim emocjonalnym C, rozgrywa scenariusz na wielu poziomach międzyludzkich interakcji i zależności oraz płaszczyznach, poza tym można grymasić ale też ten obraz jest świetnie zagrany i absolutnie nie przestylizowany, a że ambitnie rozbudowany to naturalnie trzymający się kurczowo metodycznych założeń, przez co myślę że właśnie uboższy w tętno podskórnie odczuwane. Dwóch głównych bohaterów (wokół nich nieomalże galaktyki innych i liczne węzły pomiędzy nimi splątań) oraz historia ich relacji opowiedziana z perspektywy minionego czasu, a wszystko to w skomplikowanym anturażu skonstruowanym jak to u Dolana przede wszystkim z dotyczących orientacji seksualnej kontekstów. Dużo, ale czy za dużo jednak, a projekt przerósł autora i może po drodze znużył, bądź stracił autor w trakcie pracy czujność. Gdybam!

piątek, 27 stycznia 2023

Arctic Monkeys - Suck It And See (2011)

 

Sam przed sobą przyznaję, iż po wydaniu fantastycznego AM żyłem w mylnym (bo laika) przeświadczeniu, że jego formuła stylistyczna nie wzięła się z konsekwentnego zespołu rozwoju, lecz została akurat wówczas zaczerpnięta ad hoc z fascynacji przede wszystkim starym amerykańskim rock'n'rollem. Stąd długi czas pokutowało we mnie przekonanie, iż nie ma sensu lustrować dokładnie jakie wcześniej albumy Arctic Monkeys nagrywało, tym bardziej że utwierdzony zostałem pobieżnym przekonaniem z pierwszymi nagraniami w roli głównej o braku konieczności sprawdzania - bo te fragmenty kawałków odsłuchane kompletnego wówczas neofitę w świecie muzyki młodych Brytyjczyków raczej nie przekonywały do baczniejszego się przyjrzenia. Czas jednak wszystko zmienia i nie tylko potrafi przemienić jelonka w jelenia, ale też stare przyzwyczajenia mocno dojrzałego człowieka zweryfikować doświadczeniem przełamania samemu sobie świadomie stawianych niepotrzebnie ograniczeń. Tak też z akurat Suck It And See było, że zanim całość albumu w zaciszu domowym kilkukrotnie się człowiekowi odtworzyć zdarzyć miało, to ziemia słońce okrążyć była zmuszona kilka razy. Nie mam mimo wszystko do krążka z 2011 roku takiego bezgranicznie oddanego stosunku jak do AM czy Tranquility Base Hotel & Casino, lecz doceniam i słucham z przyjemnością teraz oraz dostrzegam, że aby "małpy" tak zjawiskowy album w 2013 roku nagrały, to musiały swoją drogę przemian przejść obowiązkowo i nie tylko doznać olśnienia fascynacją amerykańszczyzną. Najważniejsze natomiast, iż dotarło do mnie to co umknęło, że Josh Homme to już paluchy swe maczał w nucie Arctic Monkeys wcześniej niż sobie mogłem zdawać sprawę i nawet wyobrazić. Dla starych fanów nie jest to wiedza tajemna, że już Hamburg to było więcej dzięki niemu pustyni niż standardowo rozumianego brytyjskiego indie rocka, a na SIAS to już kalifornijskie słońce świeci na maxa, a nuta dzięki temu daje wrażenie odtwarzanej z takich małych singlowych winyli w gablocie Cadillackiem zwanej. Odrobina jankeskiej psychodelii sprawnie ożeniona z radio friendly popowymi zajawkami - z lekka brudne, czy szorstkie riffy, bujające i prowokujące do przestępowania z nóżki na nóżkę tempa i ładne solówki (czasem na fuzzie), a wszystko z udziałem aksamitnej barwy i marzycielskiej maniery w głosie Alexa Turnera na doskonałym basowym szkielecie, wprost chyba z mokrych snów fana big bandów, powleczonych dodatkowo dla atrakcyjności i zwiewnie leniwej choć łobuzerskiej romantyczności kołyszącym pitu pitu. Tak sobie obraz tego bardzo fajnego krążka definiując tłumaczę, kiedy go słucham i wizualizuje, co dzięki niemu w serduszku czuję. :)

czwartek, 26 stycznia 2023

Silent Twins (2022) - Agnieszka Smoczyńska

 

Wielkie salony światowej kinematografii wydaje się iż właśnie przed Agnieszką Smoczyńską zostały szeroko otwarte. Silent Twins w mocarnej koprodukcji zrealizowano i jest to pierwszy angielskojęzyczny film, jak się okazuje naszej kolejnej gigantycznej nadziei reżyserskiej, która w ambitnym kinie nie tylko europejskim jest w stanie w moim także mniemaniu ostro namieszać. Jej nowe otwarcie zyskało myślę ogromny jak na standardy filmu ambitnego rozgłos i rozbiło poniekąd bank z festiwalowymi nominacjami, choć samych nagród doczekało się wyłącznie na naszym rodzimym podwórku, w Gdyni. Już samo wprowadzenie w postaci sekwencji animacji poklatkowej pobudza apetyt na kino niby klasyczne, a jednak oryginalne, zaś dalej jest tylko lepiej, bo z każdym dopracowanym fragmentem i jako całość Silent Twins przekonuje, że ten rozdział w karierze Smoczyńskiej będzie dla niej zasłużenie osobistym przełomem. Choć chciałbym użyć innego słowa, by nie powielać najczęściej pojawiającego się określenia, to nie mogę znaleźć lepszego, więc napiszę że Silent Twins jest po prostu gęsty. Bo dzieło (nie boje się tak określić) Smoczyńskiej, to właśnie gęsty od znaczeń i fenomenalnie skomponowany wizualnie oraz pobudzany doskonałą muzyką z tła "polski” obraz od lat, który w kategorii wielkie kino światowe, bez najmniejszych wahań postawiłbym obok zbierających hurtowo laury majstersztyków Pawła Pawlikowskiego i wyprzedzające tym samym za jednym podejściem zdecydowanie, nieco chyba jednak "przehajpowany" dorobek Małgorzaty Szumowskiej. Historia więzi „milczących” bliźniaczek i ich zaborczej relacji ("bo czasem tak kochasz drugą osobę, że nie możesz jej znieść i jednocześnie chcesz by umarła, bo miłość bywa destrukcyjna") jest imponująco precyzyjnie skonstruowanym portretem, z przywiązaniem do niuansu, z niemal niemą reżyserską narracją. Filmem niespiesznym, lecz intensywnym i u fundamentu założeń introwertycznym, stąd skierowanym do środka, bez ofensywnego komentarza, bez wprost formułowanych ocen postaw i zachowań tak bohaterek, jak i otoczenia. Ten wgląd w świat wyobraźni sióstr, tutaj w formie uatrakcyjniających artystyczny wymiar całości animacji, idealnie jak domniemam oddaje charakter ich skomplikowanego i dla nich samych (tu sedno) niezrozumiałego oporu przed światem zewnętrznym i potrzeby ochrony poprzez wycofanie, a gra aktorska niewiarygodnie sugestywna, powoduje że chemia uzyskana pomiędzy treścią, a formą sięga poziomu mistrzowskiego. Kino/doświadczenie, historia/życie - rozedrgane doznanie oparte na sięgającej do źródeł pracy dziennikarskie niejakiej Marjorie Wallace, stanowi przygnębiająca podroż w głąb izolacji i frustracji - braku kontroli i bezradności. Skąd to wszystko i dlaczego w takim dramatycznym kierunku ewoluowało? Co to za zaburzenie psychiczne i czy właściwie to zasadniczo jakiekolwiek zaburzenie, a może to tylko z pozoru niegroźne niedostosowanie społeczne, raczej wręcz przekora teoretycznie błaha, która okolicznościami (uzależnienia i konsekwencje) spowodowała z czasem realną aberrację umysłową, zmierzając do postaci depresji i obłędu? A zaczęło się tak niewinnie, lecz niestety dar który miały stał się ich przekleństwem. Niezwykła to opowieść, na faktach oparta - tajemnicza i tragiczna. Realny świat psychicznego cierpienia, a oglądany niczym senny koszmar, którego doświadcza się z kluchą w gardle i mrożącymi krew w żyłach dreszczami.

środa, 25 stycznia 2023

Katatonia - Sky Void of Stars (2023)

 


Zdążyłem się jak na razie spotkać/zapoznać z jedną tylko opinią odnośnie Sky Void of Stars i autor jej sugerował całkiem zaskakująco przekonująco udowadniając, iż jest to najlepszy materiał od czasu (uwaga) Last Fair Deal Gone Down i tym samym myślę nie tak obniżał wartość ostatniego do tej chwili, a wydanego przed trzema laty City Burials, ale wręcz dawał nie tylko między wierszami do zrozumienia, iż (o zgrozo!) czas pomiędzy rokiem 2001, a 2023 wypełniony był materiałami słabszymi od najnowszego. Jednak ja do końca z tym przekonaniem nie chcę się zgodzić, bo raz cały ten czaso-okres w dyskografii Katatonii cenię, a do City Burials, to wręcz obecnie najczęściej wracam, jednocześnie nie potrafiąc się od dwóch/trzech dni od Sky Void of Stars uwolnić. Uważam bowiem, że działa on na mnie tak jak oddziaływał swego czasu Dead End Kings, czyli kompletnie mnie zniewalając, gdyż wypełniony jest czarująco kołyszącymi, przez co niezwykle odprężającymi kompozycjami i tym wydaje się odróżniać od poprzedników z 2020 i 2016 roku, że najzwyczajniej nikt tu nie starał się imponować na siłę, a tylko wydestylować ze stylu esencję i dzięki temu napisać fantastycznie słuchalne numery. Bez napinki, z szacunkiem dla własnej tradycji i co najciekawsze, powracając poniekąd do z lekka transowej rytmiki, z mniejszą dozą łamania rytmu, nie pisząc zarazem kawałków powtarzalnie miałkich, czy najzwyczajniej nudnych. Mam więc dzięki "niebu pozbawionemu gwiazd" ogrom przyjemności z obcowania na bieżąco z muzyką Katatonii, ale też problem natury ocennej, bo więcej ciekawego Szwedzi zawarli na wspomnianych albumach z drugiej połowy drugiej dekady XXI wieku, natomiast dzięki najnowszemu przynoszą mi bezmiar muzycznego ukojenia. Jest to bowiem krążek tak pięknie melancholijny i tak cudownie pozbawiony pretensji, jak magnetycznie chwytliwy. Im z nim dłużej, tym nawet bardziej czuję że jest ukłonem w stronę właśnie okresu Tonight's Decision-Last Fair Deal Gone Down z późniejszą przebojową manierą Dead End Kings oraz transowością (żeby jeszcze bardziej skomplikować moje wartościowanie poprzez porównywanie) Discouraged Ones! Jednocześnie tak bardzo zachmurzony, choć kompletnie nie tak surowy jak Viva Emptiness i nie tak rozedrgany jak The Great Cold Distance, a Impermanence z gościnnym udziałem Joela Ekelöfa (Soen), to już jest jak nie Katatonia, tylko Soen właściwie, więc trudno mi go do któregoś wcześniejszego numeru ekipy Nyström i Renske porównywać. Tym samym nagrywając takie zwiewne cudo, odnieśli się korespondencyjnie i bardzo przekornie szczwanie wspólnie z ekipą Martína Lópeza, do uparcie powtarzanych tez, że Soen jest jakby innym wcieleniem Katatonii. Chyba że sobie ich intencje nadinterpretuję, dodając iż powyższa analiza to już na mega poważnie wydaje się w punkt trafionym argumentem, że pisanie o muzyce jednego zespołu w kontekście wyłącznie jego innych płyt, jest teoretyzującym rzeczywistości komplikowaniem, zamiast właściwym muzyki odczuwaniem i jej przeżywaniem, więc kropka - będę teraz doznawał, bo mi się to doświadczenie doznawania Sky Void of Stars bardzo podoba. :)

wtorek, 24 stycznia 2023

Riverside - ID.Entity (2023)

 

Tego po najznakomitszych oczekuję, że nawet kiedy zespól zaczyna zjadać własny ogonek, a to powolne pożeranie siebie nie jest jeszcze kompletnie miałkie, to szybko w newralgicznej sytuacji jego muzycy się orientują i znów jako interesująca formacja wchodzą w tryb ewolucyjny - nawet jeśli ta przemiana ku nowemu nie jest w przypadku ósmego krążka Riverside niezwykle spektakularna, a oparta poniekąd na bieżącej potrzebie i modulowana popularnym obecnie w rocku trendem. Tak pobieżnie nowy krążek naszej wielkiej progresywnej gwiazdy spostrzegam, że jest on przełomem ale nie przełomem który wstrząśnie, bo posiłkowanie się ejtisowymi inspiracjami, by he he zabrzmieć jak Kombi (Friend or Foe?) czy w pierwszym udostępnionym singlu (I'm Done With You) niemalże (w żadnym wypadku 1:1, ale jednak) toolowymi wzorcami nie szokuje, ale z pewnością zaciekawia, bo sposób w jaki zostały do stylu Riverside wkomponowane naprawdę znakomity. Zatem cieszę się, iż ID.Entity nie jest powieleniem konceptu muzycznego Wasteland ani też wprost nie nawraca grupy Mariusza Dudy na swoje granie sprzed lat, a dając niewiele w sumie nowego, dość sporo poza fundamentem w ich stylistyce zmienia lub bez przeholowania z oceną i znaczeniem tego działania, na pewno na jakiś czas uatrakcyjnia. Riverside oczywiście nigdy nie byli hermetyczni, także urozmaicanie formuły w ich wykonaniu absolutnie nie zmienia trwałych podstaw ich twórczości. Również za sprawą nowego materiału nie zmienili własnej tożsamości, a li tylko ożywili rumieńcem przybladłe ostatnio lico. Zabrzmieli jak zwykle przestrzennie, rozszerzając być może już i tak obszerne spektrum brzmieniowe. Konstrukcje aranżacyjne w ich wykonaniu są rozbudowane ale i często skompresowane do esencji, więc jak na progresywny charakter i znamiona popularnie rozumianej ambicji bardzo zwięzłe. Riverside tym samym potrafi w zakresie jednego numeru motorycznie przyspieszyć, by też dla odpowiedniego balansu ukołysać i utulić - tak porazić techniką i zauroczyć atmosferą. ID.Entity może nie jest (słucham wciąż bardzo uważnie) tak wyraziste jak te kilka albumów z ich przeszłości, ale na pewno nie brakuje w nim dramaturgii i dynamiki, więc i kompozycje są atrakcyjne odsłuchowo zdradzając wciąż potencjał na więcej, czego nazbyt szybko w docelowej postaci nie sprzedają słuchaczowi. To w moim odczuciu i dla mnie jeszcze zagadka, zatem obiekt do głębszej eksploracji - dla zespołu natomiast myślę furtka do jeszcze bardziej może zmyślnych, a być może odważniejszych poszukiwań w niedalekiej przyszłości. Obiektywnie zaś spotkał się jak dostrzegłem z ogromnym zainteresowaniem i jak obiło mi się o uszy podzielił fanów. Dziesiątki stąd po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę do przejrzenia wieloakapitowych, detalicznych i przez to nudnych recenzji, rozgrzane do czerwoności prawdopodobnie fora dyskusyjne i w związku z powyższymi moje pytanie - czy opinię o niej mogę spodziewać usłyszeć jeszcze w Dzień Dobry TVN? Oczywiście nie mówię o wstrząsającym osłupieniu gdy wyrazi ją Marcin Prokop, bo on akurat zna się na muzycznej działce, ale jest wielu przecież specjalistów od dziennikarstwa celebryckiego, którzy mogliby kompletnie niekompetentnie, a przez to paradoksalnie świeżo lub po prostu zabawnie poprowadzić rozmowę w temacie. Ja akurat nie mam nic przeciwko aby przy okazji kosztem swojej śmieszności wartościową nutę wypromowali. :)

poniedziałek, 23 stycznia 2023

All Them Witches - Baker's Dozen (2023)

 


Tak to sobie wymyślili, że przez rok równy będą serwować osobne single, wzbogacone klipem i grafiką, a na finał zbiorą je w jedną całość i jako longplay puszczą na fizycznym nośniku (zakładam) w świat. Przyznam szczerze, że co do tych szczwanych planów nie orientowałem się w nich przez dość długo i jeszcze w połowie roku zastanawiałem dlaczego na przykład to już szósty nowy numer w sieci, a żadnej wzmianki o długograju na którym miałyby osiąść, a że ja jestem fanem nuty w postaci albumu, więc obawy były, iż skończy się na klipach w sieci jedynie. Na szczęście jest jak jest i mogę słuchać czegoś takiego jak Baker's Dozen w formule płyty i jedynie mieć pretensję odrobinę, iż jednak finalnie jest to materiał nazbyt obfity, bowiem te 13 numerów to dużo jak na jeden odsłuch i mimo że każda z kompozycji fantastyczna, to chciałoby się zamiast po wybrzmieniu ostatniej czuć nadmiar dobra, do tego dobra chcieć natychmiast powrócić, album odtwarzając ponownie. Tym bardziej że nie widzę problemu aby z trzech instrumentali, w tym dwóch gruuubo ponad dziesięciominutowych śmiało zrezygnować czyniąc ich bonusami, a nie integralnymi fragmentami płyty. Uważam wciąż i uważałem już bowiem po wstępnym odsłuchu, że nic Baker's Dozen nie traci kiedy usunąć Slow City, Acid Face i Mama is a Shining Star. Dodam więcej - dodam że wymieceniem tych psychodelicznych kolosów krążek tylko zyskuje na atrakcyjności w postaci dynamiki i dramaturgii. W takiej formie Baker's Doze staje się z miejsca dla mnie najlepszym jak dotąd dokonaniem muzyków pochodzących z legendarnego Nashville, a przyznaję że niewiele mogłem wcześniejszym ich płytom zarzucić, więc poprzeczka ustawiona była bardzo wysoko. Teraz jednak wszystko w tej ograniczonej do dziesięciu indeksów konfiguracji mi pasuje, a i nie brakuje tutaj nic z tego z czym do tej pory ATW mi się kojarzyli. Kojarzyli bowiem z korzennym bluesem w formule żywego progresywnego (także w sensie uwspółcześniania) psychodelicznego rocka, z głębokim brzmieniem i instynktowną zręcznością w uwypuklaniu roli niuansu, dzięki czemu ich kawałki charakteryzowały się wysokim natężeniem i szeroką amplitudą doznań oraz szczegółowości zawartej w feelingu. Ponadto z kompletnie pozbawioną granic wyobraźnią muzyczną, a jednocześnie trzymającą się mocno wspomnianego bluesowego fundamentu we współczesnej elektrycznej interpretacji instrumentalnej i najzwyczajniej silnie poprzez właśnie wewnętrzne rozedrganie i kapitalny puls oddziałującą. Taki jest BD - subtelny i ciężki zarazem, skupiony na nastroju i skoncentrowany na smaczkach, tradycyjny i na nowo interpretujący szablony, ale także doskonale słuchalny, choć absolutnie nie wpadający w manierę przebojowości, gdyż chwytliwość rozumiana jest tutaj jako wypadkową transu w jaki słuchacz jest mimowolnie wprowadzany. Gdybym teraz porwał się na analizę poszczególnych kompozycji i te kompozycje ze sobą porównywał, to okazałoby się iż jedynym wspólnym dla nich mianownikiem jest ten blues archetypiczny, zaś wszystko inne co sprowadza się do aranżerskiej wyobraźni różni je od siebie, dzięki czemu nie ma mowy aby cokolwiek ze stawki ze sobą pomylić, kiedy nawet najbardziej klasyczne w niej bluesy (Blacksnake Blues i L'hotel Serein) bez względu na typowy senny rytm, są stylistycznie jakby z całkowicie innych bajek. Ta ich nuta wrze, coś w niej fascynująco kipi, a ja jestem zahipnotyzowany - czy to akurat leci bardziej klasyczna ballada (Tour Death Song), natchniony Fall Into Place, cudownie bluesowy blues (wspomniane), rozkwitający psychodeliczny Tiger's Pit, czy tajemniczo zatytułowany szamański 6969 WXL THE CAGE oraz inne im podobne lub (uprę się) jednak niepodobne pozostałe, ja odpływam w zachwyt. Za każdym razem!

niedziela, 22 stycznia 2023

Noc w przedszkolu (2022) - Rafał Skalski

 

Ciekawe te wielkomiejskie obyczaje, ale ja ich nie znam! Nie znam takich akcji przedszkolnych, więc tym co zobaczyłem jestem lekko zaskoczony i silniej przerażony perspektywą dokąd to maniackie wręcz zaangażowanie rodziców zmierza. Sytuacje przedstawione oczywiście fikcyjne i zbudowane ze skrótów myślowych oraz szufladek w jakie wrzucamy poszczególne kategorie ludzi subiektywnie, ale jednak przez pryzmat i presję grupowych doświadczeń spostrzeganych. Jednakowoż nie mogę zakładać, że jeśli one pod szoł podciągnięte, to pozbawione jakiejś tam, bez względu na natężenie jednak autentyczności. Stwierdzam więc po gruntownym przemyśleniu tematu i przepracowaniu wrażeń, iż bez względu na wady (czasem topornie kwadratowe aktorstwo, dialogi na siłę szokujące i scenariusz histerycznie łaknący poklasku), to seans znośny, chwilami przezabawny i tragikomicznie przecudaczny, ale też pod tym całym galopem sytuacji (być może nie kompletnie na oślep), mądry i ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu przez kilka minut wzruszający. Przegięty - tak i warsztatowo budzący wrażenie iż niedopracowany, ale dynamicznie zmontowany i właśnie z dnem, może nie arcybłyskotliwym, ale dnem podwójnym. Bez odkrywczej puenty, ale z przekazem, a nie tylko pajacowaniem dla hajpu, w tym znaczeniu rozrywki dla tzw. odmóżdżenia. Stąd nie będę odradzał, wiedząc że nie odradzam takiej stereotypami napędzanej ekstremalnej symulacji życia, w której akurat netflixowy widz może zagustować. Bez urazy!

Drukuj