Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?
P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)







