Porywający brawurą i muzyką, którym dodatkowo na całego w sukurs idzie świetny montaż, podkręcając turbo dynamikę. Przeróżna stylistycznie oprawa przebojowa, niby od czapy, pozornie bez ładu i składu gatunkowego, a genialnie działająca. O niej samej elaborat całkiem obszerny można by napisać. Nie o to jednak chodzi, by ją filetować, bowiem tutaj mnóstwo innego fantastycznego warsztatowo i fabularnie dobra. Język, nawijki z charakterystycznym nowojorskim akcentem z dzielnic pochodzenia bohatera. Niby Wielki Marty zszyty z gatunkowych klisz, ale szaleństwo całości sugeruje praktyczny nowy współcześnie gatunkowy kierunek - o który już powinienem napisać, przy okazji zeszłorocznego hiciora Paula Thomasa Andersona, bowiem to podobna stylistyka wywołująca w mózgu potężny wyrzut dopaminy. Zarazem świeża, lub ożywiająca z tęsknoty i posuchy takie wrażenie, gdyż ostatnio rzadko kino szeroko rozpoznawalne w tym kierunku podążało, przypominając że można kręcić jakby zuchwale pobudzony Allen spotkał siarczyście zawadiackiego Scorsese i po drodze dołączył do nich szeroko w Forreście plotący historię bohatera Zemeckis. Nakręcony jest Marty jak sam sukinsyn - irytująco sympatyczny typ w klapkach na oczach w pogoni za sukcesem. Z pyszałkowatymi ambicjami i bez zahamowań. W fabularnym chaosie o przewrotnym losie - splocie fartów i peszków. Narracyjnie u fundamentu inspirowany podobno biografią prawdziwej postaci, z czekającym tylko na komplementy i w dużym mierze uzasadnienie ich się domagającym Timothée Chalametem. Z motywami wywołującymi opad szczeny - wartką, pełną zwrotów akcją pulsujący. Osadzony w nowojorskim krajobrazie i z biglem korzystający z charakteru lokacji, gdzie wszystkie role drugo i trzecioplanowe zostają z widzem w pamięci, a w mojej najbardziej Abel Ferrara jako na emeryturze, starej daty gangster dla którego największą wartością jego wierny i groźny kundel, czy jako postać tępiąca zapał i czupurną butę bohatera pierwszego planu, znakomity Kevin O’Leary. To będzie być może klasyk, wielokrotnie wypełniający ramówki TV, jeśli telewizja linearna przetrwa. Tylko nie mam pewności który z braciszków Safdie zrobił w tym roku lepsze na mnie wrażenie. Uznajmy że oboje je zrobili.
P.S. Taki przekornie, ironiczny, ale i o wysokim stężeniu powagi łącznik startu i mety, czyli cud narodzin. Ja w nim naprawdę zauważyłem ponad klamrą, figiel scenarzystów i reżysera, bo jak ten bąbelek nie był podobny do Emory Cohena, to ja już nie wiem. :)







