Los dla Mastodon w ostatnim czasie nie był łaskawy - tragedia związana ze śmiercią Brenta Hindsa z pewnością odcisnęła się na stanie mentalnym i kierunku rozwojowym, ale Brent już wcześniej odszedł bądź wyleciał z zespołu i gdy zginął w tragicznym wypadku, jak Internet donosi był w "zajadłym konflikcie z kolegami z zespołu". Spuszczę myślę w tym miejscu zasłonę milczenia na powody i konsekwencję różnicy zdań, bo to już z perspektywy dalszych wydarzeń mało było znaczące, a Mastodon (jak by to nie zabrzmiało okrutnie), tak czy siak następcę Hushed and Grim nagrywałby bez udziału istotnego współkompozytora. Cóż, można rzec ch** tak miało być - muzyka musiałaby się obronić w okrojonym lub zmienionym składzie, ale życia człowieka szkoda i to bez względu na istotę ówczesnego stanu emocjonalnego ofiary. Mamy zatem początek drugiej połowy 2026 roku i najważniejszy w karierze sprawdzian dla pozostałej trójki muzyków wspartych jak się okazuje dwójką nowych instrumentalistów i gościnnym udziałem kilku ze środowiska około rockowo-metalowego gwiazd. Robi ta lista wrażenie, bo żaden z siódemki wspierających (luknijcie sobie sami kto to i ile od siebie w numery włożył) sroce spod ogona oczywiście nie wypadł, a pomoc każdego z nich to przede wszystkim gest wsparcia i sympatii w przełomowym dla grupy momencie. Przechodząc jednak do sedna, czyli tak wartości rzeczywistej nowego materiału, jak sposobu w jaki na mnie od startu do dnia dzisiejszego oddziałuje, to po pierwsze i najważniejsze, że Marrow Deep jest krążkiem jaki wkręca się znacznie dłużej w głowę od dwupłytowej, nieco przeładowanej, mimo że doskonałej, bowiem chwytliwie skonstruowanej Hushed and Grim. Tam więcej materiału było, a ogarnięcie jego paradoksalnie łatwiejsze, natomiast tutaj czas trwania porównywalny z Blood Mountain (około 70 minut), a wyzwanie trudniejsze. Cecha istotna Marrow Deep to właśnie jej złożoność i nieoczywistość, w sensie zbudowania numerów jakie z czasem ukazują wszystkie walory i melodyjność do jakiej trzeba skrupulatnie i konsekwentnie docierać, aby ją dostrzec i naturalnie docenić. Docenić, gdyż nowe jest zbudowane z od dawna znanych składników, lecz posiada też mnóstwo naleciałości pochodzących od klasycznych czy wręcz legendarnych ekip. Ja więc słyszę motywy jakby wręcz wycięte z historii Black Sabbath czy QOTSA (wymieniając te najbardziej wyraźne), ale i całą gamę autocytatów, czyli korzystania z wątków jakie gdzieś kiedyś Mastodon eksplorował i w procesie ewolucji przepoczwarzał (patrz The Vampire's Demeanor - prawie ha ha kopia jeden do jednego... wiadomo czego), a dzisiaj próbuje je na nowo zinterpretować - dodam z sukcesem. Sukcesem, bo nowe, choć jak można wyczytać z moich odczuć nie całkiem świeże, posiada jednak walor decydujący o jego komplementowaniu, jakim przede wszystkim fakt, że album obszerny nie wywołuje odczucia odsłuchiwania jakiejś bez żywej pasji, w melagomanii stworzonej kolumbryny. Ta ponad godzina jest bardzo zgrabna, a kiedy wybrzmiewa ostatni akord czy riff, ma się ochotę powtórzyć to doświadczenie, czego akurat brakowało gdy przestawał się kręcić poprzednik. Można by tez napisać, że to specyficzna sytuacja, jeśli uznać iż dwu-płytowiec miałby przynosić nowe rozwiązania, a Marrow Deep raczej niczym nie zaskakuje, prócz reinterpretacji tego co już kiedyś w dyskografii Mastodon na różne też sposoby się pojawiało. Chcę przez to dać do zrozumienia, iż nowe aplikuje słuchaczowi detoks od bardziej mainstreamowej chwytliwości, oferując powtórkę niby z rozrywki, lecz w formule nie tylko schlebiającej gustom starej, bardziej gruzolubnej gwardii, ale też powtórkę jako sypie cytatami z własnej przeszłości, a jednak te nie wywołują dojmującego odczucia iż Amerykanie nie mają już kompletnie pomysłu na otwieranie nowych drzwi i stają przed właściwie ścianą. To nie jest wyciąganie z lamusa arsenału pokrytego rdzą, lub odbijanie w stronę ślepej brutalizacji jak to robią od lat (szukam pierwszych z brzegu i wpadam na Paradise Lost), a mielenie starego i inspiracyjnego (to ten hołd dla wielkich) bez posiłkowania się nostalgią. Bardziej czuję tutaj potrzeby zaznaczenia punktu referencyjnego, który w przyszłości opisze nowe kierunki, a dzisiaj daje poczucie bezpieczeństwa, jakiejś ostoi, gdzie się muzycy zatrzymają i już z komfortem czasu i bez presji nagłego PRZEŁOMU, określą azymut na kolejne lata. To naprawdę rozsądna strategia, a jak nie tylko w tym momencie daje im kredyt zaufania, bowiem dojrzale wyszli z opresji nie panikując, ale i sam Marrow Deep postawię obok najlepszych dotąd dokonań grupy, czując że ten materiał za każdym odsłuchem zyskuje i ma szansę stać się synonimem nie wyłącznie zimnej krwi jaką Mastodon zachował, lecz zwyczajnie dowodem na to, że Ci muzycy to są naprawdę wielcy artyści. Niby zatem kupują sobie CZAS, ale z ogromną klasą!
P.S. Gdybym był wróżką, jaka wyciąga wnioski nie z kart czy kuli, a z analizy, to zakładałbym, iż przyszłość Mastodon to klawiszowe, mocno progresywne innowacje. W syntezatorowej psychodelii teraz ich widzę.



















