piątek, 20 marca 2026

Affeksjonsverdi / Wartość sentymentalna (2025) - Joachim Trier

 

Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?

P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)

czwartek, 19 marca 2026

Sunshine / W stronę słońca (2007) - Danny Boyle

 

Według pomysłów ze scenariusza współpodpisanego przez Alexa Garlanda (obecnie także bardzo intrygującego, niekoniecznie w stu procentach w swoich projektach zrozumiałego reżysera), ta Danny'ego Boyle’a próba sprawdzenia się w gatunku gdzie galaktyki w kosmicznych statkach się pokonuje, by wypełnić priorytetową dla losów ludzkości misję. Znaczy w stylizacji od lat eksploatowanej i mimo swojej wąskiej pojemności oraz teoretycznie trudnej do poszerzenia, to w praktyce raz na jakiś czas twórcom kina udaje się wszczepić w konwencję coś na tyle na nowo, choć odrobinę intrygującego, że ona wciąż cieszy się popularnością, więc spróbować się w niej nie jest jednoznaczne z powielaniem wyłącznie schematu. Opinie o efektach pracy pod kierownictwem Boyle’a nie były i tym bardziej obecnie, gdy sporo się jeszcze z czasem tego kosmicznego pojawiło nazbyt euforyczne, stąd W stronę słońca żadnym klasykiem się nie stał i raczej określany jest jako bardzo porządna robota, ilustracyjnie pobudzająca, lecz bez znamion czegoś nazbyt w gatunkowych kategoriach wyjątkowego. Technicznie bezdyskusyjnie daje radę i odświeżony współcześnie może zmysł wzroku i słuchu nęcić wykorzystanymi rozwiązaniami, jednako fabuła zagmatwana, dziurawa, chwilami nieco nonsensowna i wzorcowo przewidywalnie podług zasad eliminacji bohaterów poprowadzona, wrażenie niedosytu poprzez banalizowanie wątków raczy też wywoływać. W tej konwencji przecież w sumie prawie wszystko przejdzie, każda quasi czy pseudonaukowa bzdura, każda fantazja scenarzysty ma prawo być opakowana w wizualną rozkręconą na fulla, jak tutaj feerię świateł, blasków. Boyle jednako nie skupił się jedynie na optyce wzrokowej i mimo że wszczepił też w stylistykę scie-fi opcję slasherową, to mocno wkręcił się w psychologię postaci, które patrząc z jednej strony są raczej sztampowe, a z drugiej ich przeżycia, lęki egzystencjalne, przed końcem ostatecznym mają walor wiarygodności. Może też dlatego takie mam przekonanie, że Boyle bardzo poważnie potraktował przygotowania ekipy aktorskiej do wymagań i wystawił na przykład przed zdjęciami na wymagający test zamieszkania wspólnego w akademiku, gdzie mieli się ze sobą zżyć aby autentyczna więź była przez widza wyczuwana, a samemu Cillianowi nakazał by klaustrofobiczną opresję ćwiczył będąc symulacyjnie w skafandrze podduszany. Stawiam finalnie więc tezę, iż W stronę słońca to produkcja z wadami i atutami, zaangażowana i niedopracowana, przekombinowana tak jak szablonowa - sprzecznościami stojąca, logicznie do realiów zdystansowana, ale bardzo OK.

środa, 18 marca 2026

Lenny (1974) - Bob Fosse

 

Mierzyłem się po seansie dni ładnych kilka i zmierzyłem się z Lennym z przypadku, gdy poszukując wspólnych z Lalu filmów z przeszłości wspólnie akurat nie obejrzanych, moglibyśmy taki jeden z wielu zapewne razem obejrzeć. Pomógł dokument o Lizie Minnelli gdzieś w przestrzeni klasycznej telewizji linearnej napotkany późnym popołudniem, wczesnym wieczorem i oczywista w nim obszerna wzmianka o Kabarecie, niezgłębionego wciąż Boba Fossa, w szerszym zakresie znajomości jego filmografii. Trafiło więc na Lenny’ego tym sposobem i ustrzeliliśmy tym samym zdecydowanie w punkt dzierlateczkę pośród różnych możliwości. Trafienie tak fantastyczne ze względu na jakość artystyczną, gdzie prym wiodą znakomite aktorskie kreacje z tą oczywiście kluczową, pierwszoplanową znakomitego (być może tutaj najznakomitszego w karierze) Dustina Hoffmana, jak i estetykę którą otoczył swoja biograficzną przypowieść Fosse. Obraz z wyeksponowaną najczarniejszą, jaskrawą czernią i najbielszą, czystą bielą, a pomiędzy skrajnościami stonowane ziarniste szarości, więc wizualna strona wygląda niczym autentyczny film archiwalny z epoki, tylko podkręcony klimatem tak montażowej jak i popkulturowej awangardy. Forma, opowiadanie o opowiadaniu (zeznania byłej żony, matki i menadżera), to sam w sobie fundamentalny walor w pomyśle zawarty, a treść jaką w sobie zawiera dostarcza prócz intrygującego materiału do analizy społeczno-psychologicznej, także mnóstwo wyrazistych, pulsujących i kłębiących się emocji. Lenny Bruce bowiem okazał się postacią niezwykle interesującą praktycznie charakterologicznie i osobowościowo teoretycznie - poważnym komikiem, społecznym stand-uperem zaangażowanym obyczajowo i z rozpędu też politycznie, gdy normy funkcjonujące w otoczeniu i ich kompletne nieprzystawanie do realiów budziły usprawiedliwiony wstrząs etyczno-moralny u kogoś kto hipokryzji za tolerowany stan uznać nie był w stanie. Człowieka przez swoją niezgodę i prowokującego do myślenia, często uzasadnienie stosującego wulgarny styl bycia (gagatek uzależniony z wielkim ego, czasem okrutny, ale nie napiszę że nie bez powodu) i ze względu na wzorce współżycia społecznego zawodowego prześladowany przez establishment i przez tenże tak finalnie doprowadzony na skraj obłędu z bezradności, jak po drodze pozbawiony możliwości działania i zarobkowania, mimo że jego bezkompromisowość popularność w środowisku scenicznych komików, pół szołmenów (jak na dzisiejsze warunki) rozgłos, sukces i pieniądze w międzyczasie mu gwarantowała. Tragiczna postać wyprzedzająca swoje czasy, wielowymiarowa i nieoczywista, zmarła w kwiecie wieku po przedawkowaniu, uwikłana w sądowe batalie i tragicznie uległa ostatecznie kompletnej znieczulicy prawnej, co fenomenalnie Fosse ukazał, tak oryginalną rozwijając narrację, jak i zamykając ją wymownymi, pełnymi między wierszami współczucia scenami końcowymi. Stworzył mocne, nieco paradokumentalne, szczere do bólu emocjonalnie i artystycznie wyraziste, bezwzględnie angażujące, przede wszystkim o pełnym sprzeczności i słabości, ale bez pogardy i bez strachu przed oceną przez pryzmat własnych wad człowieku w konflikcie z obłudą - w obronie wolności słowa ważne KINO. Ważne cholernie, bowiem dotykające mnie tematycznie, bardzo obecnie osobiście. 

P.S.  „Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem uśmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę jest szanowane - oto zadanie, które chciałbym spełniać wedle sił moich.” - Tadeusz Żeleński-Boy

wtorek, 17 marca 2026

Baza ludzi umarłych (1958) - Czesław Petelski

 

Działo się to w latach 1945–46 w Bieszczadach, w górzystym zakątku Polski, gdzie wojna zniszczyła wszystko - miasta, wsie, mosty i drogi. Do odbudowy zgliszcz i ruin kraj potrzebował drzewa - drzewa, którego nie było czym wozić i ludzi, których nie było skąd wziąć. Jest to opowieść o złym czasie, złych drogach, złych samochodach i o ludziach, których nie da się określić jednym słowem”. Innych zupełnie od bardziej współczesnych, twardych sztuk jak cholera. Zahartowanych, zaprawionych w życiowych bojach, bez oczekiwań i bez jakby się wydawało większych niż skuteczne przetrwanie motywacji. Nikt się nie skarży, nie marze, pytanie czy naprawdę tak się dało, że pękać nikt sobie nie pozwalał? Emocje wrą, a wokół śnieg, błoto, chłód i zawieje - warunki ekstremalne, bohaterowie ekstremalnie zapiekli i ich osobowości zduszane do poziomu trybu w maszynie pracującej na rzecz odbudowywanej, na nowo, bez istnienia w powojennej rzeczywistości pojęcia indywidualnej jednostki ojczyzny. To rodzaj myślę założonego paradoksu, że tak indywidualne, silne, zdeterminowane, osobne przecież postaci, żyjące po swojemu, skazane na wieczną tułaczkę, skupione na indywidualnym starciu z przeciwnościami, stają się tutaj bezimiennymi (funkcjonują pod przezwiskami/ksywami), wartymi jedynie tyle ile potrafią wypracować i jak długo dźwigać swój krzyż znikającymi cieniami. Paradoksu w filmie z historycznie najwyższej jakości aktorskiej obsadą i filmie o śmierci czyhającej za rogiem. Z ciekawą też historią zakulisową, gdzie w założeniu reżyserować miał bodaj Andrzej Wajda, ale ze względu na zamieszanie podobno związane z nieuzgodnionymi i wbrew pomysłowi autora przeróbkami w scenariuszu wprowadzonymi przez reżysera i kierownika artystycznego zespołu Aleksandra Forda, Hłasko jako autor noweli będącej tutaj fundamentem, nie chciał się zgodzić na sygnowanie jej własnym nazwiskiem i oddał/sprzedał prawa Czesławowi Petelskiemu. W takiej kontrowersjami i nieścisłościami (bodaj, podobno) obrosłej atmosferze powstał zatem obraz który raz stał się sam w sobie legendą, ocenianą na poziomie dzieła i dwa obraz, jaki bywa dość często też pomimo przyciągającej uwagę i uznanie specyfiki swojego wyrazu, określany przez krytykę jako „produkcyjniak, bezskutecznie udający czarny film”, miast oczekiwanego (gdyby reżyseria wyciągnęła z niego więcej) „czarnej ballady ocierającej się o produkcyjniak”. Nie wiem ile wyciągnąłby z odrzuconego/zmienionego, a sugerowanego w pierwowzorze mrocznego zakończenia Wajda, ale myślę że postawiłby na najsurowsze polskie realia, rodzimą szkołę filmową i w na przykład też w scenie wypadku (szamotaniny do którego doprowadziła), uniknąłby skorzystania z muzyki i dramaturgii raczej hollywoodzką manierą wzorowanej. Tylko czy to dobrze czy źle - nie jestem w stanie po obejrzeniu pracy Petelskiego, a nie widząc naturalnie tej Wajdy się zdecydować.

poniedziałek, 16 marca 2026

Kadavar - Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin (2025)

 

Spora zapewne nadprodukcja kawałów u ekipy Kadavar w szufladach i na stolikach do kawy - pomyślałem kiedy dotarło do mnie z opóźnieniem, że w jednym roku kalendarzowym wydać dali radę dwa pełne długograje. Zanim się za odsłuch obecnego zabrałem, rzuciłem okiem na o Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin opiniach, dowiadując się z nich, że jest on raczej inny od bardzo świeżego, jak i ukierunkowanego na bardziej przystępne niż klasycznie gitarowe, archetypiczne, w klimacie lat sześćdziesiątych dotychczasowe progresywno-psychodeliczne, czy najzwyczajniej retro rockowe granie. Pisałem przy okazji (cytuje oględnie) o przewietrzeniu formuły i wyjściu "z piwnicy" na otwartą przestrzeń, gdzie chyba większa szansa na szersze docenienie, gdy zaczyna się grać bardziej popem przesiąkniętego, a zarazem fajnie zaaranżowanego wciąż stylowego rocka. Jakby nie była to teoria przesadzona, że I Just Want to Be a Sound blisko mainstreamu, a pomocą w tym służyć miałyby fajne teledyski do singlów z tejże, to jest w tej zmianie z pierwszej połowy roku 2025 zasadnicza prawda, że to nuta lżejsza gatunkowo i stylistycznie z większym dystansem stworzona. Natomiast to co właśnie za chwilę krótko będę starał się scharakteryzować, wydaje mi się iż zarazem jest jakimś krokiem wstecz, jak i czuję że przy pisaniu materiału na Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin nastroje w zespole były podobne, bowiem bez względu na słyszalny od razu nawrót do brzmień z większym udziałem fuzza, to aranżacyjnie numery te także posiadają w sobie podobną do poprzedniczki zwiewną lekkość i bez spiny bezpretensjonalność. Słucha ich się po prostu doskonale, jako materiału tradycyjnie hard rockowego z orientalnymi, czy też kosmicznymi syntezatorami. Bieżące przypomina mi też stylowo z początków działalności brzemienia australiskiego Wolfmother, gdzie ekipa ówczesna Andrew Stockdale'a ukręcała nośne przeboje z kreatywnego podejścia do osłuchanego kilka dekad wcześniej przesterowanego rockowego riffowania. Różnica tkwi jednak w drobiazgach i z tłem powiązanych odmienności, bo gdy Wolfmother jechał na nieco folkowo stylizowanych dodatkach, to Kadavar teraz wbija we wspomniane syntezatorowe odjazdy i żeby jeszcze bardziej namieszać w  moich maksymalnie subiektywnych porównaniach, dudni i pobrzmiewa jak niejaki norweski Sahg, szczególnie na Delusions of Grandeur czy startowych albumach - bardzo proszę się przysłuchać najbardziej motorycznemu, totalnie zajebistemu Total Annihilation. Ogólnie - K.A.D.A.V.A.R. uważam za bardzo udany (dość przekrojowy) krążek.

czwartek, 12 marca 2026

They Shoot Horses, Don't They? / Czyż nie dobija się koni? (1969) - Sydney Pollack

 

Trudna do przetrwania filmowa alegoria czasów wielkiego kryzysu, niezwykle trafnie, sugestywnym tytułem, klamrą odpowiednio dobranego skojarzenia spuentowana. Metaforyczna i realistyczna na ekranie walka o przetrwanie, w której najsilniej doświadczeni życiem, zahartowani, najwytrwalsi, najbardziej zdeterminowani z szansą większą na zwycięstwo w konkursie tańca, „brudnym spektaklu” odczłowieczającym. „Maratonie upodlenia”, szaleńczej torturze, w której jeśli uczestnik niezdatny do wytrwania, to zostaje nie tylko z niego wyeliminowany, ale skazany na głód w rzeczywistości braku szans na pracę zarobkową. Nakręcona w jednym przez cały zasadniczy czas pomieszczeniu, coś czego zupełnie się nie spodziewałem tak pod względem treści, formy, jak i dynamiki. Gorzka i przygnębiająca, dotykająca do żywego gdy kolejny przeraźliwy dźwięk syreny, jest niczym wezwanie ludzi-zombie na parkiet, na agonalne katusze. Mękę totalnego wyczerpania fizycznego i psychicznego - ludzi sprowadzonych do poziomu makabrycznej pożywki dla tych którzy w dzikich, wymagających warunkach ekonomicznych, na truchłach słabszych swój bezpieczny status materialny zbudowali. Okrutne show ze wstrząsającym finałem - upiorne widowisko przyglądania się cudzej nędzy, gehennie, by w konfrontacji z dojmującym, być może przez twórców przesadzonym bólem poczuć się lepiej. Przyjemność sadystyczna, tutaj służąca sportretowaniu opartego na ekstremalnych skrajnościach przekroju ówczesnego społeczeństwa. Nie polecam, jeśli człowiek wcześniej nie ma świadomości z jak przykrym doświadczeniem będzie się mierzył.

środa, 11 marca 2026

If I Had Legs I'd Kick You / Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) - Mary Bronstein

 

Koszmar podkręconych do maksymalnych wartości wyzwań codzienności, w gęstej i z czasem coraz bardziej dusznej, klaustrofobicznej atmosferze systematycznej presji. Ewoluujący w kierunku zaskakująco makabrycznej schizy, do postaci stresującego doświadczenia w nieprzyjaznej, lękowej formie. Stąd może mnie nie dziwić obserwacja niezbyt euforycznego odbioru filmu Mary Bronstein przez obecną na sali kinowej niewielką zorganizowaną grupę względnie już w podeszłym wieku widzów, którzy z kinem nieoczywistym i stresogennym, raczej z rzadka mają kontakt. Obrazu o zasadniczo mało lub wprost nieskutecznym terapeutyzowaniu i poddawaniu się tak oddziaływaniu pomocowemu w poczuciu opresji i histerii, jak samoczynnej autoterapii. Bowiem bohaterka zarazem przeżywa gigantyczny kryzys w życiu prywatnym, jak i zawodowym, będąc profesjonalną terapeutką, sama poszukując nieporadnie w trwodze wysokiej ratunku u wytrącanego ze strefy komfortu kolegi po fachu. Rose Byrne w absolutnie prze-fantastycznej formie, życiówce, jak donoszą wszystko co znaczące wciągający filmowi koneserzy - a nie wierzyć im nie mam powodu, gdy sam widziałem jaki to aktorski emocjonalny sztos był. Sztos porównywalny z ostatnimi kreacjami jak domniemam faworytki do najwyższych branżowych laurów w osobie Jessie Buckley, a z którą Akademia zadecydowała iż w finale właśnie między innymi Rose się zmierzy i ja naprawdę nie wiem, który z tych porywających z majstersztyków warsztatowych bym wyróżnił. Rose absolutnie zasłużyła na Olimp - w skórze swojej bohaterki, chwiejąca się pod naciskiem oczekiwań, zdeterminowana i wyprana zarazem z resztek odporności psychicznej przez okoliczności. Na skraju załamania nerwowego, osamotniona pod ciężarem frustracji - uciekająca przed rzeczywistością, bezradnie oddająca się okazji na wciągnięcie słodkiego dymka. Pod ciśnieniem własnych problemów rodzinnych (ciekawa koncepcja ukrywania przed obiektywem kamery figury wymagającej stałej opieki córki) i pod presją ze strony zawodowej - pracy terapeutycznej z wyjątkowo pokręconymi pacjentami. Szalona to jest jej introspekcja, wgląd we własne stany ekstremalnego umysłu i ciała nadwyrężenia oraz zewnętrzna straszno-śmieszna autopsja tegoż logistycznego dla psychiki przeciążenia. Brutalna i brawurowa, momentami odjechana w kierunku mrocznego surrealizmu tragikomedia, potężnie wypasiona koncertowym aktorstwem!

wtorek, 10 marca 2026

Blow Out / Wybuch (1981) - Brian De Palma

 

Klasyczny motyw, przypadkowy człowiek w okolicznościach które wciągają go w poważną dramatyczną intrygę. Punkt wyjścia z którym można w kinie w różne kierunki pójść i zbudować bardzo ciekawą, angażującą historię, opowiadaną tak schematyczną, bądź oryginalną narracją. Dowolność na wyciągnięcie ręki, a De Palma mając tą świadomość decyduje się na zmieszanie w tyglu wielu cytatów z różnych reżyserskich styli (proszę sobie wpisać kogo skojarzyliście), jak i wizualnego czy związanego z pomniejszonymi ambicjami kina klasy B, z wysokiej precyzji kinem najwyższych dramatycznych lotów. To zarówno bardzo wyraziste kolorystycznie i dźwiękowo, z tego rodzaju sensacyjną stylistyką powiązane kino, jak i całkiem interesująco skomplikowany scenariusz, z wciągającym i zmuszającymi do kombinowania, rozwiązywania tajemnicy wątkami. Obyczajowo-polityczny skandal związany z okolicznościami śmierci gubernatora, w atmosferze thrillerowej dusznej presji, w oddychającej sztucznym światłem neonowej oprawie wielkiego, pełnego ruchu i zgiełku miasta. Sklejony ze sprzeczności, kiczu świadomego i warsztatowej finezji, w takiej konfiguracji i w takiej metodzie zaskakująco spójny i wart komplementowania. Klasycznie wykorzystujący poezję złożonego ruchu i dynamiki, choreografię postaci centralnych i mrowia statystów, według starej szkoły i w obrębie dostępnych w owym czasie technik oraz narzędzi operatorskich, montażowych. Patrz scena z wirującą kamerą, obracającą się wokół własnej osi, czy częsty u De Palmy rzut z perspektywy sufitu, bowiem lubi on widowiskowość i też jak widzę od zdaje się tego momentu przywiązał się do przestrzeni dworca, bo pamiętam ją przecież z Nietykalnych i Życia Carlita bodaj, więc sobie skojarzyłem, gdy rozbudowane sceny z napięciem w takiej lokacji tutaj też nakręcił.

Drukuj