wtorek, 25 stycznia 2022

The French Dispatch / Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021) - Wes Anderson

 

Od strony estetycznej, jest to zawsze mistrzostwo świata. Jak już Wes Anderson sobie coś w głowie umyśli, to nie ma mowy, by zaprzęgnięci do roboty scenografowie, tej wizji z jego fantazji w dekoracje filmowe nie zamienili. To jest mega i kropka. To jest cudo i kropka. To jest och i ach i nie wiem normalnie co jeszcze! Oczywiście Anderson w tym cudzie jaki wyczynia jest tylko pozornie oryginalny wizualnie, bowiem garściami czerpie inspiracje od znakomitości sprzed lat (przedstawicieli bezwzględnie starego lub względnie starego kina). Jednak robi to z takim stylizacyjnym wdziękiem i z takim rozmachem, że trzeba się nisko mu pokłonić i wyrazy szczerego uznania przesyłać. Kurier Francuski w moim ograniczonym wciąż spostrzeganiu jego filmografii jest w istotnym stopniu powieleniem pastelowej krainy i sukcesu Grand Budapest Hotel. Zarówno właśnie w sensie formy plastycznej jak i sposobu narracji, co nie jest absolutnie powodem do narzekań, bo pójść w kontynuacje czegoś tak fajnego, to nic innego jak obrać drogę bardzo satysfakcjonującą dla zakochanego w jego wizji widza. Pytanie jednak czy w przyszłości coś zmieni czy tylko pomysł będzie doszlifowywał? Póki co pieści mój wzrok to zamiłowanie do makiet, cudnej kolorystyki, faktury oraz kadru, ale także dostarczają mi ambrozyjskich wrażeń obecne możliwości finansowe sponsorowane przez pewnych sukcesu komercyjnego producentów, dające Andersonowi przywilej zatrudniania topowych nazwisk do towarzystwa nazwiskom od początku jego kariery wiernie mu towarzyszących (które w międzyczasie nota bene dzięki niemu często w kult także poobrastały). A czymże ogólnie jest The French Dispatch? Jest po primo hołdem dla wszystkich stojących za wartością kultowego New Yorkera. Jest też ponad to pierwsze natłokiem fantastycznie zaaranżowanej treści, rozbijającej jednako nieco uwagę pomiędzy ilustracyjne detale, a bogate merytorycznie fabularne historie. Jest napisanym lekkostrawnym quasi poetyckim językiem, przekrojowym błyskotliwym i intensywnym zbiorem kilku felietonów, nawiązujących do dogorywającej już tradycji zdobnego w artyzm dziennikarskiego kunsztu. Jest fenomenalnym widowiskiem bez granic formy, w postaci gatunkowej mozaiki - intelektualnym i artystycznym majstersztykiem wykreowanym przez człowieka pozbawionego jakichkolwiek granic wyobraźni. Jest tym wszystkim czego po Wesie Andersonie można było się spodziewać i zapowiedzią wszystkiego tego co w przyszłości jego twórczość przyniesie. W twitterowym ujęciu - finezyjną, wykwintną rzeczą - rzecz jasna. Przepraszam, sztuką chciałem powiedzieć. :)

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Spencer (2021) - Pablo Larraín

 

Koszmarnie długie, a to zaledwie trzy dni Świąt Bożego Narodzenia z Windsorami. Ani jednego słonecznego, bo każdy z nich to ustawiczny półmrok i tylko w fenomenalnie rozegranym finale optymizmu promyk rozprasza gęste chmury postępującej depresji. Stąd w żadnym razie obraz Pablo Larraína nie może być rozpatrywany jako biografia księżnej Diany, bowiem raz jest dość swobodną faktograficznie interpretacją wiedzy i dwa ogranicza się do zaledwie chwili z życia, lecz ta chwila ma w sobie gęstą esencję jego schyłkowego charakteru, kształtowanego przez ponad dziesięć lat istnienia w świecie systematycznie pozbawiającym Dianę własnej tożsamości i małymi kęsami odgryzającej z niego satysfakcję i radość. Diany zagubionej, Diany zszokowanej, Diany poddawanej ustawicznej tresurze, kontroli i deprywacji własnej woli. A ona, "księżna ludzkich serc" przecież zbyt wrażliwa, w zupełnie innej filozofii wychowawczej do życia przygotowana. Nie gotowa podołaniu dworskim regułom i trudom lub pozbawiona całkowicie tych cech, które życie w królewskim wydaniu wymaga. Ciągłe ryzy sztywnej etykiety, przypisana tytułom służalczość i pochlebstwa otoczenia oraz lęk przed wścibskim okiem mediów - złota może i klatka, ale na trzy spusty dla bezpieczeństwa i uniknięcia skandali ona pozamykana. Los coś dał, ale i jak się okazuje więcej zabrał, pozbawiając właśnie tego, co bardziej wartościowe, a co na klejnoty, zaszczyty i inne atuty pozycji nieprzeliczalne. Niestabilna i krucha, wrażliwa i troskliwa istota tęskniąca za zwyczajnymi przyjemnościami życia pragnie uciec, niczym ten metaforyczny bażant skazany przez tradycyjny obyczaj na sczeźnięcie. Niezdolna wciąż do konfrontacji, w milczeniu pogrążająca się w niebezpiecznej melancholii, pragnąca miłości jak świeżego powietrza zamkniętego za ciężkimi kotarami. Na szczęście ciepła i wzbudzająca empatię przez co na głęboką wyrozumiałość i troskę służby zasługująca - zaskarbiająca sobie jej sympatię i wsparcie. Żyjąca już wyłącznie dla synów, którzy nie zdążyli jeszcze w środowisku odgrywanego wiecznego spektaklu zatracić cech ludzkich i poruszająco o matki zdrowie się troszczących. Książę Karol zaś na lewiźnie, oczywiście oficjalnie z ostracyzmem przez rodzinę potraktowany, w rzeczywistości bez konsekwencji na oczach wszystkich żonę upokarzający. Wszyscy wiedzą i wszyscy udają, bo taką metodę w genach zapisaną mają. Ludzie też gadają, że taki przepych i komfort a jej było źle. Bez powszechnie uznanych za pracę obowiązków popadała w depresję i próżność w niej wyhodowana odebrała jej rozum. Albo "ludzie gadają", że Karol pod butem matki, a królowa zimna i oschła nie potrafiła albo nie chciała synowej podarować czułości i zrozumienia. Ludzie gadali, pismaki pisały, paparazzi fotograficznie każdy krok dokumentowali itd. itp.. Zamknięta niczym w wierzy z bajki złotowłosa księżniczka skazana na samotność pośród teoretycznie najbliższych ludzi. Ludzi którzy nie byli jej wrogami, lecz zwyczajnie dyspozycje psychiczne i cechy osobowościowe ograniczały ich możliwości udzielenia jej pomocy.

P.S. A poza tym, a technicznie i warsztatowo? Jaki Pablo Larraín jest tu wpatrzony w wizualną ekspozycję kubrickowską i nawet sam siebie (Jackie) prześciga w tym stawianiu postaci idealnie w centrum i obejmowaniu przestrzeni okiem obiektywu oraz jak fantastycznie widzi ruch i w ruch kamerę operatorską obsługiwaną przez Claire Mathon (m.in. Portret kobiety w ogniu) wprowadza. Jaki tu pięknie oddający naturalność kadr w przytłumionej kolorystyce i lekko ziarnistej fakturze zmysły wizualnie pieści i co za doskonały scenariusz Steven Knight przygotował i jak cudnie powiązał w nim oczywiście fragmentaryczną prawdę historyczną z poezją emocjonalną i wręcz thrillerowsko rozumianym napięciem. Jaka tu jest doskonała klaustrofobiczna muzyka Johna Greenwooda i jak wiele od jej brzmienia i złożonego tonu zależy. Jakie to jest wreszcie intensywne, jak genialnie podkręcane aż do wrzenia emocji i jaka Kristen Stewart jest znakomita, jak bardzo poruszająca, jak ona eksploduje talentem i jak bardzo wielki reżyser potrafi wykrzesać z aktorki kilka razy więcej niż sama mogłaby od siebie wymagać oraz jacy mistrzowie drugiego planu jej wsparcia udzielają. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że właśnie najdoskonalszy obraz zeszłego roku obejrzałem i nie obawiam się komplementować każdego detalu jaki w nim w mistrzowskim stylu do zbudowania wielowymiarowego dzieła najdoskonalszej doskonałości został precyzyjnie użyty. Spodziewałem się kina wielkiego, przeżyłem jednak emocje na poziomie kina wiekopomnego. Jestem normalnie za-chwy-co-ny!

niedziela, 23 stycznia 2022

Electric Wizard - Black Masses (2010)

 


Usłysz ich Lucyferze, daj się przywołać na mszę czarną, bo mega by było, gdyby ich marzenie się spełniło. Spełnij proszę prośby occult metalowców z Dorset, albo daj chociaż znać że jesteś i bez sensu ekipa naczelnego wyjca w osobie Jusa Oborna do ciebie nie zawodzi. ;) Tym samym strwóż jeszcze mocniej już strwożonych i przekonaj nieprzekonanych, iż zabawa z tobą to żaden teatrzyk, czy inny rodzaj artystycznego performansu, tylko pełna do cholery najpoważniejszej powagi powaga. Cholera wie co tam w głowach tych Brytoli się od lat roi i czy igranie z potencjalnym ogniem to dla nich wyłącznie spektakl w postaci czarnych jak smoła winyli, czy mistycznych gigów. Przyznaję że nie tylko upalone wyśpiewywanie treli dla Księcia Ciemności spostrzegam odkąd siedzę w takiej nucie jako mało poważne, ale ma ono w sobie rodzaj hipnotyzującej aury, a już dźwięki wychodzące spod łap członków Electric Wizard, to ceremonia mocno uzależniająca i jak kiedyś niedbała produkcja i rozmyte zbasowane brzmienie Czarodzieja mnie nie przekonywało w stu procentach, to odkąd z piwniczych mroków wypełzł Wizard Bloody Wizard całkiem często urządzam sobie seanse z kilkoma ostatnimi krążkami kierowników tego zamieszania. Black Masses akurat stawiam zaraz po wyżej wymienionym, lecz moja ocena czy zbudowany ze względu na sympatię ranking albumów jest maksymalnie subiektywny i tzw. fani od zarania, bez wysiłku mogliby podważyć moją argumentację dlaczego. Stąd nie porwę się na ich prowokację i nadmienię tylko, że te powłóczyste riffy z siódmego w ich karierze długograja, niczym wyjątkowym w konfrontacji szczególnie z bardziej współczesną resztą ich dorobku się nie wyróżniają, a jakoś tak mnie wyraźnie mocniej do siebie przyciągać raczą. Piewcy "ziela i Lucyfera" grają swoje i mają swoich oddanych wyznawców, a ja jeszcze nim jednak nie będąc szanuję tych odszczepieńców za odwagę i muzykę, w której niewiele się dzieje, ale melodia z brudem kapitalnie współegzystuje. Black Masses genialnie buja i nie ma w żadnej czarciej wsi na nich ch***. :)

sobota, 22 stycznia 2022

Grip Inc. - Nemesis (1997)

 


Dość mocno nieodżałowany ten Gus Chambers - kawał był z niego herbatnika, ale zwinął się już (niewiarygodne) ponad 13 lat temu. Archetyp pancurkiego sukinkota, który w soczystym thrashu kapitalnie się zrealizował. Wyszukany przez nadwornego producenta stajni Century Media, czyli Waldka Sorychtę gitarzystę Grip Inc., z dokooptowanym do całkiem mocnego już składu mistrzem nad mistrze w osobie Dave'a Lombardo, stworzył cholernie mocarną obsadę Grip Inc. Cztery płyty nagrali, a Nemesis to krążek w moim przekonaniu No.1 w ich karierze i główny przyczynek prócz fundamentalnego dla rozpalenia ognia zainteresowania kapelą doskonałego ich występu na jednej z Metalmani - która na marginesie dodając nie odbywając się akurat w Spodku, przez ten właśnie fakt nieprzyjemny i niestety jeszcze boleśniejszy kontekst związany z odwołaniem gigu Death tak silnie w mojej pamięci się odłożyła. Death nie zagrali, ale za to wówczas genialnie do pieca dołożyli właśnie Grip Inc. i niech mnie kule biją, że nie byłem pod mega wrażeniem kiedy Lombardo z charakterystyczną zwierzęcą furią atakował swój zestaw. Napierdzielał tak że iskry śmigały i żaden kolejny występ kubańczyka nie zdołał na mnie zrobić większego wrażenia, niż ten wówczas premierowy dla mnie szoł z jego udziałem - choć były to przecież akcje w składzie slayerowym. Wracając jednak do samego Nemesis, to wciąż z niemałą ekscytacją donoszę, że takiego thrashu mnie trzeba, bym w euforii uniósł się do metalowego nieba. :) Motorycznej galopady z soczystymi solówkami i jadowicie furiackimi riffami, która też ze sobą przynosi masę fenomenalnie w strukturę albumu wbitego klimatu. To nie jest wyłącznie na ślepo jazda do przodu, ale też aranżacyjnie błyskotliwie ogarnięta przestrzenna napierdalanka, w której wyraziste bębnienie Lombardo wytycza ścieżkę i puls całości wyznacza, a krzyk Chambersa wraz z basowymi figurami i wspomnianymi doskonałymi riffami nie stoi gdzieś na marginesie, tylko idealnie współistnieje z nabijanym z pasją rytmem produkowanym przez Dave'a "ja pierd*** jak on to robi!" Lombardo. Uwielbiam groove który produkuje, a Nemesis przede wszystkim za sprawą bębnienia w Rusty Nail stawiam w czołówce dokonań fenomenalnego kubańczyka. Gdzieś w sąsiedztwie The Gathering Testamentu (Eyes of Wrath o Kryste!) i oczywiście najbardziej ikonicznych dzieł macierzystego Slaaaayera. 

piątek, 21 stycznia 2022

Les choses qu'on dit, les choses qu'on fait / Dyskretny urok niebezpiecznych myśli (2020) - Emmanuel Mouret

 

Francuskie paplanie miło, bowiem melodyjnie pieści ucho, ale też jego nazbyt subtelny charakter i podatność na egzaltowaną przesadę, powoduje moją lekką irytację, bądź zazwyczaj co najmniej podszyty rezerwą uśmieszek. Dyskretny urok niebezpiecznych myśli jest akurat wybitnym przykładem takiej sytuacji i nie mogłem oczywiście przestać w czasie seansu o tym myśleć. Jednak pomimo podniesionej do znacznej potęgi alergii na terapeutyzujące paplanie, ja człowiek daleki od takiej wylewności uległem jego czarowi. Tym bardziej jest to akurat zrozumiałe, gdyż "paplają" tu tak pasjonująco intelektualnie i po prostu milusio o relacjach partnerskiej bliskości i robią to w atmosferze filozoficzno-psychologicznej przy akompaniamencie decydującej znacząco o klimacie całości klasycznej muzyki, że nie sposób zwyczajnie nie ulec. Rozprawiają teoretycznie i praktycznie, dzielą się przemyśleniami i uczuciami, a życie w międzyczasie pisze te swoje pełne pożądania scenariusze i ekscytująco swoją narrację ustawicznie komplikującą bohaterów relacje prowadzi. Coś się między postaciami rodzi, coś pomiędzy nimi często naturalnie nie do końca umiera i emocje płatają figle, ich uczuciami się zabawiając. Forma opowieści jest ciekawa i przyjemna, a pomysł wciąga i bardzo wdzięcznie obserwuje się zawiłe ludzkie sercowe przypadki, jak w pigułce zebrane - jak w zwierciadle odbijające liczne kontekstowe prawdy i stan faktyczny naszego naturalnego zamiłowania (he he) do flirtowania i podniecającym doznaniom z niego wynikającym ulegania. Dlatego mimo wspomnianej francuskiej maniery werbalnej film Emmanuel Mouret, to znakomicie napisana liryczna perełka. Perełka bo jak na standardy gatunkowe wychodząca poza szablon i zaskakująco, bo bez wysiłku unikająca znużenia. Wyszedł więc twórcom uroczy komediodramat obyczajowy o miłości. Osadzony we współczesności, ale z rytmem i aktorską pozą jakby z melodramatu kostiumowego. I ja jestem zaskoczony, że nie mam z tym problemu.

P.S. Gdybym był znawcą literatury klasycznej, to bym też napisał że "ogląda się tak, jak kiedyś się Balzaca czytało". Nie będąc nim, zacytuje tylko jednego takiego, przepraszając jednocześnie za jakiekolwiek powyżej zasugerowane skojarzenia z "paplaniem". :)

czwartek, 20 stycznia 2022

Nabarvené ptáče / Malowany ptak (2019) - Václav Marhoul

 

Ostro spolaryzowała robota praskiego artysty nie tylko publiczność wenecką, ale równie silnie ta szokująco oddziałująca na zmysły praca reżysera i scenarzysty w jednej osobie, podzieliła także naszą rodzimą opinię publiczną oraz środowisko zawodowej krytyki filmowej. Od radykalnych sądów, że jest to kłamstwo filmowe z pretensjami do arcydzieła, przez przekonania, iż czym miała być wierna adaptacja samej w sobie skrajnie brutalnej powieści, jak nie ustawicznym bombardowaniem przemocą i cierpieniem, po tezy, że w tym szaleńczym spektaklu jest rytm, metoda, puenta oraz operatorsko-scenograficzna maestria. Stąd ta totalnie hardkorowa historia, czyli jak wyglądały wojenne realia z perspektywy pozbawionego imienia i tożsamości chłopca uznanego za żydowskiego lub cygańskiego przybłędę w zawierusze chaosu i nonsensu tułającego się z miejsca na miejsce. Poznającego co rusz społeczności uwikłane we wszelkie formy dewiacji, odczuwając ustawicznie fizyczną i psychiczną wrogość, będąc niczym ten malowany ptak wszędzie rozpoznawany jako obcy i intruz, wzbudza dyskusje i dzięki temu na dłuższą metę nie przejdzie bez bezwzględnie koniecznego echa. Myślę że film Václava Marhoula jest bezdyskusyjnie potwornym doświadczeniem dla poprawnie zsocjalizowanego sumienia, ale bez oczywiście zaskoczenia, bo nie można było spodziewać się czegoś innego, po adaptacji kontrowersyjnej z punktu widzenia treści i poddawanej pod wątpliwość względem autorstwa powieści Jerzego Kosińskiego. W czarno-białej konwencji wizualnej, reżyser ukazuje koszmarne dzieciństwo w brutalnym świecie pełnym okropieństw i przemocy. Stanowczo zatem odradzam każdemu kto nieodporny na tak surową prezentację. Wybijam z głowy kontakt każdemu, kogo wrażliwość nieprzygotowana na tak intensywny ból istnienia.  tu takie sceny podłości ludzkiej i okrucieństwa że jedynie oscarowy Syn Szawła oraz Wołyń Smarzowskiego może konkurować. Nie ma grama taryfy ulgowej, ani grama też optymizmu, bowiem te nieliczne ludzkie odruchy natychmiast giną pod ciężarem porażającej niegodziwości. Jakie spustoszenie moralne i jakie traumy psychiczne potrafi wojenka uczynić. Może zatem zamiast uczyć smarkaczy o bohaterskich czynach polskich patriotów, zacznijmy uświadamiać jakie konsekwencje wciskania romantycznego kitu o tamtych czasach.

P.S. Bolesne doświadczenie wynikające z obserwacji czasów anomii, ale równocześnie perwersyjna przyjemność estetyczna powiązana z możliwością podziwiania znakomitej oprawy wizualnej oraz warsztatowego mistrzostwa. Europejska koprodukcja, ale z obsadą hollywoodzkiego formatu.

środa, 19 stycznia 2022

Antlers / Poroże (2021) - Scott Cooper

 

Małe depresyjne miasteczko, lasy, wzgórza - ciężkie nad nim chmury wiszące, siąpiące ustawicznie deszczem i wilgotny mrok rodzące. W takim miejscu Scott Cooper akcję swojego nowego filmu umieścił i zaskoczył mocno, bo to żaden kapitalny dramat gatunkowy (Out of the Furnace, Hostiles czy Black Mass - jak do tej pory zdążył przyzwyczaić), a tylko w miarę konkretny dreszczowiec z monstrami okrutnymi, w które tajemnicza siła ludzi przemienia. Jak doczytałem oparty na legendzie obecnej w Północnych częściach Stanów Zjednoczonych i okolicach Quebecu - o tzw. Wendigo, człekokształtnym, ponadnaturalnym stworzeniu, będącym częścią mitologii Indian. Wyrywającym ludziom serca, zimą nabierając apetytu na ludzkie mięso, a transformacja w Wendigo powiązana być może z kulturowo uwarunkowaną psychozą, czy też teoretyczną ideą związaną ze strachem przed czarami i sezonowymi brakami żywności. Ciekawe, polecam poczytać. Nie jest to jednak moja estetyka filmowa, nie otrzymuje więc Antlers od startu ode mnie fory, a wręcz musi dać od siebie więcej i ponad oczekiwania wychodzić, a najlepiej gdyby stylistykę popychał w rejony sporej oryginalności aby na uznanie zasłużyć. Dlatego byłem niepocieszony po seansie, bowiem niekoniecznie trafiony ze Scotta Coopera Guillermo del Toro, bowiem nic poza trzymaniem się określonych reguł gatunkowych oraz warsztatową poprawnością najnowszy film twórcy hitów wymienionych w nawiasie nie zaoferował. Historia jak to taka pełna popuszczonych wódz wyobraźni nie do końca kupy się trzymająca, ale też i wątki bardziej realistyczne bez należytej emocjonalnej podbudowy. Może nie są to ciągnące się gluty, bądź inne flaki z olejem. Opowieść też jakaś totalnie przeforsowana nie jest i w miarę nieźle napięcie buduje, ale po poprzednich tytułach z jego dorobku nie takiego kolejnego posunięcia w rozwoju kariery Coopera oczekiwałem. Antlers w skrócie, to jak nadmieniłem porządnie zrobione, lecz bez cech wyjątkowych kino. Posiada zadatki na zrobienie większego wrażenia, ale chyba wyłącznie na sympatykach indiańskich wierzeń i tej typowo po amerykańsku rozumianej horrorowatej estetyki. Mnie nie porwało, tak jak i podczas projekcji nie rzuciło w objęcia Morfeusza. Przetrwałem bez większego problemu, lecz to w moim odczuciu za mało jak na reżysera z tak mocnym dotychczasowym dorobkiem.

wtorek, 18 stycznia 2022

Seurapeli / W co grają ludzie (2020) - Jenni Toivoniemi

 


Kamerą przede wszystkim z ręki kręcony, jak na film "gadany" z istotnym udziałem dynamicznych ujęć, bowiem montażysta dość regularnie zmienia perspektywę, a operator żwawo gania za postaciami. Cała intryga zapleciona wokół spotkania przyjaciół po latach, a w obsadzie weekendowego zlotu też nowi ich partnerzy, ale i nadal w sercach żywe jeszcze stare związki i flirty pomiędzy nimi. Te wszystkie młode porywy serca i ich dotychczasowe nieudane finały. Każdy ma jednak już teraz własne osobne życie, w rożnym stopniu poukładane lub całkowicie niepoukładane. Ktoś notuje drobne wzloty, inny akurat z obciążeniami codzienności pikuje, bądź akurat po finalnym upadku jest w totalnej rozsypce. Zjazd odbywa się w izolacji od świata zewnętrznego, w towarzystwie dobrego żarcia i oczywiście alkoholu, więc można by się spodziewać jakiegoś Michaela Myersa lub Jasona Voorheesa, który upuści nieco krwi dosłownie, ale to nie ta bajka, nie ten pomysł na emocje. Tutaj gwoździem programu fińska łaźnia parowa zamiast atrakcji serwowanych przez jakiegoś odszczepieńca. Wyłącznie długie rozmowy, burzliwe dyskusje lub niezobowiązujące żarty i wszystkie one wraz z wmieszanymi we wszystko wspomnieniami i nieprzepracowanymi skutkami dotychczasowych związków/relacji daje ogromne prawdopodobieństwo wybuchów emocjonalnych i wewnątrzgrupowych fluktuacji. Tych pozytywnych ale i tych negatywnych na traumatycznych fundamentach wzniesionych. Dzieje się międzbohaterami sporo i cały pomysł opiera się właśnie na popularnym ostatnio w kinie problemów międzyludzkich przepracowywaniu, poprzez tych problemów rozgrzebywanie. Wyszło bardzo dobrze i nie ma się prawa widz nudzić, ale że to poniekąd znowu to samo, to nieco przewidywalnie. Zabawnie i poważnie, wszystkiego tyle ile być powinno, a wręcz reperkusji i zwrotów akcji po korek. Pomimo wszystko za mało czegoś co pozwoliłoby, aby było maksymalnie ekscytująco. Można się czepić że z deczka za mocno podkręcone i że częściowo twardego realizmu w "akcjach" brakuje, ale przecież (właśnie!), kto za ludzkimi wyborami trafi?

Drukuj