Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!
wtorek, 9 czerwca 2026
poniedziałek, 8 czerwca 2026
While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach
Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)
środa, 3 czerwca 2026
Michael (2026) - Antoine Fuqua
Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.
wtorek, 2 czerwca 2026
Mistress America (2015) - Noah Baumbach
Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)
poniedziałek, 1 czerwca 2026
Blindead 23 - Deuterium (2026)
Wyboista droga od dekady za członkami Blindead. Wpierw nie dający rady finalnie, z tymczasowym jak się okazało wokalistą Ascension. Kompletnie zaskakująca, jednako intrygująco dobra, jaka jednak pod innym szyldem powinna się ukazać Niewiosna i kilka lat temu info o powrocie Zwolińskiego do składu i pod kosmetycznie zmienionym szyldem na Blindead 23 zapowiedź otwarcia nowego rozdziału z pomocą epki. Dzisiaj natomiast już od kilku dni się u mnie kręci długo zapowiadany nowy pełny materiał i ja zamiast tu rozszyfrowywać kto się w składzie ostał, a kogo po drodze zabrakło i kto z kim nie mógł się dogadać i dlaczego problemy komunikacyjne czy inne kierunkowe zadecydowały o dziesięcioletnim chaosie, chcę po prostu skupić się na jakości Deuterium. Mam bowiem przekonanie, iż co by się przez te lata słabego nie wydarzyło i jakie w postaci materiałów studyjnych w międzyczasie Blindead/Blindead 23 stworzył płyty, to teraz cieszę się ogromnie, iż przedłużające się oczekiwanie na Deuterium okazało się warte cierpliwości. Czułem jak premierowo odpaliłem, iż za tym w pierwszej chwili dość wymagająco wyglądającym zestawem kompozycji, kryje się fantastyczna głębia do odkrywania systematycznego, poprzez co rusz odtwarzania i tak odkrywania nowego, intrygującego, jak wartości samej sobie pod postacią budowania w świadomości stopniowo numerów, które pozorną wyłącznie przez chwile nieskładnością zapowiadają utwory, jakie już teraz w mojej głowie tworzą znakomicie przemyślane metalowe przeboje, niepozbawione wszakże siły rażenia, przy sile emocjonalnego oddziaływania. Deuterium jest szyte świetnymi aranżerskimi ściegami, widać iż wykrojone świadomie części składowe, zostały biegle połączone ze sobą, a jakość wykorzystanej tkaniny dodaje im charakteru i elegancji. Deuterium jest wytrawne, ale i czuć w nim nie tylko posmak bardzo ambitnej, poważnej nuty, lecz melodyjne pasaże i znakomite wiązane wokalizy tworzą nie tylko energetyczny walor i walor przebojowy. To muzyka która skonstruowana została z tematów i wątków spajających poszczególne numery na poziomie jednej charakterystyki zaklętej w minimalistycznych, pomiędzy kompozycjami wspólnych nawiązaniach, zatem czuję iż jest bezpośrednią kontynuacją pomysłu koncepcyjnego z pierwszych trzech (nie liczę Devouring Weakness) krążków, ale te motywy pokrewne nie są aż tak silnie od razu słyszalne, więc mam wrażenie, iż Deuterium udowadnia, że przez ten czas od wydania Absence zespół, a dokładnie jego główny kompozytor wszedł na kolejny kompozytorski poziom i zdołał doskonale ten awans warsztatowy ukazać. Okiełznał swoje też wysokie ambicje i nie stworzył z ostałymi się współbraćmi kawałków wyłącznie technicznie zachwycających, bo kilka odsłuchów wykonanych przekonuje, iż są to kawałki wkręcające się chwytliwie w łeb - świdrujące i włażące pod skórę. Nie omieszkam już teraz wyrazić swojego głębokiego uczucia do Deuterium i wręcz zakochania we wściekłych niedźwiedzich rykach Patryka i jeszcze mocniej krystalicznych, wspaniale z rykiem korespondujących wokalach Rogera Öjerssona. To cudowny był pomysł aby tego z dorobkiem Szweda zaprosić do współpracy i też dzięki temu ruchowi, już dzisiaj dla mnie "ciężki wodór", czyli "stabilny izotop wodoru", a rzecz w skrócie o walce z problemami mentalnymi, powrocie do zdrowia psychicznego (będę skrupulatnie badał i pewnie się utożsamiał), to gigantyczny metalowy sztos, na równi traktowany jak wspomniane trzy startowe dzieła i dodam tylko jeszcze względem klasyfikacyjnym, iż brzmi on tak, że najlepiej by się zamontował pomiędzy Affliction, a Absence - ale że jest dopiero teraz to dla mnie żaden problem. Mega się cieszę że w takiej dwugłosowej między innymi postaci, a nie innej formie JEST W OGÓLE!
P.S. Jeżeli się bałem o powyżej wychwaloną jakość, to byłem niemądry. Widziałem przecież jakiś czas temu co obecny koncertowy skład Blindead 23, czyli po prostu Blindead na scenie jest w stanie zdziałać. Świadkiem mi krakowski Kwadrat. :)
niedziela, 31 maja 2026
Remarkably Bright Creatures / Niezwykle szlachetne stworzenia (2026) - Olivia Newman
Zachęcony (choć przeczuwałem że za rekomendacją stoi szacunek dla kina ckliwego, kina szlachetnego, lecz bez impetu ponad emocje cieplutkie, dla serduszka milusie), wrzuciłem i bez gigantycznego zaangażowania obejrzałem. Historię na pozór przyjaźni ludzi po przejściach z ośmiornicą staruszkiem, która czuje więcej, wykraczając zmysłami i obserwacjami poza ludzkie pojęcie - opisującą rzeczywistość i to co w duszach ludzkich, mocno skrywane tkwi. Ośmiornica jest tu narratorem, a człowiek obiektem do rozpoznawania. Przyjaźń ze śluzowatym, inteligentnym stworzeniem i jako kluczowy wątek rodząca się więź pomiędzy starszą Panią, a młodym, zagubionym, pozornym lekkoduchem z rozpadającego się campera i dość banalnie, schematycznie jedno drugiemu zastępujące utracone ważne osoby. Ona traktuje go jak syna, a on ją niczym matkę i to jest słodkie, budujące, ale takie bez siły rażenia, mimo że zapewne w swoim dramatycznie familijnym i bardzo poprawnym wydaniu humorystycznym, łatwe do przyswojenia i potraktowania z sympatią. Miły aż do przesady seans, terapeutycznie dla osób wrażliwych seans wartościowy, ale niemożebnie płaski, dla wymagających intelektualnej głębi kompletnie nie ekscytujący. Doceniam cel w jakim powstało, ale nie ma możliwości bym napisał, że to coś więcej w wydaniu artystycznym niż letnia, a w ujęciu treści spłycona, uproszczona familijnie wersja życia na potrzeby niedzielnego seansu w gronie rodzinnym. Daje miłe wrażenia wizualne, czas na kojące kontemplowanie spokoju, relaksu, jednocześnie męczy, mdli uproszczeniami w znaczeniu prostotą psychologiczną. Jednak nie umieszczając w kategoriach tandety, uważam pomimo że momentami przekracza granice znośnej pogodnej ckliwości i wzruszu przesłodkiego. Liczyłem na coś po prostu bardziej wyważonego i wytrawnego, bez kierowania się w stronę finału z telenoweli, więc prawdę mówiąc przyjąłem taką skumulowaną dawkę rozczulania na dwa razy, bez względu że miło było zobaczyć Sally w czymś bardziej głośnym, po latach.
sobota, 30 maja 2026
Elephant / Słoń (2003) - Gus Van Sant
Minimalistycznie, po cichu, bez pod efekciarstwo narzucanych emocji, o rzeczywistej tragedii. Taki tam normalny dzień, takie tam zwykłe zabijanie. Obraz w połączeniu z muzyką, klasycznymi pasażami oddziałujący bardzo wymownie i szokująco. Dużo naturalności, autentyzmu, którego walory dodatkowo krew w żyłach niecodziennością w codzienności mrożą. Przekonujących do uczestniczenia w nich scen, ujęć śledzących zza pleców postacie, budujących tym samym ciekawą, powiązaną kilkoma punktami widzenia neutralną perspektywę. Szokujące okoliczności (nawiązanie tytułem do anglosaskiej metafory „słonia w pokoju”) i w swej ascetycznej, a celnej wymowie (do samodzielnej przede wszystkim interpretacji) wyjaśnienie uwarunkowań, stanu, motywacji autorów dokonanej krwawej zbrodni. Z zimną krwią przeprowadzonej egzekucji, z pytaniami jakie zostawiła dla świadków i postronnych obserwatorów medialnych doniesień oraz pracy Van Santa. Bez jednoznacznej odpowiedzi - co tak tych zgorzkniałych smarkaczy otępiło i kurwa w tej konkretnej socjalizacji poszło aż nie tak?! Zwięzły, bez opisów miejsca i czasu obraz, gdzie sekwencje kontrastowo długie, obiektywnie fakty inscenizujące. Wiemy co się zaraz stanie, bowiem film jest fabularyzowaną wersją ostatnich godzin życia ofiar i sprawców strzelaniny z amerykańskiego liceum w Columbine i doskonałą powściągliwą analizą w idealnie dobranej formie. Koncept niepodważalnie trafiony i swego czasu w Cannes doceniony został. To po słabszym czasie, był chyba dobry moment w karierze Van Santa. Przynajmniej ja mam takie odczucie, bo widzę że to taki niedosłowny Van Sant, jaki we mnie najczęściej najmocniej rezonuje.
P.S. Taka uwaga, że niby w te relacje z wydarzeń Gus Van Sant potrafi, a ostatnio mu nie wyszło - patrz Desperat z ubiegłego roku.
piątek, 29 maja 2026
Project Hail Mary / Projekt Hail Mary (2026) - Phil Lord, Christopher Miller
Mocno się przed wyrażeniem przekonania ociągałem, ważyłem bowiem bardzo ostrożnie za i przeciw zanim bym nazbyt pochopną opinię wydał. Pierwotne nastawienie mega optymistyczne, na które złożyć się miały zachwycone słowa, zdania, całe elaboraty, tak przeciętnego widza, jak raczej w przeważającym stopniu również rzadko zgadzającej się z ogółem, zawsze wymagającej poziomu najwyższego zawodowej krytyki, na początku pięknie się zgrały z moimi własnymi odczuciami. Niemniej jednak gdy chwila od seansu minęła, poczułem że nosem niepokojąco kręcić zaczynam, bowiem że za ciepły, za wzruszający i za za za, wszystko co kojarzy się z kinem o przyjaźni - kinem dalekim od wybitnego, ale jednocześnie takim którego pomimo jego wymienionych przywar, nie da się nie lubić. W tym sensie Projekt Hail Mary jest taki fajny, że wysyła większość konkurencji w czarną dziurę ze wstydu. Wzruszu tutaj masa, ale takiego emocjonalnego milusiania, które sprawnie zdaje się równoważone równą proporcjonalnie dawką doskonałego, uniwersalnego poczucia humoru. No nie ma opcji, żeby naturalnie finezyjnej interakcji dopktora Rylanda i Rocky'ego nie ulec, nie porechotać szczerze i nie poczuć ciepełka na serduszku, jak i nie przeżyć dramatycznych wątków, tak jakby oglądało się najlepszą z interpretacji historii o Lessiem. To właśnie poniekąd ten sam trop emocjonalny, który w kilkudziesięciu pewnie podobnych odsłonach wywoływał łzy, a najbardziej okazale je wyciskał, kiedy Parker Wilson (Richard Gere) zbudował niezapomnianą więź z Hachiko. :) Innymi słowy zamiast pieska dostajemy równie silnie łaskoczącą tam gdzie na duszy wrażliwe "żywą skamielinę". Do tego cała otoczka wizualna, czyli przestrzeń kosmiczna, efekty, zdjęcia i kolorystyka - wszystko to dodatkowo jeszcze skutecznie pociągające i hipnotyzujące. Familijny Interstellar poniekąd, czy doskonałe feel good movie w kosmicznym uniwersum, z czasem zasady bardziej, czasem mniej ssącym Goslingiem (cytuje stereotyp), któremu łątkę aktora "kluski" nie trudno przyszyć, tak jak nie ma problemu aby pośród jego już gigantycznego dorobku aktorskiego, nie znaleźć kreacji kontrargumentującej żarty prześmiewców, samych częstokroć śmieszniejszych w swych wywodach, niż sam słodziaśny Ryanek. Ryanek który przypominam że nieraz pokazał, iż posiada papiery na granie nie tylko komediowe - przeszukajcie proszę ten szeroki katalog zaczynający się od pajacowania, a kończący na twardzielach równych najtwardszych, tyle że z buźką ciasteczka. Tutaj trzyma się z charyzmą tej pierwszej z wymienionych skrajności, dodając oczywiście konkretną dawkę ciapowatości i prawdziwego oddania dla sprawy i zdobytego przyjaciela z dalekiej galaktyki. To Ryan po prostu po "ryanowskiemu" zdobywający serducho widza - udowadniający iż jak ktoś podsunie mu oryginalną wizję całościową, wdzięczny scenariusz oraz go trafnie obsadzi i pozwoli na swobodę, to odpłaca się zdobywając szczyty box office'u. Dołożyłem się do tego sukcesu w towarzystwie, z niekłamaną przyjemnością, nawet jeśli nie uznaję za kino które mi się pod skórą odłoży, to pośród wszystkiego co w większości obecnie wokół człowieka dołującego, fajna to przeciwwaga i odtrutka na czasem zbyt przeginaną wizję wszechogarniającego cynizmu. Za ten znakomicie ozdobiony też siłą rezonującą muzyki z tła powrót do fundamentu pośród wartości, to ja serdecznie wszystkim zaangażowanym w PHM dziękuję. Kategoria "miód na serduszku". :)





.jpg)

