wtorek, 30 czerwca 2026

Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Jak trafiłem, co o stylu i jakości nuty Obscure Sphinx myślę, w zasadzie póki co napisałem dotykając tematu krążka sprzed i po Void Mother. Podobnie jasne własne przekonanie wówczas między wierszami wyraziłem odnośnie tego jak ich sztuki wyglądają i co z nich najbardziej się zapamiętuję. Może moje doświadczenia odkrywania tak studyjnych materiałów, jak i koncertowych sytuacji są dość wąskie, bowiem na płyty nabieram ochoty raczej prawem serii i odpuszczam gdy nastąpi przesilenie, a gig widziawszy jeden, to więcej niż pierwsze, aczkolwiek może ono być głębsze przekonanie jest jedynie odciśniętym śladem w pamięci, nie zweryfikowanym już z pozycji osoby która wie czego może się spodziewać. Piszę powyższe gdyż uważam, iż powinienem się wytłumaczyć dlaczego Void Mother pod kątem analitycznym potraktuje powierzchownie - kompletnie na pierwszy odruch zdroworozsądkowy bez sensu, bowiem rozbudowane kompozycje aż się proszą aby je poddawać wnikliwej rozkminie. Uczynię wbrew może sobie zatem, dlategóż, że wszystkie trzy ich albumy są bardzo do siebie podobne, choć różnią je zniuansowania i oczywiście tendencja rozwojowa pozwala patrzeć na tą drogę przez pryzmat dojrzewania. Moje spojrzenie równa się teza, iż Void Mother jest typowym pomostem pomiędzy dwiema skrajnymi w dyskografii albumami, a każde słowo opisu zarówno Anaesthetic Inhalation Ritual i Epithaps może być wprost, czasem mniej, czasem odrobinę bardziej po poddaniu modyfikacji zastosowane do środkowego krążka. Po cholerę więc bez przyczyny i potrzeby tkwiącej w chronologicznym opisywaniu, dodawać tu powielając, że głos i charyzma Wielebnej to to i tamto, że riffy mechaniczne tak czy inaczej, frazy scalane tak i siak, czy klimat potęguje to i to, gdy zainteresowany Ty i Ty, może też Ty i jeszcze zbłąkani Oni którzy tu trafiają, klikając na rzeczone VM obstawiające (rok 2011 i 2016) materiały, w blogerskim amatorsko dziennikarskim refleksyjno-recenzenckim fasonie są dostępne i aż się wyrywają, zgłaszając pretensję do ich przestudiowania. :) To jest po prostu znakomita robota za każdym razem i w ramach rozszerzonego psychodelicznego post metalu, tudzież sludge'u, tak z posmakiem odhumanizowanego, a paradoksalnie emocjonującego - bolesnego jak sam skurw*syn (uwaga określenie za chwilę kontrowersyjne) modern gotyku, wszystkie trzy prace Obscure Sphinx to robota prze-cholera kapitalna. Bez kłaniania się z pozycji zaścianka wzorom zachodnim, a może nawet tym najlepszym dająca lekcje pokory. Słucham i znów możliwe że wpadam w tzw. fazę OS, gdzieś w każdym momencie gdy nie kręci się u mnie najnowszy GENIALNY Blindead, pod szyldem B23. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Behemoth - Thelema.6 (2000)

 

Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!

niedziela, 28 czerwca 2026

Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick

 

TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.

piątek, 26 czerwca 2026

The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski

 

Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.

P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji  Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)

czwartek, 25 czerwca 2026

Amrum (2025) - Fatih Akin

 

Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.

wtorek, 23 czerwca 2026

On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan

 

Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Obsession / Obsesja (2025) - Curry Barker

 

Bardzo dużo w międzyczasie i najczęściej mądrze, czasem jednak skrajnie zbyt lub za mało powściągliwie nabazgrano opisując ostatni fenomen „marketingu szeptanego”. O Obsesji z mikrym budżetem, a maksymalnym hajpem niemal każdy kto w popkulturze sobie zawodowo, bądź hobbystycznie brodzi, miał ochotę opinię wygłosić i nie trafiłem na żadną która miałaby podważać wartość w jakości debiutanckiego filmu, kogoś kto do tej pory profesjonalnie z fachem nie miał nic, lub niewiele wspólnego. Pełno w sieci teraz jego, a dokładnie o nim i chyba nawet więcej o odtwórczyni pierwszoplanowej roli i oboje oni wraz z resztą, tak fachowców zaangażowanych (charakteryzacja ze scenografią bomba) jak i aktorskiej obsady na słowa uznania zasłużyli. Odwalono tu bowiem kawał doskonałej, uparcie autorskiej roboty, stawiając miast (jak podobno wytwórnia sugerowała) na scenariusza, ogólnie pomysłu obskubanie i pod wymagania widza pop-corn-owego formy skrojenia, na pierwszorzędnie wytłuszczoną kwintesencję! Na szczęście szef kluczowej wizji miał jaja z granitu i nie dał się tak presji, jak (ciekawe czy to mit dodany czy prawda) przekupstwu finansowemu, bo dzięki tejże twardej (nie użyje słowa niezłomnej ;)) postawie, powstał horror z prawdziwej krwi i kości, o ludzkim obliczu nie tylko psychologicznym i silnym osadzeniu w naukowym (tudzież jak ktoś woli praktycznym). Bardziej na serio niż dla efekciarstwa, gdzie pod nieco tylko pojechanych motywach, jest mnóstwo rzetelnej, czyli sprawdzonej w boju i na własnym zapewne przypadku przetestowanej psychologi relacji. Ten fundament i to sedno jest o zazdrości, obsesyjnej miłości - miłości opresyjnej, wręcz histerycznej, gdzie szantaże or niepoczytalność właściwie. Tak samo jak wyłuszcza on drugą stronę medalu, czyli obok tego najbardziej uderzającego, czyli stylu przywiązania lękowego, mocno, radykalnie ukazanego i być może „horrorowato” przerysowanego, pojawia się styl unikowy, gładko (to znaczy szorstko w efekcie :)) przeplatający się ze stylem zdezorganizowanym, a obok majaczy jako niewykorzystana szansa, sytuacja (dla bohatera) styl bezpieczny. Tak to sobie osobiście najprostszymi metodami rozkminiłem i nie mam absolutnie jakichkolwiek pretensji, że wiedza jest tu raczej oczywista i podana wprost, a jednak daleko jej do łopatologii w komersze na ogół stosowanej. Dla mnie to tak samo ORYGINAŁ pośród gatunkowych kopi kopii, skopiowanych korzystając z popularnych, przekombinowanych kopii, czyli niby obraz zwykły, a niezwykły paradoksalnie, gdyż w swej formule skromnej powracający do , a nie ślepo brnący w efektowne i najgorsze że syntetyczne poboczności zagamtywania. Produkcja która wygląda niezwykle rzetelnie, a oczekiwane w horrorach jumpscare’y naprawdę mogą powodować obsranie, w mniej ekstremalnym wydaniu lekkie zmoczenia oraz po wyjściu z kina nietęgi miny, tak z powodu tego co powyżej, jak i analizowania siebie i swoich bliskich relacji - jeśli oczywiście jest ku temu powód, a dokładnie intelektualna i związana z bystrością autokrytyczną baza. Ogólnie „uważaj człowieku co sobie życzysz”, bo nie wiesz jak jest po drugiej stronie nieznanej bajeczki, a i od skrajności do skrajności przerażająco niedaleko. Więcej po prostu k-wa umiaru, zdrowego rozsądku we wszystkim plis. ;)

czwartek, 18 czerwca 2026

Maruja - Pain to Power (2025)

 


Trafiłem kilkanaście tygodni temu na kluczowe rozbudowane info, że pojawiło się takie z Wysp Brytyjskich objawienie i ja zaintrygowany luknąłem, zgadzając się finalnie, że z mega oryginalnym tworem mam do czynienia. Jestem również nieco zaskoczony, bowiem jakiś czas temu, gdy jeszcze nie próbowałem post punka intensywniej, to nie pomyślałbym, że taki stylistyczny flow mnie poniesie. Debiut Maruja osiada może nie z miejsca, lecz jego specyficzny VIBE wkręca się w głowę - ustawicznie domagając się mojej głowy drenowania. Kompozycje powiązane są wspólnym mianownikiem podkreślonym, w którym sekcja dęta odgrywa rolę kluczową. Gatunkowo usadawia się w wymienionym postpunku, lub z niego wypływa, bowiem nie idealnie w ramy się w finalnym kształcie wpasowuje. Nazwanie go hard core'owym spiritual jazzem (doczytałem) zdaje się trafione, gdyż łączy duszny gniew, zinternalizowaną i oswojoną wściekłość, z naturalnymi w świecie ambitnej ekstremy, wycieczkami w kierunku tak komplikowania struktur rytmicznych kakofonicznymi nieco odjazdami oraz klimatycznymi subtelnościami, niestojącymi z wymienionymi mimo pozorów w sprzeczności - budowaniem napięcia, pozwalając temuż eksplodować zgiełkiem. Swoją istotną rolę odciska też na repetywnych, hipnotycznych w odczuciu numerach skandowany, melorecytowany wokal, przechodzący skrajnie w bolesne jęki i pełne stroskanej uczuciowości zaśpiewy. W tekstach dotykając istotnej problematyki, rozwija przekaz zaangażowany - protestu i buntu. Dudni radykalnym, apokaliptycznym słowem i dla kontrastu czule otacza rodzajem muzycznego przemieszania nietypowych składników dźwiękowych. To rodzaj "hałasu", jaki wywołuje nie tylko wściekłe emocje, lecz równie często powoduje kontemplacyjne skupienie - inne, bowiem z kategorii mi dotąd nie bardzo znanej.

Drukuj