piątek, 24 czerwca 2022

Swan Song / Łabędzi śpiew (2021) - Todd Stephens

 

Ostatnie zlecenie zmuszonego do pogodzenia się ze starością fryzjera i wizażysty małomiasteczkowej elity. Nietypowe okazja do wyrwania się z domu spokojnej starości, w którym czas zagospodarowywany składaniem chusteczek i jedyną prawdziwa przyjemnością w postaci w ukryciu zapalonego babskiego papieroska. Ta historia zawarta w kameralnym nostalgicznym scenariuszu okazała się doskonałą okazją do jeszcze raz udowodnienia kunsztu aktorskiego Udo Kiera. Aktora charakterystycznego, znanego najczęściej z ról drugoplanowych, bardziej niż przeważnie szwarccharakterów. Kadry przelewają się przez ekran, opowieść płynie, a Kier daje popis kunsztu. Forma jest prosta i surowa, ale ma w sobie urok przenikliwego i błyskotliwego wglądu w doświadczenie starości, szczególnie dotkliwej przez pryzmat względnego, bo jak się okazuje tylko lokalnego sukcesu i odczuwania poważania za własne osiągnięcia zawodowe. Przeszłość naturalnie już zamglona, a teraźniejszość tylko nią się żywiąca i gdzieś jeszcze sprawy do domknięcia. Wszystko już za nic przed i jeszcze tylko trzeba dociągnąć do zgonu, a sytuacja daje szansę na chociaż chwilę ostatniej zabawy w prawdziwe życie i klamrę jego zamknięcie. Film mądry i uwrażliwiający, ale też zwyczajnie za mało ekscytujący by przebił się do poziomu wysokiej oglądalności. A trochę szkoda, bo jest okazja by się po prostu wzruszyć.

czwartek, 23 czerwca 2022

Infinite Storm (2022) - Małgorzata Szumowska

 

Nie pamiętam, jednak sprawdzać nie zamierzam, czy przy okazji dwóch ostatnich produkcji sygnowanych nazwiskiem Szumowskiej, nie dawałem już do zrozumienia, iż kręci bardzo dużo i niestety jest w tych twórczych porywach nierówna. Tak jakby chciała za wszelką cenę merkantylnie wykorzystać w pełni swoje pięć minut, tudzież wbić się na stałe w europejskie grono zacnej reżyserki, lecz zamiast proponować kino wybitne, daje do konsumpcji kino wyrafinowane ale nazbyt pretensjonalne. Kino mało zrozumiale i chyba co najgorsze w formule ambitnej, kuriozalnie niezbyt głęboko penetrujące poddawane analizie tematy. Może i wnikliwe ale pozornie tylko, więc przed seansem Infinite Storm byłem pełen obaw i z niezbytnią euforią zabrałem się za jej nowy obraz, który przecież nie przez byle jaką hollywoodzką gwiazdę w obsadzie jest promowany. Naomi Watts szanuję i nie tylko przez wzgląd na urodę jej aktorstwo lubię, natomiast kino z rodzaju survivalowego ryzyka nie jest moim ulubionym. Ostatnio Arktykę z Madsem zmęczyłem i do tej pory nie czuje się zdopingowany by tekst w tym temacie skończyć, a wcześniej było miedzy innymi Wszystko stracone świetnego przecież J.C. Chandora z całkiem niezłym tutaj weteranem w osobie Roberta Redforda. Obydwa niezłe, ale do poziomu wielkiej kinowej przygody pomimo nawet samych przecież ekscytujących historii nieprzystające. Fundamentalną zaś zaletą filmów Szumowskiej są zdjęcia wciąż jej wiernego Pawła Englerta i tym razem one znakomite, szczególnie że widoki pejzaże przepiękne - poza doskonałym warsztatem wizualnym, dobrą szkołą reżyserską i jeśli nie przedobrzy intrygującą tematyką. Infinite Storm akurat pod tym względem i w porównaniu do jej niedawnych prac reżyserskich (jakby do Szumowskiej dotarły powyższe ale ;)) jawi się jako bardzo konwencjonalne kino, ze wszystkimi walorami sprawdzonej metody i wadami szablonowego spojrzenia na survivalową estetykę, która tylko pozornie w Infinite Storm stanowi clou "programu". W niej przecież obowiązkowo powinno być potężne napięcie, jakieś tąpnięcia (nie dwa, trzy czy nawet cztery) i w pierwszym rzędzie wynikające z przeżywania historii zaangażowanie widza oraz troska o losy bohaterów. Ja im kibicowałem ale czy z nimi przeżywałem, chyba poniekąd tylko. Gdyby nie fascynujące góry i ich ekspozycja, gdyby nie przerażająca mocy sił natury, snuty gdzieś między wierszami wątek rodzinny i ten jednak dziwaczny pierwiastek zachowania napotkanego przez Pam cudem trwającego w sneakersach typa, nie napisałbym że warto. Dzięki powyższym i tak na sto procent poważnie, to ostatniemu pół godziny i wyjaśnieniu tragicznej tajemnicy rodziny wraz z motywacją kobiety, co zmieniło niemal kompletnie film survivalowy, w psychologiczny dramat o życiu z traumą z przeszłości. Stąd przyznaję że dałem się na początku zwieść i znudzić, bym dzięki wspomnianej fazie podsumowującej otrzymał nagrodę za mimo wszystko wytrwałość, bowiem stwierdzam bez przesady, że Szumowska odnalazła tam balans pomiędzy tym co między słowami, a tym co wprost na tacy powinno być podane. 

środa, 22 czerwca 2022

Red Rocket (2021) - Sean Baker

 

Mało urocza Ameryka jakiej na turystycznej wycieczce nie zobaczysz, a uświadczysz jej jedynie albo w kinie takich reżyserskich odszczepieńców jak Sean Baker lub jeśli wyemigrujesz za ocean i tobie akurat nie ziści się amerykański sen. Wówczas jako zgorzknialec i margines społeczny (jeśli będziesz miał odrobine szczęścia) to nie skończysz jako kloszard w mieście aniołów, tylko jako członek takiej niewyjściowej społeczności, gdzieś na przykład na teksańskim zadupiu. Ma ten Baker oko do zdjęć filmowych surowych bez wspomagania fortelami, tylko czysta prawda miejsca i odrobina niewymuszonej finezji operatorskiej oraz tony kąśliwego ilustracyjnego poczucia humoru. Jest gość bezdyskusyjnie specem od mało mainstreamowego z zasady kina, które całkiem nieźle wypromowane jego nazwiskiem staje się kinem popularnym, a na pewno docenianym w środowisku filmowym. The Florida Project to już było coś i ten tytuł puścił jego nazwisko w świat, a teraz Red Rocket ponownie wchodzi w buty zwiedzania dziur i obserwacji bohaterów mało hollywoodzkich. Wyszczekany typek z prowincji z ogromnym doświadczeniem z branży porno, który zmuszony został znów na gorsze zmienić własne życie. Spierdzielił się biedaczek z branżowego piedestału i po wojażach wraca do punktu wyjścia, czyli egzystencji sprzed wątpliwej wartościowo kariery. Tam była (albo wciąż obecna) żona z teściową na haju, sąsiedztwo rodzinnie dillujące i wreszcie sklep z kolorowymi pączusiami wszelakimi, gdzie poznaje małoletnie dziewczę z buzią niewinną ale charakterem ostrym i używając eufemizmu już dużym doświadczeniem erotycznym. Innymi słowy ostro napaloną gówniarę, prowadzącą jakby to rzecz, podwójne życie. :) Koleś więc wpierw wpada w sidła oczarowania i za chwile węszy interes w dziewczęco-kobiecym potencjale smarkuli, więc robi się raz dość niesmacznie, dwa skurwysyńsko i trzy bez zaskoczenia - socjologicznie i psychologicznie ciekawie. Red Rocket zatem to kawał zabawnego, niezwykle też bystrego, ale i mało optymistycznego kina z kontrowersjami motywami, ale chyba niedaleko czy wręcz bardzo cholera blisko marnej etycznie współczesnej rzeczywistości. Z przebitkami na Donalda Trumpa zagrzewającego z odbiornika do przywrócenia wielkości amerykańskiej ziemi i jasnymi sugestiami, gdzie typ znalazł elektorat dla siebie. Wśród brzydkich i nieogarniętych, w miejscach gdzie beznadzieje odmienić potrafią puste słowa wyzyskiwacza wyzyskiwaczów. Gdzie sprzedaje się iluzję z frazesów kompletnie biernej wspólnocie życia w totalnej degrengoladzie. Gdzie patologiczny egoizm i brak perspektyw, lecz wciąż zaskakująco dużo naiwności, że wystarczy drobny zbieg okoliczności by wyrwać się ze społecznych dołów. Dlatego filmy Bakera to takie doskonałe śmieszno-nieśmieszne portrety prowincjonalnej Ameryki i ja to bardzo szanuje. 

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Valley of the Sun - The Chariot (2022)

 


Kolejna porcja takiej fajnej po prostu południowej jankeskiej nutki, zasadniczo oprócz mega chwytliwej przebojowości niczym bardziej rzucającym się w uszy nie wyróżniającej pośród gatunkowej konkurencji. Jak już przy okazji poprzednich wydawnictw Valley of the Sun podkreślałem, te dźwięki  ogólnie megaśne, a w szczególe ze względu na bliźniacze niemal podobieństwo poszczególnych kompozycji po kilkunastu intensywnych (bo w kółko) odtworzeniach niestety nudne. Bije z nich fantastyczna południowa energia witalna, riffy ukręcone to ekstraliga estetyki, ale jest wciąż i nie mam wątpliwości iż wciąż będzie to ale. Ale że to, ale że tamto - czyli nie ma dotknięcia palca bożego czy innego maga wielkiego. To ta sama właściwie liga co od kilku lat porywający mnie norweski Lonely Kamel i ten sam ekscytujący wokalny feeling w obydwu, ALE "wielbłąd" na każdym albumie potrafi wykrzesać z siebie prócz napędzającego zainteresowanie intrygującego posmaku czegoś niby podobnego, jednak coś stylistycznie nieco odmiennego. Natomiast "dolina" kręci te podkreślam fajowe, mimo to monotematyczne gitarowe zawijasy i nie jest w stanie wejść na kolejny poziom rozwoju. Zafiksowali się panowie i żadne zmiany w składzie nie doprowadziły do wyrwania się z wciąż tej samej orbity. Robią swoje, okopali się w tej twierdzy i nosa nie wychylają, bez względu na fakt że The Chariot w kilku momentach względnie zaskakuje, jednak te zaskoczenie lub zaskoczenia na nic wielce przełomowego nie pozwalają liczyć. Prorokuje że ich szklany sufit jest nie do przebicia, co nie wyklucza iż ch wie co jeszcze kiedyś nagrają. Ja pozostaje z nimi i mogą liczyć na moje odsłuchowe wsparcie, nawet jeśli tracę odrobinę cierpliwość i bardzo licha koperta The Chariot wizualnie zniechęca. :)

niedziela, 19 czerwca 2022

7 raons per fugir (de la societat) / 7 powodów do ucieczki (2019) - Gerard Quinto, Esteve Soler

 

Siedem osobnych nowel których cechą wspólną niemal całkowita ich niezrozumiałość - tajemnica i pytanie o co tu chodzi, na której wyjaśnienie czekałem cały seans z nadzieją. Namierzałem analogię, tropiłem jakiś punktu zaczepienia by całość spiąć jasnym i wyraźnym przesłaniem, może puentą. Przy okazji w międzyczasie miałem nie przeczę sporo przyjemności z obcowania z pełną detali scenografią, konkretnym aktorstwem i klimatem intrygującym. Mogę mimo problemów, po seansie nawet w każdym z groteskowych makabrycznych epizodów doszukać się sensu odnoszącego się do kondycji współczesnego społeczeństwa, ale trudno mi tak przekonująco je sprowadzić do wspólnego mianownika czy tym bardziej spleść ze sobą. Powstała przyciężkawa deliberacja, zapewne zapatrzona w pewnym sensie w bardziej wyraziste i emocjonujące Dzikie historie Damiána Szifróna - bardzo czarna komedia, ironiczna filozoficzna refleksja o ludziach w dość abstrakcyjnych i mrocznych sytuacjach. W sumie to nie bardzo cholera wiem co na ten temat myśleć.

sobota, 18 czerwca 2022

The Survivor / Niepokonany - Barry Levinson

 

Obejrzany grubo ponad miesiąc temu i wówczas też automatycznie, na gorąco zostały spisane wrażenia, lecz złośliwość przedmiotu (smartfon), a dokładnie jego nagły zgon spowodował utratę pierwotnego tekstu i to jak się okazało bezpowrotnie. To też żeby w pamięci przywrócić główne wątki poddane refleksji koncentracja niemal jogina była konieczna, a i tak zapewne te kilka zdań poniższych to tylko szczątkową zbieżność myśli sprzed miesiąca i tych bieżących, przez czas skorygowanych. Pamiętam że historia Harry'ego Hafta (Hercka Haft) polskiego Żyda na powojennej emigracji za oceanem, wracającego pamięcią do pobytu w obozie koncentracyjnym i tam wówczas starającego się zachować życie dzięki swoim bokserskim umiejętnościom, natychmiast skojarzyła mi się z ostatnio u nas nakręconą historią Zbigniewa Pietrzykowskiego. Jednak Mistrz (Macieja Barczewskiego) zwyczajnie nie umywa się technicznie i warsztatowo do tego co po książkowo hollywoodzku i klasycznie, ale jednak wciągająco, udało się opowiedzieć weteranowi Barry'emu Levinsonowi. Tak samo mimo wszystko bardzo dobra rola Piotra Głowackiego, to tylko trafione intencje i niezła charakteryzacja, lecz wciąż jednak cień doskonałej kreacji Bena Fostera. Tak jak pisałem że filmowy hołd oddany Pietrzykowskiemu powinien być na wyższym poziomie artystycznym, a był się okazał lichą technicznie i merytorycznie robotą, bez znamion ambicji i jakiegoś pomysłu wychodzącego ponad nawet półprzeciętność, to nie mam takich odczuć w stosunku do obrazu Levinsona. The Survivor bowiem posiada wszystkie walory doskonale przemyślanej historii biograficznej, która wiąże możliwości realizacyjne z umiejętnościami ekipy za tą realizację odpowiedzialnej. Mam tu na myśli, że niby sztampowo, według wszystkich od dziesiątek lat sprawdzonych wzorców ale przez to doskonale, bo w żadnym stopniu amatorsko. Tym samym przeżywanie tej sugestywnej szczególnie w retrospekcjach historii, to mocne doświadczenie emocjonalne z kategorii doświadczania na ekranie tak wizualnie jak i moralnie wstrząsającego. Straszne czasy, podłe instynkty w nich rządzące i ogromna determinacja człowieka walczącego o przetrwanie. To robi wrażenie i nie sposób na zimno oglądać wszystkich tych okropności, ale film Levinsona to też dobra od strony psychologicznej robota, tak dzięki uwypukleniu w założeniach scenariusza jak i w doskonałej głównej kreacji aktorskiej cech wewnętrznego zmagania się z demonami przeszłości, towarzyszących interakcjom bohatera z drugoplanowymi postaciami obsadzonych znanymi nazwiskami. Charakteryzacja poza tym naturalna, bez nadmiernego epatowania brutalnością współczesnych sterylnych filtrów i scenografia nie szczędząca pieniądza, z drugiej zaś strony widowisko na hollywoodzkich zasadach poprowadzone, w wątkach powojennej "kariery" i kluczowej walki z legendarnym Rocky'm Marciano ekscytujące, a w wrażliwie rozpisanym epilogu wzruszające. Wniosek więc taki mam, że niestety w możliwościach jesteśmy i będziemy daleko za jankesami, ale też brak naszym dzisiejszym twórcą nie tylko potężnego wsparcia finansowego jak i też tymczasem artystycznej maniery zdolnej do tworzenia po prostu znakomitych filmów środka. Filmów z powodzeniem łączących potencjał komercyjny z dramatyczną wartością opartych na faktach historycznych. W tym konkretnym przypadku bokserskiego biograficznego dramatu  dla wrażliwców.

P.S. Chociaż (jeśli nawet wertować karty polskiej kinematografii pobieżnie) potrafiliśmy to świetnie robić lata temu, o czym bardzo przecież hollywoodzkie z natury Jak rozpętałem drugą wojnę światową przypomina. Ale teraz... teraz to jest lipa - nie wiem, może należy winić okres po transformacji ustrojowej i wszystkie te wizualnie półamatorskie hity/szity lub czasy odlotu w kino moralnego niepokoju, które jak ognia unikało rozmachu. Temat jest do dyskusji. 

piątek, 17 czerwca 2022

Dronningen / Królowa Kier (2019) - May el-Toukhy

 

Skandynawskie kino, charakterystycznie zimne, z emocjami zduszonymi aby na zewnątrz chłodny dystans pokazać, ale nie pozbawione ich oczywiście, bowiem one pulsują, głęboko tłumione. Kino wielkich jednak namiętności, choć naturalnie zupełnie inaczej werbalnie okazywanych niżby to w skrajnie ofensywnym kinie śródziemnomorskim miałoby miejsce. To przecież cecha narodów północy, że więcej się milczy, bo paplanie nie jest w dobrym guście, szczególnie w środowiskach inteligenckich i na szczytach społecznych. Także oglądałem film niby zdystansowany, opowiadany detalicznie i w tempie mozolnym. Film o szczęściu życia w komforcie względnego spokoju, mimo to w minorowym nastroju. Film cyzelowany i snujący historię doprawdy kontrowersyjną. Zamożna prawniczka o chłodnym intelekcie i bez względu na koszta realizowanej potrzebie seksualnej, to postać zdecydowanie wzbudzająca co najmniej mieszane uczucia, a już niechęć wybitną kiedy obiektem jej zainteresowania i urzeczywistnianych fantazji jej pasierb, który to wynikiem problemów okresu dojrzewania wyprowadza się od matki by zamieszkać ze swoim ojcem oraz jego nową rodziną. Królowa Kier więc bez skrupułów wykorzystuje nastolatka, bezrefleksyjnie narażając poczucie stabilności rodzinnej. Egoistycznie manipuluje uczuciami i wykorzystuje pozycję społeczną oraz pokładane w niej zaufanie. Nie brak tu scen odważnych i nie brak złożonej psychologicznej gry czy dodatkowo mocno zagęszczających atmosferę kontekstów, a aktorstwo szczególnie Trine Dyrholm urasta do rozmiarów fenomenu. Stąd film urodzonej i wychowanej w Danii May el-Toukhy, to trudny, angażujący i wywołujący masywne emocje seans, który może się okazać nazbyt wyraźnie przekraczającym granice dobrego smaku i moralnej wyrozumiałości, ale wart jest każdej minuty mu poświęconej, bowiem genialnie budujący napięcie, którego finał nawet odrobinę tychże gromadzonych niepokojów nie rozładowuje, pozostawiając widza z ciężkim oddechem, jako rodzaj przestrogi gdzie może doprowadzić i jak się skończyć egoistyczna zabawa ludzkimi emocjami - żerowanie na nich w odwróconym układzie kobiety psychicznego kata. Jak podkreślali recenzenci i tym właśnie mnie do sprawdzenia przekonali, wbija w fotel i ja to potwierdzam!

czwartek, 16 czerwca 2022

Winona Oak - Island of the Sun (2022)

 


Kiedy ponad rok temu na nutki tej panienki w internecie trafiłem, miała ona w zasobach You Tube'a sporą reprezentację numerów zilustrowanych obrazkami, ale jej dorobek studyjny ograniczał się jedynie do bodajże dwóch epek, więc był to książkowy przykład współcześnie budowanej rozpoznawalności w branży. Dużo singli do oglądania i rzecz jasna słuchania za pośrednictwem platform streamingowych, ale płyty długogrającej brak. Mamy jednak dzisiaj czerwiec 2022 roku i wreszcie ukazała się jej debiutancka płyta, a na niej absolutnie wykluczający zaskoczenie zestaw trzynastu kompozycji, pośród których tak ostatnio wydane numery Island of the Sun promujące, jak i kawałki które już od jakiegoś czasu w necie śmigają i nie mam pytań, bo to kapitalnie dobrana porcja doskonałej nowoczesnej nie tylko czysto syntezatorowej muzyki, której zarówno blisko do np. stylistyki Susanne Sundfør z Ten Love Songs (Break My Broken Heart), Billy Eillsh (Radio), Phoebe Bridgers (Yours Tomorrow) dalej Lorde, Meg Myers, Halsey, Tove Lo czy niepodważalnej królowej dream popu w osobie Lany Del Rey. Jednak Winona to nie tylko kolejna młoda wokalistka korzystająca ze współczesnych trendów w ambitnym popie, wraz z fachową ekipą aranżerską i producencką pisząca świetnie brzmiące i uciekające od banalnej formy piosenki. Jej czarujący styl tak nastrojowych jak energetycznych kompozycji gwarantuje szeroki wachlarz sporych emocji podczas odsłuchu przyjaznych radiowych hitów niepozbawionych mimo swojej przebojowości i zaraźliwych refrenów, także melancholii i autentyzmu artystycznego. Gwarantuje przeżywanie muzyki, która nie jest w żadnym stopniu odkrywcza ale posiada walor ogromnej słuchalności, a w dodatku potrafi przyprawić o przyjemne dreszcze (Piano in the Sky). Dlatego propsuje i dziewczynie mocno kibicuję. :)

P.S. Już od początku czułem że to nie będzie tylko druga Lana Del Rey (chociażby z początku he he niemal wszystko na to wskazywało), ale że ambicje Winony sięgają szerszego rozstrzału stylistycznego i być może doprowadzą ją do czegoś więcej niż tylko wąskiej specjalizacji - bo to przecież młodziutkie dziewczę na samym początku zapewne sporej kariery. 

Drukuj