Paplać w temacie Gish koneserskich, a tym samym sentymentalnie-nostalgicznych banialuków nie zamierzam, bo znajomość bardziej zażyła z efektami pracy studyjnej "dyniek" moja dopiero od niedawna i wciąż jeszcze ograniczona do czterech startowych krążków. Bez zbliżeń ze wszystkim po roku 98-ym nagranym, nie mam więc prawa do kompleksowej oceny Gish i tego co już na uszy większej dawce zarzuciłem (w kontekstach i na tle), zatem póki się nie odważę (a po rozczarowaniu Adore i biorąc pod uwagę opinię Lalu) szybko chyba to nie nastąpi - od bardziej współczesnych płyt zainteresowanych trzymać będę jeszcze w dystansie. Przyjmuję więc na dziś, iż pozostaje na dorobku poznawczym fanem tak dwójki, jak trójki w ograniczonym do tego co naj z dwu-płytowej kolumbryny, a do tej stawki dodaje bez zawahania Gish, gdyż mi po prostu JAKO przyjaźnie dla ucha melodyjnie nastrojona raz i dwa z drugiej strony dynamicznie spontanicznie grunge'owa PASUJE! Po prawdzie ta etykietka grunge'owa może być dwojako rozpoznawana i poddawana subiektywnej weryfikacji każdego kto czuje związek z nurtem, bo oto przecież jedynka TSP wbija się idealnie w czas kiedy takiemu graniu identyfikacyjnie także Alice in Chains czy Soundgarden z powodzeniem były przypisywane, a jednocześnie każdy kto głębiej drążyć wokół tematu zacznie, nie trudno będzie znaleźć na wiarygodność zasługujące, jak najsilniej powiązane z korzeniami i postaciami archetypicznymi opinie, iż żadna z wymienionych ekip nie może być i wówczas raczej nie była kojarzona ze stylistyką, jaką u zarania tworzyły zupełnie inne składy, a dopiero wraz z wybuchem popularności Nirvany pod estetykę wywodząca się wprost z brudnego, surowego garażowego grania zostały podpięte wszystkie te które największą karierę dzięki popukulturowemu fenomenowi paradoksalnie kontrukulturowego zjawiska zrobiły. Dlatego mówiąc nawet o formatywnym okresie i pierwszej fazie krzepnięcia stylistyki ekipy Corgana, trudno jednoznacznie ją określić jako grunge'ową, więc nie ma sensu przy jakimkolwiek stanowisku się upierać, a tylko uznać że temat jest nieco kontrowersyjny i postawić w tym miejscu kropeczkę. Gish natomiast jest z pewnością pobudowana na tradycji hard-rockowej, psychodelicznej i bluesowej, w klasycznym spojrzeniu w kierunku prekursorów stylu, umownie określając "woodstockowego", bo da radę usłyszeć tutaj te wszystkie zamaszyście inspirujące wpływy. Jakby napisać że to po prostu rock alternatywny w stosunku do z lat osiemdziesiątych natapirowanej klasyki, to też poniekąd prawda i trudno nie zgodzić się z przekonaniem, że w tej alternatywie jest zarazem spora dawka marzycielskiego pop-rocka oraz szczególnie na Gish słyszalna połowiczna (bo obok punkowej) inspiracja dla amerykańskiej najtisowej fali ekip spod znaku punk-rocka w stylu Green Day. Niezły przyznać należy misz masz sprężyn które ukierunkowały Gish plus dwa następne krążki i sprężyn jakie pomogły rozrosnąć się muzyce rockowej w kolejne gałęzie. Cieszę się, iż Lalu mnie na "dynieczki" namówiła.
niedziela, 29 marca 2026
The Smashing Pumpkins - Gish (1991)
sobota, 28 marca 2026
Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej (2025) - Emi Buchwald
Wciąż względnie młody, ambitny twórco sztuki filmowej, jeśli posiadasz ciekawe życiowe doświadczenia, jak i przez naturę i odpowiednio inspirujące środowisko doskonale przystosowany do spostrzegawczej obserwacji i analizy zebranego materiału umysł empatii niepozbawiony oraz zdajesz sobie naturalnie sprawę z tego, że klucz do sukcesu artystycznego, to przede wszystkim dobranie do realizacji zamysłu utalentowanych i samodzielnie też czujących i myślących współpracowników, a kasa niekoniecznie się na produkcję zgadza, ale jest w wymiarze podstawowo wystarczającym, to zakasuj rękawy i daj się poprowadzić intuicji, bowiem fart wystrzelający twoją pozycję w branży może czaić się tuż za rogiem, więc czym w sumie ryzykujesz, kiedy serducho do pracy jest głównym motorem napędowym. Przebijesz się albo nie, czasem to losowa kwestia, ale nawet jeśli dostrzeżony na poziomie ogólnokrajowego hałasu nie zostaniesz, to nie wierzę że dysponując energią, charyzmą sam sobie przy okazji nie sprawisz największego z możliwych prezentów, czyli robiąc wszystko z gigantycznym zaangażowaniem satysfakcji nie sprawisz - o zebraniu praktycznego dorobku kompetencji nie wspominając. Piszę to co powyżej, bowiem myślę czasy ogólnie sprzyjają osiąganiu rozgłosu i nie trzeba koniecznie obniżać totalnie standardów intelektualnych aby stać się rozpoznawany, bowiem równolegle szerokiej autostrady kompletnego deprecjonowania czy wręcz patologizacji treści, rozpościerają się możliwości tej wacie stawiania niekoniecznie bezpośredniego odporu - z głową podniesioną uzasadnienie, podróżowania terenami gdzie wartościom w nowoczesny/nośny, a przede wszystkim w szczerym tonie można pomagać przetrwać. Brzmi to może mocno wyniośle, ale uważam że w kinie dzisiejszym jest tak wielu młodych, szczególnie wrażliwych i niebanalnie spostrzegających rzeczywistość kandydatów na przyszłe wartościowe jako dobre przykłady ikony branżowe, że pomimo w obliczu od groma możliwości do działania jednak praktycznej standaryzacji przekazów, przestrzeń dla nich absolutnie się nie skurczyła. Tym bardziej że Polska rzeczywistość wciąż póki co nie jest jeden do jeden odbiciem zmanierowanych często całkowicie trendów zachodnich, a w sposób charakterystyczny dla realiów środkowej Europy łączy praktyczny wymiar intelektualnych, emocjonalnych poszukiwań, z jego poszanowaniem dla rozwijających się idei humanistycznych. Mówię o tym, iż to co ostatnio widziałem w rodzimym kinie tworzonym przez nowych artystów, to nie jest tylko sztuka dla sztuki czy idea dla idei (popisywanie się intelektualne), tylko bardzo głęboka analiza wiążąca błyskotliwość i intymność, w jedną formę użyteczną dla poznania przez widza tak siebie samego (rozpoznawania mechanizmów własnego psychologicznie wrzącego wnętrza), jak i zdolności oceniania zachowań czy reakcji postaci z otoczenia, nie wyłącznie przez pryzmat osobistych odczuć, przeżyć, mechanizmów, procesów. Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej jest wszystkiego powyższego znakomitym, wręcz akademickim przykładem, choć nie jest przecież niczym wyjątkowym, gdyż podobnie napisanych i doznawanych historii kreatywna, po odpowiednim warsztatowym przygotowaniu starsza już i młodsza młodzież nasza udostępnia wiele, ale dopiero teraz po skosztowaniu tej esencji tendencji myślę do mnie dotarło, że być może od czasu jakiegoś jestem świadkiem decydującego ewoluowania polskiej nowej szkoły filmowej, która oczywiście czerpie z najlepszej tradycji kina psychologicznego czy społecznego, ale w zupełnie nowy, raz bez kompleksów, dwa autentyczny, niezmanierowany i trzy co mnie najbardziej cieszy, zaskakująco empatyczny, dogłębnie i dojrzale analityczny sposób wprowadza go w świadomość wkraczających w dorosłość, przytłoczonych przez przebodźcowanie widzów (pozwala się zatrzymać i utożsamić), ale i tym w moim wieku otwiera często oczy bardzo szeroko na sposób w jaki współcześnie egzystencjalne wyzwania contennialsi reagują - czego być może bym nie widział, a tym bardziej rozumiał, gdyby młode, bardziej rzeczowe niż estetyczne ich kino by mi nie pokazało.
P.S. Przepraszam że we właściwym tekście nie znalazły się właściwe treści. Przepraszam że zamiast skupić się na pochwalenia walorów każdej z aktorskich kreacji, tak pod względem autentyzmu jak odważnego totalnego odarcia z emocjonalnej intymności i ukazania jej wrażliwości (każdej indywidualnej), to ja wdałem się w refleksje ogólne. Przepraszam że nie zauważam tego ogólnie co warsztatowo, formalnie uwagę przykuwa (oryginalnie zatytułowane rozdziały - ich mnogość i różna długość), co też dotyczy sedna przesłania, przekazu czy po prostu dla równowagi doskonałego poczucia humoru (fajne przerysowanie Benka i Franka) w przejmującym przecież dramacie rodzinnym i indywidualnym każdego z członów rodzeństwa (tak, każdy inny, osobliwie osobny). Przepraszam wreszcie że nie wytłuszczam tam motywu fantastycznego, realizmu baśniowego czy samego wątku mieszkania (tak się składa że kojarzy mi się ten zabieg z tym co teraz przecież zrobił tez Trier) oraz nie wychwytuje każdego elementu tak sympatycznie przystępnie nawiązującego do podstaw psychologii relacji w oddziałujących podczas okresu adolescencji małych grupach społecznych. Zrobiłem to przecież właśnie poniekąd teraz, dodając na finał ogromne uznanie dla Emi Buchwald i współscenarzysty Karola Marczaka, że tak wzruszająco, autonomicznie pozwolili każdej z postaci dojść do sedna własnych problemów i wyciągnąć im konstruktywne wnioski. Każdy z nas przecież zna SIEBIE najlepiej i potrzeba tylko przestrzeni, komunikatu zwrotnego bez pretensji i dyskretnej troski abyśmy się sami zrozumieli i nauczyli żyć w harmonii w sobie i symbiozie na zewnątrz.
piątek, 27 marca 2026
Persona non grata (2005) - Krzysztof Zanussi
Zanussi dyżurny ekspert od problematyki natury etycznej, uznany współtwórca kina moralnego niepokoju i Zapasiewicz z tą swoją zafrasowaną i jednocześnie naburmuszoną miną - Zapasiewicz doskonały. Chyra zaś świetnie wyrównujący proporcje współczesnego i reprezentowanego wspólnie przez Zapasiewicza i Olbrychskiego archaicznego teatralnego aktorstwa, natomiast Stuhr jak to Stuhr bardziej irytuje niż fascynuje odkąd zaczął być obsadzany lata temu w rolach charakterystycznych i niesie do dzisiaj ze sobą tą (manierę), a to są koszta. Refleksyjny dramat, fundamentalnie to rozliczający się z piętnastoleciem polskiej wolności, ale i z wieloma podtekstami i kontekstami jak to u Zanussiego. Odrobinę zbyt pretensjonalny i egzaltowany, szczególnie gdy łączy się wątki osobistych psychologicznych przeżyć bohatera (starość, doświadczenie śmierci) z kwestiami natury politycznej i powiązanego z nią ściśle szpiegostwa. Mógłbym napisać, że to doskonały przykład wątpliwego kontynuowania szablonu „moralnego niepokoju” przepracowywanego w polskim kinie skutecznie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wówczas z gigantycznym przekonaniem, a przeniesionego w czasy już kapitalistycznej Polski, gdzie taki przykładowo Zanussi próbował częściowo tylko udanie owy z udziałem problematyki wtedy bieżącej schemat wskrzeszać. Być może ta diagnoza jest totalnie przestrzelona, biorąc pod uwagę moją ograniczoną mocno sympatię dla samego Zanussiego i przez to też zdystansowanie moje do raczej słabo mi znanego w detalach jego dorobku. Bardzo możliwe.
czwartek, 26 marca 2026
Tatarak (2009) - Andrzej Wajda
Smutne granie i smutne kręcenie. Kręcenie na podstawie prozy Iwaszkiewicza - quasi filmowe kręcenie. Wygląda bowiem bardziej na ograniczone finansowo, dość ubogie stylistycznie klimaty telewizyjnego plenerowego teatru telewizji, niż kino wielkiego formatu, zrobione przez legendę polskiej kinematografii. Dziwnie, nieudanie twierdzę, eksperymentalnie zaprojektowany, z para dokumentalnym/reportażowym częściowo wnętrzem (film w filmie), z wplątanymi osobistymi monologami Jandy w monodramatycznym tonie. Niespójny przez taki zabieg - robiący wrażenie formalnego nieporozumienia i emocjonalnej wydmuszki, bez właściwego poruszającego do głębi wypełnienia, bo bez rzeczywistej, przekonującej charyzmy, bezpłciowo przekombinowany. Kwestia jeszcze równolegle przekonania do tak zmanierowanego oblicza aktorskiego i wiarygodności tak zainscenizowanej samej historii. Janda się stara, odkrywa trudną intymność, odsłania się lub ją sprzedaje (kwestia dyskusyjna), jednak nie potrafi się wznieść ponad irytująca histeryczną (ten jej śmiech) i egzaltowana dramatyczność, którą trudno znieść i tym samym ciężko wybaczyć Wajdzie, że w takie z sercem ale bez emocjonalnej autentyczności granie bezkrytycznie wszedł - jako wytrawny reżyser tegoż nie powstrzymał. Dużo się dyskutowało, nadal gdy ktoś pozna to się zamyśla nad jakością, czy uzasadnieniem tak motywowanego konceptu Tataraku i te zdania są mocno podzielone. W moim przekonaniu sprawdziłby się i oddziaływał, gdyby był sprowadzony jedynie do osobistego życiowego dramatu Jandy, lub sam w sobie stanowił wytrawniejszą pod względem artyzmu adaptację fundamentu. Ponadto mnie sterylność tego wypolerowanego obrazu przeraża, odwracając uwagę i nie pozwala na skupienie się na treści. Odpycha bez artystycznego sznytu wizualnego maniera, wiedząc że dla Wajdy mniej ważna była od niego treść, w której ważne psychologicznie rozważania o śmierci i przemijaniu, pustce i jej wypełnianiu pozostawia widzowi do analizy. Przytaczając słowa samej legendy - "stary reżyser próbuje szukać jakiegoś spotkania tradycyjnie opowiedzianej fabuły z sytuacją, w której film powstaje". Próbuje, ale niestety z mizernym efektem.
środa, 25 marca 2026
Camper (2023) - Łukasz Suchocki
Godzina siedemnaście seansu, bez właściwie budżetu, bardzo na surowo, typowymi dla takiego wyzwania dość ascetycznymi rzecz jasna metodami. Naturalne, swobodne zbieranie doświadczeń bez krępującego scenariusza, jakby to był jedynie pod koniec wsparty artystycznie motywowanym muzycznie obrazowym fragmentem improwizowany reportaż, a nie przygotowana skrupulatnie fabuła, więc jeśli ktoś dotąd nie zorientowany na co się pisze, to proszę bardzo wyobraźnia już mu wymiar formy podpowiada. Idealnie w punkt taki jak sobie wyobrażam obraz intelektualistów młodych, od jakiegoś już czasu obracających się w wymagającym świecie dorosłości i raz biorących na siebie prawdziwą odpowiedzialność za siebie oraz swoją przyszłość, a dwa raczej bujających jeszcze w chmurach filozoficzno-ideologicznych, wciąż wolnych elektronów, których w procesie wychowania w warunkach komfortowych nauczono że mogą wszystko, bo są warci wszystkiego i nie powinni się bać żyć oryginalnie, spontanicznie, zupełnie inaczej niż pokolenia im wcześniejsze – bardzo, bardzo dobrze! Z dystansem, z lekkim na pozór ego przerostem tudzież przesyceniem, z większymi ambicjami i co najważniejsze tu i teraz, bez kompleksów. Mają świetny, bądź co najmniej dobry start, zapewniające względny spokój zaplecze, wsparcie finansowe i mogą się rozwijać, bez brutalnie destrukcyjnego traumatycznego bagażu. Paradoksalnie optymistyczny, taki zajebisty, bo kontrolowany dla równowagi psychicznej spleen, podszyty głębiej niepokojem - sympatyczne ogólnie klimaty, ciekawe socjologicznie i psychologicznie we wspomnianym reportażowym kinie drogi, po taniości, czyli produkcyjnie porządnie na zasadach tak dobrego rzemiosła i intuicji zrealizowanym. Obraz krótki, a jednocześnie z dużą zawartością treści, gdzie dające do myślenia reakcje postaci, ich wspólne i wzajemne, kulturowo charakterystyczne, czy współczesnym słownictwem interakcje napędzane. Język, dialogi jakby improwizowanie niezupełnie jeszcze aktorsko ogarniętych, ale utalentowanych kandydatów na profesjonalistów. Ma to egzystencjalnie praktyczne dialogowanie swój urok i wartość ma - ja to łykałem, czułem zainteresowanie. Swoje egzotyczne dokłada też czas i okoliczności sytuacji oraz wymiar kontemplacyjny - wyparty już chyba ze łba lockdown oraz zawsze ważne odkrywanie sensu istnienia/bycia.
wtorek, 24 marca 2026
Lamb of God - Into Oblivion (2026)
Owieczka Boża trwa i trzyma się własnego stylu, tyle by wystarczyło by opisać nowy krążek NIEbardzo młodego i pięknolicego ale wciąż potwornie energetycznego Randy'ego Blythe'a i jego wiekowych już ziomów. Żeby grać od ćwierć wieku wciąż umownie określany modern thrash, jaki czasem bardziej, momentami mniej ma wspólnego z thrash core'm czy hard core'm, to trzeba mieć potęgę siły i mocy, nie mniejszą niż miał komiksowy He-Man, bowiem jest to konkretnie fizycznie wymagająca działka. Skład Lamb of God kompletnie nie ma czego się w tym kontekście wstydzić, bo szarpanie strun i okładanie zestawu perkusyjnego oraz darcie mordy wychodzi im potężnie, z impetem zmiatając to co trzeba i kogo należy z powierzchni. Czym się jednak świeżo, mało-świeży album rożni od poprzedniczki i czy w ogóle tutaj jakiekolwiek przemiany zaszły, to ja nie jestem pewny. Słyszę jednak iż po przebojach w życiu prywatnym narwańca Randy'ego i po istotnej zmianie w składzie (gary), obecnie LoG okrzepli i jak po początkowym zadowoleniu z klasy Omens przyznam iż z rzadka do niej wracam (nie wiem czemu), to czuję że nomen omen Into Oblivion przynajmniej przez jakiś czas nie powtórzy przykładu poprzedniczki. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, współczynnik każdej stylistycznej cechy nuty LoG jest na poziomie bardzo zadawalającym, kompletnie nie zaskakującym, natężenie jebnięcia w kontekście ciężaru i precyzji napier-da-lanki to jest to to czego od nich oczekuję, a i czasem (w sumie jak od pewnego czasu zawsze) wyskoczy coś umilająco-urozmaicającego - podoba mi się ten El Vacío. Krążek jest tak samo agresywny jak motoryczny oraz pielęgnujący własny "owieczkowy" styl, więc pojawiają się pośród często wybitnie dobrego, impulsywnie melodyjnego czy nie stroniącego od nieco zakręconych breakdowów riffowania, także czyste popisy gitarowej po prostu ekwilibrystyki. Są one jednak podporządkowane nadrzędnej idei, aby przy tych kawałkach dawało się najbardziej możliwie efektywnie pomachać banieczką i ja zawsze gdy "owieczka" jest rytualnie składana w ofierze thrashowemu BÓSTWU, szyję własną poddaję sprawdzianowi. Coś przeskoczy czy nie daj PANIE wyskoczy - się obawiając, więc k***a ostrożnie! Teraz z mordą uchachaną, natenczas na cały niemal gwizdek pod akompaniament kapitalnego, częściowo szeptanego bangera A Thousand Years. No!
poniedziałek, 23 marca 2026
H-Blockx - FILLIN_THE_BLANK (2026)
Z pewnością premiera (w pewnym sensie jak spostrzegłem temat zgłębiając) powrotnego po latach (ostatni 14 lat temu wydany i ja go nawet nie znam) albumu niemieckich "Jankesów" przeszłaby obok mnie bodaj bez echa, gdybym co najwyżej 4 lata temu nie powrócił od dwóch startowych ich krążków z sentymentu i nie dostrzegł ku mojemu zaskoczeniu (zapraszam do wyszukania owej rozkminy), że one się cholera pięknie zestarzały, zasadniczo kompletnie nie dając się zmiażdżyć przysłowiowemu zębowi czasu. :) Fajnie fajnie, fajnie się wówczas ucieszyłem, dając się wciągnąć w klimaty bezpretensjonalne i co najważniejsze, nie tylko rozrywkowo wkręcające, mega energetyczne, ale też absolutnie nie bez wartości w kwestii ciekawej po prostu, finezyjnej pomimo raczej mało eksperymentalnej stylistyki nuty. Takiż też jest tegoroczny materiał, który ważę sobie w głowie bez znajomości niemal całkowitej, wszystkiego co moi zachodni sąsiedzi nagrali po roku 1996, a było tego jak teraz widzę pięć długograjów - być może niezasłużenie zignorowanych, gdy zainteresowałem się i zgłębiałem inne, jak uważałem bardziej ambitne gatunkowe kierunki. Jeśli będzie możliwość, utrzymam się jeszcze trochę na wierzgającym ostatnio konkretnie życiowym wierzchowcu, to sprawdzę i zdam tu sobie pisemną relację podsumowującą z doświadczeń rozpoznawania dotychczas ich niepoznanego. A mam na to apetyt i może zaraz z rozpędu zacznę to robić, gdy tylko odkleję się od FILLIN_THE_BLANK lub zaspokajając ciekawość starsze wplotę pomiędzy odsłuchy najnowszego. Się zobaczy, a póki rzeczywistość nie da odpowiedzi na właśnie wyrażone wątpliwości co do przyszłości, to spiszę FAJNE odczucia związane z przyklejeniem się do tego co głównym przecież bohaterem tej pseudo recki. Jak dałem już wcześniej do zrozumienia będę chwalił, bowiem czuje gdy teraz w uszach rozbrzmiewają mi poszczególne indeksy F_T_B jakbym powrócił do młodzieńczych lat dziewięćdziesiątych, a nie przeszkadza w tym nawet obecna prezencja ekipy H-Blockx, bo mimo upływu lat mają oni równie turbo wydajnego powera, a stylówa nawiązująca do klasyki nie gryzie się z siwym zarostem. Moje przekonanie być może będzie odosobnione i ktoś kto będzie szukał informacji w necie o H-Blockx z 2026 roku przeczyta, że typki po pięćdziesiątce próbują desperacko sprawdzać czy nadal potrafią w te klocki jak za młodu i że jest to nieco słabe/żenujące. Ja tutaj desperacji nie słyszę ani nie widzę, gdyż daje sobie i innym prawo do dobrej zabawy, bez względu na metryczki. Jeśli nawet jest to lekkie świrowanie w klimacie funky crossovera, co chyba dzisiaj nie jest na topie - mam to gdzieś, gdy robi się to z pasją i autentycznością, a nie uważam aby chłopaki startowali do powrotu z motywacjami finansowego sukcesu niebywałego, tylko po to by spełnić swoje wciąż doładowujące ich i motywujące potrzeby sceniczne czy po prostu kumpelskie. Nagrali zestaw mnie uszczęśliwiających numerów i uznaję że zrobili to by przede wszystkim siebie uszczęśliwić i czuję jak i słucham i widzę w klipach, że się udało sprawić sobie mega przyjemność. Im gratulować, a mnie słuchać!
piątek, 20 marca 2026
Affeksjonsverdi / Wartość sentymentalna (2025) - Joachim Trier
Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?
P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)







