poniedziałek, 6 lipca 2026

Silent Friend / Milcząca przyjaciółka (2025) - Ildikó Enyedi

 

Kino otwarte, szeroko interpretacyjnie rozbudowane, pulsujące wewnętrznie i zamknięte, sprowadzone do skompresowanego, kameralnego slow cinema snuja jednocześnie. Harmonijnie otwarte i zamknięte estetycznie i formalnie - bez śladów uczestnictwa w tych dwubiegunowych określeniach sprzeczności. Kino metaforyczne, alegoryczne, więc trudne i żmudne, ale oferujące również masę głębokich przeżyć, niebezpośrednio, stopniowo w widzu, niczym wzrastająca roślina wzbudzanych. Wymagające obserwacyjnego zmysłu nastawionego na pełną koncentrację i zarazem pozwalające zatapiając się w kontemplacji odpocząć, gdzieś na granicy intensywnego wysiłku intelektualnego, w spokojnym, płynnie swobodnym otoczeniu pozbawionym jednakże chaosu wynikającego z natłoku ważnych myśli. Ostentacyjnie wręcz artystyczne i refleksyjne, jednako nie pobudzające odruchu obronnego, jaki często wiąże się z uczestnictwem w reżyserskim autorskim rytuale, stworzonym z pobudek etycznych, odpowiedzialności za wskrzeszanie szlachetnych wartości. Niebanalny a jakże temat, prawdę pisząc mnie totalnie zaskakujący na poziomie opracowania i docierania do sedna przesłania i analizy obranego eksploracyjnego kierunku. Uczestniczyłem i czułem, żyłem w procesie hipnotyzującym, czymś na kształt barwnej i kompletnej erudycyjnej medytacji, jednakże skutecznie uciekającej jak wspomniałem od nadęcia koncepcyjnego. W urzekającym, magicznym, widowiskowo intrygującym przeżyciu z głębokim wnętrzem i silnie rezonującym charakterem. Botanicznym eseju o fabularnie ludzkim kontekście - traktacie komunikacyjnym z fascynującymi paralelami, analogiami. Narracyjnej perełce, naukowym multimedialnym niemalże wykładzie, jaki pasjonuje i po wybrzmieniu potrafi zmienić w człowieku perspektywę, a być może nawet obudzić namiętną florystyczną pasję. Wielkie ilustracyjne kino gigantycznej wrażliwości, z monumentalnym finałem. Wprost naj haj. :)

P.S. Przepraszam za quasi poetyckich uniesień zatrzęsienie, kosztem innych właściwości w recenzji istotnych pominięcia. Świadomie sobie w coś więcej poza scenariusz, warsztat i technikalia odpłynąłem. ;)

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

środa, 1 lipca 2026

Jutro premiera (1962) - Janusz Morgenstern

 

Bardzo uroczo, z intelektualnym wdziękiem z epoki. Z mnóstwem tak samo charakterystycznych głosów, jak rozpoznawalnych natychmiast twarzy: Gustawa Holoubka, Ireny Malkiewicz, Kaliny Jędrusik, Tadeusza Janczara, Barbary Kraftówny, Wieńczysława Glińskiego, Aleksandra Bardiniego, Edwarda Dziewońskiego, Ignacego Machowskiego, Aleksandra Dzwonkowskiego, ale i Krystyny Sienkiewicz oraz Siemiona, Łazuki, czy w epizodzie Leopolda Tyrmanda. Zaprawdę wielcy i najwięksi i chciałoby się mieć to szczęście i wypić z taką śmietanką towarzyską kawkę lub coś mocniejszego w SPATiFie, ale czy byłoby jednak tak stu procentach racjonalne dzielić z tym pokoleniem surowe doświadczenia wojenne i powojenne? To już byłoby raz ryzykowne, dwa wymagające, więc wracając do sedna patrząc na ekran jest łatwiej, bezpieczniej i bardziej jednak idealizująco. Można więc między innymi skupić się na przyjemnie dopasowanej muzyce Krzysztofa Komedy, w której ambitne akcenty w rozrywkowej formule, człowiek ikona tamtych czasów, cudownie zaaranżował. W sumie nie często ostatnio korzystam (kino współczesne pomimo innej specyfiki żyje i ma się dobrze), lecz lubię takie wdzięczne, staromodne granie, ten czarno-biały, a mimo to ilustracyjny niebywale charakter obrazu oraz czar wielkich ARTYSTÓW i ich osobowości, których klasa ma ten powiew lekkości we wzbudzaniu podziwu i aplauzu. Szanuje zatem dawno zapomniane maniery i korzystam z rozmachem z obserwacji niegdysiejszych stosunków społecznych, wyższego levelu kurtuazyjnych relacji, równie jak jestem zafascynowany ówczesną szaro-burą w rzeczywistości ulicą, którą pokazywano tak, że gdyby nie socjalizm architektoniczny, cechy też drugoplanowe czy warunki materialne, można by mylić z planami z urokliwej małomiasteczkowej Francji. Bowiem sznyt naszej ówczesnej „bulwarowej farsy mieszczańskiej”, to myślę jawne nawiązanie do lekkiego, bez napinki artystycznej kina francuskiego - z oczywiście wymienionymi cechami realiów naszej części Europy. Jest tu też ździebko nawiązań do filmowania przedwojennego, bo wzorce szlachetne, choć archaiczne wciąż jeszcze wówczas, przez pryzmat nostalgii i sentymentu świeże. Obok zarazem, w osnutej talentem artystycznym symbiozie, trochę nowoczesności, w jednak przede wszystkim klasycznej oprawie, gdzie czar przystępności uzyskany za sprawą skromnych, jednakże intelektualnie błyskotliwych narzędzi satyrycznych.

wtorek, 30 czerwca 2026

Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Jak trafiłem, co o stylu i jakości nuty Obscure Sphinx myślę, w zasadzie póki co napisałem dotykając tematu krążka sprzed i po Void Mother. Podobnie jasne własne przekonanie wówczas między wierszami wyraziłem odnośnie tego jak ich sztuki wyglądają i co z nich najbardziej się zapamiętuję. Może moje doświadczenia odkrywania tak studyjnych materiałów, jak i koncertowych sytuacji są dość wąskie, bowiem na płyty nabieram ochoty raczej prawem serii i odpuszczam gdy nastąpi przesilenie, a gig widziawszy jeden, to więcej niż pierwsze, aczkolwiek może ono być głębsze przekonanie jest jedynie odciśniętym śladem w pamięci, nie zweryfikowanym już z pozycji osoby która wie czego może się spodziewać. Piszę powyższe gdyż uważam, iż powinienem się wytłumaczyć dlaczego Void Mother pod kątem analitycznym potraktuje powierzchownie - kompletnie na pierwszy odruch zdroworozsądkowy bez sensu, bowiem rozbudowane kompozycje aż się proszą aby je poddawać wnikliwej rozkminie. Uczynię wbrew może sobie zatem, dlategóż, że wszystkie trzy ich albumy są bardzo do siebie podobne, choć różnią je zniuansowania i oczywiście tendencja rozwojowa pozwala patrzeć na tą drogę przez pryzmat dojrzewania. Moje spojrzenie równa się teza, iż Void Mother jest typowym pomostem pomiędzy dwiema skrajnymi w dyskografii albumami, a każde słowo opisu zarówno Anaesthetic Inhalation Ritual i Epithaps może być wprost, czasem mniej, czasem odrobinę bardziej po poddaniu modyfikacji zastosowane do środkowego krążka. Po cholerę więc bez przyczyny i potrzeby tkwiącej w chronologicznym opisywaniu, dodawać tu powielając, że głos i charyzma Wielebnej to to i tamto, że riffy mechaniczne tak czy inaczej, frazy scalane tak i siak, czy klimat potęguje to i to, gdy zainteresowany Ty i Ty, może też Ty i jeszcze zbłąkani Oni którzy tu trafiają, klikając na rzeczone VM obstawiające (rok 2011 i 2016) materiały, w blogerskim amatorsko dziennikarskim refleksyjno-recenzenckim fasonie są dostępne i aż się wyrywają, zgłaszając pretensję do ich przestudiowania. :) To jest po prostu znakomita robota za każdym razem i w ramach rozszerzonego psychodelicznego post metalu, tudzież sludge'u, tak z posmakiem odhumanizowanego, a paradoksalnie emocjonującego - bolesnego jak sam skurw*syn (uwaga określenie za chwilę kontrowersyjne) modern gotyku, wszystkie trzy prace Obscure Sphinx to robota prze-cholera kapitalna. Bez kłaniania się z pozycji zaścianka wzorom zachodnim, a może nawet tym najlepszym dająca lekcje pokory. Słucham i znów możliwe że wpadam w tzw. fazę OS, gdzieś w każdym momencie gdy nie kręci się u mnie najnowszy GENIALNY Blindead, pod szyldem B23. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Behemoth - Thelema.6 (2000)

 

Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!

Drukuj