środa, 5 sierpnia 2026

Sentenced - The Funeral Album (2005)

 

Kiedy w roku już dawno minionym 2005-ym pożegnalnego albumu Sentenced słuchałem, nie miałem pretensji iż ekipa Finów zamyka za sobą drzwi, a jak to sami stwierdzali "nie rozstajemy się, po prostu kończymy działalność koncertową i fonograficzną", bowiem odczuwałem, iż konwencja się wyczerpała, a nagrywanie co raz to kolejnego podobnego albumu, nie przyniesie większego pożytku, od tego jaki możliwy poprzez zniknięcie ze sceny, wpływając na fanów po pogrzebie tęsknotę. Teraz nieco mi szkoda, czuję że mi ich współcześnie nieco brakuje, ale wciąż szanuję ówczesny wybór, szczególnie gdy patrzę przykładowo na żenującą stagnację ich ziomków z Amorphis. Wiem że do krążków tych wciąż klasycznych znacznie chętniej bym powracał, gdyby ich teraźniejsze dokonania dodawały im punktów do wcześniej osiągniętego statusu, zamiast wręcz wszystko co dajmy na to, do połowy lat dwutysięcznych osiągnęli/nagrali (może nawet do momentu przejęcia mikrofonu przez Tomiego Joutsena) zaprzepaszczając. Obawiam się że historia Sentenced mogłaby pobiec w tym samym kierunku, jakby goście męskiej decyzji ostatecznej nie podjęli. Materiały by może dobre wciąż produkowali, ale za cholerę wierzyć mi się nie chce, iż mogłyby one przebić to co w ich dyskografii najlepsze. The Funeral Album przekręcił klucz w zatrzaśniętych drzwiach i ekipa Samiego Lopakki nie ma do dziś czego się wstydzić, bowiem ukłonili się zbiorem bardzo porządnych numerów - idealnie puentujących bodaj piętnastoletnią karierę. To jasne że ostatni krążek to nuta głównie (patrz wyjątek Where Waters Fall Frozen) z tej samej płaszczyzny, w jakiej się umościli wpierw nagrywając przełomowy Amok, a później kontynuując kurs z ostatnim jak się okazuje wokalistą poprzez Down, Frozen, Crismson i The Cold White Light. Album pogrzebowy to klamra podsumowująca, wykorzystująca znane i ograne aranżerskie patenty i jedynie może brak mi pośród tych trzynastu numerów naprawdę konkretnego przeboju, jakie systematycznie niemal dotąd się pojawiały i w układzie odniesienia innych bardzo dobrych brylowały, lecz nie uznaję aby problem był to dla finałowego aktu problem istotny. Tym bardziej że jestem w stanie doszukać się w indeksach wyrazistych wątków, motywów, akcentów, a domykający wieko potężny, wręcz jak na standardy Sentenced mocno epicki hymn End of the Road zostaje w głowie. Nic w sumie szczególnego, ale charakterystyka melodii w obliczu stylu Finów zawsze posiadała swój własny koloryt. Melancholijny, desperacki - smarkaty po prostu, gdy nieodorostkiem naiwnym w kwestiach relacji romantycznych się było. Wtedy można było naturalnie się na pełnej utożsamiać. :)

wtorek, 4 sierpnia 2026

Palindromes / Palindromy (2004) - Todd Solondz

 


Gdybym nie miał pojęcia kto to tak bez "katolickiej" wrażliwości sypie przy okazji sól na intymne ofiar rany, to byłbym w szoku, trudno i długo się kończącym. Wiem jednak na co stać Solondza, choć zaledwie jego sztandarowy Happiness jedynie widziałem, lecz mi to wystarcza z okładem aby być przygotowanym na kino brutalnie cierpkie, prowokacyjne i bezkompromisowo testujące granice "dobrego smaku". Groteskowo niby straszno, a w rzeczywistości pod jedynie cienką warstwą w miarę „normalnej” obyczajowości, jest na poważnie straszno, straszno i jeszcze bardziej straszno. Jak Solondz wymyśli i ogarnie reżysersko historię, to musi być grubo, a nawet ekstremalnie grubo. Tylko grubo poprzez podkręcanie podstępne, zwracając na PROBLEM uwagę, ale tylko oszukańczo i może za bardzo psychicznie wyczerpująco - może dlatego że obrzydliwie prawdziwie. To nie jest satyra, ani nie jest to ośmieszanie. To uwypuklanie przez kanciaste ciosanie i wykorzystywanie skrajnych sytuacji, zachowań czy wręcz patologii jako materiału, do okrutno-smutnej analizy narzędziami bardzo ostrymi, obosiecznymi, patosfer zakamuflowanych. W ch** Palindromy (ukryta symetria) inteligentne, ale i równie nieprzystępne. Napieprza Solondz kontrastami, aranżuje coś niewiarygodnie nieakceptowalnego, by otwierać oczy. Niestety chyba tylko tym co mają już otwarte, więc być może to sztuka dla sztuki, para w gwizdek itp., itd. Może czuję się totalnie niekomfortowo oszołomiony w kontakcie z takim chaotycznym nieco podbródkowym, ale tą odwagę Solondza, aby w ten sposób podnieść rękę na widza SZANUJĘ.

P.S. Bardzo chciałbym w nawijce z autorem (byłoby to mocne przeżycie) poznać końcowe intencje Todda. Czy to prowokacja anty czy proaborcyjna? Przekornie zastanawiam się czy można być aż takim idiotą, by od początku tego nie wiedzieć.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Lacrimosa - Stille (1997)

 

Dzisiaj ani Lacrimosa nowa, ani stara raczej mnie nie jara, ale jakbym miał już wybierać, to zdecydowanie w tej do właśnie Stille bym jeszcze mógł zagustować, bowiem popłynięcie za trendem, z nurtem rozbuchanych orkiestracji spowodowało, że na początku XXI wieku rozstałem się z grupą Tilo Wolfa. W tym co wypełniło już Eloide nie potrafiłem się zaprzyjaźnić, gdyż za dużo filharmonii, a za mało oryginalnej natury wiązania twardych riffów z subtelnymi, kameralnymi partiami klawiszy i smyczków, w nowym wizerunku muzyki Lacrimosy było. Stille jako ostatnia trzyma piękny balans pomiędzy wymienionymi i daje poczuć, iż Lacrimosa to nie z muzyki symfonicznej, a ze szczególnie inaczej rozumianej wizji "pierrotowatego", surowego gotyku się wywodzi. Z undergroundu do w miarę szerszej świadomości słuchacza, dzięki pracy i rozwojowi, zdobywaniu miłośników małymi krokami, na Stille Lacrimosa stworzyła tak ciekawą kreację, iż przebiła się ze środowiska czysto gotyckiego, do umysłów maniaków z innej nieco bajki, wkradając się także w łaski sympatyków metalu - tych oczywiście, którzy słuchali i się zasmucali przy wówczas święcących triumfy albumach całego desantu doom-gotyckiego. Tak właśnie na Wolfa za sprawą promocji wydawcy trafiłem i później wertowałem kasety wystawiane tak w muzycznych przybytkach, jak i na giełdach wszystkiego, aby zdobyć i poznać co grali zanim Stille wydali. Może było to chwilowe zauroczenie (patrz przypomniany casus Eloidy i zaraz potem jeszcze mocniej odpychający Fassade), ale ile miałem z kompozycji wcześniejszych Lacrimosy wyciągnąć, to w szybkim tempie esencję konsumując wyssałem. Zatem pamiętam sporo bardzo dokładnie i szczególnie takie perełki oryginalności jak Not Every Pain Hurts, a też zmierzyłem dość głęboką przepaść pomiędzy Stille i Inferno, a może też Inferno, a Saturą. Inaczej mówiąc kierunek na niemal metalowe aranżacje - w sensie wykorzystania brzmień wioseł. Jak luknąłem w prasę muzyczną z tego okresu, Lacrimosa była chwalona, a ta droga pozwalała jej zaistnieć we wspomnianych sercach gotyckich metali. Sam Tilo zagajany, dawał jasno do zrozumienia że nie ma w tym premedytacji, a jest naturalna ewolucja, potrzeba nieuświadomiona aby grać mocniej i na bardziej bogato. Kreowania światu utworów dojrzalszych, bardziej spójnych, przemyślanych i emocjonalnych, nie tylko na poziomie cierpienia duszy, ale też wyrzucenia z siebie frustracji - złej krwi upuszczenia, a to (tak domniemam od siebie dodaje) bardzo skuteczne narzędzie osiągnięcia równowagi poprzez chwilowe przełomowe silne katharsis. Stille jest po prostu rzewna, ale i w klimacie stylistyki zaskakująco agresywna. Piosenki (kompozycje, utwory - potrzebowałem pierwszego z brzegu synonimu :)) "potrafią zaczynać się w bardzo łagodny, pogodny, romantyczny sposób, by z biegiem czasu nabrać zwierzęcej brutalności, ale mimo to nie jest rozbijana spójność całego albumu". Zgadzam się z Tilo i ze sobą. :)

niedziela, 2 sierpnia 2026

Lake of Tears - A Crimson Cosmos (1997)



Zanim tenże połyskujący odcieniami jaskrawymi, trzeci krążek Lake of Tears się pojawił, miałem kontakt z jego dwoma poprzednikami i lukając na efekt finalny A Crimson Cosmos w pełnej rozciągłości (od cover artu, do istoty nuty rzecz jasna), było to silne zaskoczenie od wizualnego, po mniej ale jednak też muzyczne. Nie kojarzę by ktoś wówczas z klimatów gotycko metalowych taką gamą kolorystyczną koperty albumów wypełniał, a jak wziąć pod uwagę (jak w sumie nie wziąć :)) co na tej okładce się pojawiło, to klimat bajkowych stworów, skrzatów i podobnych, w krainie neonowych grzybów osadzony, to nie ma opcji, by na takiż krok w stylistyce przecież z założenia smutasko-mrocznej się odważyć. To o najbardziej wyrazistej stronie przemiany, bowiem sama muzyka w stosunku do Headstone (1995) nie zmieniła się radykalnie, gdyż skoczny wymiar gotyckości Lake of Tears wybrzmiewał poniekąd już wówczas. Jednakże wtedy ja sobie tak otoczki jej nie wyobrażałem, a dopiero za sprawą rzeczonej, będącej głównym tematem moich wspominek - przeniosłem się w rejony doprawionej halucygenkami baśniowej estetyki i mnie się to miejsce teoretycznie bardzo spodobało. Praktyka była jednaka, bo niezwyczajnie doskonale za każdym razem gdy odpalałem bujanie A Crimson Cosmos się bawiłem. Dźwiękowo całkiem spory nie był to rozstrzał pośród numerów, a vibe niemal za każdym razem był bardzo ze sobą spójny, mimo iż taka oryginalnie subtelna, zagrana na prostym nieprawdopodobnie rytmie Lady Rosenrod różniła się od dajmy na to Devil's Dinner korzystającego z estetyki wtedy sprzed dwudziestu laty, gdzie klawisze przypominały quasi hammondowe brzmienia. Tak samo otwierający, przebojowy jak cholera Boogie Bubble (fakt, czuć w tym gotyku boogie woogie ;)) nie korzysta z tej samej dynamiki co walczykowaty When My Sun Comes Down, tudzież ten basikiem fajnie brzmiącym i klawiszem retro okraszony The Four Strings of Mourning, to inna inszość niż kołyszący, i "pinkfoloydową" solówką dosmaczony finalny numer tytułowy. Tyle że jak podkreślam, piosenki są różnowymiarowe, lecz doskonale zespolone podobnym sobie klimatem - atmosferą jakiej nikt inny na scenie nawet nie próbował wtedy podrabiać, a i myślę że do dzisiaj nie pojawił się nikt inny, który taki kierunek osobliwy by przyjął. Azymut na tak samo dynamikę skoczną i fakturę z pięknymi melodiami, wspaniałymi delikatnymi harmoniami. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych byłem pod dużym ich wrażeniem, a dzisiaj też jak sobie odświeżyłem, to nie zamierzam w popłochu przed A Crimson Cosmos zwiewać. Chwilę sobie tutaj w krainie ilustracyjnej niezwykłości pobędę. Bo niby czemu nie miałbym na chwilę wciągnąć na łysy łeb takiej szpiczastej czapeczki, co ją czarnoksiężnicy zawodowi noszą i podryfować w przestrzeni na którejś z ryb karmazynowych. 

piątek, 31 lipca 2026

Heldin / Bohaterka (2025) - Petra Biondina Volpe

 

Film z misją, społecznym problemem motywowany, bowiem jak końcowa informacja głosi dotycząc akurat Szwajcarii, lecz w oczywisty sposób problem europejski uwypuklając, to wkrótce będzie brakowało mnóstwo w systemach opieki zdrowotnej pielęgniarek i co z tym fantem władze zrobią, cholera wie. Kamera zatem od startu zasuwa za siostrą z oddziału, a BOHATERKA w coraz intensywniejszy tempie wykonuje obowiązki, starając się ogarnąć kolejne stresujące sytuacje, a muzyka w tle dodaje napięcia, podkreślając coraz szybsze tempo i odpowiedzialność wyzwań codzienności w pracy. Presja ustawiczna, stresujące na maxa, pretensje i anielska cierpliwość w mrówczej pracy siostry Lind. Codziennym znoju i niepokoju, z gigantycznym obciążeniem psychicznym, na emocje na grubo oddziałującym. Ciśnienie-obciążenie i wręcz upokorzenie, bo wokół ludzie w lęku, cierpiących, sami przeżywający psychiczne tortury, cierpliwi bo pokonani bezradni, ale i co niektórzy do końca uprzykrzający życie personelowi szpitala. To w sumie mógłby być dokument, taka wprost surowa paradokumentalna być może relacja, a jest pełnometrażowa fabuła świetnie zagrana - autentyczna, więc nie mam pytań o wiarygodność w kontekście realizmu. Kino życia - bez owijania w bawełnę i pieszczenia się z otoczką artystyczną. Tylko treść podrasowana klimatem thrillera. Treść w dużym stopniu tak wprost, jak i pomiędzy wierszami.

czwartek, 30 lipca 2026

Fuori / Wolność po włosku (2025) - Mario Martone

 

O Goliardzie Sapienzy, bohaterce tego obrazu rysy historyczny króciutki by się tutaj przydał, ale nie będę z Wikipedii słów przeklejał, więc zachęcam by kilka zdań które fundamentem, gdybym nie zachęcając jednak zachęcił, przed seansem w jakimś informacyjnym miejscu "przyhaczyć". Piszę tak tajemniczo niespójnie, bowiem to co zobaczyłem mnie nie zaangażowało - było raczej fabularnie obojętne, bowiem opowiadało całkiem uroczo jedynie obrazami, a bez charyzmy treścią, więc można było patrzeć, lecz czy koniecznie jednocześnie w poczuciu ciekawości analizować. Temat zdaje się miał większy potencjał, a najgorsze nie tkwi w tym, iż doświadczony autor scenariusza i reżyser w jednej osobie, nie wykorzystał go lepiej, ale że paradoksalnie wykorzystał społeczne (feministyczne) i nostalgiczne przesłanie, bez narracyjnej niestety ekscytacji. Stąd nie potrafię zbytnio wypełnić interesująco i rekomendująco kilku jeszcze linijek, zatem wesprę się (proszę wybaczyć) opisem z netu, aby zabłąkany czytelnik nie dostał jedynie suchego ostrzeżenia, a ja kiedyś, gdy możliwe iż będzie mi dane na Fuori wpaść jeszcze raz, dowiedzieć się więcej, niż mi teraz w głowie pozostało. Zatem proszę bardzo, wciskam poniżej cytat długi, iż portret Sapienzy, to ilustracja jednego ze schyłkowych i newralgicznych zarazem momentów z życia „złodziejki, kochanki, więźniarki, niepokornej ikony wolności, a także jednej z najwybitniejszych współczesnych włoskich pisarek. Ta dojrzała, wyzwolona kobieta w świecie przemocy i politycznych napięć nie traci z oczu swojej wrażliwości i pasji, a przede wszystkim nie daje sobie odebrać prawa do życia na własnych zasadach. W swoim filmie Martone pokazuje sprzeczności, które łączyła w sobie jej bohaterka - intelekt i zmysłowość, brawurę i czułość, melancholię i bunt. Na tle burzliwych realiów Włoch lat osiemdziesiątych, w cieniu ideologii, represji i rozczarowań, Martone stawia pytanie o możliwość autentycznej wolności. Czy kobieta może odnaleźć swoje miejsce w świecie, który próbuje ją zamknąć w jednej z patriarchalnych ról?”. Jak widać wygląda w teorii interesująco i być może potencjalnie tak jest, gdy spojrzy się na to co przygotował Martone - uwagę jednak dając swoją przyciągnąć i spożytkować. Ze mną nie wyszło i na ten moment Fuori zapamiętam jedynie przez pryzmat bardzo solidnej roli Valerii Golino, niegdyś w hollywoodzkich latach filmowych osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, między innymi dziewczyny Charliego Sheena w kultowej serii pastiszowej i przede wszystkim Toma Cruise’a w szczodrze uhonorowanym i ikonicznym obrazie z Dustinem Hoffmanem w roli tytułowej. Pamiętam ją doskonale i jej bardzo udaną za oceaniczną karierę, bowiem uroda jej w oczach wówczas dorastającego smarkacza, była bardzo atrakcyjna. :)

wtorek, 28 lipca 2026

Le cose non dette / O czym sobie nie mówimy (2026) - Gabriele Muccino



Okej, okej, jestem zdecydowanie bardziej na tak, niż na nie, gdy należy podsumować efekt oddziaływania tejże włoszczyzny na gust filmowy, te słowa w klawiaturę wbijającego kolesia. Muccino raz mi leży i jestem nieomal zachwycony, innym razem z jego sposobem filmowego spostrzegania mi nie po drodze, a jeszcze pojawiały się do tej pory sytuacje, gdy raczej jego obraz z początku rezonując, to finalnie z czasem przelatywał, gdyż dostosowywał mocne tematy do poziomu hollywoodzkich stanów przeciętnemu widzowi przyjaznych - patrz przykładowo na Siedem dusz i W pogoni za szczęściem. Obecna produkcja, na potrzeby tekścicha nazywana bieżącą, jest bliżej tego co ponad ten stan wyrastało, a kojarzy mi się z takimi fajnymi rzeczami jak W domu wszystko ok. i Najlepsze lata, a i w moim odczuciu na pewno stanowi rodzaj rekompensaty za katorgę podczas ostatniego jak dotąd od rzeczonego seansu Do samego końca. Zaczyna się niewinnie, dalej wiarygodnie eskalując. Włoskie emocje narastają i potrafią w momentach newralgicznych wręcz zdmuchiwać, bo to też rodzaj makaroniarskiego ekspresyjnego chaosu, w którym swoje miejsce naturalnie posiada poetyka namiętności, fikuśnie zmysłowo melodramatyczna - może dla wrażliwców o wyższych potrzebach artyzmu, nieco przesadna. Z pozoru, gdy lukamy z perspektywy startowego rozwijania tematu, więcej w nim lajtu, niż siarczystego dramatu, ale należy dać czas fabule by nabrzmiała i od kulminacji poczęła wybrzmiewać ekstatycznie poruszająco-przestrzegająco. Bowiem Muccino bieżący jest dobrze napisany, rozpędzający się i wbijający z impetem w finale świadomie w spodziewaną ścianę. Kończy się wówczas już stanowczo, zabawny jego charakterek, jakaś przekorność i puls urlopowej beztroski - bez rezygnacji jednako z piękna egzotyki miejsca i czaru światła. One pozostają i do ludzkiej tragedii, dodają kontrastowego kolorytu, tak jaskrawo metaforycznie, jak wprost dobrze sytuowani, dobrze ubrani i zadbani, ideolo (wzory zadowolenia) bohaterowie, tracąc grunt pod nogami i stając się bezbronnymi, bezradnymi pośrednimi ofiarami własnych zaniedbań i pokus. To jest mocne, to jest intensywne i to sprawia, że postaci dosłownie, a alegorycznie lokacje, celnie odzwierciedlają labirynty ludzkich emocji.

P.S. Dla Caroliny Crescentini nominacja do większych laurów w kategorii mega dobrze zagrana histeryczka by się należała, a dla Muccino obok uznania ogólnego, jeszcze plus duży za konkretne wyciągniecie przed orkiestrę figury bystrej i pyskatej ofiary jej nadopiekuńczości.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Der Spatz im Kamin / Wróbel w kominie (2024) - Ramon Zürcher

 

Więcej cech teatru telewizji w plenerze, czyli nowoczesnego swobodnego spektaklu, niż charakteru typowej produkcji fabularnej. Powodem zapewne ograniczone fundusze, jak i związana z założeniami wizja artystyczna, by nie odciągać uwagi od rodzinnej dramaturgii, na rzecz rozwiązań stylistycznych. Dlatego jest kameralnie i oszczędnie pod względem artyzmu, za to bogato i gęsto od kumulujących się w relacjach emocji. Opanowanych z przyzwyczajenia, pulsujących pod powierzchnią, rezonujących do wnętrza ale niekoniecznie niezauważalnych, bo przecież gesty, mimika a przede wszystkim spojrzenia zdradzają wszystko co pozornie dla niepoznaki oswojone. Kilkoro równorzędnych postaci, muzyka raczej standardowo podkreślające niepokoje i rosnący poziom intensywności interakcyjnych konsekwencji. Niby wszystko w miarę gra, ale NIBY robi różnicę i reżyser wydający polecenia lub po prostu sugerujący aktorom, dzięki dobremu ich warsztatowi (gra szczera wiarygodna, buzująca jadem, ale i potrzebą ciepła, zrozumienia, uwagi, zauważenia siebie nawzajem) uzyskuje efekt właśnie czegoś wiszącego w powietrzu. Nazbierało się traum, indywidualnych obsesji i namiętności i porozjeżdżało w relacjach, aż do poziomu obojętności czy ekstremalnie prowokacji i nienawiści. W tej lepkiej zawiesinie złożonego, przesiąkniętego brakiem uwagi i oczekiwanego miejsca quasi paranoi, każdy próbuje na własną rękę odnaleźć sposób na trwanie, z małymi przyjemnościami, w skrywanych tajemnicach - a nad całą tą psychologicznie autoagresywną, w finale jednak artystycznie alegorycznie zeschizowaną harmonią, unosi się duch nieobecnej już, ale przez wiele lat skutecznie składającej w głowach córek larwy zaburzeń, toksycznej matki. Ktoś mógłby uzasadnienie nazwać taką familię patologiczną, ale tylko gdy jego dzieciństwo i historia rodzinna oszczędziły mu przeżyć makabrycznych. Wtedy wszystko łatwiej jednoznacznie oceniać, a i spojrzeć na skrzywiony portret rodzinny, zamknięty w popękanym lustrze, na odpowiednim poziomie celnie przy-uważającej wrażliwości, nie ma raczej mowy.

piątek, 24 lipca 2026

Le Butcherettes - Don't Bleed (2020)

 

Jestem mocno, bo o sześć latek spóźniony z promowaniem tej znakomitej epki, której jakość w mojej optyce tak wysoka, iż pozwalam sobie dopiero któryś raz (może palce jednej łapki, dwóch łapek) na blogaska wrzucać tekst o krótkim materiale. Tak mi leży to co Teri Gender Bender skroiła i nagrała, na tej wówczas walentynkowej płytce, gdzie jest dużo (he he) o miłości, w poetyckiej (taki Love Someone wręcz na przykład balladowy) estetyce pierwotnie garażowo-punkowej, a w rzeczywistości z istotnym udziałem nowoczesnego sznytu, czyli pływającej w tle brudnej, zadziornej, kompletnie nie miałkiej elektroniki. Teksty refleksyjne i drążące odważnie zagadnienia o naturze kobiecej - dojrzewaniu, przyjmowaniu ról, niosąc bodaj ciężar brzemienia w ciszy, czy może wokół jazgocie wywołującym wstyd. Nie wiem, gdybam sobie poniekąd, bo jakbym miał przecież trafiać z interpretacją, kiedy mojej samczej naturze daleko do empatycznej wrażliwości. Dlatego zasysam więcej z brzmień i pomysłów aranżerskich, niż z treści lirycznej i jak pozwoliłem sobie na starcie dać do zrozumienia, tą sferę Don't Bleed (tytuł mówi dużo i jeszcze więcej) uznać za przezajebistą, stąd taki azymut na przyszłości w rozwoju ekipy życzeniowo propsować. W sumie brak mi wiedzy co się w tym obozie teraz dzieje, a i mam jakieś niewielkie obawy co do dalszego kreatywnego istnienia, bowiem od ostatniego długograja stuka właśnie rok siódmy milczenia. Oby wkrótce czymś w punkt przerwanego!

czwartek, 23 lipca 2026

Satyricon - Rebel Extravaganza (1999)

 

W archiwizacji Rebel Extravaganza podeprę się tym co podsłuchałem niedawno i tym co niegdyś doczytałem, idąc w pewnym sensie na łatwiznę i parafrazując opinie z jakimi się zgadzam, bo co miałbym się nie zgadzać, że to materiał przeKOZAK. Poprzedzony raz eksperymentalnym mini Megiddo i mini zajawką, czymś w rodzaju pilota przed długograjem, w postaci Intermezzo II. Nie oglądał się wówczas Satyricon na panujące mody, nie przejmował się ryzykiem odrzucenia nowej formuły po sprawdzonej w bojach i odnoszącej komercyjny sukces Nemesis Divina, bowiem to co intencyjnie tworzyli miało nader wszystko być ekstremalne i szokujące, aby nie wywoływać (to deklaracje i stan rzeczywisty) znużenia. Stąd zmiana image'u, odmienna od poprzedniej produkcja, odcięcie się od pustych, niespójnych często klawiszy, z impetem wbijając w konwencję brudu, tworząc krążek z niestandardowymi aranżacjami. Siarczysty i pierwotny, lecz korzystający z nowych środków wyrazu, z tekstami pełnymi metafor - przekazu do słuchacza w formie lekcji czy innego dopieszczonego ekspresją wykładu. Wówczas w roku 99, w prasie branżowej którą archiwalną mam teraz przed oczami, zebrał komplementy, szczególne od dystrybutora wytwórni, gdzie prócz przekonania o wyjątkowości muzycznej i detalicznie perkusyjnej (kosmiczne tempa i dla równowagi groove - wytrzymałościowe granie, gdzie prędkość nie jest celem samym w sobie, a jedynie istotnym narzędziem), podkreślono zarazem całościowo koncept staranny, z uwzględnieniem formy okładki - bezpośredniej, surowej i tytułu sugestywnego. Rozumiem stronniczość, a tym bardziej rozumiem, kiedy ona pod rękę dzisiaj zasuwa z poddaną weryfikacji czasu oceną Rebel Extravaganza. Dzikiej, a zarazem erudycyjnej muzyki, stworzonej przez mizantropów dla maniaków zimnej, nihilistycznej ale i przebojowej w swej ekstremalnej formule estetyki. Wyszli z lasu, podążyli ku miastu, tworząc przełomową płytę dla gatunku, a dla mnie obierając kierunek, jaki w kolejnych trzech krokach pozwolił nagrać to, co mnie w ich dyskografii najintensywniej wciągając, diabelskim black'n'rollem otumania. 

środa, 22 lipca 2026

Puma Blue - extchamber (2025)

 

Poprzednim pobocznynym eksperymentem Jacoba w obrębie trip-hopowej konwencji Puma Blue był krażek antichamber, który eksplorował, jak pozwoliłem sobie w quasi rece napisać, rejony gdzie miast ubogacać struktury, te się zawęża, przez co brak dodatkowych ingerencji czyni uzyskany efekt esencjonalnym. Antichamber był zatem raczej surowym, w sensie pierwotnym dla stylu właściwego brzdąkaniem w zasadzie akustycznym, natomiast extchamber poprzez pozbawienie całkowite linii wokalnych i skupienie się na wyłącznie użyciu abstrakcyjnych plam wydobywanych z urządzeń o właściwościach syntetycznych, staje się niczym innym jak po prostu totalnym eksperymentem, bądź rodzajem improwizacji, skupionej na obserwowaniu rezonowania dźwięku, jego poziomu doświadczania. Nie wiem jaka była motywacja Jacoba aby stworzyć coś w kształcie, dla którego słowo muzyka jest jedynie pretekstem do jej symulacji, z użyciem zaadaptowanych manipulacji taśmami, nagraniami być może terenowymi. Kompletnie nie są to w moim odczuciu kompozycje, a tym samym nikt przy zdrowych zmysłach nie określi ich piosenkami - abstrahując od braku odgłosów wydawanych paszczą. To mega niejasne, aczkolwiek spójne w formie buczenia (w pierwszym indeksie zdaje się też ustami), trzaski, echa i pogłosy, wywołujące we mnie uczucia klaustrofobicznej obawy, więc domniemam iż w założeniu są minimalistyczną, elektroakustyczną emanacją, psychologicznych demonstracji obecności demonów w jaźni Jacoba. Antichamber uchwyciło według autora "ból czasu", a extchamber mogę podejrzewać, iż tego czasu odzwierciedla paranoiczne lęki. W sumie ja jeb****tki nie wiem co o takich (gdyby je już na siłę klasyfikować depresyjnie ambientowych) akcjach sądzić. Jeżeli nabierają kształtu zarejestrowanego, to są wyraźnie w jakimś celu zdatne artyście, ale mnie dla zdrowia psychicznego to nie bardzo. 

wtorek, 21 lipca 2026

Glorious Summer (2025) - Helena Ganjalyan, Bartosz Szpak

 

Eksperyment formalny, futurystyczny się zdaje. Rzecz inna, w której poetyce baletowej, z początkowej fazy się zatracasz i przy okazji pogubisz, bo interpretacja tej choreografii (opowiada ruchem, rytmem i alegorią), czy innego ćwiczenia aktorskiego, intensywnie wspomaganego natężeniem dźwięków muzyki i odgłosów zwyczajnych czynności, jest na otwarcie niejasna i trzeba być może (aczkolwiek później staje się to zbędne - symbolika zmętniała staje się klarowna), podeprzeć się czymś więcej niż wyłącznie swoją wizją wstępnego rozumienia. To bardziej teatr nowoczesny, awangardowy, niż stricte film, a z filmem wiąże go w pierwszym około kwadransie jedynie technika, czyli przenoszenie lokacji z wnętrz do przestrzeni otwartych. To merytorycznie wizja zaakceptowanej tresury, przysposobionej lekcji o sobie w warunkach izolacji ale i o własnych potrzebach, pragnieniach, a precyzyjnie afirmacji życia w przestrzeni bańki, wizualny esej. Terapeutyczny sztos (na koniec w punkt bezpośrednie pytania), jaki trafia zupełnie nową, świeżą, ascetyczną drogą, do mojego często jeszcze zbyt zamkniętego na doświadczenie szczęścia, łba zakutego. :)

P.S. A może ja tu w tekście, z wymruczanymi pod nosem spostrzeżeniami, pozwalam sobie na lekceważenie kontekstu manipulacyjnego, w sensie sekciarskiego (bo afirmacji koszty, to w tym ilustracyjnym wykładzie lęk i gniew), a intencją szefów przedsięwzięcia było stworzenie mrocznej satyry na przeterapeutyzowanie, gdzie skojarzenia z intelektualnie proekologicznym (pure nature) “bigbrotherem” są uzasadnione. He he. :)

poniedziałek, 20 lipca 2026

The History of Sound / Historia dźwięku (2025) - Oliver Hermanus

 

Na pozór tylko rzewnie śpiewają, tęsknią okrutnie, a wizualna strona wystylizowana na brązy i czernie, wprost dołującej atmosferze dostarcza według intencji reżysera waloru. Miłość między dwoma młodzieńcami w czasach konserwatywnego (proszę rozumieć archaicznego) spostrzegania norm moralnych i kulturowych, takim fotograficznie ilustracyjnym zabiegiem stylistycznym, staje się w pierwszej chwili opowieścią, jaka potrafi mimo wszystko lekko znudzone oko przytulić. Niby snuja charakterem hipnotyzuje i artyzmem dopracowanej formuły oraz świetnie dobranych aktorów urokiem (Mescal, O’Connor), czy ciekawością, co z tej historii bardziej wrzącego, w sensie kontekstowo poruszającego wypełznie wciąga, ale gdybym w to ostatnie nie wierzył i atmosfera by mnie nie kupiła, błyskawicznie dałbym się porwać sennym majakom. Nuda i prostota (czytaj pierwszy odruch na slow motion) i niski poziom złożoności (główny wątek jeden i pozostałe uczynne wobec kluczowego), przyczyniły się jednak paradoksalnie u mnie do wyzwolenia ciekawości, zarazem skutecznie unikając odpływu w sen lub inne czynności. Gdy się bohaterowie widzą, dużo rozmawiają, zaglądając sobie głęboko w oczy, docierając do najgłębszych poziomów własnych intymności, a scenariusz przechodzi w naturę bardziej przygnębiającej wersji Brokeback Mountain - w czym się z Lalu niemal telepatycznie zgodziliśmy. Wtedy Lalu mi zaczyna do uszka opowiadać (a ja słucham jak należy, zaklęty), że dla niej to melodramatyczna opowieść o wzajemnej pasji, miłości i fascynacji, zanurzona w naturalnych dźwiękach natury, zapachu lasu, szumie drzew, śpiewie ptaków, powiewie wiatru - ukrywająca się w ciepłych nieśmiałych spojrzeniach, subtelnych gestach, gorącym dotyku bliskości. Urocza (dla kobiet mniemam zapewne intensywniej) wędrówka dwójki zakochanych w poszukiwaniu muzyki ludowej przekazywanej z pokolenia na pokolenie, na tle dramatycznych wojennych rozstań i powrotów. W celu utrwalenia obyczajowości, dziedzictwa, by ocalić od zapomnienia - głos, śpiew, słowo, dźwięk, melodię, historię. Wyprawa kształtująca uczucia, budująca przyjacielską relację w namiętnym splocie miłosnym. Romans niespełniony, niezaspokojony, tęskniący, melancholijny z bolącym, rozciągniętym, przenoszonym w czasie, finalnie aż w kierunku starości zakończeniem. Świetny duet na ekranie: nieco wycofany, empatyczny, o cichej wrażliwości Lionel (Mescal) oraz fascynujący kryjącą się w oczach tajemnicą i mrokiem w pięknej duszy David (O'Connor). Skradli serce Lalu i dzięki Lalu wrażliwości, mnie też połechtali, obowiązkowo po hetero męsku tam, gdzie pod warstwą ochronną czyste, nieskażone serduszko.

niedziela, 19 lipca 2026

The Virgin Suicides / Przekleństwa niewinności (1999) - Sofia Coppola

 

Debiut Sofii Coppoli ponownie w kinie, a dla mnie w kinie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie, iż byłem te ponad ćwierć wieku temu zainteresowany, by udać się w kierunku ówcześnie jeszcze miejscu, które dzisiejszych multipleksów nie przypominało. Jedna duża, tudzież ogromna sala i kolejka szczególnie w weekend aby bilet zdobyć długa, więc i nie było mowy aby grymasić miejsca wyszukując, tylko brało się to co jeszcze wolne było i z każdej perspektywy sali, seans musiał być w satysfakcjonujący sposób widoczny. Przekleństw w takich warunkach nie wciągałem (jak zauważyłem), nie będąc najzwyczajniej zainteresowanym jakimś dziewczęcym filmem o dziewczęcych problemach. Inaczej dzisiaj, gdy tytuł zdobył uznanie, a ja szerzej i bardziej detalicznie spostrzegam kino, a szczególnie te filmowe produkcje, które nie boją, bądź nie bały się wkraczać na terytoria trudne tematycznie - często i gęsto kontrowersjami i zjawiskiem tabu przesiąkniętymi. Tak jak poczatkująca Sofia swój pierwszy pełny metraż oficjalnie zatytułowała, dla dystrybutorów jak widać było już trudne do zaakceptowania - lęk przed spłoszeniem widza wygrał potyczkę zapewne z rozkręceniem prowokacyjnego szumu. Rodzime Przekleństwa niewinności były znacznie łagodniejszą wersją oryginału i w przeciwieństwie do niego niewiele o fabule mówiły. Czy ja w ogóle nie jestem rozczarowany tym co zobaczyłem, a na co po przestudiowaniu kilku opinii liczyłem - chciałbym krótko natychmiast odpowiedzieć. To uczucie nie jest jednoznaczne, kłębią się w moim łbie dwie skrajne bazy myśli, więc nie stanę po żadnej ze stron barykady i nie opowiem się radykalnie za, czy przeciw, bowiem uznaję (i tutaj już wejdę w zamaszysty ton wyjaśniający), Przekleństwa niewinności posiadają cechy zarówno kina autorskiego obiecującego, jak i nie unikają potknięć, które formę finalną stawiają w świetle dyskusyjnym. Wszystko mi tutaj gra pod względem specyfiki obsady, a ona jest raz niezwykle przyjemna dla oka, jak i doskonale wymierzona charakterem pod osiągnięcie efektu starcia rzeczywistości lajtowej, gdzie młodość, dojrzewanie jest estetycznie wzrok przyciągające, a wyzwania, sytuacje trudne do przepracowania, bądź na zasadzie akcji reakcji ogarnięcia, bez doświadczenia wiedzy, czy dojrzałego wsparcia świata dorosłych niezwykle obciążające psychicznie. Wydaje się, iż dobór castingowy to strzał w dziesiątkę, i szczególnie postać Lux i jej talent aktorski wraz z wdziękiem, odpowiadają temu co chciałby nakreślić zapewne autor pierwowzoru, na fundamencie jakim zbudowała własną wizję Coppola. Tylko że trochę jest tak, że aktorzy w pełnej palecie postaci grają bez większego oddziaływania autorytetu reżysera na to co finalnie zostaje kamerą uchwycone. To są kreacje bez większych uwag, ale miałem wrażenie, iż wpływ Coppoli był (i tu skrajne jednak tezy) za mało ingerujący, bądź sama reżyserka oczekiwała tej naturalności złamanej pewną irytującą pozą nie do końca autentyczną. Tego nie wiem, do Sofii kontakt zgubiłem więc nie zapytam, a nawet jakbym numer znalazł gdzieś w wizytówkach sławnych i bogatych, to nie zadzwonię, bo jak to tak nagle z biegu wcinać się w kogoś dzień powszedni z banałami, a może wręcz zarzutami. ;) Nie dowiem się kropka, a i nie chcę być źle zrozumiany, gdyż oprócz już przytoczonych uwag jakie są jednocześnie zaletami jak i wadami, mam jeszcze dużo dobrego do powiedzenia o zbudowaniu interesującej atmosfery przedmieść oraz użyciu kilku niecodziennych form wizualnych, aby oddać zarówno oniryczność, jak i gęstniejący stale od startu, wpisany w codzienność, masochistycznie pociągający urok makabry. Niewiele mam za to wiele do wyartykułowania o sile oddziaływania procesów zobrazowanych, na stan psychiczny młodych, wzrastających w poczuciu izolacji i presji wymagań kobiet - wiadomo dlaczego. Dlatego nie poddaje wartościowaniu, czy taki finał byłby możliwy, a jedynie mogę się domyślać, że moc wpływu poczucia nieszczęścia na smarkate dusze, jest nieporównywalnie większy niż na te sprawdzone już wielokrotnie w ogniu walki i poddawane systematycznie próbie wytrzymałości. Dramatyzacja, przesadne tragizowanie jest równolegle problematyką ekstremalnie subiektywną, tak w wydaniu dorosłych jak tym bardziej jeszcze istotnie młodocianych jednostek - jeśli rozumiecie co mam na myśli, a pewnie kminicie, bo czujecie intensywnie czasem, iż ktoś nie do końca poważnie traktuje wasze wewnętrzne uniesienia, lub wy na histerię innych patrzycie w poczuciu zażenowania, z niesmakiem. W tym kierunku ja najsilniej odbieram przesłanie zawarte w powieści autorstwa Jeffreya Eugenidesa i zaadaptowanego tak, a nie inaczej przez Sofię Coppolę. Abstrahując być może niepotrzebnie od całej otoczki o jakiej źródła paplają, że wrażliwość młoda kobieca, że kulturowe uwarunkowania, że rówieśnicy, że środowisko wychowawcze, ale nie dyspozycje psychiczne - ich nie będę traktował lekko zdystansowanie. Fakt, cała paleta problemów wymienionych na siebie współoddziałujące i prowadzi do czasem brutalnych rozwiązań, jednako kręgosłupem jednostkowa wrażliwość, niezależna od części z nich, a innymi wręcz gigantycznie nasiąkająca. Kończąc "mundrowanie" (temat jak Amazonka szeroka), uważam iż jak na debiut, to młoda reżyserka dokonała ciekawej syntezy zmiennych, nie broniąc się mimo wszystko od zarzutu wyciągania też wniosków na skróty, przejaskrawienia i szukania stereotypowych, a przez to łatwych i nośnych źródeł tragedii oraz głównie to wyszła zwycięsko z trudnej sztuki łączenia skrajności, bez poczucia że obcuje się z grubo szytą groteską. Za to szanuję. 

sobota, 18 lipca 2026

Kynodontas / Kieł (2009) - Yórgos Lánthimos

 

Nie widziałem dotąd nic z serii greckiej Lánthimosa i zaczynam ją z polecenia od Kła, po czym mam wyszukać koniecznie i odpalić Alpy (2011). Rekomendująca Lalu uważa, że to co greckie u Lánthimosa to samo najgęstsze, więc najlepsze i ma na to kilka argumentów naprawdę przekonujących, na które nie znajduje bezpośredniej kontrargumentacji. Zwyczajnie rzuconej z impetem, a zarazem finezyjnie podkręconej piłki nie jestem w stanie po seansie Kła, tak wprost skontrować. Z tego co mi podpowiada eL, u Greka nic nie jest łatwe, nic nie jest wprost wytłumaczalne i namacalne. Nie ma jasnych odpowiedzi, za to jest dużo pytań, pozostawiających widza w osłupieniu i konsternacji, dając mu pełną dowolność postrzegania sensu jego kina. Oryginalność jego filmów i fikołków, jakie tam wyczynia, jeszcze bardziej nadaje smaku i napędza do dalszej konsumpcji. Te znaki zapytania, to między innymi przerażające sytuacje, praktyki czy rytuały. Jak to możliwe, czy to w ogóle możliwe, dlaczego itd.? To chory mały świat, zamknięty w swoim dziwactwie, na tle normalnego życia, w wielkim świecie, pytając czy na tym świecie właściwie wszystko jest ok? To obłęd, to sterylność, która wręcz szczypie w oczy. Niedorzeczność jaka boląc, urzeka oryginalną świeżością. Gdzie paradoksalnie można odnaleźć wrażliwość, bowiem wynaturzenie posiada swoje smutne uzasadnienie - kontynuuje eL, dodając na koniec, a ja to podsumowanie wprost zacytuję „pokaż mi kogoś tak pięknie zrytego, który wymyśla tak chore rzeczy?”. :) W mojej ocenie, po ostatnim ciosie nokautującym, stwierdzam iż konsultantka trafia z nimi rzecz jasna w punkt, natomiast moje przekonania porównawcze, niekoniecznie w szerszym kontekście tą wyższość Kła i dwóch pozostałych, wciąż z tytułu tutaj nie wymienionych (skupiamy się na jednym, nie na całej stawce), bez bezdyskusji potwierdza. Nie stawiam ja jednakowoż Kła ponad okresem środkowym, czy najbardziej obecnym, bowiem bez porządnego wkładu finansowego początki Lánthimosa są przede wszystkim (a może wyłącznie?) mocno kontrowersyjne tematycznie oraz równolegle prowokujące poprzez stosowanie eksperymentu społecznego, testującego dobry smak widza (poliż to) i sprawdzające czy intelektualne podszycie tegoż, jest dla jego możliwości czytelne. Ja być może nie wszystkie sugestie odszyfrowałem, bądź trafnie przejrzałem, a prosta, standardowa w tym wypadku operatorska praca, jak i ascetyczna oprawa wizualna, nie pozwalała oddać naturalnie, pełnego wówczas wschodzącej gwiazdy potencjału. Dlatego ja spróbuję jednak uniknąć jednogłośnego wartościowania, choć to w tym wypadku nic złego (bez urazy Lalu :)) i dam do zrozumienia, że tak spoglądając inaczej, gdy kręcił w języku ojczystym, nie znaczy że robił to ani gorzej ani lepiej. Różnie, bowiem nie znaczy z miejsca gorzej, słabiej, a może jedynie z większymi czy mniejszymi możliwościami. Kieł nie wchodzi na poziom późniejszy pod względem aranżacji, choreografii ale jasno pokazuje, że od początku Grek slajduje na krawędzi i nie ma obawy się ześlizgnie i poturbuje. Podsuwał na starcie do autopsji, po rzetelnym, alergie wypierającym wstępnym obwąchaniu, kino które przymusza do potężnego ruszenia łbem, pozbawienia się moralnej tarczy zniesmaczenie potęgującej, wytężając przy okazji abstrakcyjnie ukierunkowaną wyobraźnię. Inaczej nie ma opcji, by prócz przepracowania opadu żuchwy poprzez okazanie szoku, więcej w tym EKSPERYMENCIE przyuważyć. A wierzę i widząc bez dodatkowych przesłon czuję, iż jest opcja że ślepia i łeb wychwycą smaczki, poziomy i przesłania szlachetne w obłędzie o totalnym poziomie porycia. Tak tak - serio. Tak sobie tą refleksje od początku do końca wyobraziłem, zaplanowałem i w klawiaturze wystukałem.

P.S. Czuję się teraz po wypaleniu z tym co powyżej, jak masło maślane lub jeszcze gorzej jak margaryna margarynowa i co najgorsze, nie czuję małego zażenowania, czy tym bardziej udręki wstydu, choć “polizałem” to co mi pod nos podstawiono, z mordką którą mi odruchowo wykrzywiało.

piątek, 17 lipca 2026

Following / Śledząc (1998) - Christopher Nolan

 

Na naszych ekranach, od kameralnie studyjnych po mega-hiper multipleksowe, debiutuje właśnie Nolana być może opus magnum (takie wieści ocenne płyną z zachodu), a w ramach prawdopodobnie podgrzania też wokół twórcy atmosfery, jeszcze dni kilka temu śmigał debiut jego - jak na szybciocha rozpoznałem, od lat u nas wcale, bądź co najwyżej trudno dostępny. Korzystając zatem z okazji, poświęciłem jeden z wieczór i co następuje, mam kluczowy wniosek własny, iż Nolan przeszedł cholera prawie trzydziestoletnią drogę, od startu do wciąż przecież jeszcze nie mety (typ ma dopiero 55 wiosen), co oznacza w jego przypadku dryf od kina autorskiego, do gigantycznych produkcji blockbusterami nazywanych, a ja doceniając awanse w hierarchii, bardziej chyba obecnie kminie Nolana sprzed lat, niż współczesnego. Oppenheimer fakt potężny i widowiskowy, tak jak wszystkie spod jego łap superprodukcje, lecz w tej sekundzie mojej sympatii do kina, to ja poproszę więcej treści, a mniej postprodukcji i takich tam akcji pod tytułem „wy E biemy taki epos trzygodzinny, że widz z uśmiechem Jokera wypełznie z kina, ilością plus jakością przemielony. Odyseja więc Odyseją, a Following na tapecie i korzystając z fragmentów ostatnio w przestrzeni internetowej propsowanej, pięćdziesięciopięciolatka biografii/monografii filmowej chcę dopisać, iż Following korzysta z sytuacji z życia prywatnego Nolana, ale nie jest oczywiście ono wprost podstawą dla scenariusza. To incydent, może incydenty wplecione w fabułę, rozpisaną autorsko przez reżysera, na tej samej maszynie, która w filmie jest rekwizytem. Czerpiąc z finansowego źródła, którym premia dla Krzysztofa za dorywczą bodaj pracę jako operatora kamery, bezskutecznie zabiegając o wsparcie dofinansowania od w założeniu szczodrych dla artystów podmiotów/instytucji, kręcił Following długo. Cały proces był żmudny i spotykał się z oporami nie tylko materii nieożywionej, a jak donosi rzeczone opracowanie książkowe, inspiracją dla pociętej chronologii były prace oczywiście mistrza zza oceanu w osobie Tarantino. Powstały tym samym trzy różne osie czasu, a z porozrzucanych puzzli montaż skleił bardzo intrygującą opowieść, wizualnie nawiązującą do najbardziej szlachetnych wzorców kina noire - jednako osadzonego współcześnie. Struktura narracyjna w niej przypomina matrioszkę, stanowiąc przykrywkę dla kilku zwrotów akcji, które następują w ostatnich dwudziestu minutach filmu i wybuchają jak granaty, powodując reakcję łańcuchową - to parafraza cytatu z Nolana. Natomiast odniesienia do stylistyki noire, powiązane są z przekonaniem, iż cała istota estetyki noir, związana jest z tym, że powinna przemawiać do lęków i neuroz, a tu tak się dzieje – wystarczy he he „pół-przeklejania”. :) Chciałem tylko tym sposobem donieść, że mimo iż Nolan nie jest dla mnie tak wielki, jak wielkim się go uważa, to lukając w opracowanie o nim i jego filmografii, złapałem się raz na ciekawość, dwa na formę, więc raczej szybciej niż później ogarnę całość, a Following sam spostrzegam jako kino niezależne najbardziej wysokich standardów. Lekko perwersyjny, zaspokajający wbrew przeszkód potrzebę przykład, obrazujący jak błyskotliwość, pasja, upór i rzemieślnicza praca zamienia się w dzieło ponadczasowe. O czym jeszcze bardziej się przekonamy (jak nam będzie jeszcze dane), gdy Odyseja z całym swoim rozmachem narzędzi i technik się zestarzeje, a Following wbrew przeciwnie, jak wino wciąż dojrzewać będzie. To jest właśnie ta prawdziwa moc dobrego kina. Szach i mat! :)

P.S. W takim razie proszę się teraz (tuż tuż) spodziewać, na moje Memento oddanie sprawiedliwości.

czwartek, 16 lipca 2026

The Invite / Zaproszenie (2026) - Olivia Wilde



Tym razem Lalu i TKPC zgodni - w całej rozciągłości złożonego problemu bez jednej rozjechanej opinii. :) Dlatego podpisując się pod każdym słowem parafrazująco-cytuję nieomal wprost, iż zaproszeń w „Zaproszeniu" mamy wiele - zaproszenie do stołu, do rozmowy, do tańca, do łóżka. Jest w czym wybierać, jest się czym częstować i do czego też w ostatnich latach całkiem bogatych w podobne tragifarsy porównywać. Rzeź i Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, to naturalne główne tropy, ale jakby nie sympatyzować i cenić wymienione, to sorry Romanie, sorry Paolo, Oliwka odrobiła lekcje i jeszcze dosmaczyła swoje spojrzenie błyskotliwością level (ponad Wasz) master i takim heheszkowo i filozoficznie kunsztownym wyrzutem dopamino-adrenaliny, w kontekście kosmatych myśli, że nawet kwestie kontrowersyjne, otwarcie mogły być w kinie, przez niejednego „a fe!, jak to tak, ej, dajcie spokój!” przemlaskane. Sprawił to w zaczynie oczywiście literacki fundament, bodaj o pochodzeniu browadway’owskim (tylko domniemam w temacie), ale bezdyskusyjnie dopieścił zaskakujący ponad oczekiwania kunszt reżyserski Oliwki oraz niesamowita aktorsko dominacja każdej z postaci - dominacja w dokładnie wyznaczonej strefie, by ścierając przekonania, konfrontując zachowania, nie wchodzić sobie ambicjonalnie w paradę. Korków od szampanów celebrujących sukces huk zatem słychać! Dąsami i grymasami czarująca KRÓLOWA na ustach podnieconej krytyki, a zaraz w jej tle, ale nie w roli statystów, tak Penelopka, za wszystko i za rzecz jasna seksapil wyeksponowany oraz jeden i drugi Pan AKTOR. Niższy, grubszy, bardziej rubaszny za stu procentową skuteczność w wywoływaniu salw śmiechu (duet z Oliwką, o ho ho ho ho!) i wyższy, chudszy, a za fakt że mimo, iż jest warsztatowo bardziej jednofazowo mdławy, to w tym gronie ideolo dopełniający przestrzeni komediowym vibem powściągliwy - sam chyba bawiąc się podczas kręcenia setnie, gdyż (oddaje wszystkie swoje dzisiejsze kamyczki orzechowe), gość w środku eksplodował śmiechem co rusz i tylko poliki mu wibrowały. Rzecz wprost naj naj i naj w swoim segmencie! Wielowarstwowa fabularnie, genialnie eskalująca od naiwnej komedii do pełnokrwistego dramatu. Celna analitycznie, ciekawie skonstruowana w formule akcja-reakcja farsa, z doskonale zszytych i skrojonych emocjonalnie komponentów postaci, z nieoczywistymi dialogami, w których tyle samo szybkostrzelnego efekciarstwa, jak uroku i głębi. Finalizując nawijkę, pod przykrywką śmichów-chichów, rasowy kryzysowy dramat, od słowa do słowa, od czynu do czynu, zataczający piekielny krąg wzajemnych oczekiwań, pretensji, zawodów i marzeń. Napięcia w nim w brud, wyhamowań ile należy. Przesadzając już z słów ilością, ostro cięte, błyskotliwie przekorne i bardzo praktycznie intelektualne sąsiadów spotkanie, a dla widza wkręcenie szczwane w swego rodzaju oczyszczający seans, będący komediodramatycznym studium związku, relacji, małżeństwa, bliskości i rozpadu. Warto było przyjąć takie zaproszenie, bowiem ono jest bardzo ekscytującą, zwyczajnie-niezwyczajną, ironicznie wycacaną (zawsze lofciam), dla pokolenia 30-50, z lustrem ROZRYWKĄ.

środa, 15 lipca 2026

Grzyby (2023) - Paweł Borowski

 

Jak coś w rodzaju legendy, tudzież klechdy niesie, kiedyś gdzieś w lesie. W lesie tajemnicza zagubiona para i stara grzybiarka z okolic. Ja akurat bardzo szanuje las, gdy poczuję entuzjazm uciekam w las, kochając zapach lasu - więc się na włóczęgę w okoliczności leśne z przyjemnością wybrałem. Pomalutku, ostrożny kroczek za ostrożnym kroczkiem w towarzystwie zagadkowych postaci, słuchając nieco kwadratowych, a w założeniu zapewne naturalistycznych dialogów i wyczuwając że do jakiegoś twistu zmierzamy. Niby takie nic, a jednak coś - nagromadzenie drobiazgów i minimalistyczne, momentami półprofesjonalne aktorstwo. Z kamerą po lesie, niepokojąca historia mnie niosła, jednak za cholerę nie kumałem co co i jak to? Do finału nie kumałem, który to zaledwie dwu-trzyminutowy, opad szczeny zastygły zafundował i pozostawił z mocnym rezonowaniem na długą chwilę - w kontekście o jakim polecam się samemu przekonać. To się faktycznie (jak oznajmiają dopiski po wszystkim) mogło wydarzyć, ale nie wiemy czy się wydarzyło.

P.S. Dodam że jest tu kilka kwestii, których nie mogę rozgryźć i na pewno coś mi umknęło. Może pogrzebię, może jeszcze raz sobie zaaplikuję, to mi się rozjaśni/wyjaśni.

wtorek, 14 lipca 2026

The Veils - Fragile World (2026)

 


Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils. 

P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

The Choral / Chórzyści (2025) - Nicholas Hytner

 

Raczej ospałe, może flegmatyczne, w klasycznej gatunkowe konwencji kino, typowe dla brytyjskiego, pamiętnie archaicznie szlachetnego charakteru, gdzie wiążą się nostalgia i sentymentalizm, z mądrym przepracowywaniem bólu, lęku i innych emocji oraz szczyptą zdrowego, wyrafinowanego poczucia humoru. Z powściągliwym z zasady Ralphem Fiennesem w roli głównej, który w jaką estetykę nie zostałby wpasowany, zawsze trafia w punkt, bowiem posiada intuicję i dopieszczoną doświadczeniem wprawę aktorską, a jeśli już gra, to gra bez sztucznej szarży, robiąc i tak wrażenie piorunujące. W tym przypadku nie ma mowy, by rozwinął aż tak ekscytująco skrzydła, ale idealnie oddał wachlarz subtelnych emocji, skrytych za ochronnym dystyngowanym emocjonalnym uniformem. Podobała mi się postać jego, ale szanuję także w jaki sposób przybliżona zostaje trudna wojenna (I Wojna Światowa) historia i różne postawy, nie poddawane mądrze na szczęście, pro patriotycznej ocenie. Kryje się w tym co zobaczyłem i usłyszałem dołujący smutek bezsilności, oddziałuje bezradność wobec druzgocącej siły potworności wojennej rzeczywistości. To seans wiążący być może dwie skrajności, bowiem tak w sferze wyrażającej uczucia i przekonania w przemowie do widza, jest taktowny ludzki pierwiastek i ludzko niekonsekwentna momentami bezceremonialność. Bez względu na małe koncepcyjne w scenariuszu pęknięcia i efekt finalny jaki nie sprawi aby przebił się do pamięci długotrwałej, mnie potrafił jednocześnie zainspirować do ważnych także dzisiaj, tu i teraz obok refleksji, jak też przytłoczyć tą przyciężkawie jednak zaaranżowaną konfrontacją śmiertelnej powagi, z formą obyczajowej tragikomedii. Czerpie z tematyki złożonej, ale w zasadzie jest prosty, bo struktura z założenia całkiem lekka, ale zawartość treściwie, mocno obciążająca. Kameralny i wymagający uważności obraz, z pacyfistycznym dnem, o tym przede wszystkim, że “życie bywa gówniane, więc proszę śpiewać”.

niedziela, 12 lipca 2026

Tramhaus - The First Exit (2024)

 

Był czas odrodzenia retro rocka, klimatów szczególnych na przełomie lat sześćdziesiątych i w dalszej wówczas perspektywie jeszcze całkiem długo siedemdziesiątych i jest czas odrodzenia punka, pod oczywiście gatunkowym szyldem dzisiejszym post post (he he) punkowym, którego renesans pokrywa się ze znakomitym też czasem dla młodych w zimnej fali się pluskających. Zasuwają więc trendy odhaczając kolejne dziesięciolatki i ja już nie mogę się doczekać (być może już czuć cos w powietrzu), że klimaty okołorockowe i metalowe przykładowo spod znaku Roadruuner Records, już wkrótce trysną świetnymi smarkatymi bandami, mocno sceną z mojej młodości zainspirowani. Póki co przechodzę jeszcze kolejny etap zachłystywania się tym, czego gdy byłem smarkaczem, z oczywistych powodów jeszcze świadomie odpowiednio nie miałem szansy przyswajać. Poznaję kolejne znakomite ekipy i Tramhaus jest jedna z tych, które zakładam, nawet jeśli moda przeminie, nadal karmić mnie będą kapitalnymi numerami, z systematycznie wydawanych i za każdym razem oferujących w coś ciekawie dosmaczającego ich styl numerami. To moja wizja racjonalna przyszłości, bo podobnie mam bowiem z retro rockowymi perełkami, jakie przetrwały i dzisiaj często potrafią nagrać materiały jeszcze lepsze, niż wtedy, gdy wstrzeliwały się w nowe przyjście w chwale własnej, a zarazem klasycznej stylistyki. Na Tramhaus trafiwszy dzięki algorytmom Youtube'a (kilka kawałków i obrazków do nich prze(ch)zajebistych), natychmiast wbiłem w notkę biograficzną i tak na uszach zawisł The First Exit i ja to piszę bum cyk cyk tak jak było, wystartował z animuszem (The Cause) jaki przyprawił mnie o zawrót głowy, gdy w samotności w czterech ścianach poddałem się ochocie na w rytm nutki tejże taneczne pływanie. Wspaniały to był moment i trzymał mnie do końca debiutanckiego longa, a jak już sobie popląsałem, to posadziłem zadek i zapisałem sobie co poniżej. Zapisałem między innymi, iż wokal typa przypomina mi sposób artykulacji gościa ze Squid, ale muzyka jest bardziej bezpośrednia, łatwiejsza, a przez to bardziej zdatna do czystej zabawy, mimo tego co skojarzeniowo skonfrontowanego usłyszałem na przykład w A Necessity, stąd w kolejnych fazach dopatrzyłem się poprzez dosłyszenie, iż jakby ktoś w Semiotics wpasował mruczanki mega przekozaka z Viagry Boys, to byłby to numer Szwedów plus Amerykanina - prawda? :) Nie powodują jednak owe rozpoznania, jakobym miał potrzebę napisać, że Tramhaus kopiuje tego czy tamtego, bo to nieprawda i Tramhaus jest bezwzględnie Panem własnej twórczości, a style może nieco się mieszają. To po prostu wysokiej jakości, kreatywna nuta tętniąca życiem, którą rzecz jasna można bez problemu definiować przez pryzmat ejtisowych wielkich gatunku, ale ja tego nie zrobię. Być może dlatego, że ja wielkich gatunku, gdy wielkimi byli nie słuchałem, bowiem lat miałem za mało, albo nie otaczało mnie środowisko starszego brata, w punku i zimnej fali po szyję tułów trzymającego. Taki los starszego rodzeństwa, że ono szlaki przeciera i ślepia młodszemu otwiera, stąd niewykluczone że ja mogłem też wpłynąć (choć jak jak wiem zaledwie przez moment :)) na to co do uszu siostra moja wciągała. Tak czy inaczej i ten tego... jak chcecie to czym jest Tramhaus sprawdźcie, albo w sumie mi wszystko jedno - ja znam, słucham i czekam z wypiekami na już zapowiadaną studyjną dwójkę. ZA-JE-BI-ŚCIE!

Drukuj