Poślizg konkretny w przypadku nowego albumu Wichcraft tutaj u mnie. Odstawiłem kompletnie bowiem projekt (kiedyś zespół, dzisiaj chyba bardziej indywidualny kaprys Magnusa Pelandera) - bez śledzenia, bez zainteresowania. Prawdę mówiąc byłem przekonany, iż stracił się on nie tylko z pola mojego widzenia, lecz przestał istnieć w ogóle. Okazuje się jednak, iż Magnus trwa i co ciekawe oraz przede wszystkim moja uwagę przyciągające, obecny krążek wraca do korzeni elektrycznych i co by o jego całościowej jakości nie napisać - trzeszczy i smrodzi przyjemnie najlepszymi starymi piecami. :) Witchcraft ponadto znowuż wydaje się jest drapieżnie okultystyczny, trochę po szwedzku, trochę po angielsku Pelander melodycznie recytuje co ma do powiedzenia. Ja nie kryje zaskoczenia na plus wyraźnego, gdyż nie byłem przecież (dałem już do zrozumienia) szalikowcem z poprzedniego albumu muzycznej koncepcji - patrz przekornie ochrzczony Black Metal. Znacznie bardziej szanuje powłóczyste riffowanie na fundamencie szorstkiego, organicznego brzmienia, gdzie prócz stonerowego przesterowania, pojawiają się zagrywki tak rodem z mniej skomplikowanego quasi jazzu czy jeszcze dla odmiany jakiegoś bardziej zapiaszczonego swingu or boogie. Nie przerzucam w takiej konstelacji także skrętów w stronę akustycznych nieco przyśpiewek folkowych, bo Witchcraft to też skojarzenia z przeszłością - podania, legendy i tym podobne. Kręci się zatem Idag u mnie całkiem sprawnie i szczególnie te numery z części angielskojęzycznej, gdzie czuć ducha sabbathów (Irreligious Flamboyant Flame - tak tak, bardzo blisko archetypicznej ery Ozzy'ego), czy Electric Wizard (riff Spirit taki taki właśnie), one wzbudzają moją największą sympatię. Finalnie jednak jest w tym rodzaj bałaganu aranżerskiego, czy coś w stylu nieprzepracowania i niedopracowania, a tym samym braku precyzyjnego spasowania elementów wpływających na jakość formy, więc myślę iż na dłużej z Idag to się nie zaprzyjaźnię.
niedziela, 1 marca 2026
sobota, 28 lutego 2026
Pociąg (1959) - Jerzy Kawalerowicz
Wspaniała niedzisiejsza oprawa muzyczna Andrzeja Trzaskowskiego. Te brzmienia bardzo charakterystyczne i jednoznacznie z epoką rozchwianą pomiędzy narzuconym przywiązaniem do skostniałych schematów post socrealizmu, a wytęsknionym duchem europejskim się kojarzące oraz szeptany cudownie nostalgiczny temat przewodni. No i Cybulski i wiadomo, fatalne skojarzenie z wskakiwaniem do pociągu - te dwie cechy plus kultowy wjazd o słonecznym poranku na półwysep helski, jeszcze dziki, naturalny, z otwartym, pełnym widokiem na morze, pozostają w mojej świadomości i pozostawały od lat, od kiedy bardziej niż jako rozrywką kinem się zainteresowałem, na dobre też w kinematografię legendarną wkręcając. O zainteresowaniu, w kontekście płciowym, można by tak nieco humorystycznie, jak z pozoru w ogólności określić to cacuszko. On myśli że jest z nią, ale ona przed nim ucieka, więc on nie jest nią, a ona kimś innym jeszcze może być zainteresowana, ale nim innym też jeszcze jedna kobieta wydaje się być mocno zauroczona, bo ten z którym jest formalnie, nie wzbudza w niej tego czego by od mężczyzny oczekiwała. Technicznie, filmowanie wymagające w zatłoczonym pociągu. Filmowanie bardzo precyzyjne i montaż też doskonały. Film gatunkowo złożony, tak rozrywkowy, bardzo nowoczesny z kryminalnym wątkiem znienacka, jak i mocno ambitny humanistyczny (lincz nieomal, co on mówi o ludziach, o ich odreagowywaniu) thriller psychologiczny z nostalgicznym, melodramatycznym roztaczającym atmosferę niepokoju powiewem nad wszystkimi stylistycznymi składowymi. Ponadto nie trudno dostrzec nawiązań społecznych, gdzie sam pociąg i związane z zamożnością miejsca pasażerów (od wygodnych sypialek, przez zatłoczone przedziały, po koczowanie w przejściach) odzwierciedlają ówczesną hierarchię i stanowią interesujący do analizy portret społeczny. Moja częsta niechęć do uznawania prac ikonicznych sprzed wielu laty szeroko uznawanych za wspaniałe, pod wpływem takich perełek jest bezradna, bowiem Pociąg jest skonstruowany doskonale, genialnie warsztatowo wypracowany i oczywiście aktorsko posiada niezwykłego, romantycznego ducha.
piątek, 27 lutego 2026
Mean Streets / Ulice nędzy (1973) - Martin Scorsese
Sekwencja z napisami startowymi może robi niezłe wrażenie i udowadnia że Scorsese od samego początku miał pomysły i koncepcję wyróżniające jego styl. Niestety jeśli odrzucić nostalgię i sentymenty, to przecież słaba, mimo że jeden do jednego bliska realiom Małej Italii jest historia i intryga. Raczej niedopracowana w szczegółach, radosna, energiczna jak cholera improwizacja fabularna - dokumentowanie szarej, lecz nie monotonnej absolutnie codzienności drobnych rzezimieszków, kanciarzy z ambicjami. Czuć fragmentami tą właściwą żyłkę do klimatów gangsterskich, a scena w klubie go-go z czerwienią spadająca na postaci, to jak dobrze kojarzę wprost protoplasta dla ikonicznych restauracyjno-barowych wątków Chłopców z ferajny. Jednako całość nie trzepie, jest bardzo nierówna, czasem wręcz tylko półprofesjonalna. Trochę komiczne szarpaniny, bójki bez ikry - wprawki gatunkowe, stylistyczne po całości. Czuć że to debiut w tych klimatach, pierwsze poważniejsze kroki które nie mają startu do wszelkich już w pełni profesjonalnych dalszych działań Scorsese. Aktorstwo jednak jest dobre, nawet jeśli nieco przesadzone, przestylizowane uważam. Prócz wyrazistego, podobno debiutującego tutaj De Niro, Keitel od zaraz doskonały, drugi plan też w większości bardzo autentyczny i Nowy Jork surowo, uczciwie sportretowany, z lat swojej słabej kondycji moralnej i architektonicznej zasługuje na uwagę oraz w sumie przesłanie - jakiś brutalny morał końcowy, przestroga że pogardliwość w stosunku do niewłaściwych typów i krwawa akcja odwetowa za upokorzenie, kończy krótką karierę buńczucznego, impulsywnego idioty wirażki.
czwartek, 26 lutego 2026
The Majestic / Majestic (2001) - Frank Darabont
Darabonta (przypominam tego od ultra popularnych swego czasu i wciąż trzymających się w czubie hitów wszechczasów Skazanych na Shawshank i Złotej mili) bajeczka jakiej do tej pory obejrzeć nie zdołałem, a uczyniłem to jak widać teraz. Bajeczka, bo trudno inaczej określić fantazyjny scenariusz oraz też anturaż wizualny przepychem wyrazistych barw upstrzony. Bardzo faktycznie dopracowany, ale też pozbawiony nieco surowego autentyzmu, mimo że pozornie fragmentami przedmioty i dekoracje przybierają formę postarzałą. Ogólnie jednak atrybuty ilustracyjne są hollywoodzko nieznośnie dopieszczone i wymuskane, a nawet mam wrażenie że obróbka światłem faktur przypomina ingerencję branżowego programu komputerowego czy innego podobnego quasi ustrojstwa. Bajeczka też dlatego, iż pomysł oraz narracja taka wygładzona i nie zmienia tego też istotny udział prawdziwych mocnych akcentów, tak emocjonalnych jak i historyczno-politycznych. Nie jest to jednak zarzut tylko uwaga/spostrzeżenie, bo to taka konwencja stylistyczna i zapewne się sprawdziła, skoro widzowie ocenili ponad średnią znacznie wyżej. Rzewna i momentami dość płaska, a mimo to w tradycyjnie szlachetny sposób urocza sentymentalna podróż w kierunku klasycznego opowiadania o uniwersalnych wartościach i namiętnościach. Byli zapewne widzowie którzy beczeli, bo wrażliwość niejedno ma imię, a ta tutaj jak najbardziej w powszechny jej charakter precyzyjnie trafiająca. Ładne, ale bardzo poprawne i na koniec jeszcze z bardzo porządną porcją patosu oraz happy endem książkowym. Dałem radę znieść i nie napiszę aby trzymać się z daleka, bowiem trzeba tylko nastawić się na stylistykę poprawiającą przede wszystkim nastrój (bardzo umownie traktującą realia przez pryzmat fikcji), jak i sprawdzić zaskakująco dobrze obsadzonego Carrey'a, bo ta jego dramatyczność kreskówkowa, bardziej tutaj pasuje, od typowej dla innych specjalistów od „poważnych” aktorskich póz dramatyczności głęboko eksplorującej mroki. Tutaj trzymała z formą sztamę, będąc dramatycznością teatralnie powierzchowną, a zarazem taką wprost nastawioną na efekt westchnieniowy och i ach - bo to powtarzam rodzaj quasi baśni, a nie kino oczywiście dusznego realizmu.
środa, 25 lutego 2026
Drømmer / Sny o miłości (2024) - Dag Johan Haugerud
Technicznie standardowo schematyczny, jakby bardziej rozbudowany teatr telewizji akurat zagranicznej. Wiem że tu o treści chirurgicznej w założeniu autopsji poddawane nadrzędnie chodzi i o dyskusję wewnętrzną, monolog ze sobą i mnóstwa kontekstów w intelektualnej nader manierze PRZE-poprawnym psychologizmem współcześnie w wolnym świecie zachodniej Europy popularnym przepracowanie. O samotności, izolacji i dojrzewającym w młodym inteligentnym umyśle egocentrycznym doznaniu wyimaginowanej, bądź realnej (trudno orzec) miłości. O babińcu rodzinnym, reakcji najbliższych oraz braku odwagi i o paradoksalnie też odwadze ten intencyjnie dojrzały, o wysokiej zawartości podmiotowych wartości ale i być może przegadany quasi sceniczny dramacik obyczajowy, kręcący się w kółko wokół uczuć i przemyśleń na które być może szkoda aż tak skupionej uwagi i czasu. Bowiem to myślenie szlachetne u podstaw, jak na standardy ambicjonalne wysokie jest aż boleśnie chwilami płaskie, bez zdroworozsądkowego momentami szacunku dla osób których intymność jest poddawana opiniowaniu i rozumieniu. To materiał kontrowersyjny, aczkolwiek typowo zachodni – politycznie aż do mdłości poprawny i maksymalnie kozetkowy, ironicznie z zaskoczenia tą kozetkowość jako całość krytykujący (ostatnia dosadna scena u terapeuty). Mimo mankamentów produkcyjnych, ten powściągliwy warsztatowo spektakl swoisty w widzu otwartym domniemam rośnie i jak z początku pretensjonalnością naiwnie egzaltowaną bezpośredni racjonalizm rani, tak na koniec pomimo wszystko to co aktorsko takie sobie, ślad pozostawia. Nawet jeśli warsztatowo to tylko proste środki podporządkowane wzniosłej, niekoniecznie autentycznej deliberacji.
P.S. Nie znam pozostałych dwóch elementów trylogii, której częścią Sny o miłości są w sekwencji początkowych napisów określane, więc być może brakuje mi głębszego kontekstu by je odkryć należycie. Nie zmienia ten fakt jednak mojego przekonania, że jakim cudem Sny zostały na poprzednim Berlinale tak szczodrym uznaniem nagrodzone.
piątek, 20 lutego 2026
Ulver - Neverland (2025)
Po kilkunastu dniach roku 2026-ego trafiła mnie niezła zaskoczka (ja głupi myślałem wówczas, że największa w najbliższym czasie - losie, ty losie), która akurat w obrębie hobbystycznych zainteresowań, w odróżnieniu od tej następnej krytycznej się objawiła. Mam na myśli rzecz jasna spadająca znikąd na sam koniec jak się okazało mijającego roku muzyczną premierę. Kompletnie bowiem nowego materiału Ulvera się nie spodziewałem, dlatego że nie przypominam sobie abym na jakąkolwiek, gdziekolwiek wzmiankę o zapowiedzi natrafił, jak i jeszcze chwile wcześniej przecież wydany późną jesienią 2024 roku Liminal Animals rozkminiałem i rozkminiam go wciąż jeszcze często, gdyż uważam że stał się przez ten czas bodaj najlepszym według mnie materiałem z ostatniego okresu stylistycznego ekipy Rygga - nazwijmy do umownie synth-popowym. Nakręciłem się więc na nowość bardzo szybko i bardzo mocno, ale zrazu mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, bowiem jak zasięgnąłem internetowego języka, to się okazało, że fakt, album wydali znakomity, ale album instrumentalny. Doceniam, bo szanuję, uważam też że dobra muzyka nie potrzebuje wsparcia często wokalnego, ale też stwierdzam subiektywnie, że dobre wokale, dobrze zinterpretowane i położone dodają doskonałej warstwie instrumentalnej bardzo wiele, a gdy przesłuchałem Neverland to już donoszę, iż w tym przekonaniu się tylko utwierdziłem. Nie znam powodów z jakich w tym wypadku Ulver zrezygnował z głosu swego lidera (nie doczytałem), lecz w moim uznaniu, gdyby wzbogacić tą świetną nutę interpretacjami i intonacjami wokalnymi, to w swojej synth-popowej lidze mogłaby wskoczyć na poziom poprzedniczki. Jest jednak jak jest i pozostaje mi jedynie sobie wyobrażać jakby zabrzmiała w pełnym rynsztunku. Poczucie niedosytu mojego jest tym większe, że czuję iż w tych nowych kompozycjach istnieje przestrzeń do wokalnego zagospodarowania i nie czułbym mam mniemanie, że dodatkowy instrument w postaci ludzkiego głosu nazbyt zagęściłby struktury, przez co materiał robiłby wrażenie przesyconego. Jak widzę (rzucając tylko okiem na opinie) Neverland i jego forma kojarzona jest z czasem tuż przed i zaraz po milenijnym, gdy Ulver serwował fanom rozbudowane dzieła będące rodzajem ambitnie elektronicznych pejzaży - ambientowych złożonych ilustracji. Odnoszę jednak wrażenie, iż najnowszy krążek może pobudzać w taką stronę sentymenty, ale jedynie przez wzgląd na podkreślany charakter wyłącznie ograniczony do zastosowania określonych narzędzi, albowiem ja akurat w charakterze Neverland słyszę większe zbieżności z zasygnalizowanym Luminal Animals, który myślę z perspektywy dzisiaj płynnie wprowadzał w obecną małą ewolucję artystycznej formuły Ulvera. Tutaj jest ten sam kapitalny puls, żywe korzystanie z dynamicznie rozumianej rytmiki i pozbawienie elektronicznej faktury patosu, z jakim niewątpliwie w przypadku okresu około milenijnego pamiętam fan boy Ulver miał do czynienia. Neverland to znakomita płyta, ale dam do zrozumienia jasno, absolutnie nie radykalny nowy krok, tak samo jak materiał który uprę się równie dobrze mógłby być dopieszczony liniami wokalnymi i na pewno nic by nie stracił, a (uprę się ponownie) dostałby tym samym większy potencjał komercyjny. Piszę to wiedząc oczywiście, że Rygg z kolegami to totalnie świadomi artyści i zrobili co chcieli zrobić, gdyż czuli to co czuli i żadna odczuwalna niepełna satysfakcja moja, nie może mieć wpływu na ich dobre, po stworzeniu znakomitego materiału samopoczucie. :)
czwartek, 19 lutego 2026
En fanfare / Wysokie i niskie tony (2024) - Emmanuel Courcol
Los przewrotny, daje szansę i odbiera nadzieje na planów realizacje. Wybija z rytmu, ze strefy komfortu wyrzuca, stawiając przed człowiekiem zbyt trudne często wyzwania. Dźwigasz problem sam, bądź pomocą mogą służyć oddani przyjaciele i znajomi, a jeśli rodzina naturalnie daje radę, to dodatkowy, bezdyskusyjnie fundamentalny motor napędowy. Bohaterami pierwszoplanowymi „tonów” z krwi i kości postaci - bracia w bardzo wczesnym dzieciństwie rozdzieleni, o swoim istnieniu pojęcia nie mając, teraz się poznający, bowiem okoliczności dramatyczne ich ścieżki skrzyżowały i się okazało że różne ich losy oraz ich obrazy charakterów w odmiennych warunkach dorastania wytworzone, jedną wspólna cechę posiadają. W tle całkiem precyzyjnej narracji i jednocześnie jako sprężyna dla wydarzeń zaanonsowana dramatyczna iskra chorobowa oraz prócz społecznych tematów egzystencjalnych, kluczowa myślę dla uświadomienia sobie roli genetycznych predyspozycji, gdzieś głęboko u jednego skrywana i pielęgnowana zawodowa u drugiego CECHA - wrażliwość i pasja muzyczna. Lekko, zrazu mocniej ten francuski hit tamtejszy kinowy (2,5 miliona widzów) został udramatyzowany. Jako oczywisty i schematyczny go odebrałem, a mimo to można było się pokusić i może nawet bardzo polubić. Prawdę mówiąc spodziewałem się więcej, mocniej i intensywniej, ale gdy ponad oczekiwania postawić motywację z jaką został nakręcony i świadomość, że miał pozwolić poczuć się chyba lepiej, a nie wyłącznie przygnębiająco przeczołgać (przecież to w zasadzie komedia), to cieszę się że zobaczyłem. Obejrzy u nas pewnie garstka w porównaniu do hajpu w miejscu powstania i zapewne z przypadku przeczesując platformy streamingowe, bo w kinach zaistniał na krótko i tylko wybranych, jak kojarzę. Być może więcej fanów kina w miarę łatwo przyswajalnego zobaczy w przyjaznej weekendowej porze, poobiadowego na kanapie zalegania. Zmierzy się wówczas z nieco cierpkim poczuciem humoru i szczególnie na kwadrans przed końcem ciężkimi emocjami. Łezka się cholera też ze wzruszenia zakręci w ostatniej, z zamiarem jasne, ale nie perfidnie ku takiemu poruszaniu scenie przygotowanej.
środa, 18 lutego 2026
Jules (2023) - Marc Turtletaub
Starość jest w nadziei na długie życie celem i z drugiej manieczki gigantycznym lękiem przed długotrwałym przeciąganiu końca wszystkiego. Może być oczekiwaniem na wyhamowanie z codziennego biegu, ale i zarazem totalnie paraliżującą obawą przed odstawieniem człowieka w kąt - by sobie tam w „komforcie” snujących się dni i czasu dla siebie, na nieuchronny kres cierpliwie czekał. Sędziwy stan jawi się więc jako pełen sprzeczności i niby by się chciało tegoż doświadczyć, jeśli fart pozwoli i gdzieś po drodze człowiek nie zniknie z dnia na dzień nagle, bądź co gorsza w fizycznych i psychicznych cierpieniach choroby dech tracąc. Jak i może lepiej by było uniknąć jego, tym bardziej jakiegoś monotonnie nijakiego, tudzież miast możliwość jeszcze odrobinę czerpania z życia bezradnie dźwigając dokuczliwe dolegliwości, męczyć się w stanie zaawansowanie seniorskim niemożliwie. On po prostu podstępny, niebezpieczny, potrafi zapewne zaskoczyć i zmartwić, ale i ona, starość ta teoretycznie spokojna, bo świadoma, dojrzała i na swój sposób racjonalna, zebrawszy doświadczenia i przepracowawszy je, racjonalnie i zbawiennie klamrę naturalną oferując podsumowująca, fajna na swój "masochistyczny" sposób. Nie wiem czy będzie mi dana i jaka - zastanawiałem się, gdy pod wpływem jednej rekomendacji sprawdzić mi się zdarzyło mały oraz bez sprzeczności smutno-optymistyczny film wiszący na Netflixie. Prosty, bez pretensji wielkich ambicjonalnych, a mądry, uroczy bo wrażliwy -empatyczny. Po raczej taniości, ze słabościami realizacyjnymi, oczywistymi sytuacjami i groteską (sporo było dziwaczności w nim), ale przede wszystkim bez skomplikowanego do przesłania klucza. Wprost z poczuciem odjechanego i świadomego humoru o starości i samotności, z mocną obsadą weteranów. Z wnioskami dodającymi finalnie otuchy i siedmioma kocimi truchłami, zniebieszczonym łbem ufoka oraz sentymentem myślę do klasycznego Kapuśniaczku z Louisem de Funèsem.







