Szczególna sytuacja kiedy idziesz do kina, w ciemno raczej po plakatu wstępnej interpretacji przewidując coś w rodzaju retro kina sensacyjnego, bądź soczystego dramatu, a trafiasz na totalnie zaskakującą hybrydę wielogatunkową, w której w połowie następuje wyhamowanie nagłe, zwrot i aktor który do tej pory ciągnął całą historie charyzmą własną i odgrywanej postaci po prostu znika - niemal rozpływając się w powietrzu odchodząc do aniołków, ale tak silnie rezonuje na dalszy rozwój wątków, że nawet po wyparowaniu i zmianie środka ciężkości gatunkowej, jego obecność jest odczuwalna. Donoszę tajemniczo, trochę bardziej niż trochę spojlerując, ale nie przewiduję aby kulminacyjna zdrada fabuły powodowała u kogokolwiek kto najpierw zasięgnie tu języka, a później obejrzy film Andrew Pattersona odczucie rozczarowania. Bowiem fabuła jest tak skonstruowana, iż dramatyczno-sensacyjne oblicze przełomu tego niezwykle ludzkiego, wrażliwego w sposób elementarny obrazu, nie stanowi jego sedna. Więcej w nim płaszczyzny czułej niż surowej, a obie zostają z wyczuciem oryginalności otulone folk-country-bluesową (tak, to fachowo bluegrass) warstwą muzyczną w postaci tak stałego tła towarzyszącego interakcjom i dialogom (ten południowy redneckowy akcent), jak i między innymi plumkającego banjo czy innej mandoliny oraz przeplatania rytmu muzycznymi „performansami” w warunkach okoliczności amerykańskiej wsi sielskiej, ale i brutalnie surowej. Jest zatem pozytywnie i dla równowagi smutno, a wszystko co się wydarza kręci się wokół związku człowieka żyjącego i napędzanego prawdziwym wspólnotowym życiem, z przyrodą, a uporządkowanym dokładnie światem pszczół – wzorców życia społecznego. Zapamiętana zostanie na pewno poetycka scena przyciągania czułym spokojem i zrzucania z ramienia roju przez kapitalnego tutaj, urzekająco autentycznego, ze wspaniałą aurą roztaczaną Matthew McConaughey'a, czy ta finałowa cudownie alegorycznie określająca wartość lojalnego, z zasadami człowieka w kontakcie z potencjalnym zagrożeniem ze strony natury. Sama sekwencja z napisami początkowym robi już spory apetyt na nasycenie się doskonałym kinem, korzystającym z wielu inspiracji, ale osobliwie jak się okaże odnajdującym się w estetyce kina autorskiego – wymykając się łatwemu szufladkowaniu. Do końca z łatwością utrzymując moje zainteresowanie, bowiem trudno z sercem pod zbroją wrażliwym, nie dać się przekonać pozytywnemu tripowi w poszukiwaniu najbardziej wonnego nektaru życia dla samej przyjemności aktywnego, pracowitego i satysfakcjonującego istnienia. Tripowi w dość dynamicznym tempie, gdyż narracja opowiadając tak pozytywnie jak na smutno, wspomnianym bluegrassem podkręca rytm, a film może kojarzyć się z gigantycznym rozmiarami teledyskiem przerywanym scenami gadanymi, jakie wraz z każdym elementem składowym przybliżają jego wydźwięk przesłania, ku osobliwemu quasi moralitetowi.
P.S. Wyróżniłem Matthew, ale też na odpowiednią dawkę komplementów zasługuje cała obsada i pojawiający się w doskonałej formie w drugiej połowie, mega doświadczony hollywoodzki filmów akcji weteran w osobie Kurta Russella.








.jpg)





