sobota, 16 maja 2026

The Cure - Pornography (1982)

 

Kilka "nie wiem" i paradoksalnie w kontrze w post scriptum "wiem" w tym tekście się pojawi, bowiem nie wiem wciąż czy mogę siebie nazywać chociaż częściowo i umownie fan boyem The Cure i wiąże się z tym brak pewności w odczuciach i osądach. Wahania we mnie kolosalna ilość i nie wiem na przykład czy bardziej cenię Disintegration czy Pornography, a może miałbym pośród albumów ekipy Robercika jeszcze bardziej lubiany, gdybym znał coś więcej niż tylko odrobinę powyżej fundamentalnego standardu. Nie wiem dlaczego przez wiele lat kręciłem się wokół tejże dyskografii i dopiero dekadę lub odrobinę później, zaciągnąłem się krążkami które mogę bez problemu policzyć na palcach jednej dłoni. Nie wiem też zbyt wiele naturalnie o szczegółach i kontekstach sytuacji w jakiej powstawało Pornography i wiedzę czerpię od tych którzy tak ówcześnie jak i może w dalszej perspektywie zdobyli szersze postrzeganie zawartości czwartego longa, tych najjaśniej chyba świecących prekursorów nowej fali i kilku odmian stylistycznych powiązanych. W Wikipedii bowiem obok NEW WAVE jak byk stoi, że ta nuta to pop-rock, rock alternatywny, pop alternatywny, indie rock, rock gotycki, post-punk, dance-rock i cokolwiek to znaczy college rock. :) Sporo sporo, ale zawężając stylistykę na potrzebę recko-refleksji czwórki, to ja swoim uchem osłuchującym się wciąż na bieżąco i z materiałami z przeszłości elektronicznie-rockowej nuty, dosłuchuje się tutaj wyłącznie syntezatorowo, basowo-perkusyjnej psychodelii owiewanej cierpiącym głosem lidera. Robercik nie był w tym czasie w najlepszym jak donoszą źródła stanie. Płakał na scenie, przeżywał załamanie nerwowe, pogrążając się w depresji, co odbijało się na atmosferze w grupie. Alko i narkotyki robiły swoje - demony przywołując, drenując mroczną podświadomość. Spięcia między muzykami były codziennością pracy nad Pornography i klimat ten odkładał się niczym ponury cień na finalnym efekcie. Co jednak w tej mrocznej opowieści pozytywne, to charakter emocjonalny sesji spowodował, iż powstał jednoznacznie jakościowo album kapitalnie wieńczący pierwszą fazę działalności zespołu, oceniany jednogłośnie jako jedno z najlepszych osiągnięć epoki. Zapewne sukces zahamował być może ostateczne tendencje rozpadowe, choć jak doczytałem, kolejna płyta nie spełniła oczekiwań, ani nie wznosząc się na poziom opisywanej, ani nawet nie dopasowując się do niej stylistycznie. Ta zimna, duszno-klaustrofobiczna poświata się straciła, a starcia osobowości, pesymizm i melancholia konstytuująca Pornography podczas komponowania, tym razem nie mogły mieć wpływu, bo i Robercik sam napisał większość materiału - świadomie kierując go w lżejsze, banalnie jałowe popowo piosenkowe rejony. Nie dziwi więc, że fani utożsamiający się z nostalgicznymi instrumentów westchnieniami, egzaltowanymi wokalami i przykrymi emocjami ją odrzucili, jako produkt bez rezonującej historii. Rozumiem ich, bo wiem jak bardzo dobrze (paradoks takich mroków) Pornography robi mi minimalistycznym chłodem, mechanicznym rytmem, idealnym współbrzmieniem basu i perkusji, gdzie dudnią zarazem maszynowa precyzja i otulający pogłos. Może i nie łączy mnie sentyment, ale na ile to możliwe silnie mnie Pornography angażuje i rzutuje na samopoczucie, rezonując z moim ja tu i teraz.  

P.S. U góry "nie wiem" a u dołu "wiem", bo domyślam się jednak co nieco, gdyż miałem na to mnóstwo czasu by wewnątrz bańki swojej, szeptem odpowiadać sobie na pytanie dlaczego. Wiem że nie miałem starszego rodzeństwa, które by mnie wkręcało i wiem, iż świadomie zaczynając słuchać muzyki, to wychodziłem z bardziej gitarowego stuffu (grunge, potem metal, a jeszcze wcześniej punk i punk rock) i wiem dodatkowo jak trendy powracają i że ostatnie lata, to renesans brzmień ejtisowych i tym samy dla mnie sprężyna do przeszłości, gdy dzisiaj wielu podobne nuty w najwyższej jakości komponuje, ubogacając je po swojemu i mnie z tą na poły mainstreamową modą w ostatnich latach bardzo po drodze. 

piątek, 15 maja 2026

Los domingos / Niedziele (2025) - Alauda Ruiz de Azúa

 

Powołanie do służby Bogu, do klasztoru klauzulowego młodą dziewczynę głos wewnętrzny wzywający. Starsze, dojrzałe jak na swój wątły wiek, lecz jeszcze w zasadzie dziecko, żyjące w dużej, trzypokoleniowej rodzinie częściowo niewierzącej, bez tradycji większej do religii przywiązania. Ambicje uniwersyteckie, nadzieja pokładana przez bliskich i w kontrze decyzja za którą stoją trudne do uzasadnienia emocje, metafizyczne odczucia. Trzeba sobie wówczas zadać pytanie i sprawdzić czy za odczuwaną potrzebą stoi rzeczywista, świadoma i dojrzała, wiarygodna, nie wyłącznie odruchowa niezbędność, czy może na nią wpływ wywierają doświadczenia utraty matki w dzieciństwie, wysoka wrażliwość, potrzeba ucieczki, zaznania opieki, bezpieczeństwa we wspólnocie, bądź naturalnie przychodzące impulsy testujące, gdy mowa o poważnych zobowiązania - w nie w pełni dojrzałym wieku zwodzące zmienne, czynniki. Dylematy i rozważania, w duchu troski opowieść osadzona w kontekście różnych postaw, kierunków przekonań i spostrzegania obiektywnego obrazu przez subiektywne doświadczenia. Temat bardzo dokładnie przemyślany i sportretowany, pozbawiony zaburzającej obraz z góry obranej perspektywy światopoglądowej, jednowymiarowej i jednokierunkowej, bez rezygnacji jednako z zaangażowania - takie empatyczne i erudycyjne. Poważne traktowanie tematu, ale bez fanatyzmu i tym bardziej z drugiej strony ośmieszania, choć momentami z poczuciem humoru, świadomie w odmianie zachowującej szacunek. Niedziela nawet jeśli z tła prowokuje, to do przemyśleń wartościowych. Przesuwając się z argumentami to na jedną to na drugą stronę, nie podając widzowi żadnego wniosku czy tym bardziej nie narzucając rozwiązań. Każdy więc ma szansę dostrzec to co najważniejsze, po stonowanie starannej, cierpliwej analizie. Może to z gruntu smętne kino, kontemplacyjne i skromne, bez dramatycznych w scenariuszu skandali, nadużywania wysuniętych na pierwszy plan emocji, ale kino intensywnych troskliwych rozważań i jego walorem przynajmniej dla mnie kluczowym, jest dążenie do wspomnianej równowagi ideowej.

P.S. Radykałów trzymać z daleka, albo wręcz przeciwnie - podstępem betonom podrzucić, obserwować reakcje. :)

czwartek, 14 maja 2026

L'inconnu de la Grande Arche / Wielki Łuk (2025) - Stéphane Demoustier

 

Z pewnością nie jest tak bombastyczny w wybrzmiewaniu i wymowie jak The Brutalist i brakuje mu podobnego realizacyjnego rozmachu, jak i koncepcja artystyczna nie sięga poziomu tego co nakręcił Brady Corbet, ale tematycznie, gdyby odpędzić porównania techniczno-warsztatowe, obraz to zaiste o podobnej wizjonerskiej, ekscentrycznie-osobliwej, pełnej przede wszystkim pasji i determinacji w byciu upartym i w zgodzie ze sobą postawie. Może z racji skromniejszych aspiracji, środków zaangażowanych w stosunku do zasugerowanej konkurencji bardziej nikłych, nie jest siłą ograniczeń tak szczegółowo dopracowany i malarsko inspirująco ekscytująco opowiedziany, jak bardziej znany i doceniony, intensywniej zdobny i dorodny amerykański brat bliźniak, ale w teorii i praktyce oraz kategorii mniejszych form, z ascetyczną formalnie (podkreślam budżet mniej okazały) koncepcją, to naprawdę interesujące kino. Kino o człowieku osobnym, wielkim oryginale funkcjonującym gdzieś na granicy wybujałego ego, arogancji wręcz nieznośnej, bądź po prostu (z perspektywy respektu dla własnej myśli) radykalnej uczciwości wobec siebie. Z intelektualnym, teoretycznie przede wszystkim zafiksowanym, trudnym bezdyskusyjnie we współpracy charakterem, bowiem nie uznającym kompromisów w realizacji projektów będących jego dzieckiem. Biopic, zapis fabularny ostatnich lat życia duńskiego, bez większego, rozpoznawalnego dorobku architekta Johanna Otto von Spreckelsena, który wygrawszy rozpisany przez ówczesnego francuskiego Prezydenta konkurs, „stawia” w bólach mierzenia się z problematyczną materią techniczną i trafiając tak na przychylność władzy (mecenasem  François Mitterrand) i jednocześnie na opory polityczne (francuska prawica), na linii reprezentacyjnej Alei Paryża, charakterystyczny dzisiaj budynek nazwany Grande Arche de la Fraternité. Budynek idee, dzieło sztuki wizualnej, ale i kaprys, tak jego samego, jak i finansującego ten przerost formy nad treścią Mitterranda. Ekstrawagancji pochłaniającej astronomiczne kwoty, dowodu zarazem myślenia kategoriami estetyki, jak i będącego przedmiotem marnotrawstwa środków publicznych - którego formalnie, w dramatycznie osobistych okolicznościach ze względów wyżej wymienionych finalnie nie kończy, pozostawiając DZIEŁO swojego życia bez ojcowskiego nadzoru i pogodzenia się z sytuacją.

środa, 13 maja 2026

Heartburn / Zgaga (1986) - Mike Nichols

 

Opowieść małżeńska pary po doświadczeniach, w wieku średnim, gdzie on wchodzi w ten związek z porządnie udokumentowaną reputacją kobieciarza, a ona pod wpływem jego czaru tracąc zdrowy rozsądek, mimo że powinna być już względnie ostrożna w doborze pod wpływem emocji. ;) Po-spolerujmy niewinnie nieco, że zapoznanie, wesele i zaraz dzieciak, czyli życie płynie według uniwersalnych reguł i raczej też standardowo prowadzi do uczuciowego znużenia, znaczy ekscytacji wstępnej wypalenia. Czuć od początku, iż coś tu zacznie trzeszczeć, ścierać się i dochodzi do punktu kulminacyjnego, przełomu i wówczas „rozmemłane kluchy” małżeńskie przeradzają się w „rozmemłane kluchy” zmagań po raz drugi ciężarnej zdradzonej kobiety z codziennością. Rachel odchodzi, bo Mark wbił w przygodę z inną, ale to nie koniec i im dalej w las tym... no niestety mimo zakrętów bardzo przewidywalnie i „rozmemłanie kluskowato”. Obyczajowo poprawne, uprę się i powtórzę „rozmemłane kluchy”, z upragnionym wyczekiwaniem, że ta całkiem przyjemna sielanka się skończy i porządnie coś w końcu je-bnie. Wyczerpie się ona i on, bo rutynowe to i tamto - wiadomo jak to jest zazwyczaj. Niestety scenariusz nie przewidywał tutaj posiadania mocy konkretnie sprzedanej dramaturgii i bez ognia, schematycznie, w pociągu do tendencji w kierunku lajtowej nijakości zamiast rozgrzewać, powodował moją obojętność, bo to w założeniu bardziej niż z prawdziwego zdarzenia interakcyjna bomba, ckliwa i ospała, zdobna w niemal same mielizny, paplanina z happy endem. Może jednak tylko szczęśliwym zakończeniem częściowym, bowiem babeczki zdradzone często powracają, ale nigdy w pełni nie wybaczają, a to nie bardzo pomaga i faceta jednak przerasta i sypie się obustronnie (nie tropmy przez kogo bardziej) takie pozorne z poczucia winy i zranienia bez żarliwej motywacji naprawianie. Podsumowując, lubię od czasu do czasu ciepłe filmy, ale nie „rozgotowane kluchy”. Dzięki przyzwoitym ale nie na miarę gigantycznego talentu Meryl i Jacka kreacjom – z esencjonalnym dość więc nadzieniem, ale jednak ROZCIAPANE przez zbyt intensywnie długie gotowanie KLUCHY.

P.S. Jest Meryl i jest Jack, jak zauważam, ale najlepsza, będąca wisienką na tym zbyt mdłym torcie kreacja, to tej rudej bodaj około trzyletniej dziołszki, bo przemknięcie kilka razy przez ekran, po znajomości samego  Miloša Forman, jest raczej nietrafioną, wątpliwą tego tortu ozdobą.

wtorek, 12 maja 2026

Magic / Magia (1978) - Richard Attenborough

 

Świetna, wręcz fenomenalna, niewystarczająco znana jak mi się zdaje rola Hopkinsa. Doskonała warsztatowo, łącząca kapitalną synchronizację i koncentrację (aby być jednocześnie komikiem brzuchomówcą i magikiem-iluzjonistą) z komediową żyłką, w jak się okaże (ku memu zaskoczeniu) dramatycznej i zupełnie inaczej gatunkowo ewoluującej historii. Majstersztyk jak tra la la i ja się cholera dziwię że dopiero Lalu mi uświadomiła, takie coś znakomite jest do obejrzenia (o czym kontekstowo w post scriptum oryginalnie przeklejone) - sama dowiadując się kilka tygodni wcześniej bodaj, gdy szczerą do bólu autobiografię Hopkinsa przede mną przeczytać zdążyła. Kupił sir Anthony mnie na marginesie swoją podsumowującą życie, niepozbawioną goryczy i autoironii, a jednak w sumie ciepłą i oczywiście dojrzale intelektualną wypowiedzią literacką i przekonał podobnie w „starym kinie” sznytem stylistycznym, w punkt obsadą i scenariuszem na podstawie intrygującej, nabitej klasycznie grozą historią też sir Richard. Wciągający i sugestywnie jak cholera przejmująco-wstrząsający bowiem skrypt tenże, jaki nawet nie jest tu największym walorem, bo najjaśniej świeci jak od startu donoszę fascynując i przerażając zarazem, zaburzona postać Hopkinsa, która dodaje niesamowitego klimatu, zaliczając porażającą przemianę – może nieco inną merytorycznie, ale porównywalną jakościowo do tej Normana Bates’a, wiadomo że z Psychozy. Psychiczne zaburzenia zostały absorbująco zagrane na poziomie wiarygodności niezwykle wysokiej. Schizofrenia, rozczepienie osobowości, czy osobowość wielokrotnie sprytnie kamuflowana. Trochę nie wierzę, ale jest faktem dla mnie w tym momencie niezbitym, iż Attenborough jako aranżer sceny lepszy tutaj od samego Hitchcocka.

P.S. Magię napędza fenomenalny Hopkins, brawurowo odegraną rolą zaburzonego psychicznie magika brzuchomówcy. Niezwykle przekonujący, raczkujący jeszcze, ale jakże dojrzale, dr Hannibal Lecter, z nerwem, potem napięciem i wściekłym okiem. Niebezpiecznie poddany umysłowo swojej scenicznej lalce Fatsy, tworzy z nią pełen sprzeczności duet dwóch popaprańców, zamkniętych w ciele i psychice jednego. Klimatyczną atmosferę podkręca muzyka J. Goldsmitha, poruszając i odurzając drażliwymi i nadpobudliwymi dźwiękami.

środa, 6 maja 2026

Immolation - Descent (2026)

 

Przy poznawaniu i rozgryzaniu poprzez wgryzanie, w przypadku płyt Immolation sprawa jest zawsze szczególna. Rolę odgrywa kluczową, tak ostatnimi czasy wkręcenie (tak najbardziej od Atonement) oraz wciąż brak fanowskiego obeznania poprzez przekonanie się do przede wszystkim materiałów startowych, jak i każdego z tych późniejszych, od których odpychało mnie (miałem swego czasu na licencyjnych taśmach zestaw od trójki do siódemki) dewastujące brzmienie - ekstremalnie ciemne, duszne, produkcja gęsta i przymulona. Próbowałem ale poległem, za starych czasów nie osiągnąłem upragnionego uparcie punktu wejścia, gdyż prócz kwestii kręcenia gałkami nie złapałem ducha - do smoły i demoniczności ówczesnej nie dojrzałem. Nie zatrybiło i się tym samym nie tęskniło, więc jak już dzisiaj mam wiedzę, iż dwa pierwsze krążki podobno dysponowały większą selektywnością, to i tak nie znajduję na razie czasu aby odszukać i zweryfikować przekonania. Skupiam się na tym co współcześnie w wymiarze szerokiego wachlarza interesujących mnie stylistyk, a może bardziej poszczególnych ekip jakie bez względu na gatunkową przynależność uznaje za oryginalne i przez to fascynujące, a Immolation tak naprawdę poznając na nowo (od czasu uważam istotnie zmieniającego mój stosunek Atonement) - wpadając w łapska Nowojorczyków najczęściej przy okazji wydania nowego albumu. Zatem mam od kilku dni do dyspozycji Descent i staram się go ogarniać, tak z perspektywy pełnowymiarowego krążka, jak i oczekiwań jakie wzbudziły przed premierą promowane single. Przychodzi mi to podobnie łatwo i ciężko jak poprzednio, ale z przewagą przyciągającej ciekawości nad przytłaczającym rozmachem i dziwną, osobną ciężkością Immolation, pośród przedstawicieli amerykańskiej szkoły death metalu. Chcę prze to dać do zrozumienia, iż po raz kolejny czytelna, zbalansowana i zniuansowana produkcja stawia go pośród tych zestawów numerów, do których zabieram się bez balastu niechęci do kwestii studyjnej obróbki. Stąd badam Descent na przyjemnym lajcie, ale po wybrzmieniu ostatniej nuty, jak to zwykle czuję się zmasowanym atakiem wirtuozerii przeorany i potrzebuję odmiany, jakbym musiał po sesji przewietrzyć pomieszczenie, bowiem zrobiło się w nim nazbyt zawiesiście, by mój układ oddechowy zniósł kolejny seans łomotu, bez rozdzielenia ich czymś mniej wymagającym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w historii Immo było znacznie więcej uderzeń bardziej przytłaczających, ale ja jak donoszę mam bardziej ograniczone doświadczenie i głównie nowość odnoszę do dwóch ostatnich studyjnych rzeczy. Tym samym myślę, że bliżej Descent Acts of God, niż w pewnym sensie przyjaźniejszemu szaleńcom z doskoku korzystającym z uroków milenia death metalowego Atonement. Kolejny to przemyślany krok udoskonalający własny sposób młócenia lub z drugiej mańki, następny ruch łopatą aby okopać się na wcześniej zdobytym terenie, gdzie zespół zdążył obrosnąć kultem. Nie ma na co utyskiwać, bo wszystko tutaj w kategoriach "album Immolation" jak powinno gra (zajebiście gra - dudnienie przez które słychać cykanie, sekcja, riffy, szczątkowe, gustowne melodie, wreszcie popisy), lecz gdyby ktoś chciał poznać zdanie jedynie w 1/3 nie laika, to nie nagrali drugi raz z rzędu czegoś bardziej mnie hipnotyzującego od Atonement. 

P.S. Plus na korzyść 13 nad 12, że jest krócej, a przez to szybciej można doczekać się oddechu, po otwarciu okien. ;)

wtorek, 5 maja 2026

Crippled Black Phoenix - Sceaduhelm (2026)

 

Sytuacja wygląda mianowicie tak, że mam już przed sobą i kilka razy zdążyłem się przez niego przegryzać, nowy, mniej obfity album ekipy Justina Greavesa, a do rozczytania głębszego i wymierzenia maksymalnie subiektywnej jeśli będzie potrzeba takowo krytyki, pozostaje mi nadal album poprzedni, gigantyczny, przed czterema laty wydany. Wypadałoby podejść zasadniczo chronologicznie do wyzwania, ale Banefyre swego czasu po oględnym sprawdzeniu nie przytrzymał mnie jak widać na dłużej, więc porzucając zasady i nadal uciekając przed przytłaczającą czasowo potęgą dwupłytowca z roku 2022, zabieram się za bieżący materiał. Przyciągła mnie bowiem Sceaduhelm oprawą graficzną, kolorystycznie ascetyczną, ale i obrazkową stroną tego co w necie z nowej płyty grupa wizualnie promuje. To jasne nawiązanie do ilustracji z w międzyczasie wydanego krążka na okazję jubileuszu i jak dla mnie fajna kontynuacja tejże ciekawej koncepcji, więc skuszony chyba bardziej na pierwszym etapie plastycznie niżby muzycznie donoszę co poniżej. Donoszę twierdząc co następuje, że Sceaduhelm pomimo z pozoru piosenkowego charakteru należy wciągać z determinacją długo, aby pod bardziej niż dotychczas ograniczonej jednak stylistycznie powierzchnią dostrzec wciąż istotne w tej muzyce niuanse. Może mniej tutaj progresywnego, doom rockowego (tak to nazwę) zadęcia, a więcej skomasowanego rocka, lecz to nie są tylko zwięzłe pioseneczki, a całość poprzez sporą ilość dopuszczonej do udziału w dramaturgii narracyjnej samplowanej gadki, wciąż może być katalogowana jako epickie spostrzeganie dark rocka czy metalu. Jestem skłonny zarazem stwierdzić, że ten materiał jest w odróżnieniu od wcześniejszych bardziej efektywny niż efektowny, ale czuje również podczas wieczornych podróży przez ten nowy koncept, iż oferuje mi on znacznie więcej niż bym pomyślał po jednym czy dwóch odsłuchach. Jedzie tu szef projektu na klimacie wokalnym (szorstkość i tajemniczość, bodaj trójki głosów) i brzmieniach bliższych prostocie aranżacyjnej ejtisowej klasyki brytyjskiego rocka gotyckiego, ale o inspirowaniu się nimi wprost po całości raczej nie ma mowy. Moim zdaniem mocny bit perkusyjny i basowy trzon - on tylko motywacją dla fundamentu zacieśniającego obecny związek Crippled Black Phoenix z wymienioną sceną, gdzie toporne (czytaj ascetyczne :)) brzmienie i specyficzny sound, lokowany pomiędzy zimną sterylnością, a garażowym brudem, tworzą idealną symbiozę z dotychczasowym style CBP i wykorzystanymi tutaj filmowo samplowanymi monologami, dialogami i odgłosami. Uznaję, iż bardzo okej psychodelicznie gotycko rockowy album nagrali, który na koniec nieco przed finałowym, podniosłym, ośmiominutowym hymnem subtelnie zwalnia, jaki ma też tajemnicze oddziaływanie na psychikę, bez konieczności nawet wgryzania się w teksty - jak w moim przypadku na razie ma to jeszcze miejsce. 

poniedziałek, 4 maja 2026

The Assessment / Ewaluacja (2024) - Fleur Fortuné

 

Lalu mówi CIEKAWE, obejrzyj. Ja na to – OK, patrzę. Wziąłem bo raz rekomendacja (warto ufać z dobrym gustem bliźnim), dwa debiucisko (kto wie na co stać kierownika czy tym razem kierowniczkę zamieszania za pierwszym razem) i trzy, gdyż jak widzę Alicję z Göteborga (Alicia Vikander), to się zawsze rumienię. Zbierając i wciskając w system bazę danych – dzieci, granice, zasady! Dalej konsekwencje, systemowe wylanie dziecka z kąpielą, czyli typowe doświadczanie nadgorliwej przezorności od skrajności do skrajności. Prewencyjne testowanie sprawdzająco-przygotowujące do rodzica roli - jak sobie radzić by sobie poradzić eksperymentowanie. Bardzo ciekawa, szersza niż powyżej przeze mnie zasugerowana interpretacja. Interpretacja z perspektywy bliżej nieokreślonej przyszłości, dobra w sumie lekko futurystyczna lekcja pokory dla przyszłych mamuś i tatusiów, bowiem oprócz pułapki nadmiernej wyrozumiałości, czai się tu sugestia diagnozowania relacji między partnerami-kandydatami, ale i nadmierna kontrola aparatu państwowego - to akurat polityczna przestroga. Tylko że intuicji i wiedzy doświadczanej nie poddasz wiarygodnej kontroli w inscenizowanych, laboratoryjnych warunkach, bo za dużo zmiennych, drobiazgów nieświadomie lub świadomie pominiesz i emocji nie wystawisz na naturalne czynniki weryfikujące. Prowokujące to mimo to i owo było doświadczenie, warte obejrzenia bowiem zgadzam się że INTRYGUJĄCE, a aktorsko i pod względem oprawy przyjemne wizualnie oraz bardzo sprawnie zrealizowane - dobry bardzo debiucik. Tylko gdyby się nieco czepiać, trochę też takie ślizganie się po głównym temacie i odbijanie się od narzuconych sobie ram formy, a poza tym jednak to nie napawająca zbytnim optymizmem wizja niedalekiej przyszłości, po uznanej już chyba w pewnych środowiskach za nieuniknioną katastrofie klimatycznej. Wizja też mało etyczna - słusznie zatem w niedosłowny sposób w scenariuszu czuję skrytykowana.

Drukuj