środa, 24 lutego 2021

Amorphis - Elegy (1996)

 


Uprzejmie donoszę że sprzeciw wnoszę co do miejsca w którym obecne wcielenie stylistyczne Amorphis zakotwiczyło i nie zmienią tego przekonania nawet te sporadyczne sytuacje, kiedy nośny potencjał dzisiejszych przebojów grupy na moment moją rozszarpywaną kulturalnym dobrostanem uwagę przyciągnie - po czym błyskawicznie tracę jednak zainteresowanie tym co jeszcze przed chwilą całkiem cieszyło. Raz że bez względu na pełny profesjonalizm z jakim Finowie podchodzą do własnej misji krzewienia ojczystej kultury stał się zwyczajnie nudny, dwa że właśnie pisanie albumów odbijanych jakby od sztancy nie stanowi nawet w najmniejszy sposób atrakcji, kiedy wokoło sporo nuty świeższej i znacząco bardziej intrygującej. Przyznaję że mam oczywiście swoich "amorphisowych" faworytów z czasów wokalnego zaangażowania obecnego frontmana, ale są to pojedyncze krążki lub nawet kompozycje. Kiedy jednak idę w Amorphis to w towarzystwie przede wszystkim albumów z końca najtisów i przełomu wieków, a do Elegy to już mam wówczas stosunek mimo że przerywany, to w tych momentach intymności niezwykle bliski. W pamięci siedzą konkretne wydarzenia i sytuacje powiązane z towarzyszeniem mi podczas ówczesnej, dalekiej już potwornie ówczesności. Walkman i taśma z Elegy wszędzie tam gdzie szedłem lub biegłem. Elegy na śniadanie, po obiedzie i przez połowę wieczora. Na zmianę z równie cenionym lecz o sznycie brutalniejszym Tales from the Thousand Lakes. Elegy wydana dwa lata po powyżej przywołanym robiła wrażenie płyty cholernie odważnej, bowiem już bez większych sentymentów przerzucającej nazwę grupy ze stylistyki death metalowej do miejsca które mogło wynieść zespół na zdecydowanie wyższą orbitę rozpoznawalności, lub tracąc przychylność mocno przywiązanego do gatunkowych formuł środowiska death metalowego, skazać Finów na niebyt. Z obecnej perspektywy nic strasznego się jednak nie wydarzyło, a Ci co odpadli zostali zastąpieni tymi co się zainteresowali. Muzyka też mimo przeobrażenia nie wydaje się aż tak radykalnie różna i tylko boli że nic więcej w zasadzie po tym przełomie w obrębie charakterystyki dźwięków ekipa z Helsinek nie wymyśliła. Elegy jest więc zasadniczo początkiem końca przyciągającej uwagę ewolucji, a mogła być jak myślę dużo bardziej inspirująca, a nie tylko stabilizująca. Jej siła tkwiła wówczas w artystycznej nieoczywistości, bez względu na korzystanie z folkowych inklinacji, które po prawdzie mogło i może nawet zostało uznane za dość banalne. Jej moc była bowiem na tyle brutalnym brzmieniem podszyta, ze te wszystkie klawiszowe tła jej nazbyt nie rozmywały. Klimat tym samym uzyskany wciągał, a aranżacje pobudzały. To co dzisiaj nagrywają, a co wprost wywodzi się ze ścieżki na którą w owym czasie wkroczyli, tylko produkcyjną mocą i sznytem refrenowym pobudza. Poza tym jest wydmuszką niestety.

P.S. A gdyby... gdyby zamiast w potęgę brzmienia uciekli w potęgę aranżacji i rozwinęli rockowy model z Tuoneli i Am Universum? Mogliby teraz być wśród moich faworytów. 

wtorek, 23 lutego 2021

Sentenced - Down (1996)

 


Od wielkiego dzwonu wracam do towarzystwa Sentenced i to chyba mój błąd, gdyż zawsze miło skoczyć w przeszłość do lat młodości, kiedy z nieporównywalnym dzisiejszemu entuzjazmem odkrywałem kolejne nowe fascynujące formacje. Szczególnie przyjemne jest rzecz jasna, gdy odsłuch dawno nie odtwarzanego krążka oddziałuje głęboko na pamięć i sentymentem milusio karmi, jak jeszcze radośniej, gdy ten powrót do tytułów z przeszłości także i dzisiaj od strony czysto muzycznej potrafi chociaż przez chwilę na nowo porywać. Taki właśnie jest Down pod względem szczególnie ożenienia stylu zapoczątkowanego na Amok, z jeszcze większą melodyczną chwytliwością, która zawitała do muzyki "smutnych" mieszkańców północnej wraz ze zmianą na stanowisku wokalisty. Nie będę kręcił (pisze natychmiast wprost), iż uważam że Ville Laihiala ze swoją charakterystyczną wysiloną manierą nie godzien jest być stawiany na tym samym poziomie co Taneli Jarva. Dzieli gości sporo - od naturalności uzyskiwanego zachrypnięcia, po prezentację sceniczną, gdzie wszystko w zasadzie przemawia na korzyść wówczas już byłego frontmana. Ale... he he jest jedno ale - no no, przecież mrocznym młodym damom pewnie Ville był wtedy w stanie skuteczniej zmiękczać kolanka, więc może nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i Jarva ułożył sobie swoją karierę tak jak chciał, a nie dostosowywał się do może nie rewolucyjnych, ale znaczących zmian stylistyki Sentenced. Nie wiem co się obecnie z gościem dzieje, ale pamiętam że zapomnieć przez kilka ładnych lat o sobie nie pozwolił, a to co nagrał z The Black League na dwóch kończących karierę albumach do dzisiaj uznaję za nutę co najmniej intrygującą. Wracając jednak do sedna, to też Laihiala plamy na Down nie dał i nie twierdzę że zdarzyło mu się aby później zawiódł. Zwyczajnie do barwy jego wokalu należy się przyzwyczaić i nie rozgrzebywać mankamentów, a skupić się na jego walorach. Tym bardziej że Down jako zbiór kompozycji jest krążkiem wyśmienicie definiującym czym jest dobry bo dynamiczny melancholijno-depresyjny heavy metal w wykonaniu ekip z Finlandii. Mam tu oczywiście na myśli te metalowe ekipy, które korzystając z dobrodziejstwa melodyjnych fraz i formuły zwrotka refren nie przestały jednocześnie grać względnie ciężko czy nawet brutalnie. W moim przekonaniu Down to najwyższa forma w jakiej słuchacz Sentenced może zastać, a w mojej pamięci pozostają wryte pierwsze kontakty z albumem, kiedy kapitalne intro i każdy kolejny elektryzujący numer z mnóstwem świetnych riffów dostarczał patyczakowi przechodzącemu z wieku pacholęcego do dorosłego masę pobudzających wrażeń. Uważam więc że powinienem częściej puszczać sobie Down - chociażby po to by poczuć się młodszym. :)

poniedziałek, 22 lutego 2021

Locked Down / Skazani na siebie (2021) - Doug Liman

 

Łapiemy bieżący temat i korzystamy zamaszyście z wyobraźnią z fabularnego potencjału ”lokdałnu”. W brytyjskim wydaniu, z perspektywy jednej pary (która nota bene nie jest już oficjalnie parą) - „pary” mieszkającej w Londynie, która zmaga się z uniwersalnym dzisiaj problemami relacji partnerskiej. „Pary” zamkniętej 24/h w czterech ścianach i wszystkimi toksyczno-traumatycznymi wydarzeniami zawodowymi, które wbijają się w to nienaturalne obecnie życie za pośrednictwem łączy internetowych. Ludzie wariują pod wpływem okoliczności, przeżywają gigantyczne osobiste tąpnięcia radząc sobie słabo z wyzwaniami. Oglądam i się nieźle bawię, zadając sobie pytanie z punktu widzenia własnego doświadczenia - czy to nie jest zbytnio na poziomie scenariusza przeforsowane tudzież przerysowane? W sumie nie wiem czy to istotne, bowiem jak nadmieniłem dobrze się tą obyczajową tragikomedię ogląda, gdyż raczej przeintelektualizowanego nudziarstwa reżyser oszczędził i sama robota aktorska to wysokiej klasy warsztatowa biegłość. Jestem zatem za i nie zgłaszam większych pretensji, choć nie było to przeżycie filmowe jakichś okazale wysokich lotów. Dobre kino, żadne dzieło, ale polecam jako terapeutyczną rozrywkę lub rozrywkową terapię. 

P.S. Jak uatrakcyjnić kameralną dramę? Wstrzyknąć jej do krwiobiegu nieco zwariowany wątek sensacyjny i tym samym dodając dynamice (z początku puls był słaby) koniecznej adrenaliny, patrzeć jaki będzie efekt finalny tegoż eksperymentu. Taki miał pomysł scenarzysta, taki projekt sfinalizował reżyser. Całkiem przebiegłe z nich dranie. :)

niedziela, 21 lutego 2021

Pearl Jam - Vitalogy (1994)

 


Trudno mówić abym był wyjątkowo lojalnym fanem Pearl Jam(u), kiedy odkąd zrobiłem pierwsze odsłuchy dwójki żaden kolejny album jankesów nie wszedł w moim przekonaniu na poziom tandemu krążków startowych, a rozpoczęta już wówczas w roku 1994 na dobre transformacja w obrębie charakterystyki melodyki nigdy mnie do siebie w stu procentach nie przekonała. Stąd kiedy ta legendarna ekipa zaczyna promocję kolejnego polskiego gigu od zaj****** kosmiczną ceną wejściówki, to szybko godzę się z faktem iż nigdy największych evergreenów na żywca nie usłyszę. Vitalogy odbieram obecnie jako ostatni album który siedział jeszcze (choć jedną już tylko nóżką) w kapitalnym przebojowym szlifie i choć (jak już mam nadzieję wyraźnie zaznaczyłem) kompozycje z Vitalogy w ogólności tylko częściowo pachną debiutanckim Pearl Jam(em), to na tle tego wszystkiego co nagrali w przeciągu kolejnych lat wyróżnia się klasycznym podejściem do popem stuningowanego grunge'u. Jedyną stałą zawsze pozostawały u nich nagie emocje, a zawdzięczali to raz dramatyzmem przesiąkniętym aranżacjom, dwa wokalnym możliwością Veddera, a później jeśli idzie o warstwę instrumentalną surowym korzystaniem nawet z folkowych inspiracji, to ja z pełnym przekonaniem dialog nawiązywałem i nawiązuję wciąż z płytami z lat 1991-1994. Vitalogy jest w tym towarzystwie naturalnie na ostatnim stopniu pudła, ale w porównaniu z pozostałymi pozycjami w dyskografii (uwaga, nie twierdzę że ich fani są głusi - to ja mogę być pozbawiony odpowiednio wrażliwego słuchu) właściwie na wszystkim wzwyż rządzi programowa monotonia. Innymi słowy w przypadku Pearl Jam zanurzam się wyłącznie w retromanii, wznosząc mimo wszystko wciąż żarliwe modły by kiedyś jeszcze mnie zaczarowali. Póki co trzy ostatnie albumy tylko fragmentarycznie były w stanie to uczynić - ale o tym już w ich "reckach" pisałem. Dziękuję zatem za chwilową uwagę. :)

sobota, 20 lutego 2021

...And Justice for All / ...I sprawiedliwość dla wszystkich (1979) - Norman Jewison

 


W spółce Jewison/Lewinson ten mało chyba dzisiaj znany sądowy komediodramat został nakręcony. Obraz ze sporym wówczas przebojowym potencjałem, bo Al Pacino już wtedy w propozycjach ról mógł przebierać, a tematyka na tyle uniwersalnie atrakcyjna, że nie dziwi iż oscarowo nawet swoje triumfy święcił. Film już ponad czterdziestoletni ale z pewnością w treści merytorycznej aktualny, bowiem zawsze najsłabszym ogniwem każdego systemu i epoki są ludzie - obarczeni masą wad i słabości. Różnie przez życie doświadczeni, inaczej na okoliczności reagujący, z większym lub mniejszym do siebie dystansem, z ego ogromnym lub jeszcze bardziej gigantomanią spaczonym. Branżowe (środowiskowe) piekiełko i ofiary bezdusznej sądowej machiny - świat  absurdów bezpośrednio wpływający na śmiertelnie poważne reperkusje w życiu maluczkich. Ponadto może w sposób nieco przerysowany lecz tym samym sugestywnie i wciąż żywo uwypuklone zostały kluczowe kwestie interesów i układów. Nie zakładam nawet iż tak nie jest też współcześnie, myślę że tak będzie zawsze, a środowisko prawnicze nie jest w tym wyjątkiem, bo tym bardziej na pokusy systematycznie jest narażone. Chce przez to też powiedzieć, że Ameryka daleko, lata siedemdziesiąte przeszłością, ale temat żyje - pulsuje i w przypływie większej intensywności konkretnych przykładów prymatu interesu nad etyką opinię publiczną bulwersuje. Tutaj w po części dramatycznie analitycznej, po części rozrywkowej fabularnej formule na taśmie filmowej problematyka zarejestrowana. Kategorycznych ocen względem autentyzmu nie mam mimo wszystko zamiaru ferować, gdyż co ja tam o tych układzikach w świecie wielkich ambicji wiem i swoją drogą zbyt mocno polityczna to obecnie materia, ale śmiało mogę napisać że film dobry, nawet mając na uwadze charakterystyczne przywary kina sprzed lat. Te techniczne niedopracowania posiadają też swój urok, ale myślę również że obecnie któryś z młodych obiecujących reżyserów przeprowadziłby przez temat jeszcze ciekawiej niż niegdyś spółka Jewison/Lewison. 

piątek, 19 lutego 2021

The Dig / Wykopaliska (2021) - Simon Stone

 

Od początku rzuca się w oczy specyficzny montaż z krótkimi aczkolwiek bardzo poetyckim cięciami oraz szczególna w swojej charakterystyce praca kamery z ręki. Ciekawa perspektywa kadrowania z pływaniem kamery w dostojnym ruchu, która myślę wypływa z fascynacji unikalnym stylem kadrowania Emmanuela Lubezkiego, wykorzystanego w ostatnich jak dotąd w filmach Terrenca Mallica i wpływającego tutaj bezpośrednio na charakter nowej produkcji Simona Stone’a. Inspiracja owa sprawia u Stone’a jednak wrażenie bardziej powściągliwie (w sensie oszczędniej) stosowanej metody i tym samym narracyjnie szczęśliwie siedzi w konserwatywnym przekonaniu, iż obrazowy dźwięk i pięknie umuzykalnione kadry, wraz z czytelnym przekazem potrafią klasycznie urokliwie historie przedstawić. Arcysmutny to film o przemijaniu i uczuciach towarzyszących pozostawianiu po sobie wspomnień oraz historii zaklętej w przedmiotach. Świadoma reżyseria, dystyngowane aktorstwo, poruszające losy bohaterów, pełne szacunku ludzkie relacje, melancholijne spojrzenia, wysublimowane uczucia i emocje we wzruszającej oprawie. Piękny film wyłącznie dla wrażliwego widza, co nie oznacza iż stanowczo odradzam z nim kontaktu osobom jałowym emocjonalnie, bowiem kropla drąży skałę. Zniechęcam jednak usilnie osobników uczulonych na "lawendowo-naftalinowy" zapaszek. ;)

czwartek, 18 lutego 2021

Aktorzy prowincjonalni (1978) - Agnieszka Holland

 


Z jednej strony pięknie niedzisiejsze kino - bogate intelektualnie kino swoich czasów, kiedy polski film był zaangażowany i co istotne radził sobie z cenzurą władzy, dzięki przenikliwym i rezolutnym artystom i ich błyskotliwym koncepcyjnie podstępom. Dla widza świadomie spostrzegającego rzeczywistość z punktu widzenia historycznego i uważnie obserwującego polską mentalność w obliczu konfrontacji z wrogiem z obcego, ale i własnego łona, także współcześnie bez znacznego wysiłku poddający się właściwej interpretacji. Jedno w nim to sposób filmowania, znaczy montaż i cięcia oraz głębia psychologicznej analizy. Drugie specyfika gry aktorskiej opartej również na odnalezieniu się w zamieszaniu scen grupowych. Widowisko pozornie chaotyczne, lecz tym samym zasługujące na przymiotnik naturalne. Mimo że osadzone w konwencji kina moralnego niepokoju, to jednak myślę że na swój osobny sposób bezpretensjonalne, bo przecież do bólu autentyczne. Oglądam z wypiekami na twarzy, niczym bym obserwował dokument z życia nagrywany podczas rzeczywistych rozmów i dyskusji. Cholernie mądre kino, tylko jak już zauważyłem z pozoru chaotyczne i konteksty użyte wymagające - czasami nieco trudne, bo niby archaiczne, już tak odległe, a jednak obecnie paradoksalnie znów palące. Kino jednakowoż traktujące w miarę zrozumiale o aktualnych nie wyłącznie wówczas realiach politycznych i egzystencjalnych - funkcjonujących w złożonym systemie naczyń połączonych. Kino rozbudowane wielokierunkowo znaczeniowo (życie społeczne, polityczne, artystyczne - także historyczne uwarunkowania) i jednocześnie analitycznie skupione przede wszystkim na samym indywidualnym człowieku. Od wielkiego zbiorowiska ludzkiego w sensie społeczeństwa do znacznie mniejszych skupisk, w których najwyraźniej widać małe dramaty jednostek funkcjonujących w stałym konflikcie pomiędzy tym co jest w ustroju wymagane, a co świadomej i krytycznie myślącej osobowości moralność i własne przekonania podpowiadają. Ponadto leje się obficie wóda i idą równo z dymem fajki - te tak właściwe atrybut czasów, stanowiące lek na nerwy i frustrację! Aktorzy prowincjonalni podsumowując to ważna kameralna rozprawa, śmiertelnie poważne symboliczne kino, ale trochę w tym konkretnym anturażu miejsca (jak tak patrzę z perspektywy czasowej) też chwilami (przepraszam za porównanie) górnolotny archetyp kabaretu Olgii Lipińskiej. ;)

P.S. Jak pisałem to się trochę przez wysiłek intelektualny spociłem. :)

środa, 17 lutego 2021

Evergrey - Monday Morning Apocalypse (2006)

 


Newralgiczny moment w karierze Evergrey - obecnie nawet jeszcze bardziej ewidentnie zauważalny epizod z dużo bardziej przyjazną radiowym stacjom stylistyką. Szlifem znacząco mniej dark metalowym, choć wciąż bardziej heavy niż popularnorockowym. Wówczas w konstrukcji numerów sprowadzony do uproszczenia formuły i będący próbą odrzucenia ekstatycznego patosu na rzecz bliższej uniwersalnym trendom zwięzłej rockowej maniery. To już na Monday Morning Apocalypse nie był wspomniany dark heavy metal, czy innymi słowy (dla życzliwych grupie) mroczny progresywny dark metal, tylko po prawdzie względnie ascetycznie jak na spektakularne możliwości ekipy Toma Englunda zaaranżowany i zaskakująco interesujący heavy rock w formule zwrotka-refren-czasem solóweczka. Słucham teraz i rodzą się we mnie dwie konfrontacyjne z pozoru tezy ocenne, że częściowe oswobodzenie z pseudo orkiestracji i wbicie w ich miejsce całkiem zgrabnej, nawet futurystycznej fragmentami elektroniki oraz zarzucenie w ogólności atmosfery przesadnie podniosłej na rzecz konkretnej riffem gitary rytmicznej i basu chłostanej rytmiki, dało efekt świeży i przyzwoicie na przyszłość rokujący. Z drugiej jednak, szczególnie gdy dociekliwie przeanalizuję konteksty, w tym zwłaszcza skonfrontuję względnie surową teksturę kawałków z Monday Morning Apocalypse z całym przyszłym dorobkiem Szwedów, to mam wrażenie iż ciekaw jestem gdzie by byli dzisiaj gdyby z przekonaniem poszli scieżką z 2006 roku, ale mam też świadomość iż Evergrey rozbudowany klawiszową i melodyjną emfazą spełnia się estetycznie na scenie znacznie lepiej i dla wielu oddanych miłośników jest wówczas po prostu pełnowartościowy. Stąd będąc jak wielokrotnie dawałem do zrozumienia dość labilnym ich fanem pokornie stwierdzę, iż grają dzisiaj przede wszystkim dla tych fanów którzy kochają ich właśnie za ten nie do końca mnie na dłuższą metę ekscytujący majestat.

P.S. Żeby była jasność, bo jak riffem dosadnie ożywić tutaj potrafią, to tak samo wciąż prostotą środków w balladzie, oczy słuchaczowi załzawić. 

Drukuj