Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Polański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Polański. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2024

The Palace (2023) - Roman Polański

 

Polański poszedł w groteskową satyrę i niestety poległ na całym polu zawężonym do stereotypów powielanych kompletnie bez celu. Satyrę programowo mocno przerysowaną, co sprowadziło jej sens do epatowania tandetą, kiedy żarty suche, a scenariusz dno, bez a propos dna psychologiczno-socjologicznego głębszego. Chyba że uznać, iż wiadomo o co Polańskiemu chodziło, a że nie potrafił tego artystycznie wyrazić na poziomie, to na karb jakiegoś chwilowego wku Rwienia, czy zamroczenia zrzucimy. Ja już nie zadaje sobie po dotrwaniu do końca pytania czy jedynie wizualnie do mnie nie trafił - te wszystkie potraktowane ekstremalnie skalpelem chirurgicznym czy zabiegami w solariach mordy, to jakiś obłęd chyba poniekąd inspirowany teledyskiem Rammstein do Zick Zack - który nawiasem pisząc w ciągu zaledwie czterech i pół minuty emisji kondesuje znacznie więcej dosadnych, a przede wszystkim intelektualnie błyskotliwszych obserwacji (nie mówiąc iż jest też po prostu znacznie bardziej zabawny). Może mógłbym zauważyć (gdyby to nie było mega zwiędłe), że nazwisko przebrzmiałego gwiazdora filmów dla dorosłych kojarzy się z pewną seksualną czynnością wykonywaną przez jego jej, jak i nieco poważniej pisząc podkreślić na plus moje skojarzenie kierownictwa hotelu z postacią pana Wolfa z Pulp Fiction, który pamiętamy załatwia wszystkie trudne sprawy (sprząta itp.) oraz poklepać Polańskiego po ramieniu za oszczędność na charakteryzacji dokonaną dla dobra budżetu zatrudniając Mickey’a Rourke, a najbardziej uściskać za przypomnienie sobie o talencie komediowym mojego w tej dziedzinie półboga w osobie Johna Cleese’a, który nawet jeśli udaje martwego, to z taką mimiką że duszę się ze śmiechu, ale uczynię to "zauważenie" nie z szacunku do Polańskiego w takiej odsłonie, lecz tylko po to aby tekst mógł urosnąć do więcej niż tylko około trzech zdań. Jeśli nie macie poczucia humoru na poziomie szura z żywo żółtą peruką i nie uważacie że można wybaczyć Polańskiemu świadomy kicz i perfidne narażanie waszej inteligencji i dobrego smaku na kiczem napychanie, to omijajcie, a najlepiej udawajcie że Polański tak nie kończy swojej reżyserskiej kariery.

czwartek, 12 maja 2022

Death and the Maiden / Śmierć i dziewczyna (1994) - Roman Polański

 

Jeden z mniej głośnych, a może zwyczajnie z mniejszym entuzjazmem krytyki przyjętych filmów Romana Polańskiego. Zrealizowany już w późniejszej fazie jego kariery i oparty na sztuce Ariela Dorfmana kameralny, a nawet dość statyczny obraz, którego najważniejszym walorem jak to u naszego eksportowego reżysera, klimat uzyskany za sprawą umiejętnego czerpania z klasycznego kina, jak i doprawionego odpowiednią dawką mroku, autorskiego pomysłu na wciąganie widza w gęstą intrygę. Akcja rozgrywa się na odludziu i dość leniwie przelewają się przez ekran sceny z każdą minutą projekcji coraz silniej oddziałujące na zassanego od startu w fabułę widza. Relacja małżeńska poddana zaufania i lojalności sprawdzianowi, przez pryzmat politycznej sytuacji i doświadczeń traumy z przeszłości, za sprawą przypadkowego spotkania kata z ofiarą i zamiany ról. Polański wykonał tu bardzo dobrą robotę, ożywiając na tyle na ile można było teatralną formułę zamknięta w pomieszczeniach i wydarzeniu w zasadzie z jednej deszczowej nocy. Zbieg okoliczności przynosi szansę na zemstę, trzeba się tylko poddać instynktowi zamiast racjonalnie opanować cywilizowanemu sposobowi dochodzenia sprawiedliwości. Psychologiczno-filozoficzna rozprawa o winie i karze. O cierpieniu, skrusze - niemożliwym absolutnie zadośćuczynieniu.

P.S. To jest bez większej przesady bardzo dobre kino, lecz jednak oglądane w układzie odniesienia Rzezi i Wenus w futrze, wypada mniej ekscytująco. Polański tutaj być może nabierał dopiero doświadczenia w quasi teatralnym kinie, by błysnąć w przyszłości wymienionymi.

wtorek, 1 lutego 2022

Le locataire / Lokator (1976) - Roman Polański

 


Polański od startu specjalizuje się w kinie psychologicznym i często też znakomicie radzi sobie w thrillerowych klimatach, stając się w takiej akurat połączonej stylistyce mistrzem niekwestionowanym. Lokator jednak mimo że te dwa gatunki intrygująco splata, to też oprócz walor kina do najgłębszej rozkminy posiadając, ma też wadę techniczną, którą nieznośnie skrzekliwe brzmienie głosów postaci. To trochę przeszkadza w skupieniu się na treści, więc ta obserwacja rodzącego się i błyskawicznie przybierającego na sile obłędu bohatera zakłócana jest takimi niby drobnostkami. Poza tym tajemnica którą niby rozwikłuje finalny quasi twist, jest faktycznie dość przewidywalna. Lokator to takie dziwadło w stu procentach „polańskie" i dziwadło przez to nie takie w stu procentach też proste do zinterpretowania, choć dodatkowe wyjaśnienia czy naprowadzenia nie są dla trafionego adresata jakieś konieczne. Postaci jakie interpretując powieść Rolanda Topora Polański wykreował, to też w jego stylu niezwykle niezwykłości, nie tylko charakterologicznie, ale wręcz wizualnie jakby wprost z cyrku pokazującego osobliwości natury. Dosadne rysy, przesadny makijaż, przerysowane pozy. Jest tu mnóstwo detali, małych smaczków które uatrakcyjniają i uzupełniają główny kurs nakręcanej intrygi. Jak niegdyś wspominał Tomek Beksiński, Lokator to wampiryzm w najgorszej postaci, w pozbawionym romantycznej teatralności z epoki anturażu. Bez krypt, peleryny i połyskujących w świetle księżyca kłów. Wokół ludzkie hieny, żerujące na słabościach i wrażliwości. Wyrywające ochłapy z jeszcze żywego organizmu, bądź właśnie jak wampirze istoty wysysające z niego życiową energię - pożywiające się instynktami z egoistycznym poczuciem ciągłego nienasycenia. Uciekasz więc, zamykasz się, zasłaniasz zasłony, ale budzisz się pewnego dnia i uświadamiasz sobie że wyrwano ci ząb, a może serce i nim się zorientujesz już stoisz na parapecie. Lokator zapewne nie zrobiłby na mnie tak ogromnego wrażenia, gdybym nie zapoznał się wcześniej właśnie ze wstrząsająco osobistym tekstem Beksińskiego. Nie wszystko bowiem Polańskiemu udało się przekazać tak wyraźnie, aby ktoś kto z bohaterem nie poczuje więzi identyfikacyjnej, bez problemu dostrzegł psychologiczno-socjologiczne zawiłości. To dzieło dla przeciętnego widza raczej pokraczne, dzieło na pozór niemal wyłącznie odpychające, jednak pod grubą warstwą groteskowej wręcz maniery, kryje się głębia dla wrażliwca poddawanego permanentnie ponad jego siły obserwacji i czynnej psychicznej inwigilacji, bez problemu wyczuwalna. Każdy inny może mieć z tym kłopot i w poczuciu niezrozumieniu treści poprzez niedostrzeżenie całej istoty skwituje Lokatora grymasem przerażenia lub aroganckiego zlekceważenia. Chyba że spojrzy na niego oczami Tomka. 

niedziela, 18 kwietnia 2021

Pirates / Piraci (1986) - Roman Polański

 

Polański ejtisowy, to już wówczas pełną mordą poważny reżyser, a nawet już klasyk, bowiem z ogromnym dorobkiem doświadczenia/obycia, doceniony festiwalowo i ze statusem względnego innowatora. Mógł więc sobie pozwolić na więcej fantazji, czyli zabawę gatunkami i na stylistycznej wyobraźni popuszczenie wodzy. Zrobił wtedy film jednocześnie groteskowy i chyba też gdzieś pod zabawną powłoką ambitny. Kiedy jako smarkacz Piratów w kinie widziałem, to z tej dojrzałej strony zachwycony być nie mogłem, chyba że wrażenie na mnie wyłącznie jego „przekomiczny” (spożywanie szczura) charakter robił, bo o odszukiwaniu bystrych wtrętów i aluzji mowy być wówczas nie mogło. Pamiętałem więc Piratów tylko z tej perspektywy i kiedy po mnóstwie lat odświeżyłem tytuł, to jestem zaskoczony, że sporo w tej zabawie estetyką marynistycznego kina wyraźnych odniesień do sytuacji politycznej bloku środkowo-wschodnioeuropejskiego, a dokładnie (poczytałem, oczy mi się otworzyły) do bolszewickiej rewolucji. To chyba nie przypadek że kapitan nazywa się Red, dalej dwa piszczele z pirackiej flagi kojarzą się sierpem i młotem, a sama flaga w promieniach słońca przybiera odcień karmazynowy. Daleko to idąca interpretacja, ale też nie żaden rzut kulą w płot. Jeśli profesjonalna krytyka podobnie pisze, a sam Polański nie zaprzecza, to jest podstawa bym przepisywał podobne tej interpretacyjne mądrości. :) W moich oczach jednak najważniejsze w tym nie do końca docenionym klasyku tkwi w relacjach głównych bohaterów i kapitalnej kreacji Waltera Matthau, który posiadając w zawodowym dorobku całą galerię ciekawych postaci, mnie na zawsze w pierwszej kolejności będzie się kojarzył z jednonogim kapitan Thomasem Bartholomew Redem. Poza tym nawet jeśli wiele tu przerysowań, to kluczowego produkcyjnego rozmachu też nie brakuje, a muzyka z odpowiednią pompą przez orkiestrę zagrana towarzyszy każdej dynamicznej scenie. Ekscytująca ekranowa draka, mnóstwo zapadających w pamięć ujęć, również archaicznej z dzisiejszego punktu widzenia, a przez to romantycznej technicznej ekwilibrystyki oraz wprost nawiązanie do fantazją napędzanego kina przygodowego, jakim lata wcześniej w przypadku Nieustraszonych łowców wampirów mistrz raczył zaskoczoną krytykę poczęstować. Nawet jeśli nie do końca estetycznie moje zainteresowania, to nie powiem że nie doceniam klasy z jaką Polański się tutaj artystycznie zrealizował.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

The Fearless Vampire Killers / Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967) - Roman Polański



Ten film to pastiszowy crème de la crème, dzieło w swojej kategorii gatunkowej wyborne. Tak samo mocno bazujące w swojej formie na horrorach wytwórni Hammer, lub nawet może je inspirujące (nie mam szerokiej wiedzy, za gatunkiem nie szaleje), jak równie dobrze będące fundamentem późniejszego spojrzenia Francisa Forda Coppoli na historie hrabiego Draculi. Ten sznyt wizualny jest po prostu zjawiskowy, urzekający (i wszystkie tych określeń synonimy razem wzięte), a poczucie humoru jakim Polański tutaj się popisuje, to jakiś groteskowy Olimp dosłownie. Odjechany psychodeliczny trip, mistrzostwo świata w idealnym zbalansowaniu klasycznej quasi teatralnej formuły opartej na kartonowych dekoracjach, z pełnią wyobraźni i dobrego smaku estetycznego, wspartego dodatkowo puszczeniem oczka. Jestem zatem pod wrażeniem itp, ale nie czuję takiej sympatii jaka mogłaby wynikać z powyżej wyartykułowanych superlatyw, bowiem są one czysto obiektywne, gdyż nie stawiam formuły jajcarskiej nazbyt wysoko, więc tacy Pogromcy czy późniejsi Piraci Polańskiego nigdy nie będą przeze mnie uznani za najlepsze dokonania naszego Mistrza. Znacznie wyżej stawiam, bardziej cenię więc jego obrazy, które dalekie są od pajacowania i tak samo dzieła Coppoli subiektywnie nie jestem w stanie postawić na równi z Pogromcami. Ten nowszy to majstersztyk artystyczny, kapitalny także pod względem przenikliwej treści, natomiast ten starszy w moich oczach to wyłącznie dobra zabawa i fajne wrażenia sprowadzone przede wszystkim do urokliwie mrocznej scenografii, a poza tym trochę mniej niżbym wymagał - znaczy nie akurat to, w co gatunkowo celuję. Ot co!

P.S. Filmowe adaptacje radzieckich baśni z lat 60-ych – tak, tutaj też węszę inspiracji wizualnych dla pomysłu Polańskiego. :)

wtorek, 17 listopada 2020

Bitter Moon / Gorzkie gody (1992) - Roman Polański

 


Nie znam fundamentu, mam na myśli oryginału powieści (żaden powód do dumy, ale też i wstydu), na podstawie której powstał scenariusz napisany na potrzeby przemycenia zagrywek charakterystycznych dla kina Polańskiego. Doczytałem tylko (w miejscu gdzie mogłem znaleźć fanów, ekspertów od literatury i filmu w jednym), że Polański wraz ze współpracownikami poszedł znacząco innym torem niż Pascal Buckner i tam gdzie autor powieści w bezpośredni sposób opisywał wszelkie detale, zahaczając wręcz o wulgarną werbalną perwersję, tam Polański pozostawił znacznie więcej przestrzeni dla wyobraźni widza, posiłkując się niemal lirycznym obrazem ekshibicjonizmu. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak bardzo Buckner zafiksował się na wymiarze opisowym, bowiem biorąc pod uwagę przytoczone powyżej zaskakujące mnie fakty, myślę że same kontrowersje wywołane przez film świadczą o jego daleko idącej odwadze – innymi słowy narażeniu się na skandal. Sam obraz mrocznej intrygi oczami Polańskiego jest przecież delikatnie pisząc prowokacyjny, przez co sporo widzów nie dało sobie szansy, by oprócz (z manifestowanym niesmakiem) poznania tej dyskusyjnej fasady, wgryźć się w całą wewnętrznie rozbudowaną konstrukcję psychologiczną motywacji bohaterów. Nie twierdzę że nie ma w tej historii niczego odpychającego, wręcz jestem przekonany iż znaczne grono widzów o delikatnej konstrukcji miało uzasadnione powody, by nie unieść jej na barkach swej wrażliwości. Lecz jest jednocześnie oczywiste, że kino Polańskiego, to żadna banalna tęsknota za czystym pięknem w wymiarze wizualnym, czy prostotą przekazu, a kawał ciężkiej do przetrawienia gry, a nawet wyuzdanej zabawy uczuciami. Stąd uważam że tak samo usprawiedliwione mogą być określenia perwersyjny, dekadencki, wręcz obsceniczny, jak zmysłowy, bądź namiętny. Wszystko zależy od punktu spostrzegania, a on przecież złożony, bo zbudowany z wielorakich doświadczeń. Zatem ta poniekąd również nieco groteskowo przerysowana (szczególnie niestety przez kluczową rolę Emmanuelle Seigner) historia o zazdrości, fascynacji głównie ciałem, ale i duszą, pomimo swej sadystycznej otoczki eksplorującej najmroczniejsze erotycznie zakamarki podświadomości, równie śmiało może być kategoryzowana jako psychologiczny melodramat. Przykro mi, ale trudno mi uznać że w pełni udany.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Tess (1979) - Roman Polański



Jeden z mniej wypromowanych, a nawet zakładam najmniej znany, a z pewnością ogólnie popularny film Polańskiego. Obraz produkcyjnie spektakularny, bowiem urzekający dopracowaną scenografią i rozmachem wykonanej pracy przez speców od kostiumów i charakteryzacji. Wizualnie bez wątpienia majstersztyk, bowiem trudno nie docenić uchwyconych doskonale ręką operatora architektonicznych pereł, przepięknych pejzaży i olśniewającym panoram. Tyle, że mając do czynienia z gatunkiem filmu określanym potocznie jako melodramat kostiumowy (tym bardziej kiedy pod jego skrzydłami przemyca się ambitny temat o charakterze społeczno-kulturowym, jak doświadczyłem przez ponad trzy godziny projekcji o zerowym potencjale rozrywkowym), to na większy potencjał komercyjny nie można było liczyć. Krytyka profesjonalna w takiej sytuacji zazwyczaj film docenia, lecz publiczność już tak łaskawa częstokroć nie jest, więc znajomość w szerszym kontekście dzieł bardziej atrakcyjnych staje się naturalnie znikoma. Jestem wśród tej grupy widzów, którzy nieskromnie pisząc nawet więcej niż ponadprzeciętną wiedzę kinową posiadają (jednak do miana konesera sztuki filmowej najwyższych lotów poprzeczek do pokonania przede mną jeszcze kilka :)), to uczciwie zaznaczam, iż dopiero teraz znalazłem czas i skorzystałem z okazji, aby z rozbudowanym konceptem Tess się zapoznać i myślę, że to jedna z tych niewielu produkcji dość nietypowych dla stylu Polańskiego. Przynajmniej ja nie dostrzegam w obrazie z 1979 roku jakiejś dominującej roli charakterystycznych sztuczek naszego mistrza, jakie miałyby być udziałem fabuły i idei kryjącej się za koncepcją stworzenia dzieła o wysokim współczynniku wzruszenia. Bywało (od wielkiego dzwonu oczywiście ;)), że Polański dryfował pośród dość nadętych, a przez to czasami nudnawych pomysłów, ale nie znam przypadku by aż tak na potrzeby ambicjonalne rozmemłał scenariusz. Ponad 180 minut obserwacji wieloletnich tragicznych losów wiejskiej kobiety, która staje się ofiarą bezwzględnych norm społecznych i nieprzychylnych splotów okoliczności, to doświadczenie dla mnie przynajmniej potwornie wyczerpujące. To trudne zwyczajnie, by tą smętną historię przeżywać nader emocjonalnie, bowiem powinna ona być odczytywana przez pryzmat ówczesnej purytańskiej, skrajnie patriarchalnej obyczajowości, której znaczenie współcześnie naturalnie rożne i dla mej mentalności nieosiągalne. Ciężko mi z niewymuszoną napastliwą ckliwością zrozumieć z dzisiejszej perspektywy absurdalne wybory bohaterów. Może jestem nazbyt w ocenie surowy, ale ponad walory czysto artystyczne chciałby aby film mnie dotykał, a niestety mimo wyrozumiałego nastawienia i ochoty by dać mu szansę tego nie uczynił. Stąd ta malownicza XIX wieczna historia, podoba/spodoba się miłośnikom Nocy i dni, czy innych tego rodzaju wzruszająco podniosłych obrazów. Nie mnie, nawet jeśli rozumiem tragiczne tło motywacji jaka stała za decyzją o ekranizacji powieści Thomasa Hardy'ego. 

środa, 15 kwietnia 2020

Repulsion / Wstręt (1965) - Roman Polański




Błyskawicznie Polański odnalazł się w wielkim kinie - wpierw oczywiście zaliczając ikoniczny rodzimy debiut i zauważony za jego udziałem w szerzej rozpoznawalnym kinie europejskim. Wstręt i jak się okazuje zrealizowana dzięki jego sukcesowi finansowemu Matnia, to dwie przepustki do amerykańskiego świata blichtru, a sam Wstręt to w kilku słowach kluczach, ekspresjonistyczna rzeźnia w czerni, szarościach i bieli uchwycona. Od startu konsekwentnie niepokojąca, w finale dojmująco przerażająca – gwałtowna i makabryczna psychologiczna monografia subiektywnego krwawego potraumatycznego obłędu. Polański zawsze musi być mega tajemniczy i prowadzić tą swoją wyuzdaną gierkę z widzem, który wodzony diabolicznie za nos poddaję się tym specyficznym hipnotyzujący zaklęciom mistrza budowania narastającej grozy. Tutaj demon Polańskiego czyni to już na tyle sprawnie, że efekt niczym w zasadzie pod względem jakości nie odbiega od przyszłych genialnych obrazów, w których prócz wrodzonego talentu, także zdobyte w mig doświadczenie swój wpływ odcisnęło. Po profesorsku posługując się walorem muzyki, kapitalnie okiem kamery uwypuklając głębie ostrości oraz wykorzystując błyskotliwie sugestywną symbolikę rekwizytów, stworzył Polański wyjątkowy psychologiczny dreszczowiec, który zapada głęboko w pamięć zarówno jako dopieszczony wirtuozerski koncert przemyślanej formy, jak i zapisuje się w niej jako katalog kilku już legendarnych scen.

P.S. Jest coś we Wstręcie, coś co bardzo mocno kojarzy się z kultowym Dzieckiem Rosemary. Oczywiście nie dosłownie w samej fabule, a w tym jak po pomieszczeniach kamienicy operator myszkuje i jak dzięki treściwemu milczeniu Polański narracje konstruuje. Ale nie uciekając przed łączeniem eksponowanych faktów i sama postać kreowana przez Catherine Deneuve poniekąd za sprawą niepoczytalności wzbudza skojarzenia z postacią odegraną w zaledwie trzy lata później przez Mię Farrow.

czwartek, 2 stycznia 2020

J’accuse / Oficer i szpieg (2019) - Roman Polański




Polański bardzo przejrzyście opowiada względnie skomplikowaną intrygę, skupioną przede wszystkim jak sam zapowiadał na wątku szpiegowskim i wykorzystuje jej siłę oddziaływania w szerszym kontekście, odnosząc się także do współczesności przez pryzmat prześladowań ze strony rozbudowanego aparatu urzędniczego. Jak podkreśla stanowczo już na samym początku projekcji, opiera ją na autentycznych wydarzeniach i robi to w charakterystyczny dla siebie sposób, obficie korzystając ze wspaniale dobranych rekwizytów, starannie przygotowanych kostiumów z epoki, wyrazistej charakteryzacji oraz doskonałej, może nawet zbyt doszlifowanej (w sensie wygładzonej) scenografii. Nie ma jednak w tej interesującej (a dla samych zainteresowanych obywateli Republiki wstrząsającej) historii tyle emocji, by zrobiła na mnie większe li tylko umiarkowane wrażenie, a winą za ten stan rzeczy obarczam rzecz jasna Polańskiego, który poprzez wygenerowanie niemal sterylnej atmosfery, która być może w założeniach miała też podkreślić bezduszność wojskowej hierarchii, zwyczajnie przydusił filmowego ducha. Myślę, iż tutaj tkwi powód tak wychłodzonego emocjonalnie odbioru (przecież u fundamentu mocno poruszającej historii), gdyż Polański jak niejednokrotnie udowadniał oprócz umiejętności budowania atmosfery permanentnej inwigilacji i zagrożenia, tudzież używając nomenklatury kinowej po prostu suspensu, potrafił też włączać do realizowanego scenariusza mnóstwo intensywnych emocji - więc w tym biegłości mu nie brak. Tym razem jest ich jednak jak na lekarstwo, mimo iż aktorskie wyczyny zarówno Jeana Dujardina jak i Louisa Garrela nie mogą ściągać na siebie jakichkolwiek pretensji i mają (nad czym ubolewam) w ogólnym rozrachunku niewielki i niewystarczający wpływ na klimat całości. Tym samym przesłanie płynące z obrazu, a odnoszące się do idei prawdy i sprawiedliwości oraz obrony honoru w walce jednostki z systemem, a najmocniej wręcz jej cierpienie, nie zostaje zaakcentowane wystarczająco przejmująco i tym samym pozostawia we mnie poczucie względnie nikłej identyfikacji z promowanymi ideami. To przykre, gdyż J'Accuse piętnując tak mocno mechanizmy jakimi posługuje się władza (umacniająca swoją pozycję pod osłoną nietykalności, wykorzystująca do tego celu mowę nienawiści i niewinne jednostki) zasługiwać winien na status niezwykle wstrząsającego doświadczenia. Bez tego obraz Polańskiego jest tylko budzącą oczywiste uznanie, świetną technicznie zabawą sprawnością warsztatową, opartą merytorycznie na skandalicznych wydarzeniach, jak i gdzieś pomiędzy wierszami będącą kolejnym popisem już 86-letniego reżysera, polegającym między innymi na perfekcyjnym doborze obsady, nie tylko ze względu na talent poszczególnych aktorów, ale także z uwagi na genialną selekcję, zwracając uwagę na ich walory fizyczne (cały sztab dowódczy).

piątek, 6 września 2019

Chinatown (1974) - Roman Polański




Do tego momentu w kinie Polańskiego nie było typowo amerykańskiego rozmachu, a jak już poniekąd wielki rodak ostrożnie sięgał po spektakularną amerykańszczyznę, to nadal czuć było że on synem europejskiej ziemi, w szkole kina europejskiego wykształconym. Chinatown można uznać za przełom produkcyjny i sporo z tego co dostrzegamy w scenariuszu i formule wizualnej jednoznacznie nawiązuje do hollywoodzkiego rozumienia istoty kina. Ale hola, żeby nie było nieporozumień - iż nie ma tutaj niczego z tego, co do tej pory charakteryzowało twórczość Polańskiego, bo gdybym to próbował dowodzić to kompromitację kompletną bym sobie zafundował. :) Pomysł narracyjny, eksponowanie postaci i wizualny koncept idzie zgrabnie zarówno tropem autorskim jak i sięga finezyjnie do klasycznych rozwiązań z amerykańskich produkcji opartych przykładowo na prozie Raymonda Chandlera. Podobnym schematem snucia intrygi z centralną postacią, za którą podąża kamera skonstruowano późniejszego Frantica, Autora Widmo, Dziewiąte wrota, a nawet ostatnio nie do końca przyjętą z entuzjazmem Prawdziwą historię. Chociaż one osadzone w innych okolicznościach, bez bohatera jako typowego zawodowca w akcji - odkrywającego i rozwiązującego z łatwością zbrodnicze intrygi, Chinatown to klasyczne śledztwo w estetyce Noire - inaczej dedukcyjne dochodzenie z mnóstwem istotnych detali, na których widz musi skupić uwagę i nie tracić koncentracji do końca. Jack Nicholson jak mało kto akurat nadawał się do roli prywatnego detektywa, wolnego strzelca w branży kryminalnej. Ubranego w cyniczny dowcip i stroniącego od ludzi – za którego typem osobowości i rodzajem zachowania kryje się tajemnica powiązana z symptomatycznym rozczarowaniem. Chyba jednak nieco się przekomarzam, sam pod wątpliwość poddając pierwsze tezy z tekstu – te dokładnie dotyczące zamerykanizowania stylu przez Polańskiego. Bo Chinatown to przecież klasyczny Noire podciągnięty pod niezwykle inteligentny, pokrętny i sypiący nietuzinkowymi rozwiązaniami formalnymi i scenariuszową śmiałością styl autorski. Wyrafinowane kino retro, z tak charakterystycznym dla mistrza sposobem narracji, w którym zaledwie po kilkunastu minutach projekcji widać, kogo to robota, bez konieczności wcześniejszego spoglądania na napisy początkowe. Gorzki w obyciu i zbudowany z niekoloryzowanych prawd, ponadto z przenikliwym psychologicznym autentyzmem i z finałem wbrew kanonom pozbawionym happy endu. Pozostającym na długo w pamięci – wrośniętym już na stałe w historię kina.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Rosemary's Baby / Dziecko Rosemary (1968) - Roman Polański




Późnym wieczorem człowiek impulsywnie przerzuca kanały i podczas tej pozbawionej większego sensu czynności trafia na klasyka, jak się okazuje nieprzypadkowo akurat w tym dniu emitowanego. Urodziny naszego mistrza, to należy je uczcić pokazując legendarny i przełomowy dla jego kariery obraz, który z impetem wbił jego nazwisko na usta całej ówczesnej światowej branży filmowej. Rosemary's Baby mimo że znam oczywiście doskonale i tym razem utrzymał mnie przed telewizorem do samego finału. Jest w nim wciąż ten immanentny dla stylu Polańskiego hipnotyzujący magnetyzm, który nawet odrobinę nie osłabł, mimo że tak wiekowy. Co z punktu widzenia siły oddziaływania najistotniejsze to to, iż klimat w którym zło i napięcie można kroić niekoniecznie zakrwawionym nożem wchodzi pod skórę i od wewnątrz zmysły atakuje. Wszystko jest tutaj dopieszczone perfekcyjnie, poczynając od scenografii genialnie światłami podkreślanej, przez przekonujące aktorstwo, scenariusz z fascynującą nieoczywistą tajemnicą i wreszcie magiczną, nerwowo rozedrganą muzyką Krzysztofa Komedy, z ponadczasowa tematem z Kołysanki. W moim przekonaniu ciekawostką dla zarówno młodocianego kinomaniaka, jak materiałem do niekończących się deliberacji dla posiwiałych weteranów sal kinowych jest styl, który świetnie łączy odartą z szołmeństwa szkołę środkowoeuropejską, z podrasowaną amerykańskimi możliwościami tradycją kina spod znaku rzecz jasna Hitchockowskiego suspensu. Ale i coś nowego, nieco ryzykownego Polański do tej kreatywnej hybrydy dodał, to szokowanie poprzez wyraźne kontrowersje, czyli goliznę i priorytetową psychodelii nutę w teatralnym ujęciu, bowiem wiemy iż silnie też inspirował się produkcjami z wytwórni Hammer. Flirtuje zatem z rozmachem Polański z nieco kiczowatą stylistyką,  jak i antycypuje w kilku ujęciach powstanie brutalnego nurtu giallo, ale za sprawą psychologii zaawansowanej i z charyzmą serwowanej nie popada w tandetę i w konsekwencji śmieszność. Poddaje słusznemu nieinwazyjnemu wartościowaniu postawy bohaterów, bez pretensjonalnego dydaktyzmu w płytkiej moralizatorskiej oprawie, lecz z demonicznie perfidnym poczuciem wiary popartej obserwacją natury ludzkiej sugerującej, że szatan działa podstępnie w środowiskach które kamuflażem dla jego misji. Cyrografy podpisane, dusze zaprzedane za dobra doczesne i obietnice wiecznej dominacji. :) Tyle, że nic tutaj nie jest takie oczywiste, a prawda może objawić się w absolutnie pozbawionym pierwiastka metafizycznego wyjaśnieniu, że oto nasze instynkty, pragnienia i lęki obracają się przeciwko nam w formie psychicznych zaburzeń, które z łatwością w nas kiełkują gdy w newralgicznym momencie poddani działaniu stresu zostajemy.

P.S. Już tyle przez lata o Dziecku Rosemary napisano, poddano szczegółowej analizie i na wszelkie sposoby na czynniki pierwsze rozkładano, że nie pozostaje właściwie nic do dodania, a moje nieodkrywcze, lub co gorsza nadinterpretacyjne refleksje mają wyłącznie sens jako uzupełnienie filmografii Polańskiego na stronach NTOTR77.

piątek, 28 grudnia 2018

Cul-de-sac / Matnia (1966) - Roman Polański




Ostatnio w biało-czerwonych barwach Szumowska, a lata temu Polański - znaczy mówię o festiwalu filmowym w Berlinie i zdobyciu nagrody Srebrnego Niedźwiedzia. Wjechał Polański w salonową europejską kinematografię z impetem i karierę na zachodzie zaraz po Wstręcie otworzył właśnie Matnią. Filmem który wygląda nieco groteskowo, tak teraz z perspektywy czasu, ale i może już wtedy ówcześnie z założenia o czym świadczy kreślona grubą kreską fabuła oraz histeryczne głosy aktorów, forsowana specyficznym aktorstwem maniera na cwaniaka i na frajera - faceta z jajami i bez tychże jaj. ;) W historii będącej klasyczną dla stylu Polańskiego zabawą z widzem, który obserwuje intrygującą psychologicznie relację w zasadzie trójki głównych postaci i ich zaskakujące wybory, kierowane tak samo zbiegami okoliczności jak i instynktami, popędami, co skutecznie uzyskiwane szczwanymi gierkami. Filmem którego legenda urosła nie tylko na samej nieco wątpliwej wartości jako dzieła wybitnego, lecz chyba przede wszystkim na udziale zmarłej w tragicznym wypadku w zaledwie rok po światowej premierze obrazu, tej podobno bardziej zdolnej siostry Catherine Deneuve, po matce Dorléac.

wtorek, 15 maja 2018

D'après une histoire vraie / Prawdziwa historia (2017) - Roman Polański




Rok 2017-ty okazał się niezwykle pracowity w życiu ponad 80-letniej legendy kina. Bowiem dwie produkcje przygotowując, Roman Polański dał wyraźny znak, że nie zamierza jeszcze na emeryturę przechodzić, a intensywna praca związana z promocją oczekiwanej premiery The Dreyfus Affair i właśnie Prawdziwej historii, nie jest czynnikiem, który tak zaawansowanego wiekiem seniora mógłby powstrzymać przed aktywnością ponad możliwości. Znaczy ma Roman Polański nadal coś ciekawego do przekazania, nadal się w nim żar pasji intensywnie pali i nie odczuwa on w żadnym stopniu syndromu zawodowego wypalenia, czy znudzenia lawiną promujących obrazy obowiązków. Tyle tytułem obowiązkowego wstępu, więcej natomiast natychmiast przechodząc do meritum, tu i teraz poniżej piszę. Prawdziwa historia okazuje się filmem do bólu klasycznym, w formie wielokrotnie już przez Polańskiego eksploatowanej, jednak pomimo głosów podkreślających wtórność, w żadnym stopniu akurat w moim przekonaniu już wyeksploatowanej. Siłą charakterystycznego stylu reżysera jest klimat, jedyny w swoim rodzaju – łączący obrazy ze skrajnie odległych etapów twórczości. Wątki, które nasuwają liczne skojarzenia i posiadają w sobie rodzaj przebiegle zakamuflowanej intelektualnej szarady – pewnej szczwanej gry z widzem, którą mam nadzieję, że nie bezpodstawnie dostrzegam. :) Podczas projekcji moje myśli dryfowały w stronę zarówno Lokatora (zaburzenia psychiczne), Dziewiątych wrót (specyficzny warsztat aktorski Emmanuelle Seigner) i wreszcie Autora Widmo (wątek literatów). Spostrzegałem także masę innych drobniejszych podtekstów w kierunku bogatej filmografii Polańskiego, miałem poczucie iż silna jest w nim potrzeba odnoszenia się do własnych ulubionych motywów, które w powieści Delphine de Vigan, jako fundamencie scenariusza nasuwają jednocześnie pytanie, czy aby autorka pisząc pierwowzór, sama nie była pod silnym wpływem dokonań Polańskiego? ;) Chyba że to akurat Polański dość luźno jej powieść potraktował i sam od siebie tych odnośników, w tak dużej ilości nie skąpił? Ale tego się nie dowiem, gdyż na zapoznanie się z oryginałem teraz czasu nie wygospodaruje, zadowalając się jeno gdybaniem. ;) Będę zatem przez chwilę, bez większej wiedzy temat analizował, być może tą teorią się interesując przez pryzmat ciekawej pętli przyczynowo-skutkowej, która w fabule Prawdziwej historii zawarta. W obrazie tak jak na wstępie napisałem dość wtórnym, w którym jednak tkwi pewien rodzaj intrygującej magii, a jej źródeł doszukuję się w genialnym aktorstwie przede wszystkim niezwykle wyrazistej i sugestywnej Evy Green, w doskonale zaaranżowanej atmosferze miasta i wsi (architektura, przyroda), idealnie budowanej konstrukcji podporządkowanej narastającemu napięciu, które prowadzi do rozbudowanego finału - bardzo klasycznie rozumianego w filmowym języku thrillera. Profesjonalnej, warsztatowo niemal w szkoleniowym wydaniu wykonanej pracy operatora (Paweł Edelman) i obrazowej, skutecznie budującej atmosferę  muzyki autorstwa Alexandre'a Desplata. Ze scenariuszem i przesłaniem w nim zawartym mocno frapującym, mimo iż w tej na ekranie rozwijającej się intrydze sporo dziur logicznych i sytuacji mało wiarygodnych – z integralnymi dla dzieł Polańskiego niedopowiedzeniami i finałem pozostawiającym w umyśle widza enigmatyczny znak zapytania. Dzięki tym argumentom, jako zalety postrzeganym, mimo że to rodzaj szablonu wypranego z większych emocji, to ja takim szablonem, w takim wykonaniu jestem usatysfakcjonowany i jakiś większych pretensji nie mam zamiaru zgłaszać.

P.S. Wiem, też zauważyłem, że to taka wariacja na temat Misery pióra Stephena Kinga. ;)

czwartek, 15 września 2016

Nóż w wodzie (1961) - Roman Polański




Trudno pisać o klasykach, szczególnie gdy ich wiek w szóstej dziesiątce trzeba już liczyć. To przecież już przeszłość daleka, dla takich jak ja "młodzianów" z trójką z przodu. :) Dodatkowo to nie te możliwości techniczne, które dzisiaj same potrafią o popularności filmu zadecydować. I tutaj właśnie (żadne odkrycie) odnajduję powód, który pozwala po wielu latach odczuwać fascynację wiekowymi produkcjami. Filmy legendarne rzadko są wśród gawiedzi popularne, a ich siła tkwi w swoistym elitaryzmie - niewielu potrafi dostrzec błysk artyzmu pośród oślepiającego światła popularności. Prawdziwi artyści nie posiłkują się wyłącznie widowiskowymi możliwościami techniki, bo każdy rozsądny reżyser, który prócz zarabianej kasy chce jeszcze filmem zasłużyć na szacunek w branży wie, że to co kilka lat temu robiło wrażenie, jutro będzie już archaiczne i obraz nawet ciekawy w treści, sprowadzony zostanie do poziomu błazeńskiej śmieszności za sprawą podatnych na błyskawiczne starzenie fajerwerków. Jak już korzystać z tego co technika daje to robić to z obowiązkową przezornością i artystycznym smakiem. Takie cechy musi posiadać twórca ambitny, bez nich łatwo popłynąć zachłystując się własnym ego. Jaźń Polańskiego nigdy chyba nadmierną pokorą nie grzeszyła, jednak jeśli brać pod uwagę drogę twórczą, nigdy nie poślizgnął się na metodzie. Ona od początku sprecyzowana i konsekwentnie rozwijana, a każdy jego obraz posiada ten wspólny mianownik, który jednoznacznie o pochodzeniu świadczy. Jeśli nie dostrzega się w debiucie Polańskiego cech zbieżnych z dalszymi dziełami, nie rozumie się istoty jego kina. W nieskomplikowanej fabule Noża w wodzie tkwi żywa poezja posługiwania się psychologiczną wiedzą, czytania w ludzkich duszach i człowieczej naturze. Przenikliwość i błyskotliwość, która potrafi zamaskować warsztatową nieporadność aktorskich amatorów. Kto skupia się na fatalnej grze Jolanty Umeckiej czy koniecznych zabiegach wykorzystujących dubbing, gdy symfonia ludzkich relacji doprowadzona do poziomu arcymistrzowskiego. Gdy klimat oniryczny, atmosfera pomiędzy samcami tak gęsta, że właściwie to można ją tytułowym kindżałem krajać. Kiedy kilka scen niemal magicznych (spacer po wodzie), zdjęcia wysmakowane, a muzyka Krzysztofa Komedy to dowód niepodważalny jego geniuszu. Dwa koguty w kurniku się spotkały, a kura tylko jedna. :) Bo tutaj o męskość idzie - jeden samiec dojrzały swe walory chce potwierdzić, drugi z młodzieńczą naiwnością je udowodnić. Jest w tej rywalizacji napięcie, coś wisi permanentnie w powietrzu i tylko potrzeba zapalnika by eksplozja nastąpiła. Jest prawda uniwersalna, fakt bezsporny - każdy mężczyzna potrzebuje nastroszyć piórka by być podziwianym. Bez względu na wiek - nie tylko oni byli tacy sami i różnili się wyłącznie etapem na którym tkwili.

P.S. Rozwinąłem jedynie kluczowy wątek, lecz głębia legendy Noża w  wodzie ma jeszcze wiele intrygujących tajemnic mówiących nam tak wiele o nas samych! 

sobota, 5 grudnia 2015

The Pianist / Pianista (2002) - Roman Polański




Po kilku latach przerwy powróciłem do Pianisty Polańskiego, by osobiste i myślę, że frapujące refleksje zebrać pozostawiając je na stronach bloga. Skupiłem się podczas seansu w pełni na obrazie, w kontekście współczesności jakbym premierowe z nim spotkanie odbywał, a teraz gdy w tle płynie ścieżka dźwiękowa i silne emocje mną na nowo wstrząsają, próbuję kłębiące się myśli zebrać i w miarę spójnie je spisać. Przepraszam z góry za ewentualny chaos formy lub brak żelaznej konsekwencji, bowiem historia życia Władysława Szpilmana, a precyzyjniej pisząc obserwacja okresu spędzonego w okupowanej Warszawie, to niezwykle poruszające doświadczenie, które utrudnia zachowanie zimnej krwi i pozbawia potrzebnego dystansu, by w miarę kompetentnie, przede wszystkim walory czysto techniczne czy artystyczne produkcji opisać. Szczególnie, gdy dodatkowym obciążeniem dla emocji niedawno obejrzany dokument, w którym narratorem opisującym te czasy sam Szpilman, a jego naturalnie głęboko zaangażowany, drżący wyraźnie ton głosu nadal w głowie wybrzmiewa. Tyle tytułem usprawiedliwienia, bądź uzasadnienia fundamentalnych przyczyn braku zdystansowanej percepcji i zaburzających poniekąd (asekuruję się) jej rzeczowość powodów. Bo z premedytacją uniknę tutaj pisania o dostrzeżonych, bądź niezauważonych walorach artystycznych, cechach typowo warsztatowych uznanego reżysera, operatora czy autora muzyki. Nie wspomnę także o umiejętnościach aktorskich zaangażowanych gwiazd polskich czy zagranicznych oraz daruję sobie artykułowania perspektywy ideologicznej czy światopoglądowej. Odniosę się jedynie do sedna materii, historii ocalenia jednego życia i jej symbolicznego znaczenia, bo ona jak w soczewce skupia postawy człowieka w momentach ekstremalnego zagrożenia. Zrobię to by nacisk położyć wyłącznie na postać Władysława Szpilmana, podkreślić szacunek dla jego antybohaterskiej postawy (w tym rozumieniu niepotocznym) i zrozumienia tej nadrzędnej potrzeby utrzymania się przy życiu. Tym przede wszystkim ujął mnie najmocniej, że absolutnie swojej wyjątkowości nie afiszując tylko i wyłącznie skupił się na postaciach, dzięki którym własne życie zachował. Bez względu na pochodzenie ludzi ocenił, dzieląc ich jedynie na szlachetnych i podłych, bez obrzydliwego wartościowania przez pryzmat cech, które w rzeczywistości zawsze były bez znaczenia dla moralnej oceny. W tym miejscu zakończę swą wypowiedź i za pomocą paradoksalnie donośnego milczenia, pozwolę teraz spojrzeć na tą bolesną historię z tej własnie płaszczyzny, z której myślę, że wyraźnie widać czystą naturę prawdziwego człowieczeństwa. 

P.S. Wiem, że dla całościowego obrazu brakło lektury wspomnień Szpilmana będących podstawą ekranizacji, która co naturalne z racji ograniczeń czasowych niestety zapewne wiele ważkich wątków pominęła, a pewne spłyciła. Może kiedyś, w przyszłości uda się znaleźć odpowiednią ilość czasu, by tą zaległość nadrobić i ewentualnie dodatkowe przemyślenia do powyższego tekstu dopisać. 

sobota, 5 kwietnia 2014

The Ninth Gate / Dziewiąte wrota (1999) / The Ghost Writer / Autor widmo (2010) - Roman Polański




W duecie swoistym te produkcje Polańskiego odnajduje i nie mam tu na myśli tematyki którą widza w zainteresowaniu przed ekranem utrzymują, a pewnej bardzo bliźniaczej formy, w jaką indywidualne historie są spięte. Bowiem główni bohaterowie to kalki niemal, a ich przygody podobnym tokiem są prowadzone tyle, że w przypadku przejść Deana Corso mistycyzm w roli głównej, a Pan Widmo w politycznej intrydze zatopiony. Tutaj Johnny Deep i Ewan McGregor w pełne tajemniczej aury zagadki za pośrednictwem wykonywanego zawodu zostają wplątani, a ja zaintrygowany przebiegiem akcji krok w krok za nimi podążam, by w finale oczywiście nagrodę w postaci zakamuflowanego rozwiązania otrzymać. Po drodze Polański serwuje obficie wszelkie swoje sztuczki już w okrzepłej postaci od Frantica tak dobrze znane. Jest skomplikowany sekret, zmowa i gierki wokół bohatera rozgrywane. Systematycznie, powoli odkrywane karty, odwracanie uwagi od sedna, kamuflowanie i mylenie tropów. Trochę zaskoczeń, napięcie zarówno akcją jak i przede wszystkim czarowną muzyką kreowane. Świetnie do charakteru dobrane pejzaże, miejsca jak i zdjęcia kolorystyką kapitaną ozdobione, odpowiednio odcieniami sepii czy szarości dopieszczone. Ta charakterystyczna maniera reżyserska z jakąkolwiek inną nie da się pomylić, ona niczym odbicie linii papilarnych. W powyższych obrazach tak silnie to piętno i dar zarazem odbite, że cieszą one jak i nudzić mogą równie skutecznie. Szczęśliwie ja taki przewidywalny szlif Polańskiego uwielbiam i jeżeli tylko mistrz poczuje chęć kontynuacji takiej formy narracji, to w mojej osobie na oddanego widza może liczyć. Nie dziw się czytający te wywody, że ja taki schemat wielbię – nie przypadkiem chyba fanem przygód Poirota i Marple jestem. :)

poniedziałek, 24 marca 2014

La Vénus à la fourrure / Wenus w futrze (2013) - Roman Polański




Co ona mu zrobiła! Gdzie biedaka zapędziła! :) Mężczyzna ze swej dominującej samczej roli wytrącony, dzięki sprytnym gierkom, zgrabnym żonglowaniu błyskotliwą inteligencją i seksowną perwersją, tak sprawnie w kozi róg zapędzony. Wszystko w plastycznym anturażu scenicznych dekoracji, wyśmienitej gry światła (postać Vandy genialnie rozświetlona) oraz dzięki sugestywnej kreacji Emmanuelle Seigner i przekonującej roli partnera. Minimalizm tu ojcem sukcesu, sprowadzony do roli nadrzędnej, jednak paradoksalnie w swojej prostocie osiągający perspektywę znacznie większą od rozbuchanych spektakularnych realizacji. Przewagą treść na wielu płaszczyznach symboliczna, dająca szerokie pole do interpretacyjnych manewrów, przedstawiona za pomocą detalicznych ornamentów, niuansów w obrębie gestów czy mimiki. Takie oczywiste teatralne chwyty precyzyjnie ręką mistrza kierowane finalnie z pasjonującą dramą dają szansę się skonfrontować. Zatarta granica pomiędzy odgrywaniem ról w sztuce, a rzeczywistymi reakcjami na aktualne dynamiczne bodźce teatr interpretacji w świat psychologii jednostki wtłacza. To jak wchłanianie aktora w rolę, tak głęboko, że postać kreowana władzę nad jego osobowością przejmuje, a impulsem do tego przepoczwarzenia własne głęboko skrywane potrzeby, nieprzepracowane lęki czy podświadome tęsknoty. Ja tą manipulacją w obrębie ludzkiej natury i reżyserskimi manewrami zostałem skutecznie omamiony, już od samego wstępu kiedy ujęcie deszczowej alei tak malowniczo w klimat wprowadza. Dalej już nie było mowy o rozczarowaniu, bo głębokie od lat oddanie twórczości Polańskiego nie pozwala by tej specyficznej aury jego produkcji nie docenić. Tym tropem w świat kolejnej materializacji wyobrażeń mistrza zostałem zassany i wiem, że cyklicznie z Wenus w futrze będę się jeszcze spotykał, bo to obraz do wielokrotnego odkrywania - niewątpliwie!

P.S. Nie wiem czy to tylko moje przekonanie, ale coś w tym jest, że rolę Vandy małżonka Polańskiego odgrywa, a jej partnerem aktor fizycznie tak bardzo bliźniaczy do niego samego. :) Czyżby taka sugestia odnośnie relacji tej rzeczywistej pary kochanków, a może taka prywatna pikanteria do życia osobistego za pomocą pracy zawodowej wprowadzona. :) To tylko takie luźne moje uwagi. :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Frantic (1988) - Roman Polański




Okazja się nadarzyła aby żelazną klasykę oldschoolowego kina odświeżyć, zatem skrupulatnie z niej korzystając ponownie wciągnięty zostałem w bogatą w detale konstrukcję autorstwa Romana Polańskiego - tajemnicę zniknięcia żony amerykańskiego chirurga i prowadzonego w obcym mieście, kraju śledztwa. Markowy klimat produkcji Polańskiego nazbyt tu oczywisty, typowym ówczesnym europejskim duchem nasiąknięty. W przyszłości rodak nasz znakomity tropem podobnego schematu podążać się zdecyduje, w moim prywatnym przekonaniu z większym jeszcze sukcesem Dziewiąte wrota i niedawno Autora Widmo proponując. Poprawna, nazbyt szablonowa, taka rzemieślnicza kreacja aktorska jednowymiarowego Harrisona Forda nie zachwyca ale i nie odpycha, wręcz idealnie wtapiając się w specyficzną, nieco sztywną z pozoru niedopracowaną realizację. Jednako dowodem ona, że ten legendarny aktorski samouk jedynie w spektakularnych superprodukcjach typu przygód dr Jonesa, czy ratujących galaktykę rycerzy Jedi z powodzeniem się odnajduje. Tam gdzie fajerwerki pierwszoplanowe, a umiejętności aktorskie w tle głęboko ze znaczeniem dla filmu znikomym. Pomimo wszelkich rażących z perspektywy już lat i dokonań współczesnego kina wad, Frantic zdecydowanie to wartość sama w sobie, godna swego wśród legend miejsca. Atmosfera obrazu tu unikalna, obecnie w dzisiejszym kinie prawdopodobnie już nie do odtworzenia.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Carnage / Rzeź (2011) - Roman Polański




Duma rodaka rozpiera i chociaż postać Romana Polańskiego do zdecydowanie kontrowersyjnych należy abstrahując od jego życia prywatnego, w kwestii czysto zawodowej od (co nie do wiary!) grubo ponad czterdziestu lat do najwyższej światowej elity bezustannie należy. Jego charakterystyczna reżyserska ręka nie do podrobienia, niewielu przecież twórców kina przez tak kolosalny okres u szczytu pozostaje - nie tylko w kwestii czysto komercyjnej, lecz przede wszystkim jakości dzieł. Jako artysta status najwyższy posiada i konsekwentnie go utrzymuje, a każdy jego obraz to wyjątkowe doznanie i przeżycie dla miłośnika kina. Rzeź będąca w tym momencie na mojej tapecie, tej pełnej sukcesów passy w jakikolwiek sposób nie przerywa, a więcej jest pewnym założonym, wybornym złamaniem dotychczasowej formuły. Nie ze względu na zawartość "Polańskiego w Polańskim" tylko formy z jaką mistrz się mierzy. Obdarta ze wszelkich czysto spektakularno-technicznych fajerwerków, będąca powrotem do najgłębszych korzeni sztuki wizualnej, przeniesieniem teatru na duży ekran. I sztuka ta Polańskiemu udaje się wzorcowo, gdyż począwszy od samego fundamentu jakim jest adaptowany tekst, poprzez w każdym calu perfekcyjną realizacje, błyskotliwe dialogi i aktorską maestrię Winslet, Foster, Waltza i Reilly'ego - stanowi majstersztyk w najczystszej postaci. Wyraźne, z detaliczną precyzją zbudowane postaci oddają z polotem każdy założony szczegół, dostarczając dla widza niezmierzoną przestrzeń do interpretacji. Wprowadzający wątek wzbudza zaciekawienie, by po chwili stanowić jedynie preludium do szerokiej gamy ludzkich zachowań. To hitchcockowskie niemalże stopniowanie napięcia, gdzie rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, by dalej już tylko emocje rosły. Naturalne, realistyczne wydarzenia obnażają "życiowy teatr" którego każdy z nas aktorem, gdzie pod z pietyzmem budowaną fasadą ukrywamy prawdziwe oblicza charakteru, osobowości czy relacji z najbliższymi. Wystarczy często zaledwie przypadkiem odnaleziony klucz, czy odczuwalne poczucie jedności, uniwersalności problemu podbite alkoholu obnażającymi zdolnościami by mozolnie kreowane oblicze rozpadło się ukazując wątłą jakość i kruchą iluzję. Płynie z tej produkcji, równolegle do tego oczywistego gorzkiego "nie wpierdalać się w konflikty szczenięce" wyraźny optymistyczny morał szczególnie dla średniego wiekowo pokolenia. Jeśli dobrze rozumiem, odnoszący się do wartości szczerości i nadrzędności jej wobec teatralnej kreacji. Przepracowanie problemu, zmierzenie się z nim jedyną szansą na w miarę prawidłowe funkcjonowanie, a ofiary z jakimi proces ten związany z perspektywy czasu niewiele znaczące. W buty psychologa, specjalisty terapii relacji międzyludzkich wbity uznanie swe wobec maestrii twórców wyrażam, że w czasach tak miałkich, pobieżnych doznań rezygnując ze spektakularnych, sprzedaż napędzających efektów specjalnych, strzelanin, pościgów i golizny jedynie efektownym "pawiem" w tym kontekście się posiłkując, wyłącznie za pomocą szlachetnej dramaturgii takie dzieło wykreowali. Maestria i poczucie wiary w widza to bez wątpienia!

Drukuj