Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Safdie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Safdie. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2026

Marty Supreme / Wielki Marty (2025) - Josh Safdie

 

Porywający brawurą i muzyką, którym dodatkowo na całego w sukurs idzie świetny montaż, podkręcając turbo dynamikę. Przeróżna stylistycznie oprawa przebojowa, niby od czapy, pozornie bez ładu i składu gatunkowego, a genialnie działająca. O niej samej elaborat całkiem obszerny można by napisać. Nie o to jednak chodzi, by ją filetować, bowiem tutaj mnóstwo innego fantastycznego warsztatowo i fabularnie dobra. Język, nawijki z charakterystycznym nowojorskim akcentem z dzielnic pochodzenia bohatera. Niby Wielki Marty zszyty z gatunkowych klisz, ale szaleństwo całości sugeruje praktyczny nowy współcześnie gatunkowy kierunek - o który już powinienem napisać, przy okazji zeszłorocznego hiciora Paula Thomasa Andersona, bowiem to podobna stylistyka wywołująca w mózgu potężny wyrzut dopaminy. Zarazem świeża, lub ożywiająca z tęsknoty i posuchy takie wrażenie, gdyż ostatnio rzadko kino szeroko rozpoznawalne w tym kierunku podążało, przypominając że można kręcić jakby zuchwale pobudzony Allen spotkał siarczyście zawadiackiego Scorsese i po drodze dołączył do nich szeroko w Forreście plotący historię bohatera Zemeckis. Nakręcony jest Marty jak sam sukinsyn - irytująco sympatyczny typ w klapkach na oczach w pogoni za sukcesem. Z pyszałkowatymi ambicjami i bez zahamowań. W fabularnym chaosie o przewrotnym losie - splocie fartów i peszków. Narracyjnie u fundamentu inspirowany podobno biografią prawdziwej postaci, z czekającym tylko na komplementy i w dużym mierze uzasadnienie ich się domagającym Timothée Chalametem. Z motywami wywołującymi opad szczeny - wartką, pełną zwrotów akcją pulsujący. Osadzony w nowojorskim krajobrazie i z biglem korzystający z charakteru lokacji, gdzie wszystkie role drugo i trzecioplanowe zostają z widzem w pamięci, a w mojej najbardziej Abel Ferrara jako na emeryturze, starej daty gangster dla którego największą wartością jego wierny i groźny kundel, czy jako postać tępiąca zapał i czupurną butę bohatera pierwszego planu, znakomity Kevin O’Leary. To będzie być może klasyk, wielokrotnie wypełniający ramówki TV, jeśli telewizja linearna przetrwa. Tylko nie mam pewności który z braciszków Safdie zrobił w tym roku lepsze na mnie wrażenie. Uznajmy że oboje je zrobili.

P.S. Taki przekornie, ironiczny, ale i o wysokim stężeniu powagi łącznik startu i mety, czyli cud narodzin. Ja w nim naprawdę zauważyłem ponad klamrą, figiel scenarzystów i reżysera, bo jak ten bąbelek nie był podobny do Emory Cohena, to ja już nie wiem. :)

piątek, 14 lutego 2020

Uncut Gems / Nieoszlifowane diamenty (2019) - Benny Safdie / Josh Safdie




Bardzo mocne wejście Uncut Gems zaliczyło i nie widziałem od momentu niedawnej premiery ani jednej opinii, która nie byłaby odzwierciedleniem ekscytacji podczas seansu i występującej po nim potrzeby piania z zachwytu, by przekonać nieświadomych, czy po prostu nieuodpornionych na komediowy wizerunek Adama Sandlera do odpalenia Netflixa. Lawinie komplementów w większości przypadków towarzyszy też fala pretensji miłośników tradycyjnej dystrybucji kinowej, że taka petarda, a multipleksowi gracze ją zignorowali. Poza tym w okolicznościach tuż przed rozdaniem oscarowych laurów niezrozumiałe wydaje się pominięcie zarówno całokształtu roboty braci Safdie, jak przede wszystkim kapitalnej roli Sandlera. Roli która (i tu bez wahania potwierdzam) niczym jakościowo nie ustępuje nominowanym, a nawet posiada ten walor dodatkowy, który pozwala pośród nich dość znacząco się wyróżnić. To rola cholernie charakterystyczna, zagrana z ogromnym impetem i z pełnym utożsamieniem. Przekonująca autentycznością, przez co mocno wbijająca się w pamięć i nie pozostawiająca tym samym widza obojętnym. Sandler dwoi się i troi, chwilami przypominając swoją ekspresją werbalną Ala Pacino - idealnie nakręca szalone tempo fabuły, ale i świetne podkreśla dramatyczne aspekty odgrywanej roli. Kreacji właściciela niewielkiego biznesu jubilerskiego, robiącego szemrane interesy w dzielnicy żydowskich lombardów, gdzie nie ma czasu na chwilę spokoju w szaleńczej pogoni za kasą. Tam pieniądze konkretnie we łbie mieszają, sprowadzając życie wyłącznie do ustawicznej walki o zysk za wszelką cenę. Tyle że wiecznie nabuzowany (te wyszczerzone zębiska) Howard Ratner ma w sobie tyle samo z uzależnionego od podniet krętacza, co z pechowego partacza, więc za co z maksymalną energią się nie weźmie to koncertowo to spierdoli. Bracia Safdie nakręcili pozornie może chaotyczne, lecz w rzeczywistości precyzyjnie wykalkulowane efekciarskie kino. Nakręcili napakowany celebryctwem brawurowy dramat z regularnie zagęszczaną atmosferą, która kapitalnie prowadzi do zaskakująco sugestywnie metaforycznego finału. 

Drukuj