To będzie krótki tekst, zawężony w zdecydowanym stopniu do przekierowujących odnośników, a związana taka strategii recenzjo-refleksji z faktem, że co miałem do powiedzenia w temacie powrotnych, gęsto wydawanych do dzisiaj albumów In the Woods..., to we wcześniejszych tekstach o Pure (2016), Diversum (2022) i Otra (2025) dałem już do zrozumienia. Cease the Day swego czasu pominąłem, bowiem być może przeszedł po prostu bez właściwego dla ważnej dla fana nuty klimatyczno-metalowej z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych echa. Ja zwyczajnie nie spodziewałem się, iż pójdą tak szybko za ciosem, bowiem Pure jako ciosu nie postrzegałem i raczej wróżyłem niepotrzebne przebudzenie do walki o swoje miejsce na scenie, niż powrót w chwale i po chwałę. Moje gusta być może się z gustami bardziej wiernych fanów rozjechały i zespół czując że jest dla niego miejsce, nagrał rzeczony, u mnie jak widać po macoszemu potraktowany. Ogólnie postrzegam go jako pomost naturalny pomiędzy mało przeze mnie chwalonym Pure (patrz recka archiwalna), a trochę bardziej zaciekawiającym Diversum (patrz ponownie recka archiwalna), ale i tak najlepsze co do tej pory nagrali w drugiej odsłonie, to ubiegłoroczna Otra. Szkoda czasu na mielenie co już przemielone. Dziękuję za uwagę. ;)
niedziela, 24 maja 2026
niedziela, 4 stycznia 2026
In The Woods... - Otra (2025)
Na początek uwaga fundamentalna, choć uwaga niekoniecznie decydująca! In the Woods... po swoim powrocie właśnie zdążył nagrać już więcej długograjów, niż zdołał zanim ze sceny zniknął, gdy może daleko mu było do gwiazdy pierwszego formatu, ale pod względem ambicji bycia doskonałym projektem ekstrawaganckiego metalu progresywnego, wiązał udanie chęci z rzeczywistością. Te trzy przed Otra współczesne albumy miały swoje momenty, ale też można było się ich czepić, wymieniając niedoskonałości na równi, obok walorów, tchem jednym długim - czego nie omieszkałem poczynić. Dlatego do Otra podchodziłem długo, nie tylko przez fakt że materiał wyszedł akurat w czasie mojej zintensyfikowanej działalności prywatnej/osobistej na zgoła innym niż fascynacje muzyczne polu. Chcę przez to powiedzieć, że nie chodzi o to że obwąchiwałem się z Otra, ale iż nie samym eskapizmem kulturalnym człowiek żyje, a szczególnie nie może sobie odlatywać poza rzeczywistość, gdy przyziemne sprawy wymagają koncentracji umysłowej i działań praktycznych. Stąd sporo w ubiegłym roku fajnych, tych z kategorii nie takich oczywistych i o formacie wydarzenia towarzyskiego akcji muzycznych mogłem pominąć, tak jak totalnie się biograficznie zaniedbałem - nie czytając niemal nic prócz tego czego musiałem aby ogarnąć tematy życiowe. :) Fartownie (a może to nie kwestia zbiegów okoliczności :)) mam nadzieję nadchodzi czas względnego zwolnienia i tak jak mam zamiar oddać się lekturom czy sportowym "baJkowym" uniesieniom or konsumowaniu wewnętrznego poczucia szczęścia (czytaj harmonii), tak muzycznie też będę grzebał i docierał w miejsca zainspirowane sentymentem, tudzież najzwyczajniejszą ciekawością. Tam gdzie akurat Otra mieszka zaprowadziła mnie jak wspominam na dosłownym szczycie tekstu (u góry he he) nostalgia i jakaś podświadomie podskórna wiara w tą powiązaną personalnie z chyba jeszcze bardziej przeze mnie lubianym Green Carnation norweską ekipę. Otra okazuje się tym czego oczekiwałem od In the Woods..., ale też tym co mnie się bezpretensjonalnie bardzo podoba, mimo iż absolutnie nie ma w tej nucie nic identyfikującego grupę z czymś muzycznie indywidualnym i oryginalnym. Słucham bowiem numerów bardzo bliskich stylistycznie właśnie Green Carnation, ale też wspomniane stylizacje kojarzą się z przekrojem pomiędzy chwytliwym Amorphis (A Misrepresentation Of I), a ulverowską urodą melodii. Czuć w tej nucie zarazem pierwiastek przebojowy, którego kurs to przykładowo taki banger jak Humanity z Diversum, jak nie stroni ona od quasi blackowych wrzasków i chwilowych przyspieszeń w klimacie tego bardziej przaśnego, ale nie żenującego totalnie blacku. Innymi słowy żonglowanie raczej skrajnościami, ale w przyjemny sposób, że nie wyraża się pretensji o toporne ich aranżowanie. Urzekające melodie miło i spójnie współistnieją z agresywniejszymi fragmentami, więc nuta płynie, kołyszę i nawet gdy silniej się wzburzy, to nie ma obaw aby wytrąciła ze zbudowanej nastrojowo strefy komfortu. Nie wiem jednak na ile ta mieszanka jest trwale atrakcyjna dla moich uszu - czy po jeszcze kilkunastu odsłuchach nadal będę odczuwał podobną lub wręcz większą przyjemność, gdy odkryje może coś w aranżacjach zakamuflowanego (otwierający The Things You Shouldn't Know mnie tak obecnie czaruje), lub bądź co bądź okaże się, że potencjał Otry skurczy się do rozmiarów płytki jedynie okej. Póki co kontakt z Otra to miłe doświadczenie i charakter jej, to dająca wiarę w dłuższą perspektywę nadzieja.
środa, 5 lutego 2025
In the Woods... - Diversum (2022)
In the Woods... to był u zarania bardzo ciekawy bowiem eksperymentalny na umownie gotycko metalowej scenie band. Był obiecujący, po części jeśli brać pod uwagę odwagę w penetrowaniu ambitnych przestrzeni nawet zespół spełniony, niestety notował jak to formacja bezkompromisowo undergroundowa, a wręcz pośród konkurencji dziwaczna niskie notowania komercyjne, zatem zapewne poniekąd też przez to zniknął ze sceny, a jego jakiś czas temu powrót do życia, za pośrednictwem nowej płyty przyniósł raczej rozczarowanie, więc byłem przekonany iż długo nie przetrwa. Okazało się jednak że zapał muzyków jest spory i trwają bodajże do dzisiaj, a na pewno zdążyli do czasu Diversum wydać jeszcze jeden krążek, którego zawartości nie zdołałem z braku zainteresowania do tej pory poznać. Raczej Diversum do kontaktu z poprzednikiem nie zachęca, bowiem męczy w przeważającym stopniu przeciętną, a chwilami toporną hybrydą czegoś na kształt metalu progresywnego bez kompletnie żadnej finezji, za to z pomysłami jakie myślę nawet kiedy mroczne gotycko-doomowe granie było w łasce by ich do drugiej ligi nie przepchnęły. Być może Diversum posiada kilka w miarę ciekawych momentów (jest w takim zamykającym płytę Your Dark oraz w środkowej i finałowej części Master of None coś - a może szukam tego czegoś na siłę coś) i jest dla swojego dobra bardziej gitarowe niźli klawiszowe, lecz to wciąż raczej popłuczyny niźli w pełni wartościowe kompozycje, kiedy ich styl i jakość porówna się ze zdecydowanie bardziej dojrzałymi, okrzepłymi czy najzwyczajniej chwytliwymi materiałami Green Carnation - Andres Kobro bezpośrednim łącznikiem, ale też głosy/maniery wokalistów bliskie. Kiedy słucham takich przykładowo A Wonderful Crisis (zasadniczo wszystkich indeksów), a najbardziej w orbicie stylistycznej wymienionych Humanity i We Sinful Converge, to czuję podobne wibracje, ale czegoś soczystego i ekscytującego w nich brakuje. Problem w tym że to na ogół bez iskry, płaski brzmieniowo, przeciętny songwritersko produkt, jaki nie ma mocy by przełamać moją do obecnego oblicza Norwegów rezerwę. Cholera wie jednak czy zapętlony teraz właśnie Humanity lekko mnie na nie jednak nie otworzy, gdy się jego ponętnie transowe oblicze zaczyna coraz mocniej wkręcać. :)
P.S. W międzyczasie dogrzebałem się informacji, że In the Woods... się nie poddaje i na kwiecień tego roku kolejny album anonsuje.
piątek, 24 listopada 2023
In the Woods... - Strange In Stereo (1999)
Tak się drzewiej zdarzało, że wciąż jeszcze na granicy smarkacza i dojrzałego mężczyzny będąc, nadal z jednej strony w beztroskiej poniekąd młodości trwając i jednocześnie przed bramą dorosłości stojąc, lekko (ale tylko lekko) na mniejszej aktywności w muzycznych różnościach brodziłem, części z nich nie poświęcając tyle czasu ile należało. Pomny znajomości z Omnio (poprzednik Strange In Stereo), pozostając pod jej istotnym, choć jak się okazało nie wiecznym wpływem, kolejnego album In The Woods... nie zignorowałem oczywiście, ale zabrakło od startu pomiędzy mną, a nim chemii właściwej. Długodystansowo zatrzymałem go w pamięci, słuchałem też od czasu do czasu w pierwszej połowie pierwszej dekady XXI wieku, lecz nastąpiła jednak dłuższa przerwa i dopiero po powrocie przed kilkoma już laty grupy do aktywności odkurzyłem rzeczony oraz jego poprzedzający, a że Omnio bardziej przystępny i osłuchany, to w pierwszej kolejności został tu na stronach zarchiwizowany. Przyszedł jednako też czas na Strange In Stereo i nie mógłbym inaczej napisać o nim, niż jako o albumie ogromnie wymagającym, albumie w gatunku nawet szeroko progresywno-gotycko awangardowym, albumie też różno-biegunowym, wielowątkowym i złożonym, a jednocześnie albumie posiadającym ten rodzaj chwytliwości, który przyciąga i hipnotyzuje, choć absolutnie jego melodyka i formuła nie predysponuje go do kategorii nawet w najmniejszym stopniu radiowej. On prądzi, on kopie, on zasysa i raz potrafi być magnetyczny, a innym razem odrobinę przynudzić, choć przecież jeśli poświecić mu się całym, to nigdy nie zawodzi, a taki Ion zaśpiewany z męczeńską pasją w głosie, Titan Transcendence o podobnym, tyle że w mniej żwawym tonie zagranym i w dodatku z żeńskim wsparciem wokalnym, czy rozpoczynający tą muzyczną liturgię arcy obiecujący Closing In (rozwija wątki tak że kłaniam się nisko) i eksploduje w taką harmonię, jakiej nie powstydziłaby się napędzona sterydami z drugiej połowy pierwszej fazy działalności Katatonia - dla mnie bomba, czuję się nadal tym numerem porwany. Album jest najzwyczajniej przebogaty i tak napchany brzmieniami klawiszy, jak i (pomiędzy klasycznie rockowo-metalowym instrumentarium) jeśli dobrze słyszę partiami innych ciekawych narzędzi do wydobywania harmonii, w tym czegoś smyczkowego. Po korek w nim zacnych pomysłów, kombinowania i korzystania z wyobraźni, jednako wykręcony sound nieco obecnie bardziej może się kojarzyć z panującą modą w ogólnie rozumianym metalu gotyckim na przekręcanie wysokich tonów kosztem tych niskich i sterylizacje tym samym brzmienia, a to odrobinę przeszkadza, choć jak się w materiał wciągnąć to szybko uszko do tego rodzaju materii dźwiękowej się przyzwyczaja. Żeby było jasne, wymieniłem tylko trzy kompozycje i nie porwałem się na głębszą analizę tych najbardziej oryginalnych, czy ze zdecydowanie wielu ciekawych składników pozszywanych, bo nie o to mi chodzi by autopsję przeprowadzać, a dać do zrozumienia z jakim klimatem się obcuje, czego można się spodziewać i jak bardzo może to być dla kogoś w tych dźwiękach świeżego interesujące doświadczenie. Dla mnie było nieogarnialne do końca kiedyś, dzisiaj mogę sobie z nim dać radę, ale i tak zakres doznań gigantyczny, ale też przyjemność (gdy niedoskonałości wybaczyć kolosalna), choć zamiast tej sprzed prawie ćwierćwiecza świeżości, pozostał tylko szacunek dla kierunku - nie do końca sprecyzowanego jednak i jednak też niestety nie zapewniającego In The Woods... po wydaniu Starnge In Stereo popularności na metalowych szczytach. Kultowa pozycja, ale tak tycio nadgryziona przez ząb czasu przez ten sound i aranżacyjny przesyt, którego jednak nie nazwę bałaganem.





