Mam
wrażenie, iż pogrążył się Gregor Mackintosh na dobre w nostalgii, a nawet poniekąd kombatanctwie, a mam takie
przekonanie na podstawie zarówno dostarczanej obecnie muzyki jak i lektury wywiadów przy okazji premiery trzeciego krążka
Vallenfyre. Odnoszę wrażenie, że zdając sobie sprawę, iż przy rewolucji asystuje się tylko raz, później jako pilny uczeń rozwija jej spuściznę. A wreszcie z zasady gdy wyczerpie się energia pozwala jej się umrzeć nie spoglądając za siebie, tylko poszukując naturalnie nowych podniet. Wpadł dzisiaj Mackintosh, kiedy kryzys wieku średniego każe zbyt często za siebie się oglądać, w spiralę która zarówno wraz z
Vallenfyre jak i współczesnym obliczem Paradise Lost ściągać go będzie w
otchłań tęsknoty za młodzieńczą pasją, już na zawsze odbierając szansę na jakikolwiek progres
liczony w liczbie sprzedanych egzemplarzy. :) Bo trudno nawet przy sporej
sympatii dla muzyki, która swego czasu pozwoliła mu na zaistnienie w ścisłej
czołówce brytyjskiego metalowego grania nie dostrzec, iż nawrót na ścieżkę brutalną
nastąpił po oczywistych niepowodzeniach w pogoni za sławą i pieniądzem. Ja
rozumiem i nawet wierzę, że te sympatie wobec elektroniki spod znaku Depeche
Mode przy okazji Host nie były li tylko szansą na mainstream, a ówcześnie
głosem potrzeb artystycznych. Jednak każdy kolejny krążek Raju Utraconego, to
tylko balansowanie pomiędzy przywiązaniem do lojalności metalowych
sierściuchów, a łypaniem wzrokiem w stronę popkultury. A że jak się chce, a się
boi i próbuje złapać dwie sroki za ogon, to najczęściej wychodzi się z niczym, lub ewentualnie jeszcze z ostateczną szansą na męską decyzję – w którym
kierunku, ale już na całego! I poszedł nobliwy wiekowo Gregor na całość
zagłębiając się w młodzieńczych muzycznych fascynacjach i eksplorując zaciekle już dawno
wyeksploatowane w latach osiemdziesiątych i początkowej fazie dziewięćdziesiątych tereny "plugawego death metalu i wściekłego crustu". Ma człowiek jednak smykałkę do hałasowania w takiej
stylistycznej tonacji i mimo, że o oryginalności mowy nie ma to na Fear Those Who Fear Him każdy numer brzmi odpowiednio pierwotnie i smaga intensywnie. To widać i czuć,
że z tych dźwięków powstał kręgosłup jego pasji i tam korzenie mocno
zapuszczone posiada, więc pamiętając mu (a jakże) szeroki rozkrok z którego
długo nie potrafił się podnieść podchodzę z mieszanymi odczuciami do kolejnych
kroków w konfiguracji Vallenfyre, jak tym bardziej Paradise Lost. Paradajsi już
wkrótce nowy album wydadzą i okazja na cięgi, w najlepszym wypadku kręcenie
nosem będzie, natomiast krwiste mięcho od Vallenfyre kręci się już kilka tygodni
i co muszę przyznać nadal zachęcający aromat wydziela. Zakładam
więc, że nowy materiał będzie się cieszył moją adoracją raz na jakiś czas, podobnie jak poprzedni Splinters
zapuszczany zawsze gdy zapragnę przypomnieć sobie, że nadal drapieżnikiem
gustującym w surowym mięchu jestem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallenfyre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vallenfyre. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 czerwca 2017
sobota, 26 lipca 2014
Vallenfyre - Splinters (2014)
Z sentymentu dla mojego bohatera sprzed lat, nadal staram się śledzić co tam sobie w dźwiękach rzeźbi i chociaż ten powrót do niby klasycznego łojenia pod szyldem Paradise Lost jednoznacznie mało udanym widzę, to brutalna archetypiczna surówka z krążków Vallenfyre spływająca cieszy moją rogatą psyche. Jaka tam ona dziś rogata, te różki już dawno stępione, a w ich miejsce uduchowiona świadomość innego rodzaju kulturalnej strawy pragnie. :) Może i obecnie tego rodzaju dźwięki coraz rzadziej mnie kręcą, jednakowoż od czasu do czasu nadal lubię zarzucić na słuchawki mocarny gwałt soniczny. On spod łap najczęściej starej gwardii jedynie do mnie dociera, bo pomimo mniej lub bardziej zaangażowanego śledzenia współczesnej deathowej sceny jakoś ochoty i entuzjazmu mi brakuje by przesłuchiwać krążki nowych odkryć. Wiem, że death nie sczezł dokumentnie, a nawet więcej - on ma się dziś całkiem dobrze za sprawą licznych młodych pasjonatów hałasu. Ja jednak już chyba za stary jestem, lub górnolotnie stwierdzając bardziej wytrawnych dźwięków poszukuje - młócę buntowniczą latorośli pozostawiam i cieszę się okrutnie, że ona jest i aktywność swoją wyraźnie akcentuje. Niech Pan Ciemności będzie z wami, prowadzi was ścieżką lewej ręki! ;) Starczy starego dziada prywaty, kilka zdań dotyczących istoty tego rozważania, znaczy Spilnters na klawiaturę przelać czas. :) Rzut oka na kopertę albumu i już jestem kupiony! Toż to kapitalne dzieło, jest srogo, mrocznie i odstraszająco wszelkich bogobojnych histeryków, czyli jak kanony gatunku nakazują. Tytuł i zawartość muzyczna idealnie współgrają z plastyczną oprawą - fakt DRZAZGI są ciosane, iskry lecą, a gruz się sypie. To czym me uszy ekipa starych wyjadaczy infekuje to klasycznie upiorny wymiot, prosto z trzewi spływający. Wszystko rzęzi, trzeszczy, charczy, buczy jak przykazano z oczywistym sznytem gitarowej maestrii i charakterystycznego brzmienia wiosła Macintosha, które w solówkach bez cienia wątpliwości jęczy jak za zamierzchłych czasów. Urozmaicone tempa (nie liczcie jednak na jakąś wywrotową kombinatorykę) dają szanse na zarówno doomowe walcowanie jak i energiczną toporną łupankę, a wszystko spięte charkotem lidera i ponurym klimatem piwnicznej stęchlizny. Jak chujowo masz w życiu i melancholia wespół z depresją tobą targa to trzymaj ten krążek z dala od odtwarzacza, bo niechybnie ostrza do aktu samookaleczenia użyjesz. Jak zamiast apatycznej osobowości dojrzałą naturą dysponujesz lub twoje życie to pasmo ciągłych sukcesów i optymistyczne usposobienie posiadasz to wrzucaj do kieszeni i słuchaj. Szczęśliwie ponuractwo i labilność emocjonalna mi obca, zatem paradoksalnie z kompozycji Vallenfyre przyjemność potrafię wydestylować, a Splinters tropem Bloodbath i albumów kilku innych wyjątkowych formacji cyklicznie będzie sączył jad w me małżowiny - taki to będzie katharsis, kiedy pewne symptomy zmęczenia tym co teraz dla mnie w muzyce najciekawsze odczuję. Szczęśliwie nie zamykam się w gatunkowej jednowymiarowości, czystek ze względu na konwencje nie robię. Lata doświadczenia jednego mnie nauczyły, nie gatunki tylko konkretne albumy bez względu na szufladki są wartościowe. Otwarty umysł we mnie muzyczna pasja wykształciła, a to w mym odczuciu najbardziej cenna nagroda za lata poszukiwań i wyrzeczeń. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

