Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacques Audiard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacques Audiard. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2026

De rouille et d'os / Rust and Bone (2012) - Jacques Audiard

 

Nie dostrzegłem w tym klasycznym sentymentalizmie, lecz jednak potraktowanym nieco słodko i gorzko zarazem, tyle ile kobiecym spojrzeniem spostrzegła Lalu, stąd nie związałem się z obrazem i ze sposobem opowiadania oraz historią tak mocno, jakbym zapewne zdołał, gdybym przeskoczył ponad wewnętrzną barierą, która moje męskie ja chroni, możliwe że przed zrzuceniem pancerza. Czułem jednakowoż, iż kryje się w tej opowieści, formule przez Audiarda zastosowanej i stylu narracji nie tylko ta gładka, ale i szorstka (bliznowata) wrażliwość, która być może w moim przekonaniu, nie jest w stanie mną emocjonalnie targnąć, bowiem uwolnić się nie potrafiłem (mimo że chciałem) od poczucia, iż jestem tutaj u fundamentu już szantażowany. To mój problem, prawdopodobnie powiązany wprost z nastawieniem, gdy kluczowe dramatyczne wątki atakują błyskawicznie tragicznym wydarzeniem o gigantycznym kalibrze. Stąd do końca pozostawałem pod wpływem wewnętrznych podszeptów o wykorzystywaniu grubo szytych motywów i konfrontowaniem ckliwości z brutalnością, więc byłem tym samym poniekąd częściowo ślepy na wszystko co pomiędzy wierszami. Nie widziałem tak wyraźnie jak Lalu, że bolesna forma zewnętrzna, w środku pięknie mówi, iż sednem jest odnalezienie siebie na nowo, wysupłane z pokiereszowanych serc, powolne wychodzenie z mroku i wydobycie z czarnej głębi wrodzonej zdolności do odczuwania, okazywania emocji, a tym samym zatamowanie bolących, sączących się ran. Mistrzowski duet Marion i Matthias, przejmująco odegrał głęboką, zrodzoną z przyjaźni niewymuszoną miłość, bez wielkich słów i zbędnych gestów. Audiard natomiast wyeksponował silne połączenie ciał i dusz, okupione tragedią, traumą, bólem, poczuciem ogromnej samotności i tęsknoty za bliskością. Kiełkujące po cichu, subtelnie, z każdym spojrzeniem i dotykiem, w stronę chemicznego przyciągania, w rytmie przyjaźni, szacunku, oddania, współczucia i wzajemnej fascynacji. Dramatycznie, namiętnie i konsekwentnie poprowadził fabułę do poruszającego finału, który jest swoistym oczyszczeniem, zrozumieniem, spełnieniem, ukojeniem. Obiecuję sobie i Lalu, że jeszcze kiedyś to odkryję, tak by poczuć i zrozumieć.

czwartek, 9 stycznia 2025

Emilia Pérez (2024) - Jacques Audiard

 

Promowany jako potężny hit sezonu, nowy film weterana Audiarda, zdobywający zamaszyście prestiżowe nagrody i faworyzowany tym samym w wyścigu po tegoroczne Oscary. Jak się okazało z autopsji mega odważny, eklektyczny, bez granic gatunkowych i hamulców realizacyjnych, wręcz będący rodzajem podbitej intensywnie farsą opery gangsterskiej, niż gangsterskiego musicalu – obraz który ekscytująco pstrokato łączy wspomniane powyżej przypisane do stylistyki motywy, z brutalnie bezpośrednim, zaangażowanym też światopoglądowo społeczno-politycznym charakterem podjętej tematyki oraz elementarną wrażliwością ludzką i psychologią użytkową. Na taki świadomie jaskrawo kiczowaty pomysł mógłby wpaść najbardziej szanowany w kinie europejski Pedro, ale tak zaje-fajnie by go on jestem przekonany obecnie nie obrobił, bowiem stracił, przypiłował Hiszpan pazur, którego bezdyskusyjnie Audiard sobie przed realizacją naostrzył. Dzięki czemu Emilia Pérez to film rytm, gdyż rytmem żyje, choć tempo przecież w nim łamane. On jest rytmem tak szalonym, jak rytmem refleksyjnym, mimo że więcej w nim właściwej kulturze Meksyku ekspresji, jaka feerią barw odciąga krytyczną uwagę od tego wszystkiego co fabularnie się tutaj nie klei i nakazuje myślę zgodnie z intencją reżysera potraktować logiczne dziury z przymrużeniem oka, mocno umownie. Poza tym trudno nadmiarowo analizować warstwę merytoryczną/fabularną, kiedy muzycznie jest fantastyczny i naturalnie jako film korzystający z interpretacji śpiewanej (każdy aktor śpiewać śmiało może, jeśli miast szarżować nuci najzwyczajniej) kontrastowy, a ponadto aktorsko wypada równie przekonująco, gdy przefantastyczna Zoe Saldana, być może wytańczyła i wyśpiewała tutaj sobie Oscara - jakbym jednak w tej rywalizacji nie stał mimo wszystko po stronie Mikey Madison (Anora). Być może Zoe ostatecznie decydentów przekona sceną z balu charytatywnego, gdzie jej wdziękowi tanecznemu i ekspresji wokalnej w sukurs idzie kapitalna choreografia i doskonała sugestywna piosenka. Na finał dodam, iż w drodze do kina towarzyszyło mi niemałe podekscytowanie, bez względu jak bardzo oczekiwania częstokroć w podobnej sytuacji w sobie studzę, aby poprzeczki już na starcie dla własnej pomniejszonej końcowej przyjemności nie podnosić, to po opuszczeniu sali miałem przeświadczenie głębokie, że to była doskonała reżyserska i tak samo aktorsko jak i technicznie robota, za którą twórcą należą się oklaski gromkie. Jeśli życzyłbym sobie więcej kina programowo przerysowanego, to wyłącznie takiego które z podobną gracją posługuje się wyrazistą kreską i wypełniającą przestrzeń połyskującą barwą, pulsującym rytmem, bez zabijającego ducha kina przecież rozrywkowego w założeniu, intelektualnego nadęcia.  Emilia Pérez uważam idealnie równoważy szlachetną wartość targających namiętnie człowiekiem podstawowych uczuć i pojęć z zawsze oczekiwaną w przypadku spotkania z kinem ekscytującym czystą akcją! Bez szałowej bezpośredniej akcji, tudzież bardziej ambitnej podskórnej dramaturgii, kino nie uderzy do głowy, więc ja wówczas jemu nijakiemu podziękuję. Równie dobrze mogę przecież pogapić się obojętnie na gołą ścianę. Emilia bezdyskusyjnie mi w zmysłach zamieszała.

poniedziałek, 24 października 2022

Les Olympiades / Paryż, 13. dzielnica (2021) - Jacques Audiard

 

Magnetyczna, uwodzicielska i tak na finał banalnie piękna też, bowiem z nieprzesłodzonym na szczęście happy endem opowieść o damsko-męskich i damsko-damskich relacjach. Opowieść o emocjonalnych wzlotach i upadkach, pozornie bezpośrednia i odważna rzecz o relacjach bliskości fizycznej, ale tak ponad pozorami to mówiąca więcej o ludzkiej psychologii, bo przecież bliskość, intymność, realizacja potrzeb seksualnych, to tak naprawdę łaknienie akceptacji poprzez czułość i dotyk - zresztą może sztuka dodawania sobie poczucia wartości poprzez okazane zainteresowanie itd. Ludzka psychologia skomplikowana, częstokroć czy zazwyczaj, to co w środku rzadko łatwe do odczytania na zewnątrz, więc dotarcie do nagich intencji i tym samym zaspokojenia procesem wyczerpującym, lecz też ekscytującym przez tą swoistą huśtawkę uczuciową. Młody duchem film już przecież delikatnie ujmując niemłodego Jacquesa Audiarda, to też niezwykle wrażliwa historia poszukiwania tożsamości uczuciowej, zrozumienia, jakiejś takiej symbiozy dusz i budowania bliskości na gruncie podobieństwa osobowościowych problemów. Z imponowaniem, manifestowaniem pewności siebie, rolą masek w znaczeniu kamuflowania, profilaktycznego przywdziewania zbroi, bądź całym tym sprzedawaniem iluzji lub aktualnego dobrego samopoczucia z którego skutecznie pewność przecież potrafi przemówić. Z dominacją w relacji, zazdrością, podnietą wynikającą ze zdobywania, ugruntowywania własnej pozycji, a może tak naprawdę u sedna tkwi czysta zabawa uczuciami partnera, egocentryczne harce erotyczne we współczesnej rzeczywistości przesytu i rozwiązłości? Pochodzenie pomysłu na fabułę niecodzienne (fundamentem komiks), bohaterowie i ich osobowości ciekawe, a psychologiczny rdzeń wraz ze społecznym kontekstem współczesności zaprawdę wymowne. Gdzieś w tle majaczy niedemonizowany na całe szczęście socjologiczny portret metropolii, a sama historia jest zapewne uniwersalna dla tego tygla kulturowego. O czym nie wiem, bo nie doświadczyłem, ale wierzę wszystkim odpowiedzialnym za powstanie tej dojrzałej fabuły.

niedziela, 6 stycznia 2019

The Sisters Brothers / Bracia Sisters (2018) - Jacques Audiard




Nie gustuję na poziomie koneserskim w francuskim kinie, ani tym klasycznym (zasłużonym oczywiście dla światowej kinematografii), ani w tym w miarę współczesnym, stąd nie zaskoczyło mnie, iż z nazwiskiem Audiard premierowo stykam się dopiero przy okazji debiutu hollywoodzkiego - jak się okazuje twórczo doświadczonego już reżysera. Debiutu zdecydowanie udanego i to jeszcze w formule gatunkowej, która też stawia przed reżyserem wiele wyzwań charakterystycznych wyłącznie dla tej przeżywającej ostatnimi czasy renesans konwencji. Łatwo bowiem w westernowych klimatach przeszarżować, znaczy dać ponieść się wierzchowcowi lub popaść w szablonowość, albo dodatkowo jeszcze zanudzić totalnie całą furą wszelkich banałów podawanych w żenującym uniesieniu. Dlatego też mimo, że absolutnie The Sisters Brothers nie postawię w pierwszej dziesiątce dzisiejszego spojrzenia na westernową estetykę, to przez fakt wzbudzającego szacunek zbalansowania istotnych walorów uznam za produkcję zdecydowanie wartą obejrzenia. Rzecz będąca adaptacją (jak doczytałem) bestsellera niejakiego Patricka Dewiita, to bardziej niż typowe epickie kino, intymny portret mentalności ówczesnych mieszkańców dzikiego zachodu nazywanych z racji wykonywanej profesji rewolwerowcami. Twardych i bezwzględnych sukinkotów, którzy za nic mieli cudze i też własne życie - póki oczywiście młodość w ich serduchach kwitła. Kiedy natomiast starość i naturalne zmęczenie intensywnie tułaczym trybem życia zaczynały dawać się we znaki, ci nieliczni jeszcze co przeżyli z tęsknotą i po fakcie z sumienia wyrzutami spoglądali w stronę względnie spokojnego życia na farmie. Taka w skrócie historia na ekranie się rozgrywa, z dyżurnymi dla gatunku wątkami i motywami, w zarówno pierwszym jak i drugim planie. Jednak przez fakt na pieczołowitość realizacyjną i więcej niż poprawne aktorstwo starych wygów w osobach Joaquina Phoenixa, Johna C. Reilly i Jake’a Gyllenhaala nie nuży, mimo że też i nie zaskakuje. I chociaż nie jestem też specem od klasyki tradycyjnego westernu, to znając względnie dużą część ikonicznych filmów o dzikim zachodzie dopiszę jeszcze, iż The Sisters Brothers trąci spaghetti westernem, czyli w balladowym tonie żeni dosłowną brutalność z przerysowaniem i melancholijnym klimatem, a wszystko bezspiesznie z momentami zwiększonego natężenia akcji, kiedy to sukinkoty błyskawicznie opróżniają bębny swoich coltów.

Drukuj