Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fear Factory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fear Factory. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 czerwca 2021

Fear Factory - Aggression Continuum (2021)

 

Aggression Continuum okazuje się dość twardym orzechem do zgryzienia i nie mam tu na myśli, iż jest materiałem na tyle połamanym technicznie i ponad standardy ambitnym, by można było sobie na nim pokruszyć uzębienie. Wręcz przeciwnie, jest zbiorem fantastycznie nośnych numerów, które od razu zaskarbiają sobie sympatię, lecz problem tkwi w tym czy od Fabryki oczekiwać należało krążka tak od pierwszego odsłuchu słuchaczowi przyjaznego? Melodyjne refreny od czasu Demanufacture były oczywiście częścią składową formuły dźwiękowej jakiej hołdowali Amerykanie, ale oprócz tej miłej dla uszu zabawy chwytliwymi zaśpiewami, w ich nucie równie ważną rolę pełniła wściekła agresja niebanalnych riffów. Tutaj właśnie tkwi problem jaki na starcie zasygnalizowałem, że niby brutalnej mocy riffiadzie Cezaresa nie można na Aggression Continuum odmówić, a zapętlone motywy gitarowo-basowe rozpruwają membrany, ale (wciąż te ale!) są jakieś takie rozmiękczone patetycznymi syntezatorami, robiąc częstokroć wrażenie zbyt anemicznych i co kluczowe tak bardzo oczywistych. Zdaje sobie sprawę że w obecnej rzeczywistości trudno chyba tak skonstruowanej nucie (bo to nie jest obecnie hiper w metalu popularne granie), a dodatkowo za historią FF ciągnie się większe lub mniejsze przekonanie o przynależności do skompromitowanej w większości przypadków sceny nu metalowej. Ale (właśnie!) Deftones potrafią surowo i zarazem chwytliwie i nie ma u nich miejsca na sztampę lub jakieś podniosłe akcje z klawiszami, które z daleka śmierdzą quasi symfoniczną tandetą. Przyznaję iż Fear Factory nagrało bardzo przyzwoity album, który też myślę wzbudzi wśród fanów kontrowersje nie tylko ograniczone do akcji-reakcji na linii Bell-Cezares, ale ponad konteksty konfliktów, muzycznie będzie stanowił powód do żywych dyskusji, a nawet sporów. W moim przekonaniu od czasu Mechanize nie skomponowali w pełni przekonującego albumu, a do prowokowanych uwag dotyczących kwestii czysto formalnych w zakresie dźwięków dorzucają także strasznie żałosne przywiązanie do potwornie lipnej estetyki wizualnej. Zarówno te koperty jak i teledyski bardzo mocno odpychają mnie od dzisiejszej ich twórczości. Nawet, jeśli ostatecznie nie odrzucają, to na pewno nie pomagają i tak zamiast się zawartością The Industrialist, Genexus i teraz Aggression Continuum ekscytować, to ja bije się z myślami i odczuciami czy to jest to, co być powinno, czy to tylko ułuda, a Fear Factory już od dawna nie jest w stanie nawiązać do chlubnej przeszłości czy bardziej ambitnie odnaleźć dla siebie nową fascynującą drogę. Nie mówię tu o słabej akcji wbicia chyba pierwszej w swojej historii kompletnie mdłej solówki do naprawdę ogólnie dobrej kompozycji zatytułowanej tak, jak chyba pierwotnie ten album miał być nazwany.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Fear Factory – Soul Of A New Machine (1992)

 


Istnieją tacy FF fani (i jest ich sporo), którzy całkowicie naturalnie uważają Soul Of A New Machine za najlepszą płytę ekipy Dino Cezaresa i Burtona C. Bella. Są to oczywiście osobnicy tkwiący w muzycznym świecie fabryki strachu od samego początku, zatem mnie absolutnie nie zaskakuje iż sam do zwolenników podobnych przekonań nie należę, bowiem jak zdecydowana większość fanów Amerykanów swoją przygodę z grzmotowładną nutą FF rozpocząłem wraz z premierą mega wówczas popularnej Demanufacture. Z tej perspektywy porównawczej nie wiąże mnie z debiutem tak mocna więź sentymentalno-nostalgiczna abym na jej drobne mankamenty nie był względnie krytycznie wyczulony. To jasne przecież, iż osadzenie dźwięków w czasie i konkretnych okolicznościach w gigantycznym stopniu może wpływać na więź emocjonalną, którą mam z dwójką, a z jedynką jej mi brak. Tym samym jednak nie napiszę więcej niż jednego słowa złego na zawartość Soul, bowiem oprócz mniej mocarnej produkcji i kompozycji o bardziej skromnym walorze przebojowym, to innych słabości względem Demanufacture nie dostrzegam. Chwytliwości tak intensywnej by sobie numery nucić tu brak, nie brak zaś wyobraźni, nie cierpią tym bardziej te kawałki na deficyt mocy, siły, energii, a instrumentalne motywy również nie pozbawione są świeżości, która to z pewnością na słuchacza wówczas już z nią mającego styczność mogła zrobić jeszcze bardziej gigantyczne wrażenie, niż kiedy ja dopiero po trzech latach oswajałem się z oryginalnym brzmieniem Fear Factory. Napisałem kiedyś, że z nu metalu ostało się kilka wielkich formacji i do nich zaliczyłem bezdyskusyjnie załogę fabryki. Teraz dopiszę tylko, że ze spuścizny pierwszej fali deathmetalowej wyrosło też kila znamienitych około deathowych formacji, do których przez pryzmat Soul Of A New Machine równie stanowczo Fear Factory zaliczam. Wyrastając z korzenia "śmierćmetalowego" zbudowali coś wielce własnego i nie ma mowy by historia gatunku ich w ten sposób nie zapamiętała, mimo że z każdym kolejnym krążkiem (przynajmniej przez kilka kolejnych lat) od fundamentu deathowego systematycznie się oddalali, kreując pośród nowoczesnego brzmienia początku nowego millenium, stylistykę która w większości dzisiaj jest dość osobliwie żenującym przykładem samozagłady na życzenie mainstreamowej popularności. Rzecz jasna FF obok Deftones nigdy w tą pułapkę pod względem artystycznym nie wpadły. Szanuję ja za to wybitnie obydwie te ikony!

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Fear Factory - Transgression (2005)

 


Taka rozczarowująca to historia, że po świetnej Archetype Fear Factory złapali niestety w 2005 roku zadyszkę i zamiast wydać równie przynajmniej dobry krążek, to wrzucili na rynek produkt w pewnym sensie "fearfactoro" podobny. Otóż pierwsza rzecz jaka rzucała się w oczy powiązana była ze skąpą ilością autorskich kompozycji, gdzie na 11 sztuk dwie stanowiły covery. Druga już po startowych odsłuchach zauważalna, to przekonanie że kompozycje zaczynają się całkiem obiecująco, by po minucie może dwóch tracić znacząco swój impet, stając się zwyczajnie nudne. Może i są na Transgression numery dobre i znajdzie się też te przyzwoite i refreny charakterystycznie chwytliwe, ale problem właściwy polega na tym, iż w bezpośrednim starciu z kapitalną zawartością poprzedniczki one wypadają zwyczajnie blado. Co ponadto potwierdza moje przekonanie, to z perspektywy dalszej działalności grupy porównanie ich z równie atrakcyjnym dla ucha Mechanize, wydanym już po pięcioletniej przerwie studyjnej. Stąd brak mi jakiegokolwiek sentymentu do tego półproduktu, a obecne jego odświeżenie nie wiąże się z niemal żadnymi emocjami. Krążka nie ratują również dwa powyżej wspomniane covery i nawet jeśli dla wielbicieli artystycznej drogi Killing Joke i U2 mogą być ciekawym spojrzeniem z zewnątrz na muzykę swych idoli, to w moich oczach (uszach) one tylko idealnie wpisują się w całościową nijakość, a momentami wręcz bylejakość Transgression. Być może do studia weszli zbyt szybko, a może rozochoceni sukcesem Archetype nagranym już bez Cezaresa chcieli mu po raz kolejny udowodnić, że Fear Factory bez jednego z ojców założycieli robi taśmowo dobre obroty sprzedażowe? Fakt jest jednak taki, że na Transgression zabrakło ciekawych pomysłów i dopiero powrót Dino w 2010 roku odbudował reputację zespołu. Oczywiście nie na długo - ten kto śledzi obecne donosy o sytuacji w zespole może to potwierdzić. 

wtorek, 11 lipca 2017

Fear Factory - Archetype (2004)




Sporo wydarzeń przykuwających uwagę w sensie niemuzycznym pomiędzy Digimortal, a Archetype w obozie fabryki strachu się wydarzyło. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi wpierw Burton C. Bell podjął zaskakującą (tak jakby nieodwołalną ;)) decyzję o opuszczeniu formacji, by w chwile później wycofać się z tego pomysłu i oznajmić, że wykopany został Dino Cezares. Gitarę przejął basista, a za osierocony bas chwycił znany ze Strapping Young Lad Byron Stroud. W tym przemeblowanym składzie przyszło ekipie dowodzonej przez wokalistę (już bez konkurencji ze strony drugiego samca alfa) stawić czoło nie tylko wymaganiom jakościowym ale i przede wszystkim zadaniu utrzymaniu fanów, dla których Dino Cezares był głównym powodem zainteresowania. Sam odnosiłem wrażenie, że nomen omen fundamentem FF postawny, znaczy pulchny gitarzysta, więc obawy ogromne miałem jak brak tak charakterystycznego wiosłowego i jego niezaprzeczalnego kompozytorskiego talentu wpłynie na zawartość Archetype. Obawy okazały się niepotrzebne, gdyż otrzymałem do łap produkt w pełni zaspokajający moje potrzeby, a nawet w mojej opinii często stającej w opozycji do "nieomylnej" większości, przewyższający mocą i chwytliwością ostatni krążek z Cezaresem. Digimortal miał swoje momenty, ale to właśnie Archetype wykorzystujący z wyczuciem całą gamę charakterystycznych cech muzyki Fear Factory porwał mnie od początku do końca. I mimo, że mógł się wydawać zbiorem numerów szybciej przyswajalnych, intensywniej melodyjnymi zaśpiewami obdarowanych to jego wartość udowodniły lata z nim kontaktu i absolutnie nieodczuwalny wpływ czasu i nieprawdopodobnej ilości odsłuchów. Tak ponad dekadę  temu jak i dzisiaj krążek z 2004-ego roku uznaję za brakujące ogniwo pomiędzy kultowym Demanufacture, a Obsolete, którym coraz mocniej w nu metalowy trend się wpisywali. Walor Archetype tkwi w dużej dojrzałości i permanentnej dramaturgii, bowiem przestrzenne kompozycje skonstruowane za zasadzie kontrastów nie dają absolutnie powodów do narzekania, iż wątek szarpany nie spaja się odpowiednio płynnie z tym melodyjnym. Niestety radość z odrodzenia nie trwała długo - zadowolenie z gęby natychmiast zdjął mi nagrany w zaledwie kilkanaście miesięcy później Transgression, jednak o nim później, dużo później napiszę, gdy zechcę żółć wylewać. :)

czwartek, 23 marca 2017

Fear Factory - Digimortal (2001)




Szesnaście lat temu (nie mogę się nadal przyzwyczaić to takich wartości czasowych), Digimortal był rodzajem szoku i może nawet rozczarowania, gdyż niby stylistycznie pozostawali rozpoznawalni, w miejscu jednocześnie nie stojąc, a ich muzyka jakby obranego kierunku nie oceniać po prostu ewoluowała, to jednak coraz mniej było w niej pazura utożsamianego z brutalną agresją i totalną miazgą płynącą z uzyskiwanego brzmienia. Coś było na rzeczy, że zamiast „hard” kompozycje coraz bardziej kierowały się w „soft” stronę. Gitary niby cięły te rwane riffy, moc była jak zawsze konkretna, a melodia nie zastępowała mechanicznego pulsu, to jednak rytmika zmiękczona została coraz wyraźniej chwytliwymi refrenami. Zamiast autorskiej pochodnej chłoszczącego bezlitośnie zimnego odhumanizowanego industrialu, do odsłuchu dostałem materiał idący mocno w stronę modnych brzmień typowo nu metalowych. I chociaż Fear Factory od zawsze było uznawane za prekursora stygmatyzowanego trendu, to jednak na Demanufacture jak i Obsolete nie zaznałem tak wyraźnych konotacji z tym do bólu komercyjnym ujęciem gatunku. Na Digimortal niestety za dużo było tych wycieczek na „żenującą stronę mocy” i w efekcie nie zrobił ten album na mnie wrażenia porównywalnego z dwoma szacownymi poprzednikami. Co jednak człowiek spostrzegał ówcześnie jako rodzaj zawodu, dzisiaj widzi nieco inaczej, bo sporo się w międzyczasie wydarzyło i obraz dostrzegalny zmodyfikowało. Teraz z perspektywy lat nastu trzeba przyznać, że był to ostatni album z serii tych rozwijających autorską formułę w klasycznym składzie personalnym i niespychających grupy na manowce. Chociaż odejście Dino Cezaresa nie odbiło się tak od razu na jakości dźwięków, bo Archetype to bardzo dobry krążek, to już Transgression był totalną pomyłką i ostatecznym impulsem do zarzucenia kontynuowania dzieła spełnienia bez przysadzistego gitarzysty. Słucham sobie obecnie Digimortal, przyznaję, że po dłuższej przerwie i z chęcią po kolejne odsłuchy tego materiału sięgam. Nadal w konfrontacji z klasykami z lat dziewięćdziesiątych wypada on skromniej, ale nie czuje już tej przepaści pomiędzy nimi, jaka wówczas nakazywała zastanawiać się czy granicy nie przekroczyli. Oni jej nie przekroczyli, tylko z wyczuciem gdzieś niekoniecznie po linii prostej przesunęli. 

czwartek, 10 września 2015

Fear Factory - Genexus (2015)




Słuchałem już kilkunastokrotnie nowego Fear Factory i pewność zyskałem, że ekipa Burtona i Dino od kilku ładnych lat to specjaliści od odliczania do dwóch. Znaczy co drugi ich album można brać w ciemno - były marne Transgression i The Industrialist oraz kapitalne Archetype i Mechanize. Teraz przyszła pora na Genexus i to jest ta pierwsza liga (w sensie jakości), choć prawdę mówiąc niczym nie zaskakują tylko w klasyczny dla siebie sposób łączą agresje, mechaniczny puls z chwytliwością. Jest często wręcz nadto przebojowo ale i rozwiązania stosowane na swój sposób intrygują, będąc paradoksalnie i jednoznacznie w zaimpregnowanym stylu osadzone. Dzisiaj Fear Factory to taki sztandarowy przykład wizjonerów z lat dziewięćdziesiątych którzy w jednym miejscu i jednej tematyce się zafiksowali. Zahibernowani na wysokości przełomu Demanufacture i Obsolete tylko kosmetyczne zmiany w dźwiękową fakturę wprowadzając. Genexus to taka przemyślana i racjonalna hybryda istotnych cech każdej z tych płyt co uznanie im przyniosły. Umiarkowanie według algorytmu to przepis na względny sukces i utrzymanie się w czołówce legend, które pomimo różnych przetasowań w składzie i perypetii z funkcjonowaniem grupy związanych nadal pośród liczących się nazw swoje miejsce odnajdują. Innymi słowy kompromis dominuje, a względny entuzjazm raczej doświadczeniem jest podyktowany. Lirycznie także bez ruchów innowacyjnych, znaczy człowiek-maszyna i konotacje wszelkie związane z relacją na tej linii, stąd większego niźli pobieżnego sprawdzenia o co, po co i dlaczego zainteresowania we mnie nie pobudzili. Słucham zatem najnowszej produkcji sygnowanej nazwą Fear Factory i cieszę się z profesjonalnej roboty jaką ekipa wykonała, a mam tylko jedną wyraźną pretensję. Ona z obrazem z frontu związana, bo to co na okładce się pojawia tak nieznośnie zlewa się z tym co na Mechanize i poprzedniczce było, iż pytanie sobie zaczynam zadawać czy ten maszynowy puls z muzyki na produkcję seryjną względem grafik już na stałe się nie przełożył. Błagam o odrobinę finezji i przewietrzenie plastycznej formy.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Fear Factory - Obsolete (1998)



Po tak silnym, a przede wszystkim spektakularnym ciosie jak Demanufacture, który to Fear Factory na szczyty popularności w estetyce ciężkich brzmień wyniósł, nagranie kolejnego równie dobrego krążka było wyzwaniem. Zatem Obsolete już od startu łatwo nie miał! Porównywanie go z poprzedzającą produkcją było naturalne, a wynik takowego zestawienia dość przewidywalny. Tak to już bywa, że jak coś od początku w status kultowy obrośnie to żadnym sposobem to, co przed i po podobnego efektu nie odniesie. Demanufacture pozamiatał, na Olimpie się zainstalował, z góry na wszelką konkurencje spoglądając, a Obsolete wyłącznie przynosząc kolejną rewolucję mógł go w cień zepchnąć. Tak się jednako nie stało, bo krążek z 1998 roku to nic innego jak kontynuacja ścieżki, jaką Demanufacture wytyczył. Czyli, jest ciężko jak diabli, ale już nie tak przebojowo, bas z wiosłami grzmoty emituje, produkuje rwane struktury, które co oczywistością niewiele z death metalem z czasów Soul of a New Machine mają wspólnego. Tutaj to szufladka z później zdefiniowanym nu metalem się wysuwa, a Fear Factory kładzie podwaliny pod tą stylistykę. Tylko, że ten obecnie wyszydzany na równi z metal corem nurt w rozumieniu fabryki strachu to nie miałkie i manieryczne melodyjne granie, a rasowe riffowanie podlane zimną elektroniką z konkretnym rykiem wokalisty. Nawet te chwytliwe zaśpiewy miast strukturę kompozycji rozmiękczać w myśl zasady czysto i melodyjnie to przebojowo i łatwo, one ją wzbogacają i w odjechane rejony pchają. Dla mnie po nu metalu do cna wyczerpanym przez tony tandeciarzy, dwie formacje wartościowe pozostały. To właśnie Fear Factory wraz z Deftones budując od podstaw archetypiczny wzorzec stylistyki i nadal współcześnie go w sposób wyrafinowany rozwijając, udowodniły swój zasłużony kultowy status. To śmiem stwierdzić, choć to przecież formacje zupełnie odmienne i bliźniaczo podobne zarazem. Bredzę i nonsens za nonsensem produkuję? Możecie mnie pocałować! ;) Tak to widzę, a bardziej słyszę i jak ktoś tego w ten z moim spostrzeganiem zbieżny sposób nie odbiera to mu szerszej perspektywy i większej wyobraźni życzę! :)
P.S. Ok, opamiętuję się i przepraszam za arogancję, bo jak wszyscy się obrazicie to kto będzie moje koślawe teksty czytał. Przepraszam zatem i na odrobinę wyrozumiałości liczę. ;)

niedziela, 3 sierpnia 2014

Fear Factory - Mechanize (2010)




Wahania formy Fear Factory stały się immanentną częścią ich funkcjonowania, znaczy mam na myśli sytuacje gdzie albumy o wysokiej jakości przeplatane są systematycznie tymi słabszymi lub bez eufemizmów językowych, gniotami zwykłymi. Wystarczy prześledzić ich karierę by zobaczyć takie perły jak Demanufacture, Obsolete czy będący clou tej refleksji Mechanize, sąsiadujące bezpośrednio ze słabszym Digimortal czy zwyczajnie chałowymi Transgression i The Industrialist. Gdzie powód takiej labilności, w czym tkwi problem tej ekipy, że jak już nadzieje rzeszy fanów spełnią to za chwilę w konsternacje ich wprawiają pytaniem co tu kurwa jest grane! Ktoś rzekłby iż geneza takiej chwiejności w składzie niestabilnym tkwi, jednako nie jest tak do końca oczywiste, że stały line up równa się jakość wyborna płyt. Bo bez fundamentalnych postaci jak i z nimi w składzie Fear Factory zarówno klasyki jak i koszmarki kompozycyjne popełniało. Teza zatem ta najprostsza obalona, a ja zamiast rozplątać tą skomplikowaną zagadkę wolę odpuścić sobie poszukiwania przyczyn, przemilczeć jej powody i zwyczajnie skupić się na tym co wartościowe w karierze fabryki było i pewnej analizie, ograniczonej jednako poddać teraz Mechanize. Powrócił Dino Cezares, a za zestawem perkusyjnym zasiadł ultra precyzyjny miotacz w osobie Gene'a Hoglana i już ten skład personalny powód do ogromnych oczekiwań dawał.  Balon wymagań nadęty, finalnie szczęśliwie przetrwał konfrontacje z nowym produktem legendy. Nie pękł z hukiem czy inaczej powietrze z niego szybko nie zeszło, tylko na tyle mocno formacje zmobilizował, że kompozycje na siódmym długograju zamieszczone prawdziwymi diamencikami się okazały. Kapitalnie nawiązały do tych kultowym dzieł sprzed lat, formę wyborną grupy wieszcząc. Dla mnie prywatnie ten krążek dziełem równie ekscytującym jak te co lata temu konkretnie moją muzyczną wrażliwością szarpnęły. Są tu zarówno konkretne turbo doładowania na szybkostrzelnych riffach osadzone, chwytliwe zagrania, gdzie dominantą równowaga pomiędzy nośnym charakterem para melodii, a agresją i zimnym powiewem industrialu made in Fear Factory. Potrafi Mechanize energiczny cios wyprowadzić, buchnąć brutalną agresją, pogruchotać kości kanonadą z blastami na czele, ale równie intensywnie w fazie końcowej w nostalgiczny trans wprowadzić numerami opartymi na leniwie rozwijającym się temacie z subtelną elektroniką w tle rozbrzmiewającą. Ja tam jestem od lat tym aktem dźwiękowej kreacji ukontentowany i wyłącznie chuj mnie strzela (irytacja fana), że tak oczekiwana kontynuacja tej fascynującej ścieżki o mur bezsilności twórczej pod szyldem The Industrialist wciskanej się rozbiła. Trudno tu w miarę przyzwoitych określeniach opisać jakież było moje rozczarowanie kiedy to z drżącymi łapskami przycisk play wciskałem, a me uszy wypełniła totalna żenada! OK - będę uczciwy, może przyzwoity mini cd z ostatniej produkcji Fear Factory by się wycięło, ale nie o tym tutaj być miało. Jak ktoś ciekaw bardziej detalicznej refleksji w temacie albumu z 2012-ego bez problemu na blogu je odnajdzie. Chociaż po prawdzie czasu mi było szkoda by szerzej tą porażkę opisywać. Zamiast więc pastwić się nad tym kitem wole podniecać się zawartością tego co szlachetne spod łap Burtona C. Bella i spółki wypełzło. Życzę sobie zatem SMACZNEGO! :)

czwartek, 6 marca 2014

Fear Factory - Demanufacture (1995)




Czasy to obiektywnie dosyć już odległe, jednakowoż w indywidualnym odczuciu tak świeże, kiedy to styl Fear Factory się krystalizował. Na startowym krążku już sygnał jasny dawali, że ich oryginalna definicja death metalu wyraźny sznyt industrialny będzie posiadała. I jeżeli jakiegokolwiek znawcę niszy „przemysłowej” uraziłem takim ujęciem produktów fabryki strachu śpieszę donieść, iż znajomości tych klimatów nigdy szerzej nie rozwijałem, a wiedza moja ogranicza się jedynie do chwilowych kontaktów z Ministry, Prong czy bardzo powierzchownie Nine Inch Nails. Chyba to mnie usprawiedliwia? ;) Zwyczajnie to co zawsze na albumach fabryki słyszałem z odhumanizowanym traktowaniem materii muzycznej mi się kojarzyło, przez co kierunek dalszej interpretacji był oczywisty. :) Do rzeczy! Znaczy do Demanufacture z detaliczną precyzją, maszyną immanentną już się odnoszę. Kiedy to pierwsze sygnały natarcia na wcześniej obrane przyczółki nowatorskiej formy sonicznego gwałtu jedynie pewny intrygujący pierwiastek do szablonu dorzucały, to już Demanufacture rewolucją się okazał. Spięli się Panowie i zupełnie nową jakoś zaprezentowali, gdzie aranżacje ograniczyli do surowego posługiwania się kanonadą rwanych riffów - niczym karabinek szturmowy wypluwający serie pocisków by z nóg ścinać. Jedynym, prócz wprost proporcjonalnych do dosadnego growlu melodyjnych wokalnych popisów Burtona C. Bella finezyjnym uzupełnieniem tego rzężącego dość miarowo fundamentu kompozycji były futurystyczne dźwięki, wydobywane z elektronicznej aparatury. To niezwykłe, że ta uproszczona formuła, czysta esencja wyciśnięta z kształtującej się  maniery, zbita w grubo ciosaną bryłę takie echo w świecie metalu wywołała. Podstawą zapewne piosenkowa niemal chwytliwość w klasycznym ujęciu refrenowym prezentowana. To ona za ekipą Cezaresa i Bella :) liczne grono naśladowców pociągnęła. Ta teza poparta argumentem zasadniczym się wydaje, bo kiedy Fear Factory na równi z przebojowością surówkę w czystej postaci stopili, to ojcowie nu metalu wyłącznie na komercyjnym aspekcie się skupili, podbijając swego czasu listy przebojów. Wielu wśród inspiracji dla tej tandety w dźwiękach fabryki się doszukiwało, równie wielu też tej inspiracji im wybaczyć nie może. Taka uwierzcie,  absurdalna sytuacja!

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Fear Factory - The Industrialist (2012)




Śmiech ogarnąłby mnie diabelski, szyderstwo z moich ust wylewać by się poczęło gdybym kilku albumów tej załogi nie szanował, a kilku niemal kultem otaczał! Przyzwyczajony jednak do wahania formy Burtona (z Dinem od czasu do czasu) podsumuje te wypociny zwięźle i taktownie jak tylko moja rozczarowana tą produkcją muzyczna wrażliwość pozwoli. Trzy poprawne kawałki plus reszta wypełniaczy sklecona na kolanie pomiędzy personalnymi rozgrywkami w kapeli. Dodatkowo okraszona pyszałkowatym przekonaniem, że fani łykną nawet automat perkusyjny byle był zaprogramowany przez tego, jedynego muzyka. Ja tego nie kupuje. Rzekłem!

Drukuj