Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Massive Attack. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Massive Attack. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

Massive Attack - Protection (1994)

 

Kiedyś nie wszedłbym w to tak łatwo jak obecnie, bowiem drzewiej się bardziej ekstremalnym muzycznie było i wstydem okazywało się łykanie za jedną sesją deathowego i trip-hopowego stuffu, stąd wybory były bardziej ograniczone, a horyzonty węższe. Dziś, a dokładnie od prawie dwóch dekad mam delikatnie mówiąc wyrąbane na to co myślą Ci których zdanie jest niewiele więcej niż NIC warte, zatem ochoczo już od latek wielu wchodzę w wielogatunkowość, wybierając nie to co może oprócz tego że się podoba, to wypada słuchać, a totalnie każdy gatunek w którym trafię na ekipę jaka potrafi mnie zafascynować, zahipnotyzować i uzależnić. Gdy Protection premierę miało ansambl Massive Attack kojarzyłem, lecz eksplorując wówczas tereny metalowo zaawansowane, zwyczajnie czas cały poświęcałem na budowanie bazowej wiedzy o tejże gatunkowej przestrzeni. Ominął mnie kontakt z Protection u zarania i po czasie miałem z tym materiałem swój pierwszy raz i od tej pory uznaję dwójkę alternatywnych indie, trip-hopowców za materiał bardzo dojrzale rozwijający stylistykę i prowadzący jak po nitce do szczytowego Mezzanine. To tu elegancka elektronika i soulowa subtelność nabierają pełnie wspólnoty brzmieniowej, a wpływ zróżnicowanych, doskonałych warsztatowo i dopasowanych do klimatu, rytmicznych, emocjonalnych wokali powoduje, że tej "alternatywie" tak samo blisko do popowej chwytliwości, jak też nadal bardzo daleko od sukcesu przechodzącego w koniunkturalizm - bujają, ale w tym bujaniu jest zarazem płynność i odprężenie, jak i ambicja tworzenia utworów dalekich do banalności. W moim przekonaniu więc jazzują i swingują, czują funky czy reggae w ramach ogólnie pojmowanego trip-hopowego tripu. Leniwa i błyskotliwa (fajne bity i motywy) po prostu, relaksująca i angażująca nuta, która nie wymaga jakiegoś głębokiego osłuchania, ale i nie sprawia wrażenia skrojonej pod prezentację mainstreamową. Subiektywnie kapitalna estetyka, idealna do chillu - obiektywnie, dziś już szlachetny kanon gatunku.

P.S. A na dodatek na finał, na żywca zarejestrowany cover "doorsów" w wersji, no ja nie wiem ja nie wiem, ale bioderka chodzą. :) 

środa, 9 kwietnia 2025

Massive Attack - Mezzanine (1998)

 


Nie próbuj kitować cwaniaczku, że Massive Attack dyskografię masz jakoś bardziej niż pobieżnie obcykaną i nie dodawaj sobie, że kiedy popularność szeroko współpracujący z utalentowanymi jednostkami Brytole zyskiwali i zaraz później po wydaniu najbardziej właśnie propsowanej Mezzanine Ty im ołtarzyk uwielbienia stawiałeś, bo Ty w tym czasie raczej w innej rzeczywistości muzycznej funkcjonowałeś, a to że byłeś fanem The Gathering który jak sobie dopiero mocniej po latach uświadomiłeś około tego czasu skręcał w stronę trip-hopu granego po swojemu z udziałem hipnotyzujących brzmień gitarowych, to nie czyniło Cię większym szalikowcem ogólnie tegoż lub mu pokrewnych stylistyk. Znałeś oczywiście najbardziej intensywnie w popkulturze uderzające do głów numery, ale żebyś zakupił Mezzanine na taśmie i takiż archaiczny dzisiaj nośnik zajeżdżał to nie nie - nie wstydź się że NIE. Tear Drop wizualnie i muzycznie kojarzyłeś (teraz słyszysz jaki mógł mieć wpływ na nowa drogę ewolucji wspomnianego The Gathering) i oczywiście nie mogłeś nie zauważyć Angel, który dopiero po wielu latach później na nowo odkryłeś dzięki coverowi swoich obecnych faworytów Leprous. Dzisiaj jesteś fakt fan boyem Risingson, Inertia Creeps - bowiem co to są za sztosy po pełnej całości, to każdy ze słuchem uwrażliwionym na mroczną transową elektronikę słyszy i wielbi. Rozpływasz się w klimacie Dissolved Girl (cudo), jak i oczywiście wciągnięty w te kołyszące rytmy do końca albumu raczej nie masz pytań z krytyką wprost artykułowaną czy przemycaną pod postacią złośliwych sugestii - tylko wciągasz i się odprężasz, ale wtedy gdy inni w stu procentach rozumieli bo byli kompletnie na urok i oddziaływania siłę trip-hopu, dance-electronic, downtempo, dark amnientu czy po prostu szeroko rozumianego rocka alternatywnego nie impregnowani, to Ty byłeś raczej przygłuchy, bo na swój sposób jako gitarowy poniekąd wciąż purysta anty-nastwaiony. Teraz jesteś kozak, nie ma dla Ciebie granic stylistycznych w dobrej muzyce, ale przyznaj się - musiałeś do tego po prostu dorosnąć. :)

poniedziałek, 27 stycznia 2025

Massive Attack - Blue Lines (1991)

 

Siedzę właśnie w zaciemnionym mieszkaniu, późną niedzielną wieczorowa porą, ze słuchawkami na uszach, przed ekranem monitora i finalizuję zmasowany atak na pierwszy album brytyjskiej legendy trip hopowej, której dyskografii nieznajomość obecnie, gdy doświadczenia muzyczne moje znacząco bardziej szerokie niźli kiedyś w początkowych najtisach, uznaję za powód do wstydu. Żyć w tej raz nieświadomości, dwa z ciężarem ciekawości już dłużej nie mogę, więc startuję z blokiem właściwych refleksji, a w nim zakładam co odpowiedni dla potrzeb przyswojenia kolejnych materiałów czas, subiektywna porcja odczuć i garść obiektywnych faktów wraz z zapewne przefiltrowaną i precyzyjnie odmierzoną ilością oczywistości związanych z kwestią znaczenia grupy i jej płyt na kształtowanie się wówczas nowej sceny. Sceny jaka dla kogoś kto takim jak ja wciąż laikiem, a jednakowoż człowiekiem z dość przerażającym już peselem, może się kojarzyć poniekąd z taką nazwą jak podbijający ówczesne (to wciąż rok 1991) dyskoteki, także brytyjski The KLF i ich najbardziej dla mnie rozpoznawalny album The White Room. Posiadałem na kasecie i eksploatowałem dość intensywnie, a na okazję rozkmniniania twórczości Massive Attack sobie odświeżyłem i myślę nie jestem w błędzie, że  przypomniany, powstały w połowie lat osiemdziesiątych mógł być forpocztą dla trip hopowego w przyszłości rozdania. Mógłbym w tym miejscu obficie się podpierać wzbudzającymi nieufność gatunkowymi definicjami (dancehall, creepy funky) dla mnie raczej w praktyce mało bliskimi i w ten sposób opisywać tożsamość Blue Lines, ale zamiast tego oprę się na samych odczuciach pierwotnych i stwierdzę odważnie, iż to album w konstelacji brzmień elektronicznych bardzo eklektyczny, bowiem te brzmienia zdają się tak eksperymentalne jak i różnorodne, a mnogość stylów wokalnych/rodzajów interpretacji budzi gigantyczny szacunek, nawet jeśli część z nich w archetypicznych formułach do mnie zazwyczaj nie przemawiają, to tutaj robią robotę i nie mam pytań. Czuje się w tym dźwiękach emocjonalną wrażliwość i wyrafinowana elegancję w nadmienionych różnych konfiguracjach stylistycznych, ale też charakterystyczną dla ambitnej elektroniki szeroką przestrzeń i powiązana rzecz jasna ze wspomnianą emocjonalnością bogatą duszę. Pora dnia powyżej określona czuję trafiona i okoliczności sprzyjające, bowiem lekki relaksik po pracy, czyli zasłużonego odprężenia czas, to warunki idealne do wprowadzenia się w stan transowy jaki Blue Lines gwarantuje, jako chyba jeden z najlepszych bujających elektronicznych albumów, w których aksamitny soul miesza się z zapętlonym groovem, hip hop nieagresywny, czy bardziej surowe dub/reagge z "czilałtowym" trip hopem. Będę korzystał i przechodził wraz z co następnymi albumami na wyższy poziom wtajemniczenia - dzieląc się wtedy bardziej dogłębnymi, a nawet wyrafinowanymi analizami. Póki co tyle. Tyle o świetnym w swojej kategorii Blue Lines, o ile. :)

Drukuj