środa, 3 stycznia 2024
Lock, Stock and Two Smoking Barrels / Porachunki (1998) - Guy Ritchie
poniedziałek, 11 września 2023
Guy Ritchie's The Covenant / Przymierze (2023) - Guy Ritchie
Ciężkie, gęste kino i w filmowym gatunku traktującym o realiach współczesnego konfliktu zbrojnego oraz konieczności przetrwania w warunkach mało sprzyjających nawiązujące do najlepszych wzorców, więc jestem bardzo mile zaskoczony, że Guy’a Ritchie stać jeszcze na stworzenie produkcji poważnej i trzymającej widza za gardło, co zdecydowanie nie było przez te wszystkie lata u niego normą. Przymierze jest jednak nie tylko kinem akcji, ale i poważnym wyrzutem moralizatorskim, z mocnym akcentem podkreślenia amerykańskiej konkretnie odpowiedzialności za porzucenie lojalnych im Afgańczyków, na pastwę talibskiego fanatyzmu oraz filmem o przyjaźni wykutej w ogniu walki. Obrazem wprost, bez korzystania z przesadzonej finezji, tak skrojonym pod względem budowania napięcia pierwszorzędnie, jak i doskonale biorąc pod uwagę prawidła gatunku napisanym, czyli innymi słowy jest mocnym męskim kinem, które twardziele kupią bez pytań, ale i przyzwyczajeni do wychwalania ambitnego filmowania zawodowi krytycy, też absolutnie nie poddadzą go ośmieszającemu twórców opiniowaniu. Osobiście jestem zdania, że dobre kino dla intelektualistów nie jest złe i daje takiemu na blogu często szansę, ale równie złe nie jest kino trzymające za klejnoty i pozbawiające tchu wprost potężnym adrenaliny zastrzykiem, zupełnie odmiennie od rozbudowanego psychologicznie o rozważania we wzniosłych tematach. Przymierze jest właśnie takie jaki powinien być potężny film o "jak ja go nie zabije, zabije mnie on", więc chcę powiedzieć iż Ritchie się nie pieści owijając w bawełnę, czy przerysowując dla draki, bo wszystko tu jest bezpośrednie, a jak jest ostrzał to się wręcz odruchowo łeb uchyla przed pociskami i giną nie tylko ci źli, ale trup ostro się ścieli po stronie dobra. Ritchie kupił mnie tym razem bez dyskusji, a dokonał tego głównie dynamiką i oddziaływaniem celowanym tam gdzie najsilniejszy efekt uzyskać można. Muzyka w tle jako istotna część tej formuły też "robi robotę" podbijając emocje, ale bez całościowego ogarnięcia na bardzo wysokim poziomie i ona by projektu nie ratowała, stąd powtarzam że wyszło kapitalnie i super, że ten Guy Ritchie takie mocarne obrazy swoim nazwiskiem jeszcze sygnuje.
P.S. Jak to leciało - wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, a nic nie buduje mocniejszej więzi między facetami od wdzięczności za uratowanie życia na polu boju?
środa, 28 czerwca 2023
Snatch / Przekręt (2000) - Guy Ritchie
Guy Ritchie potrafi w te spektakularne filmowe klocki, a przełom wieków i startowe dla niego schyłkowe lata dziewięćdziesiąte, to był najlepszy czas w jego karierze. Przodował wówczas w tych gangsterskich quasi komedyjkach, co niby bawią (bo kino ma być rozrywką) ale i pod płaszczykiem forsowanej groteski przerażają co nieco, bowiem półświatek to wcale nie jest taki zabawny i ludzie giną w nim naprawdę, a nie robią sobie niegroźne kuku, jak w kreskówkach Hanny-Barbery. W Przekręcie Ritchie charakterystycznie buduje narrację, całkiem nietuzinkowo przeplata ją radośnie wszelkiego rodzaju wstawkami i teledyskowo podkręca akcję, gęsto dialogami soczystymi ją ubogacając. Być może przesadza z montażowymi trickami i pod warstwą rozpasanego blagierstwa kryje się merytoryczna wata, albo co najmniej scenariuszowy bałagan bez żadnej ważniejszej myśli przewodniej, ale umówmy się - nie o to, nie oto mu przecież chodzi by pouczał. On dostarcza adrenaliny przede wszystkim i widz podczas seansu czuje, że pasji typowi podczas kręcenia nie brakowało. Może też obecnie Przekręt nie wygląda tak porywająco oryginalnie, bowiem prawdą jest iż sporo się w międzyczasie dziwactw filmowych w kinie pojawiło, a szokowanie na silę oryginalnością stało się dość powszechne, lecz kto powie że te nieoczywiste perspektywy uchwycenia obrazu i kadry tak przemyślane jak czasem mam wrażenie że wprost przeciwnie, bo powstałe w wyniku chemii na planie, naturalnie spontaniczne, nie robią wciąż przykuwającego uwagę wrażenia, ten będzie może w zgodzie ze swoim subiektywnym odczuciem, jednak z obiektywną prawdą człowiek raczy się potężnie mijać. Według opinii piszącego fakt że z lekka się zestarzał, lecz wciąż warto, chociażby dla aktorskiej popisówy totalnie przeszarżowanego Brada Pitta, który to jakby odpalił bez kontroli tryb komediodramatyczny i miał z tego ubaw po pachy, ale najlepszy jest Ściana/Cegła (Alan Ford) o jprdl jaki on w kategorii "najczarniejszy pośród czarnych" charakter/zimny pojebus dobry, a dalej Snatch także wart grzechu dla płonącej przyczepy przy dźwiękach Angel autorstwa Massive Attack oraz fenomenalnie choć niekoniecznie w stu procentach autentycznie na surowo sfilmowanej sceny walki na nielegalnym ringu. Obiektywnie (subiektywnie, kogo to obchodzi!) potężny kawał wyku-R-wiście brutalnego gówna, dla niepoznaki przyprawionego sarkastycznym poczuciem angielskiego czarnego jak smoła humoru. Tyle!



