Klikając na tekst dwa dni wcześniej wklejony i polecając próbę jego treści przyswojenia (żadna konieczność, tak tylko kontekstowo dodaje), zmierzyłem się bardzo pokrótce, wręcz zdawkowo z powiązaniem holenderskiego Tramhaus z dwójki, z dwójką irlandzkiego właśnie Gurriers, który przed kilkunastoma tygodniami zwrócił na siebie, moją czasem lekko zapóźnioną uwagę. Postawiłem wyżej ziomalów Fontaines D.C. i tutaj szerzej winny jestem, także sam sobie analizy, dlaczegóż taka diagnoza. Kręci się teraz w słuchawkach, więc z każdym następnym usłyszanym detalem łatwiejszym do wychwycenia Nobody’s Coming to Save You i jest dla mnie jasne skąd powyższe przekonanie - nawet w formie wypunktowanego spektrum możliwe do spisania. Zjawisko całościowe nazwałbym naturalnym, niepowstrzymywanym przez przywiązanie do startowego miejsca rozwojem talentu, a dokładnie jego egzemplifikacji w składowych powstałych kompozycji. :) Żartuje poniekąd, bowiem nie mam zamiar pseudonaukowym językiem określać zakresu ewolucyjnych elementów nowej, w znaczeniu powstałej już po okrzepnięciu zaistniałym po wydaniu debiutu muzyki. Raczej to co słyszę, przemielone oczywiście przez subiektywny filtr oczekiwań, doświadczeń czy efektów procesu zaprzęgania do dywagowania samospełniających się przepowiedni, zachęca do wygłoszenia przekonania, że Gurriers na Nobody’s Coming to Save You robi może nie zamaszysty, lecz na pewno solidny krok naprzód i jego nuta tym samym staje się nie jedynie bardziej spójna czy po prostu dojrzała w sensie muzykalnym, ale wypełniająca wróżone wcześniej oczekiwania pro-ewolucyjne. Niby siedząc mocno na stylistycznych pozycjach z Come and See, słychać że nie narzucają sobie aranżacyjnych ram mających za wszelka cenę utrzymać ich w lidze z której zakładam na następnej lub jeszcze kolejnej płycie zaatakują przyczółki znacznie bardziej mainstreamowe, a tym samym wypełnią też moją wolę, aby zasługując na szerszy poklask i nie ma co ukrywać, podpinając się pod sławę obecną Fontaines D.C., ruszyć być może w przyszłości na podbój już nie małych czy średnich klubów, ale potężnych hal. Póki co bieżący krążek niewiele ma wspólnego z tym co proponują ich gigantycznie rosnący irlandzcy "krewniacy", bacząc jednako na fakt, iż ster na pewno nie prowadzi ich donikąd, czy kotwica jak zauważyłem trzyma wciąż w przystani. Jestem pewny iż dwójeczka będzie krokiem w odpowiednią stronę, a jego efektem stanie się zaistnienie głośniejsze na ustach tych którzy poszukują w muzyce ciekawostek z gniazda post punkowego. Skala odjazdu w wysmakowaną, eklektyczną i dobrze rozumianą komerchę (tam są już chyba teraz "fontajnsi") jest w tym momencie znikoma, natomiast skala rozwoju czysto muzycznego i świadomości celu budząca ufność, w to wszystko co optymistyczne wyżej wymienione. Dziesięć znakomitych numerów rozbrzmiewających mi w uszach od momentu gdy postawiłem pierwszy znak w tekście, nie może mnie aż tak zwodzić, bym się kompletnie w ocenie mylił.
P.S. Odrobina prywaty intymnej na koniec, że kiedy moje "wsparcie kontekstowe" wielce SZANOWNE, kochające "fontajnsów" miłością bezgraniczną słyszy mój entuzjazm wygłaszany względem Gurriers, to robi jeszcze taką minę nieco niedowierzającą, a ja wiem (czuja maj :)), iż za dwa, może trzy albumy, lub niebawem w międzyczasie zauważy, jaki potencjał się w tych łobuzach kryje. Chyba że miłość do F. to przede wszystkim uczucie do Griana. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz