Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan P. Matuszyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan P. Matuszyński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

Minghun (2024) - Jan P. Matuszyński

 

Sugerowano że wielka rola Dorocińskiego i on sam zdawał się zapowiadając/polecając film w to uwierzyć, a co ja myślę, to nie czułem się może wybitnie rozczarowany, ale też rozklejony Dorociński to nie od razu aktorsko wybitny Dorociński. Może ja nie kupuję z zasady jego estetycznej klasy, bo nie widzę w niej autentyzmu tylko pozę, więc kiedy gra na smutno, wychodzi mu znacznie bardziej sztucznie, niż kiedy rola daje mu szansę zrzucić gorset wypacykowanego dżentelmena - patrz Teściowe lub Moje Córki krowy na przykład! W okolicznościach tematu nowego długiego metrażu Matuszyńskiego, wszystko wskazywało że wciśnięty w owy gorset zostanie i nie będzie z natury w stanie mnie przekonać. Jeśli więc więcej w jego kreacji dostrzegam przez pryzmat stereotypowego nastawienia, niż rzeczywistego oddziaływania, to z góry przepraszam za wprowadzanie w błąd, dodając iż bez wątpliwości jednako uważam, aby nie bardzo sam autor scenariusza w wyrwaniu się ze schematu jemu dopomógł, scalając jego postać w teorii z dwóch ostro ciosanych, niewystarczająco do zbudowania wielkiej kreacji zniuansowanych bloków cech charakteru. Matuszyński też nie wydobył w procesie realizacji z tejże cierpiącej postaci więcej niż tylko poprawnego zestawu specyficznych, a tym samym schematycznych reakcji, nawet jeśli bardzo możliwe, iż wiedział co chce w teorii za pośrednictwem podjętego tematu i gatunku filmowego (blisko kieślowszczyzny) pokazać i przekazać, dokonując tegoż co najwyżej dostatecznie dobrze, aby jedynie kompletnej porażki do swojej filmografii nie dodać.

P.S. Czy jest to obserwacja czyjejś żałoby w realu czy na filmowym ekranie, to zawsze myślę doświadczenie z rodzaju surrealistycznie niepokojących, testujących podstępnie człowieka w człowieku, bo to zawsze te kompulsywne myśli, że strasznie przykro, ale jak fartownie, że nie ja jestem w tej teraz sytuacji. Tym bardziej jest ono osobliwe, gdy ta żałoba w formie egzotycznej, natomiast warunki nasze polskie, a ponadto w filmowym wydaniu na ekranie raczej na podstawie scenariusza bez dramaturgii większej, li tylko ta jaką sama w teorii sytuacja tragedii i żałoby może wywołać.

piątek, 1 października 2021

Żeby nie było śladów (2021) - Jan P. Matuszyński

 


Na gorąco donosząc informuję, że to nie będzie standardowa opinia, w której maksymalnie subiektywnym spojrzeniem prześwietlę wszystkie podstawowe elementy kinowej produkcji, pisząc co mnie się akurat w filmie podobało, a co miało prawo mi nie przypaść do gustu. Nie będzie to też sucha analiza treści czy tym bardziej posunięta do granic przyzwoitości literacka quasi rozprawka, a już na pewno nie próba poddawania weryfikacji faktów z napinaniem się na rolę mądrzejszego od wszystkich. W przeważającym stopniu będzie to próba dostrzeżenia w przedstawionych wydarzeniach odniesienia do czasów dzisiejszych i jak domniemam próba takiego spostrzegania pracy i zamysłu reżysera, jaką chciałby aby były też odebrane - bez konieczności podawania wszystkiego nazbyt wprost czy z mnóstwem przypisów na marginesie prezentacji. Uważam bowiem, iż czas w jakim historia tragicznej śmierci i okoliczności kompromitującego władzę śledztwa ląduje na dużym ekranie nie jest przypadkowy. Nie trzeba dysponować ogromną wyobraźnią, a nawet nie jest konieczny krytyczny sposób spostrzegania działań obecnej władzy, by dostrzec tendencje do powielania autorytarnych schematów sprzed transformacji. I nawet jeśli twórcy Żeby nie było śladów w ani jednym momencie trwania projekcji nie stosują bezpośrednich sugestii, to w sposób podobny do tego w jaki najwięksi kinowi twórcy sprzed kilku dekad skutecznie odwracali uwagę, mylili tropy czy nawet wręcz wykorzystywali prostackie mechanizmy cenzury, tak tutaj temat manipulacyjnego skurwysyństwa jest z aktualnością naświetlony. Uważam bowiem, że tylko widzowie z ideologicznie usposobionymi ograniczeniami percepcji lub z na stałe przywdzianymi klapkami na oczach nie dostrzegą, że czasy się zmieniły ale metody prowokacji, dezinformacji, krętactwa i szantażu nie uległy przemianie i są immanentną częścią rządzenia także w państwach niby wolnych czy dosłownie quasi totalitarnych. Wykorzystane w finałowej scenie oświadczenie matki Grzegorza Przemyka, to nic innego jak wyraz zarówno totalnej bezsilności szczerze szlachetnego, inteligentnego i przede wszystkim wrażliwego człowieka w starciu z maszynerią komunistycznej bezpieki, jak i wciąż aktualny krzyk wszystkich rodzin ofiar dzisiejszej przemocy stosowanej przez organy władzy i ścigania. Z władzą się nie wygra, chociażby odwagi w głoszeniu prawdy nie zabrakło, bo władza nie zawaha się swoich możliwości użyć, kiedy na szali stawia swoje istnienie i zachowanie swoich przywilejów. Bez względu czy w przypadku śmierci Przemyka był to komunistyczny zbrodniarz w osobie Kiszczaka, czy jest to obecny minister spraw wewnętrznych, który broni odpowiedzialnych za spowodowanie zgonów dzisiejszych ofiar milicyjno-policyjnych sadystów. Wybrańcy narodu trzymają znakomitą część narodu za mordę, a tych których jeszcze za ryj nie schwycili w najbliższym czasie skutecznie uchwycą. Mają w swoich łapskach odpowiednie narzędzia, a ich używanie uznają za uzasadnione, a nawet usprawiedliwione. Co istotne, po ich stronie stoi cała masa anonimowych przekupnych karierowiczów, zdolnych dla awansu ale i dla poczucia chorej satysfakcji ze stosowanej przemocy wyrzec się ludzkich odruchów i taki sposób funkcjonowania na ścieżce kariery błyskawicznie zinternalizować, stając się bezrefleksyjnymi cynikami z mechanicznym wyrazem twarzy - czyniąc z siebie narzędzie represji. W rękach bandytów stając się zwyczajnie równie żałosnymi samoświadomymi i samorozgrzeszającymi się bandytami. Tak więc od czasu do czasu w ekstremalnych przypadkach krew się szerokim strumieniem poleje, a na co dzień ojciec przeciwko synu, a syn przeciwko ojcu pod wpływem propagandowo-manipulacyjnego cyrku będzie występował. Rodziny drżąc o własne bezpieczeństwo fizyczne, ale i psychiczny spokój czy o byt codzienny będą poddawały się wpierw kompromisom, a już za moment wymuszeniom. Bo demokracja jaką niedawno wywalczono teraz jest już instrumentem kontroli nie nad rządzącymi tylko rządzących nad suwerenem. Taka niespodzianka!

P.S. Mimo iż zapowiedziałem, że tekst nie będzie standardowy, dałem też do zrozumienia iż cząstka szablonu w nim zaistnieje. To też spełniając powyższą obietnicę dodam, że wbrew licznym dość powściągliwym recenzjom, ja akurat uznaję film Matuszyńskiego za dzieło wielkie i takie które dojrzewając, w przyszłości dopiero zostanie w pełni docenione. Wyprzedzając jednak te zakładane przyszłe gesty uznania, ja już dzisiaj mam ogromną ochotę napisać, że z każdą minutą obserwowanego z ogromnym zaangażowaniem rozwoju wydarzeń na ekranie, utwierdzałem się w przekonaniu o kapitalnym rezultacie pracy speców od scenografii, charakteryzacji i doboru kostiumów z epoki. Doskonałej robocie wizualnej, ale też dogłębnemu wglądowi w okoliczności historii, jakim zaimponowali wszyscy odpowiedzialni za opracowanie na potrzeby kina tekstu Cezarego Łazarewicza oraz zauważenia szczególnie wybitnych kilku ról, choć niekoniecznie tych pierwszoplanowych, które swoją drogą także za zdecydowane docenienie zasłużyły. Żurawski, Braciak, Grochowska, Maćkowiak, Chojnacki, Nejman i Ziętek - celujący. Korzeniak, Konieczna, Kot, Chyra, Topa, Wieczorek i Starlejka - bardzo dobry. Więckiewicz jedynie chyba tylko dobry, bo mało jednak przekonujący, a może po prostu aż tak opatrzony że bez szans na kolejną wiarygodną kreację? Jestem po projekcji naturalnie wstrząśnięty, a nawet totalnie zrezygnowany i już ostatecznie pozbawiony resztek złudzeń, mimo że kierowałem swe kroki ku kinu przygotowany na przygnębiające obrazy bezgranicznego wyrachowania i zwyrodnialstwa istot które trudno nazwać ludźmi. Jestem pod ogromnym wrażeniem obrazu Matuszyńskiego i oświadczam, że Ci co narzekają pozbawieni są wrażliwości i potwornie odporni na ludzką krzywdę, bądź na surowym kinie (bez artystycznej pozy) się nie znają, albo też po prostu byli na innym filmie. Inaczej ich braku zrozumienia idei oraz dostrzeżenia ogromu doskonale wykonanej warsztatowej pracy nie jestem w stanie wyjaśnić.

czwartek, 6 października 2016

Ostatnia rodzina (2016) - Jan P. Matuszyński




Ponad dwadzieścia pięć lat z życia Beksińskich, w poniekąd telegraficznym skrócie, gdyż materiał wideo, foniczny i wreszcie dokumentacja dziennikarska przebogata, a ich dostatek w pełni żadną metodą nie mógłby się w dwóch godzinach projekcji odnaleźć. Opowieści kameralnej, ograniczonej do czterech ścian dwóch mieszkań, studia radiowego i okolic jednej z sypialnych dzielnic Warszawy. Wybornie zrealizowanej od strony wizualnej, zdjęć kunsztownych, scen ciekawie stylizowanych na nagrywane kamerą VHS, detalicznej scenografii autentycznie odtwarzającej klimat miejsca i czasu, surowego peerelowskiego blokowiska, wnętrz realistycznych wypełnionych charakterystycznymi meblościankami z epoki i licznymi przedmiotami związanymi z pasjami ich mieszkańców. Historii upadku rodziny, a precyzyjniej pisząc stopniowego jej wygaszania za sprawą systematycznego odchodzenia poszczególnych jej członków. Bo Ostatnia rodzina, mimo że oczywiście skupiona przede wszystkim na dwóch istotnych postaciach ogólnie rozumianej polskiej współczesnej kultury i sztuki, jest jednak dramatem rodziny jako wspólnoty osób powiązanych pokrewieństwem, relacjami społecznymi i zależnościami psychologicznymi. Parafrazując zdanie seniora rodu, które to sugestywnie oddaje specyfikę więzi pomiędzy członkami rodziny Beksińskich, także w wymiarze uniwersalnym, nikt i nic nie gwarantuje, że życie rodzinne jest samą atrakcją - nigdzie bezpośrednio nie wynika, że rodzina to jest coś innego niż grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak się nie znoszą. Nie będę silił się w tym miejscu na ich skomplikowane analizowanie, gdyż z pewnością wielu jeszcze takie wyzwanie podejmie, a sporo śmiałków już je z przenikliwą erudycją z sukcesem zrealizowało. Napiszę tylko, że dostrzegłem w tej historii swoistą dominację oksymoronów, bo ona traktuje w zasadzie jednocześnie o zupełnie zwyczajnej rodzinie i ludziach w których zachowaniach i działaniach niemal każdy może zauważyć cząstkę siebie i swoich doświadczeń rodzinnych, z drugiej natomiast maksymalnie wyjątkowe, bo trudno rodziny intelektualistów pochłoniętej sztuką dyskursu, żyjącej w dziwacznej hipnozie, nie traktować na robotniczym osiedlu jako sytuacji pospolitej. To w wymiarze zewnętrznym, zaś w wymiarze wewnętrznym, ekstrawertyzm bohaterów współistnieje, może nie w symbiozie, lecz z pewnością w szorstkiej przyjaźni z ich introwertycznym, nadwrażliwym na stymulacje ego. Akcenty liczne i ich rozłożenie w miarę równomierne, uzależnione od natężenia i intensywności wpływu postaci na funkcjonowanie mikro wspólnoty. Stąd zapewne centralną rolę pełni Tomek Beksiński z racji bycia element rozstrajającym w miarę płynnie działający mechanizm. Bo jak inaczej patrzeć na idealnie harmonijny w sensie małżeństwa związek Zofii i Zdzisława, w którym homeostaza zaburzana wyłącznie przez "wirusa" w osobie syna. Wroga którego sami sobie stworzyli popełniając liczne błędy wychowawcze, przez co unieszczęśliwiając siebie i samego Tomka. Żeby nie zrzucać jednak winy wyłącznie na rodziców i zachować w miarę możliwości odpowiednie proporcje i elementarną uczciwość, los też nie był dla nich łaskawy. Tomek w sprzyjających okolicznościach mógłby być człowiekiem jednocześnie wartościowym i spełnionym, gdyby frustracja i skrajne przewrażliwienie nie zdominowały jego osobowości, a prawdziwa miłość w końcu odszukała. Niefart i niedostosowanie, brak hartu ducha go zgubił nie pozwalając odnaleźć prawdziwej miłości w osobie kobiety skonstruowanej na podobieństwo matki. Partnerki wyrozumiałej otaczającej tego jedynego mężczyznę bezwarunkowym uczuciem, zdolnej żyć tym, czym on się ekscytuje, pozwalając mu pełnić rolę duchowego inspiratora, a samemu pozostawać doskonałym regulatorem rodzinnej atmosfery. Niestety nie było dane młodemu Beksińskiemu jej odnalezienie, przez co permanentnie zakłócał równowagę między rodzicami, a przede wszystkim odciągał ich uwagę i energię skupiał na skazanej na klęskę walce z prześladującymi go demonami. I aby ta refleksja była chociaż w dostatecznym wyczerpująca, dodam jeszcze, że Andrzej Seweryn stworzył kreację mistrzowską, Aleksandra Konieczna wyraziście wypełniła tło jakie naturalnie zajmowała Zofia Beksińska, a Dawid Ogrodnik nieco przerysowując postać Tomasza, grając ze zbyt uwypukloną afektacją i irytującą odrobinę manierą, mimo wszystko poziom utrzymał i do skrajnie groteskowego ośmieszenia swojego bohatera nie doprowadził (mimo, że kilka fragmentów osłupienie mi zafundowało). Finalnie ta konkretna interpretacja archiwaliów, przefiltrowana przez młodego scenarzystę masa dokumentacji nie jest może w wymiarze faktograficznym idealna (tutaj sporo głosów krytyki) jednak broni się przede wszystkim, jako zwarta podstawa solidnej biografii. Bo akurat debiutant w fabule w osobie Jana P. Matuszyńskiego, wykazał się sporym talentem, sprawnym przygotowaniem warsztatowym i dokumentalnym doświadczeniem, jak i dobrym wyczuciem materii, wreszcie przede wszystkim ogromną dojrzałą wrażliwością. Lecz przy całym szacunku, docenieniu wyraźnych walorów, całość jest kolejnym przykładem, w którym młodzi twórcy polskiego kina mając ogromny potencjał, robią filmy po prostu zbyt zachowawcze - może nie asekuranckie, ale zwyczajnie książkowe, a największą częścią ich sukcesu są ikony aktorskie, praca speców od scenografii, zdjęć, muzyki i rzecz jasna nośny temat, niż ich charyzma na planie. Chociaż ostatnia rodzina to bezdyskusyjnie ciekawe i wartościowe kino, to jednak bliżej mu realizmowi ubiegłorocznym Bogów, niż poetyckości Papuszy. Nie wiem, może jako jeden z nielicznych oczekiwałem przeniesienia balastu w stronę czystego emocjonalnego artyzmu, kosztem chronologicznego odtworzenia wydarzeń?

P.S. To tylko ułamek przemyśleń zainspirowanych seansem oraz lekturą książek Grzebałkowskiej i Weissa. Refleksji multum, tych które z pewnością odbiją się na mym osobistym postrzeganiu roli wychowania i istocie relacji wewnątrzrodzinnych.

Drukuj