Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Mann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Mann. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2024

The Last of the Mohicans / Ostatni Mohikanin (1992) - Michael Mann

 

Cóż za sympatyczna podróż sentymentalna, ten Ostatniego Mohikanina seans, bowiem ponowne spotkanie z tym charakterystycznym soundtrackiem, jaki pamiętam z taśmy magnetofonowej, klimatycznymi wieczorami sobie odsłuchiwałem, czyniąc ze wspomnianych niezapomniane jak widać nastrojowe wspomnienie. Jedno muzyka Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana, skomponowana w dość zawiłych okolicznościach także we współpracy z kultowym zespołem Clannad, dwa takie wizualne przeżycie, że wciąż pod wrażeniem pozostaję, kiedy pejzaże i sceny po latach zmysłem wzroku zasysam. Wielkie to hollywoodzkie kino - spektakularne i bardzo melodramatyczne, bo romans Madeleine Stowe i Daniela Day-Lewisa, to dla oczu i serca bardzo rozkoszne doświadczenie, a dramatyczno-tragiczny charakter powieści Jamesa Fenimore’a Coopera, na jakiej Michael Mann zbudował swoją rozbuchaną wizualnie adaptację, to może lekko uproszczona, jednak wartościowa lekcja amerykańskiej historii, kształtowanej przez chciwych Europejczyków. Dwa mocarstwa walczące o prymat na zawłaszczonej ziemi i rdzenni mieszkańcy potraktowani jako niewolnicze mięso armatnie, w konfrontacji dumnych ze swojego imperialnego statusu nacji. Ponadto żeby być w zgodzie z prawdą, także autochtonów międzyplemienne waśnie i najważniejsze w kontekście fabuły, najgorszych cech przez Indian od imperialistów nabywanie - bo postać Magua, to taki żywy przykład, co do kultury rdzennych wnieśli ucywilizowani przybysze z Europy. Mnie Ostatni Mohikanin uwiódł w roku 1992 i do dzisiaj trzyma, gdyż to intensywnie wzruszający, silnie emocjonujący, pełen przygody obraz w klasycznym formacie kina ekscytującej rozrywki i chyba po kultowej Gorączce najlepsze co w amerykańskiej fabryce snów stworzył Mann. Kina, które jest przede wszystkim profesjonalnie skrojoną rozrywką, ale i posiada wymiar szerszy, a nawet pomimo konwencji nastawionej na ogólną popularność, także z rozmachem wyprodukowanym kinem tak batalistycznym, jak i brutalnym kinem zemsty oraz przez pryzmat historii podboju Ameryki, gorzkim wyrzutem sumienia przodków obecnych dumnych białych Amerykanów.

środa, 24 kwietnia 2024

Ferrari (2023) - Michael Mann

 

Zawodowi krytycy na etatach truli, że to jak na standardy Manna nie jest lot najwyższy, a przecież oprócz może kilku filmów, Mann nie kręcił ultra mega wielkich dzieł, tylko obrazy najzwyczajniej solidne, ale zawsze na tyle interesujące, że nawet gdy ja mogłem nieco pomarudzić, to jakość całokształtu przemawiała za tym, abym swoją krytyczną gadkę wyrzucaną z niewyparzonej gęby sobie darował. Pisze taki wstęp, bowiem jestem w przypadku Ferrari na tak, pomimo że wszystko co powyżej to prawda, ale ja na stronę kilku komplementów w tym przypadku, już przez Manna od startu seansu przekabacony zostałem, bowiem klimacik włoski, to włoski klimacik i oprzeć mu się tylko najwięksi twardziele lub pozbawieni po prostu wrażliwego zmysłu estetycznego ignoranci mogą. Oczywiście pejzaże, architektura i to cudne słońce idealne dodające zdjęciom uroku, ale też (domniemam) śmietanka tej opowieści biograficznej o legendarnym Enzo Ferrari, czyli super samochody - przewspaniałe. Sposób ich sfilmowania w ruchu mnie przyznaję na duży plus zaskoczył, gdyż to co widziałem w trailerze mogło wzbudzić wątpliwości co do jakości, a tu proszę - jest dynamika, jest kapitalny dźwięk i jest wreszcie chyba trudny do podważenia autentyzm. Ponadto historia fragmentu życia “dowódcy”, pokazana została spójnie i żywo, bez w zasadzie retrospekcji, czy uciekania w wykładanie wszystkich kart na raz, bądź przesadzania z pobocznymi z wątkami. Liczy się głównie praca zawodowa jaką obsesja wygranej i może jeszcze ona pół na pół z tłem w postaci skomplikowanego życia rodzinnego i uczuciowego. Wozy i sport - gigantyczna ambicja i pokonywanie wszelkich przeszkód, by osiągać niebotyczne cele za wszelka cenę. Człowiek i target - koncentracja realizacja! Wszystko w świecie słonecznego porannego optymizmu i parnego wieczornego mroku, intensyfikacji zmysłów, euforii i nostalgii, pulsującego smutku powiązanego z minionym i gdzieś po drodze przez namiętności skomplikowanym, bądź wprost spieprzonym, rozgrywa się uniwersalnie życiowy, epicki dramat, a ten wyścig po laury na przodzie sceny, wcale nie zbyt mało interesująco z osobowościowymi cechami bohatera powiązany. Jednak jak we wstępie - opracowanie historii fachowe, bardzo klasycznie skojarzone z tą nawet lepszą twórczością dotychczasową popularnego reżysera, ale żebym jednak z pełną mocą wynikającą z wysokich obrotów został porwany, to nie ma takiej szansy, bym tu stojąc w prawdzie, napisał. Ferrari jest obowiązkowy do obejrzenia i podobać się powinien szerokiemu gronu widzów, a ja tak jak oglądałem to cały czas mi we łbie rezonowało, to wizualnie skojarzenie z historią rodziny Guccich przez Ridley’a Scotta zaadaptowaną. No nie mogłem od tego też przez Adama Drivera uciec.

P.S. Nie wiem czy mnie Driver dał radę przekonać, choć nie wypadł aż tak kwadratowo jak mu się przydarzało, bo akurat jego aparycja i tonacja warsztatowej gry, nie predestynuje go do jednak ról wybitnych, bo też brak mu wrodzonej subtelności, co nie wpływa dobrze na uwypuklenie detali, a dodatkowo tutaj przez te skojarzenia z produkcją Scotta, jest jakieś dziwne w moim odczuciu przeniesienie, nie wiem, przekierowanie. Z drugiej natomiast strony jako wisienkę na rzemieślniczym torcie, mamy aktorski koncercik  Penélope Cruz, bo totalnie jej do twarzy z tą wkurwioną zawziętością i silnym, rozżalonym emocjonalnym wzburzeniem. Gromkie oklaski dla wielkiej aktorki po raz kolejny!

wtorek, 14 czerwca 2016

Ali (2001) - Michael Mann




Śmierć mistrza nakazała sięgnąć po raz wtóry po jego filmową biografię autorstwa Michaela Manna, a że nie tylko od strony merytorycznej to pozycja zacna, zatem powrót do niej z pewnością nieprzyjemnym obowiązkiem nie był. Dodatkowo zdeklarowanym wielbicielem wszelkiego rodzaju autentycznych historii opowiedzianych językiem filmowym, a dotyczących postaci nietuzinkowych jestem, stąd zatopienie się w tych smutnych okolicznościach w wartościowym obrazie prócz pogłębienia wiedzy o ikonie równolegle stworzyło okazję do kilku istotnych refleksji. Ich obiektem człowiek budzący swego czasu ogromne kontrowersje, z jednej strony ikona boksu i wszelkich organizacji walczących z rasizmem z drugiej showman z ogromnym ego, niewyparzoną gębą, taki arogancki kogut podporządkowujący sobie mieszkańców kurnika. Społecznik, który wykorzystał sławę nie wyłącznie dla egoistycznych celów, lecz także megaloman podatny na religijno-ideologiczną indoktrynację. Egoista i altruista w jednej osobie, z żelazną konsekwencją realizujący postanowienia i wprowadzający zasady w życie. Postać barwna niezwykle, z wyrazistymi przekonaniami zdolny do rzeczy wielkich jak i popełniający masę błędów. Uparty z przyrodzeniem z granitu, bezkompromisowy z gigantyczną wewnętrzną motywacją. Utalentowany i pracowity, z wrodzonymi predyspozycjami i wykutymi w treningu umiejętnościami. Mitoman poniekąd z tandetną gadką nastawioną na zdobywanie lanserskiego poklasku (ach te jego rymowanki) i mistrz niekwestionowany, który wstrząsnął środowiskiem pięściarskim i ówczesnym amerykańskim społeczeństwem deklarującym w przytłaczającym stopniu przywiązanie do konserwatywnych tradycji w duchu segregacji rasowej. Nie dziwi zatem, iż jego kariera  obfitująca w liczne zwroty akcji, gdzie brak poprawności politycznej przysporzył mu zarówno mnóstwo wrogów wśród białych decydentów i wiele sympatii pośród kolorowych braci, stała się kapitalnym materiałem dla filmowców. Cieszy mnie, iż tak bogaty życiorys został genialnie wykorzystany przez Michaela Manna, zarówno od strony emocjonalnej, przenikliwie analizując legendę jak i warsztatowej kapitalnie oprawiając treść dźwiękami z epoki, szlagierami czarnej muzyki oraz niezwykle realistycznie odtwarzając sekwencje walk z genialnym zakończeniem obrazu kultowym starciem Alego z Foremanem. Unikalna postać i godna jej prezentacja.

P.S. Przyznać muszę, choć wielbiciel „talentu” Willa Smitha ze mnie żaden, iż akurat w tej roli wypadł naprawdę przekonująco.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Heat / Gorączka (1995) - Michael Mann




Co tam współcześnie Michael Mann kręci szczerze mówiąc mało mnie interesuje. Gdzieś w okolicach Collatetal zainteresowanie jego obrazami straciłem, bo i pozbawił gość produkcje sygnowane swoim nazwiskiem błysku, który wcześniej gwarancją najwyższej był jakości. Miałko się zrobiło i od tamtej pory nijak tego zmienić nie potrafił - nawet Public Enemies, czego cholernie żałuję, mimo że temat fascynujący ogarniał, to ciężaru gatunkowego i jakości koneserskiej nie posiadał. Tyle że ja pozbawiony już dziś złudzeń nie zapomnę z jaką fascynacją oglądałem jego filmy szczególnie z lat dziewięćdziesiątych, na czele rzecz jasna z Gorączką. To już klasyczny thriller policyjno-gangsterski, tyle że opierający się głównie nie na samej akcji (choć ona tutaj przecież nad wyraz pasjonująca) tylko na psychologicznych aspektach międzyludzkich relacji. Pojedynku osobowości wybornie odtwarzanych przez ikony kina w osobach Roberta De Niro i Ala Pacino. Każdy gest, mimiczny detal to wyżyny aktorskich umiejętności, może w charakterystyczny i od lat utarty sposób przez nich powielany, ale to i tak taki poziom, że szczena z podłogi jest zbierana. Obok nich w dodatku z tuzin postaci, które równie kluczowe znaczenie dla rozwoju wydarzeń mają. Nazwiska równie gorące i do dzisiaj skutecznie swój wysoki status na scenie potwierdzające, że tylko kilka z nich przytoczę: Jon Voigh, Val Kilmer, Tom Sizemore, Danny Trejo, Wes Studi czy ówcześnie jeszcze nastolatka Natalie Portman. Te zalety siłę ogromną stanowią i nie pozwalają by upływ dwudziestu lat od premiery wpłyną negatywnie na efekt. Powiem więcej, mam teraz po seansie kilka godzin temu odbytym wrażenie, że dostrzegam w fabule więcej detali niżby byłem w stanie lata temu wychwycić - to co między wierszami ukryte intensywniej odbieram. To argument decydujący, że Heat to dzieło wybitne, przygotowane z niezwykłą intelektualną przenikliwością i techniczną wprawą. Ta fascynująca opowieść o ludziach z dwóch stron barykady, zaskakująco tożsamych i z bliźniaczymi wewnętrznymi demonami walczących, na określenie klasyk kinematografii bez wątpienia zasługuje. 

Drukuj