Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Payne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Payne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2026

Election / Wybory (1999) - Alexander Payne

 

Sympatycznie niegroźny jak zawsze Matthew Broderick i czego by nie grała i u kogo wiecznie urocza, tutaj jeszcze nastoletnia Reese Witherspoon u zaczynającego swoją wówczas reżyserską karierę (jego drugi film), mojego jednego z ulubieńców Alexandra Payne'a. Fajnie pokombinowany scenariusz i fajna narracyjna robota. Z tematu z pozoru błahego, bez ambitnego potencjału, Payne wycisnął znakomicie najbardziej treściwe, a jednocześnie smakowite aromatyczne soki. Jest obecnie dzisiaj i jak widać był już wówczas znakomitym fachowcem od obyczajowych ambitnych komedii. Takich które wiążą spójnie błyskotliwe poczucie humoru z wnikliwą obserwacją złożonych zachowań społecznych i psychologicznych, bez popadania w męczącą manierę pretensjonalizmu. Potrafi do dzisiaj znakomicie pleść angażujące, bez silenia się na uniesienia, a i tak emocjonalnie wciągające historie - naturalnie układać z prostych, bardzo zwyczajnych, a przez to autentycznie ludzkich sytuacji, wyszukane wzory i jeszcze doskonale wszystko przyprawiać wspomnianym powyżej nietuzinkowym, także absolutnie niewymuszonym poczuciem humoru. Główna zaleta Wyborów to poza powyższym ogólnikowym, po prostu stworzenie z familijnej, do niedzielnej popołudniowej herbatki czy kawki bardzo zdatnej opowieści, czegoś co ponad zwykłą gatunkowo obyczajowo-komediową formę się wznosi, ale nie tracą przy okazji przypisanego lajtowego charakteru, mimo że wnioski płynące z analizy wydarzeń mogą być szczególnie dla męskiej części widzów zawstydzająco-druzgocące. :) Lekko, frywolnie na wierzchu, a pod tą pluszowo-pastelową powłoką dość ciemno - lecz bez przesady rzecz jasna. :) Także z kąśliwie metaforycznym, krytycznie-prześmiewczym udziałem odniesienia do specyfiki jankeskiej demokracji - amerykańskich wartości wolnościowych, przesadnie, bo jaskrawo, bywa że wręcz kuriozalnie zaszczepianych w szkołąch od nastolatka. W sumie te wybory szkolne na przewodniczącego w mikro-społecznym wydaniu, oddają jeden do jednego większość mechanizmów jakie rządzą wielką polityką i odpowiadają na pytanie, kto z tych potencjalnie będących nadzieją przyszłości młodych nadaktywnych i chorych nieczęsto od smarkacza na wszczepioną przez rodziców ambicję, kiedyś w bagnie, tudzież wprost szambie władzy dzięki bezkrytycznemu postrzeganiu własnej osoby i swoich potrzeb zaspokajaniu bez względu na ofiary się fantastycznie odnajdzie. Taki to z pozoru, gdy spojrzeć na opakowanie, bez wnętrza mocniej analitycznego filmik mógł się zapowiadać, a okazał się wielowymiarowym (liczne wątki fenomenalnie zespojone) i mistrzowsko napisanym przez pryzmat dyspozycji psychicznych i osobowościowych (każda postać osobna, fascynująca psychologicznie i socjologicznie), finalnie absolutnie nie absurdalnie spójnie pesymistyczno-optymistyczny, unikający bezpośredniej oceny etycznej, lecz pośrednio kapitalnie do tego rodzaju rozważań prowokujący, przewrotny, cholernie intrygujący FILM. Oklaski!

sobota, 23 marca 2024

The Holdovers / Przesilenie zimowe (2023) - Alexander Payne

 

Jeszcze około dekadę temu bym sobie nie mógł wyobrazić, abym czekał z wypiekami na buźce na nowy film Payne’a, bowiem zwyczajnie wówczas estetyka w jakiej on pracuje nie wzbudzała mojego gigantycznego entuzjazmu. Tym bardziej donoszę, iż teraz jestem podekscytowany, gdyż Przesilenie zimowe wpisuje się znakomicie w formę jaka dzisiaj u Payne’a mnie bez pytań kupuje, a oscyluje pomiędzy Bezdrożami, Spadkobiercami, a uważam najlepszym jego dziełem, czyli dla mnie wręcz kultową Nebraską. W dodatku ku jeszcze większej mej rozbudzonej tęsknocie, od ostatniego filmu reżysera minęło już bagatelka sześć latek, więc tęskno się bardzo mocno przez ten czas zdało zrobić - co zrozumiałe. Prawda że zrozumiałe? U Payne’a w największym skrócie (bardzo cenię) liczy się człowiek i jego historia, ale w balladowym tonie opowiadana, także immanentne warsztatowe, o artystycznym błyskotliwym pochodzeniu detale i w Przesileniu mam tego wszystkiego dokładnie w proporcjach jakich oczekiwałem, więc emocji na poziomie przeżywania opowieści i nasycania zmysłów pięknem detalu jest idealnie tyle ile być powinno, czyli tyle, ile nie przekracza MOJEJ potrzeby. :) To jest to (bardzo cenię) wyczucie artystyczne i umiejętność opanowania pokusy przedobrzania, jak i aktorskiej ekipy inspirowania aby było brawurowo, jednak unikając poczucia przesytu warsztatowych popisów na rzecz kluczowej naturalności i pewnej trudno opisywalnej i dobrze zabezpieczonej odpowiednio odpychającą miną wewnętrznej skromności tkwiącej w postaciach. Już samo pięknie rozwleczone wprowadzenie z muzycznym folkowym tłem a’la „dylanowskim”, potrafiło mnie oczarować i cudnie płynnie (jakbym wpadał w miękki śnieżny puszek i potem ogrzewał się przy trzaskającym ogniu z kominka) wprowadzić w klimat serwowany. Dalej paradoksalnie idealnie w tej lekkiej obyczajowej formule odnajdujące się cierpkie poczucie humoru o ironicznym obliczu celnej satyry, służebne na przykład niepoprawnym przekonaniom dotyczącym między innymi znaczenia pogłębiającej podziały i niesprawiedliwości - jawnie je rodzącej klasowości. Świadomie spłycając, białe zepsute lub rozpieszczone dupki z klas wyższych i Ci którym los nie zapewnił startu na elitarnymi poziomie. Patrząc szerzej i głębiej rożni młodzieńcy, którym rodzicielskie pieniądze mają zrekompensować brak uwagi, a nawet miłości. O tym Payne nawija i czyni to zgrabnie z wyczuciem niezwykle wrażliwej materii. Skupia się jednak w konsekwencji na jednym przypadku i buduje portret męskiej, poniekąd ojcowsko-synowskiej (patrz główny kontekst) w konsekwencji relacji dojrzewającej chaotycznie w okolicznościach świątecznego depresyjnego przygnębienia. Relacji zgorzkniałego i intencyjne się izolującego belfra, ze dyscyplinowanym przez rodzinę równie jak on trudnym charakterologicznie, skomplikowanym osobowościowo i pod grubą skórą sarkazmu wrażliwym studentem, pomiędzy którymi nie bez znaczenia dla ich przemiany w postaci otwarcia oczu na siebie i innych, też przedstawicielka z niższego szczebla klasowego. To obraz uroczo niedzisiejszy tak pod względem spojrzenia jak i technicznie świadomie zatopiony w aranżacji z epoki i jeszcze dodam, iż u żadnego innego reżysera tak poetycko nostalgicznie nie spacerują i nie jeżdżą autami. Można oczywiście podczas seansu ocierać nie pojedynczą łezkę wzruszenia na zmianę z łzami śmiechu, także nie rzadko pojawiającymi się pod jednym i drugim okiem, w tym najwyższej klasy intelektualnym feel good movie, który co zaskoczenie u Payne’a nie jest tak cyniczne, jakby można było się kierując pozorami po reżyserze spodziewać. :)

czwartek, 21 listopada 2019

The Descendants / Spadkobiercy (2011) - Alexander Payne




To jedna z pierwszych sytuacji, kiedy wyraźnie, szczerze i ochoczo będę głupoty kiedyś napisane odszczekiwał. :) Przy okazji refleksji w temacie innego filmu Payne'a oznajmiłem (kiedy nikt tego ode mnie nie wymagał), że "Spadkobiercy wymęczyli mnie niemiłosiernie, nie przekonali i dziwię się okrutnie, iż tyle nagród cudem zebrali", to przy drugim podejściu po ponad siedmiu latach (bo te filmy Payne'a to perły i czułem, że głupi byłem, iż nie doceniłem), zrozumiałem co następuje. Bardzo mądra treść, poważna problematyka i specyficzne bardzo inteligentne poczucie humoru. Wzruszająca i poruszająca opowieść o życiu, które w każdej chwili może kompletnie (nie o 360 stopni ;)) odwrócić swój charakter – zaskoczyć dramatem i postawić wobec bezlitośnie wymagających wyzwań. Z potworną łatwością uświadomić człowiekowi, że coś po drodze spieprzył, czegoś nie dopilnował lub zwyczajnie przeoczył, bo względnie spokojny byt uśpił jego czujność. Chyba dorosłem do poziomu Spadkobierców, bo kazus specyfiki wszystkich filmów Payne'a jest mi już od dobrych kilku lat znany. To zawsze wyśmienite obyczajowe dramaty, w zasadzie każdorazowo podobny schemat, klimat i niepoddająca się zbytnio modyfikacjom forma – natomiast zmieniają się w nich wyłącznie okoliczności miejsca i w każdej produkcji obsada (co mnie cieszy, bo nie uważam, iż nadmierne przywiązywanie się reżysera do tych samych twarzy dobrze filmom robi). Coś w tym też jest, że akurat Spadkobiercy, to intensywne żywe kolory, a za dwa lata Nebraska w tonach czerni i bieli została nakręcona. Pragnął chyba Alexander Payne równowagi i myślę, że trafny to był wybór, bowiem filmy owe potrzebowały tych wizualnych skrajności.

czwartek, 31 maja 2018

About Schmidt / Schmidt (2002) - Alexander Payne




Gorzko-zabawny o przemijaniu, o końcu który przychodzi zbyt szybko, kiedy nawet się nie obejrzymy. O przyzwyczajeniach, przywiązaniu i systematycznym oddalaniu, paradoksalnie mimo codziennej bliskości. O tym co osiągnęliśmy i jak żyć u schyłku, a może i kresu - bo za cholerę nie przewidzimy, kiedy on nastąpi. O przesileniu i pustce, którą potrzeba wypełnić, by nadal w miarę cieszyć się oddychaniem! Z kapitalnym Nicholsonem i całą toną świetnego aktorstwa w osobliwe postacie skrzętnie powtapianego. Po obejrzeniu Schmidta, wcześniej Bezdroży i Spadkobierców, widzę wyraźnie jak systematycznie Payne swój styl charakterystyczny, lecz niekoniecznie wyjątkowo oryginalny rozwijał i jak takie produkcje jak About Schmidt zapowiadały to, co w kolejnych filmach będzie ze zdwojoną siłą, już bez asekuracji, po prostu podziwiane. Tutaj jeszcze sposób opowiadania jest dość chaotyczny, nie w pełni spójny i wreszcie ponad większość obyczajówek nie tak błyskotliwy, chociaż przesłanie i puenta jest dość wyraźna i bezdyskusyjnie głęboko wartościowa. To na pewno kino bardzo dobre, ale zdecydowanie jeszcze niesięgające sarkastyczno-satyrycznego poziomu genialnej Nebraski i teraz ostatnio nie gorszego od niej Pomniejszenia.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Downsizing / Pomniejszenie (2017) - Alexander Payne




Kingsajz po amerykańsku, rzecz jasna z większym rozmachem, ale i niestety z mniejszą precyzją. Bowiem Alexander Payne zbyt dużo upchnąć postanowił, w zbyt ograniczonej pojemnością formie, przez co przeciąża widza masą istotnych, lecz często szczątkowo potraktowanych wątków edukacyjno-publicystycznych. Powiązanych ściśle w kłębek wieloma nićmi, z kwestiami światopoglądowymi, politycznymi, ustrojowymi, społecznymi, kulturowymi, ekonomicznymi, ekologicznymi, etycznymi, socjotechnicznymi, socjologicznymi, psychologicznymi, biblijnymi… ech! Wygrywa on jednak, mimo że łapie za dużo srok za ogon, bo robi to z odwagą, polotem i wreszcie zdrowym, bo pełnym poczucia humoru dystansem. Nie boi się przy tym czerpać z klasycznej fantastyki rodem z lat pięćdziesiątych i z podobnego okresu wizji społeczności idealnych, które jak to zwykle bywa w przypadku ideału na pokaz, toczy wewnętrzne choróbsko. Ma przy tym doskonałe wsparcie w postaci aktorskich brawurowych kreacji Christopha Waltza i urzekającej Hong Chau. Nawet ten od zawsze z kijem w dupie Matt Damon wzbudza sympatię, a już z przyklejonym naćpanym uśmiechem rozśmiesza do łez. Jest właśnie w Pomniejszeniu kilka scen natury komediowej, które u mnie wywołały intensywny wybuch śmiechu, aż po to uczucie bólu mięśni brzucha. Znacie? Nie znacie? Sporo tracicie! :) I szczególnie dla tych momentów warto Pomniejszenie obejrzeć, chociaż w nim o wiele więcej dobrego towaru do wciągnięcia, gdyż w tej pociesznej konwencji jest błyskotliwa rozrywka i dojrzała analiza współczesnej cywilizacji. I gdybym w jednym zdaniu miał streścić o czym właściwie film Payne zrobił, to napisałbym, iż o naturalnym dla człowieka poszukiwaniu samospełnienia, paradoksalnie niszczeniu przestrzeni życiowej poprzez udoskonalanie, zabijaniu w zamyśle dobrych idei, przez w praktyce samo unicestwiającego się człowieka. Nawet jeśli znam lepsze tytuły z kinematograficznego dorobku Payne’a to polecam gorąco ten orzeźwiający jankeski Kingsajz, nawet jeżeli on bez Polo Cocty. :)

niedziela, 2 marca 2014

Nebraska (2013) - Alexander Payne




Nic się pozornie nie dzieje i wokół tej sennej formuły ponownie Alexander Payne opowieść snuje. Zdążył on już mnie do swojego charakterystycznego stylu przyzwyczaić dotychczasowym dorobkiem, zatem takim obrotem spraw zupełnie nie czuje się zaskoczony. Jednak kiedy Spadkobiercy z 2011 roku wymęczyli mnie niemiłosiernie, tym razem Nebraska skutecznie w swój klimat wciągnęła. Zaletą najnowszej propozycji w równym stopniu uchwycenie nostalgicznej, ciepłej narracji oraz niewymuszonego poczucia humoru. Kiedy trzeba na wzruszenie i głęboką refleksje sobie pozwoliłem, by innym razem poczuć klimat zabawnych sytuacji. To zupełnie niehollywoodzka produkcja, tak bardzo odbiegająca od przeładowanych hałaśliwą ekspresją typowo widowiskowych dzieł kina amerykańskiego. Perełka niezależnej kinematografii, ukazująca życie za wielką wodą z zupełnie odmiennej perspektywy. Głęboka prowincja tu na równi z pierwszoplanowymi postaciami bohaterem, a dokładnie szeroka paleta osobliwości ją konstytuujących. Starszy człowiek, jego obsesje z wiekiem związane oraz rodzinne zależności wyłącznie pretekstem by istotę jego życia w barwnym tle zwykłej egzystencji odnaleźć. I to właśnie ta przyziemna wegetacja w smętnej codzienności liczne wyjaśnienia przynosi, gdzieś między wierszami odpowiedzi na fundamentalne pytania o sensie istnienia daje. Rodzimy się, dojrzewamy, rodzinę zakładamy, obserwujemy jak latorośle w mgnieniu oka z gniazda wyfruwają – wszystko to w otoczeniu skomplikowanych relacji z bliższym i dalszym krewniactwem oraz bezposrednim środowiskiem życia. Lata lecą, czas bezlitośnie z każdą mijającą chwilą przyspiesza i nadchodzi starość, a co za tym, podsumowania okres. Bilans jego często druzgocący, popełnione błędy czy zwykłe zaniechania już swoje zdążyć zrobiły. Jak tu naprawić to, co nie tak poszło, jak sił brak, a i przyzwyczajenia z nawykami zupełnie władzę nad działaniami przejęły. Wtedy nadzieja pozostaje, że bliscy mimo wszystko wyrozumiali się okażą - istotami takimi jak my ze świadomością ludzkich ułomności będą. Może to nadinterpretacja, zbyt esencjonalne zrozumienie sensu lub z pewnością zwykłe niewyczerpujące tematu spojrzenie na wieloaspektową istotę w tym obrazie zawartą, ale takie odnoszę wrażenie, że to film o wyrozumiałości, która jako jedyna szansę na lepsze relacje przynosi. Wspaniale, że on o czymś ważnym traktuje, a jego leniwa forma, piękne pejzaże - wyjątkowo urodziwie kamerą uchwycone i z wyczuciem muzycznie spowite, solidną dawkę dojrzałej wiedzy dostarczają. Z pewnością odpowiednio zinterpretowana moją często zwykłą, szarą codzienność wzbogaci, a i na pewne oczywistości lekceważone czy bagatelizowane akcent odpowiedni położy.

wtorek, 26 listopada 2013

Sideways / Bezdroża (2004) - Alexander Payne




Oscarowi Spadkobiercy z 2011 mnie nie przekonali i dziwiłem się okrutnie jakim cudem tyle nagród zebrali. Dlatego też jakoś nie wyrywałem się by starsze produkcje Payne'a obejrzeć, chociaż odrobinę nęciły honory jakimi przez krytykę obdarzane - szczególnie Bezdroża z dwoma Złotymi Globami. I nadszedł dzień kiedy gdzieś pomiędzy nowościami, zaległościami i powtórnie odświeżanymi klasykami czas znalazłem dla tego obrazu. I jakie wrażenia? Już śpieszę donieść - nieszczególne, szału nie ma. Ot klasyczna obyczajówka, z płaskim trochę wątkiem dramatycznym i od czasu do czasu dobrym humorem. Taka po trosze zwariowana, po części nostalgiczna, na równi gorzka co zabawna, w lekkim tonie podana. I ten wątek z winem związany, jakby druga oś obok samej  podróży w sensie oczyszczenia i terapeutycznego waloru oddziaływania nowych relacji, pozbawionych traumy i zaszłości, uwalniających od ciężaru porzucenia i bezradności. Dwóch facetów i chyba pozornie tylko dwa zupełnie inne bieguny.

P.S.1 Nasuwało mi się określenie liryczna, jednak zrezygnowałem z niego przez wzgląd na scenę z biegnącym grubasem - w niej nie było niczego lirycznego!

P.S.2 W moich oczach Thomas Haden Church nigdy nie uwolni się od kultowej roli Lowella. Taki typowy syndrom roli charakterystycznej!

Drukuj