Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Nichols. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Nichols. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2026

Heartburn / Zgaga (1986) - Mike Nichols

 

Opowieść małżeńska pary po doświadczeniach, w wieku średnim, gdzie on wchodzi w ten związek z porządnie udokumentowaną reputacją kobieciarza, a ona pod wpływem jego czaru tracąc zdrowy rozsądek, mimo że powinna być już względnie ostrożna w doborze pod wpływem emocji. ;) Po-spolerujmy niewinnie nieco, że zapoznanie, wesele i zaraz dzieciak, czyli życie płynie według uniwersalnych reguł i raczej też standardowo prowadzi do uczuciowego znużenia, znaczy ekscytacji wstępnej wypalenia. Czuć od początku, iż coś tu zacznie trzeszczeć, ścierać się i dochodzi do punktu kulminacyjnego, przełomu i wówczas „rozmemłane kluchy” małżeńskie przeradzają się w „rozmemłane kluchy” zmagań po raz drugi ciężarnej zdradzonej kobiety z codziennością. Rachel odchodzi, bo Mark wbił w przygodę z inną, ale to nie koniec i im dalej w las tym... no niestety mimo zakrętów bardzo przewidywalnie i „rozmemłanie kluskowato”. Obyczajowo poprawne, uprę się i powtórzę „rozmemłane kluchy”, z upragnionym wyczekiwaniem, że ta całkiem przyjemna sielanka się skończy i porządnie coś w końcu je-bnie. Wyczerpie się ona i on, bo rutynowe to i tamto - wiadomo jak to jest zazwyczaj. Niestety scenariusz nie przewidywał tutaj posiadania mocy konkretnie sprzedanej dramaturgii i bez ognia, schematycznie, w pociągu do tendencji w kierunku lajtowej nijakości zamiast rozgrzewać, powodował moją obojętność, bo to w założeniu bardziej niż z prawdziwego zdarzenia interakcyjna bomba, ckliwa i ospała, zdobna w niemal same mielizny, paplanina z happy endem. Może jednak tylko szczęśliwym zakończeniem częściowym, bowiem babeczki zdradzone często powracają, ale nigdy w pełni nie wybaczają, a to nie bardzo pomaga i faceta jednak przerasta i sypie się obustronnie (nie tropmy przez kogo bardziej) takie pozorne z poczucia winy i zranienia bez żarliwej motywacji naprawianie. Podsumowując, lubię od czasu do czasu ciepłe filmy, ale nie „rozgotowane kluchy”. Dzięki przyzwoitym ale nie na miarę gigantycznego talentu Meryl i Jacka kreacjom – z esencjonalnym dość więc nadzieniem, ale jednak ROZCIAPANE przez zbyt intensywnie długie gotowanie KLUCHY.

P.S. Jest Meryl i jest Jack, jak zauważam, ale najlepsza, będąca wisienką na tym zbyt mdłym torcie kreacja, to tej rudej bodaj około trzyletniej dziołszki, bo przemknięcie kilka razy przez ekran, po znajomości samego  Miloša Forman, jest raczej nietrafioną, wątpliwą tego tortu ozdobą.

czwartek, 26 września 2024

The Fortune / Fortuna (1975) - Mike Nichols

 

Zaczyna się takim jazzem swingującym jak niemalże każdy film szanowanego Woody’ego. Trochę to zwariowana komedia sytuacyjna z gatunku tych co królowały w latach pięćdziesiątych, a że Fortuna powstała już w ósmej dekadzie tegoż ubiegłego wieku XX, to też w swojej dekadzie musiała wyglądać nieco archaicznie, szczególnie gdy zauważyć że mniej więcej w tym samym czasie (dokładnie w chwilunię później) Nicholson zagrał u Formana w Locie nad kukułczym gniazdem. Wiadomo już co mam na myśli pisząc o archaicznym stylu, ale nie wyszło żenująco bowiem duet w postaci szarżującego Nicholsona i (jak go nie bardzo lubię tak tu mi gość leży) Beatty’ego Warrena daje radę i zapewne też widzowie gustujący w klasyce hollywoodzkiej w rodzaju Pół żartem, pół serio, czyli formuły „wilderowskiej” zostaną owinięci przez wspomnianą aktorską spółkę wokół paluszka. Fortuna ponadto dziwnie bardziej właśnie kojarzy mi się z charakterystyką filmów Billy’ego Wildera niż kinem Mike’a Nicholsa i to jest w sumie główna i paradoksalnie intrygująca jej cecha, jaka (uwaga pije do wstępu) co nieco może nawet przypaść do gustu za sprawą charakterystycznej maniery wielbicielom klimatu Allena, który zawsze świadomie swoje filmy sprowadzał do znamion quasi parodystyki hollywoodzkiego hitami sypania podczas owocnych lat pięćdziesiątych, czy po części nawet bardzo starej komedii przedwojennej. Tak jak widzę i słyszę tak piszę. Można się nie zgadzać, lecz przymuszać mnie do zmiany perspektywy nie radzę. :)

czwartek, 22 sierpnia 2024

Who's Afraid of Virginia Woolf? / Kto się boi Virginii Woolf? (1966) - Mike Nichols

 

Najlepsze kłótnie małżeńskie w historii kina, czyli w akcji prawdziwi dwukrotni Państwo Burton - wprost fenomenalna w roli Marthy Elizabeth Taylor i nieustępujący jej aktorską charyzmą Richard Burton, tutaj jej mąż, ale George. :) Autentyczne dialogi, pauz i krepującej ciszy, ale i ostrych monologów wygładzanych akademickim językiem barwnie i z pasją wyjątkowy w ówczesnym kinie festiwal. Przepiękne wprost docinki, cudowne sarkastycznie poczucie humoru - serial popisowych inteligentnych, goryczą przepełnionych złośliwości. Do towarzystwa i do porównania natomiast młodsze znacznie, rosnące jeszcze w siłę małżeństwo i to starsze już dotarte maksymalnie, przekształcone z zauroczenia i namiętności w walkę wykorzystującą inteligencję i błyskotliwość do celu przepychanek słownych. Niesamowity rollercoaster emocji i aktorskiej ekspresji. Kochają się i nienawidzą, wpychają na miny i bronią zaciekle, lojalnie. Pogrywają ze sobą tryskając dosłownie temperamentnym jak cholera wigorem i jeszcze rozkręcają się wraz z wlanym w siebie alkoholem. Katharsis, chwilowe, pozorne uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń - coś fenomenalnego. Druga para też z czasem „rozkwita”, wyłażą z cienia dręczące ich demony, nabiera ich niby nieskalana relacja zdobnej w obopólne zarzuty werwy, zainspirowana oczywiście skutecznie weteranów bezlitosną szczerością. Każda para ma jakąś przeszłość, nawet taka młoda. Jednak ta obfitsza w staż posiada przeszłość naznaczoną gigantyczną symbolicznie tragedią, która skutecznie dopomogła w przekształceniu w koszmar ze sobą Marthy i George’a bycie. Życie w parze bywa brutalne, a do tej brutalności z biegiem czasu dostosowanie „kochanków” następuje automatyczne.

P.S. Wszystko to licznie przez branżę nagrodzone, na podstawie cieszącej się we wczesnych latach sześćdziesiątych na Broadwayu ogromnym powodzeniem sztuki Edwarda Albeego. Tak z poczucia obowiązku informuję - gdyby ktoś nie wiedział. 

czwartek, 14 marca 2024

Working Girl / Pracująca dziewczyna (1988) - Mike Nichols

 

Znamy, pamiętamy, w myk po motywie muzycznym, piosence rozpoznamy. :) Rozpoznamy jeśli wiekowi stosunkowo już jesteśmy, gdyż to hit lat osiemdziesiątych, jeden w dodatku z wielu przebojów Mike’a Nicholsa, jednak ten chyba, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w jego karierze. Z doskonałą obsadą (jak od kalki zawsze, ale jednak to Harrison Ford i fajna startowa chyba dla kariery rólka Kevina Spacey’a) i przede wszystkim największą myślę rolą Melanie Griffith - w natapirowanych włosach zmienionych dla potrzeb kariery na szykowne fale i unoszącą się zwiewnie na tych charakterystycznych zgrabniutkich kończynkach. Ona jako Tess jest ambitna, wrodzony wdzięk posiada i nabyte umiejętności praktyczne oraz błyskotliwość wraz z rozsądną pokorą, co więcej niżby najlepsze college oferować jej mogły i zaczyna Tess od korporacyjnego poziomu zero i to w dobie jeszcze nie rozhulałej kobiecej emancypacji, pozornie wraz ze swoją szefową (wiadomo, zawsze z klasą Sigurney Weaver) łamiąc konserwatywne z gruntu ideologicznego i wykorzystując liberalne ekonomiczne zasady czasów wielkiego boomu reaganowskiej polityki, gdzie przyszłe tuzy budowały imperia na finansowym rynku. Kopciuszek innymi też słowy w księżniczkę się przeistacza, kiedy księcia zapoznaje. Ale to wszyscy starsi kinomanii wiedzą, bo wszyscy widzieli! A nie, co ja pisze - przecież to nie Pretty Woman! Choć w sumie happy end obowiązkowy i uroczo naiwny scenariusz w zasadzie, a jednak uroczy i uroczo jeśli mnie pamięć nie myli podobny.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Postcards from the Edge / Pocztówki znad krawędzi (1990) - Mike Nichols

 

Meryl Streep z początku ekstremalnie niewyjściowo wyglądająca i Shirley MacLain mająca na karku 56 wiosen i dla odmiany z wizerunkiem olśniewającym, w filmie wieloletniej legendy hollywoodzkiego opowiadania o ludzkich perypetiach. Dwie ikony które na koniec filmu swymi wizerunkami się zamieniają, co stanowi symboliczną myślę tak klamrę dla skomplikowanych osobowościowych powiązań odtwarzanych postaci i konsekwencji poddawania systematycznej presji. Mike Nichols od Absolwenta (a jak obejrzę sobie w końcu Kto się boi Virginii Woolf?, to uznam że od debiutu) był na fali, a lata leciały i wciąż kręcił doskonałe obyczajówki, z lekko podanym, lecz poważnym dramatyzmem. Pocztówki znad krawędzi to pół szałowo komediowa, pół patetycznie dramatyczna wiwisekcja relacji rodzinnych, z wytłuszczeniem tej pomiędzy córką, a matką – aktorkami w sensie charakterku maniaczkami. Córka uzależniona od narkotyków, matka uzależniona od przywilejów sławy. Mamusia częściej niż okazjonalne zagląda do kieliszka, co czyni ją równie silnie zniewoloną przez wspomagacze jak córeczkę. Wszystko na podstawie autobiograficznej powieści Carrie Fisher (tak tak, Księżniczka Leia) opowiadającej o własnych zmaganiach z legendą sławy swojej matki Debbie Reynolds - jednej z największych ikon najwspanialszych lat w historii kina. Historii która miała swój tragiczny rzeczywisty finał pod sam koniec roku 2016-ego, kiedy dzień po dniu obie bohaterki opuściły ten ziemski padół – Carrie 27, a Debbie 28 grudnia. Ale nie o tym w sumie, nie o tym, bo o tym co doprowadziło być może do tego dramatycznego finału, czyli życiu w środowisku hollywoodzkiej fabryki snów i samotności niby w pluszowych okolicznościach funkcjonowania oraz właśnie zaburzanym z pozoru gigantycznym ego intensywnie emocjonalnym związku córki z matką. Kręcony już w latach dziewięćdziesiątych, pachnący jednak ejtisowym leciutkim kiczusiem, ale tak uroczym, że się wybacza i fajnie jest obejrzeć klimacik jaki już w obyczajowym wydaniu nie ma szans we współczesnym kinowym wydaniu spotkać. Posiada zapewne dla wielu kinomanów wartość sentymentalną i jako taki jest ważny. Jeśli jednak ja nigdy do tej pory nie miałem przyjemności, a znać tytuł znalem, to jako obejrzany premierowo dopiero teraz jawi się, jako dobra robota reżyserska, aktorska lepsza i scenariuszowo dość może nie zachowawcza ale też nie błyskotliwa, bez względu na to jak niesamowita tkwi za nim geneza realnych wydarzeń. Nie powiem żebym nie czuł się całą tą otoczką po uświadomieniu teraz zafascynowany.

wtorek, 16 sierpnia 2016

The Graduate / Absolwent (1967) - Mike Nichols




Ówcześnie, czyli na przełomie roku 67 i 68 przyjęty jako dość skandalizujący, przełamujący seksualne konwenanse, jeszcze silnie wrośnięte w społeczeństwo amerykańskie. Dzisiaj z perspektywy niemal półwiecza absolutnie podobnych odczuć widzowi oszczędzający, bo opowieść o dobrze wychowanym młodzieńcu z bogatych przedmieść, który erotyczną inicjację przeżywa z dwukrotnie starszą, lecz wciąż atrakcyjną (zjawiskowa Anne Bancroft) żoną przyjaciela rodziny, to jak na dzisiejsze standardy kinowej kontrowersji prawdziwy lajt. I w tym miejscu to dla samego obrazu sytuacja komfortowa, bo oczywiście nie w szokowaniu tkwi jego największa wartość. Pomimo wtedy jeszcze stosunkowo ograniczonego doświadczenia Mike Nichols popisał się kapitalnym zmysłem do łączenia poważnego tematu z inteligentnym humorem, ciekawych ujęć z tłem muzycznym wyrastającym obok świetnej obsady na równorzędną gwiazdę i ikonę popkultury. Skomplikowane relacje bohaterów, zainicjowane pikantnym tete a tete z Panią Robinson - z Panem Robinsonem spięcia, wreszcie kulminacyjny powrót jego córki z collage’u i odnalezienie przez Benjamina duchowej przyjaźni, autentycznego pełnego porywu serca, a nie wyłącznie fizycznego pociągu to bogaty przekrój naturalnie i przekonująco przekazanych emocji. Wkręcił się chłopak w niebezpieczną gierkę z dojrzałą i znudzoną kobietą, przeżył z nią uniesienie i swoistą przemianę przeszedł, a w finale charakter na miarę prawdziwego mężczyzny pokazał. Tak Dustin Hoffman okazałą karierę rozpoczął stając się z marszu dojrzałą hollywoodzką gwiazdą.

P.S. Taka ciekawostka – w rzeczywistości Hoffman był tylko o sześć lat młodszy od Bancroft. :)

Drukuj