Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Gillespie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Gillespie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 grudnia 2023

Dumb Money / Inwestorzy amatorzy (2023) - Craig Gillespie

 

Wszystko wokół pieniądza się obraca, od tego większego do gigantycznego lub każdego innego subiektywnie dla indywidualnej osoby rozmiarami na tyle atrakcyjnego, że można zdecydować się na ryzyko według porzekadła, że kto nie ryzykuje ten szampana nie pije. Craig Gillespie (ten między innymi od I, Tonya) znalazł temat z potencjałem, temat taki co dla zainteresowanym inwestycjami w papiery wartościowe przez echo jakim się w branży odbił znany i dobrą łapą do filmu intensywnie atrakcyjnego obrobił go sprawnie. Rzecz się ma do sytuacji sprzed dwóch lat w Ameryce zasadniczo się dziejącej, kiedy to jakiś nerd z wykształceniem ekonomicznym, będący co kluczowe youtuberem hobbystą, tak nakręcił hajp wśród swoich followersów na pewne akcyjki, że tłuste kocury z Wall Street konkretnie w gacie narobiły. Inaczej to film o współczesnych możliwościach wpływania na decyzje poprzez pokrótce łącza internetowe i coś w rodzaju charyzmy telewizyjnej, choć o tv coraz częściej myślę będzie się mówić, jako o medium umierającym, kiedy pchełki nadające z własnych piwnic potrafią przed kompami czy smartfonami zebrać większą ilość odbiorców, niż nadawany w "prajmtajmie" mega hit polsatu. Film mocno rozrywkowy (poczucie humoru i łatwość nawiązywania sympatycznej relacji imponująca) o wielkiej ekonomii i rynku na którym zmieniają się role i jakby się wydawało niepodważalne status quo, opierające się na dojeniu indywidualnych frajerów. Frajerów wchodzących w trampeczkach z naiwnymi nadziejami na zysk w świat wypastowanych mokasynów i przez tychże zawodowych sprzedawców marzeń - speców od manipulacji trendami golonych. Płotki w ilości wielomilionowej kontra grube ryby, których zaś liczba w ocenie finansjery ograniczona albo kierując się z żartem loginami kicia vs. kocury tłuściochy. Kicia zbudowała lojalną społeczność przeciwko gigantom, a i tak giganci mimo sukcesu kocurka finalnie górą, bo w łapach gigantów wszelkie instrumenty szantażu i takich innych jakich mnóstwo pazurki przez lata także aparatowi państwowemu wydrapały. Strasznie fajne mimo wszystko to obnażenie reguł na jakich opiera się ta współczesna kapitalistyczna ekonomia, ale film tylko bardzo dobry, momentami przyznaję iż porywający (postawiłbym obok Big Short na przykład i dał maxa za aktorskie popisy), jednak od Gillespiego to ja wymagam wciąż więcej i więcej (Miłość Larsa mógłbym tonami). Chyba że ja merytorycznie nic z tego nie zrozumiałem, a to możliwe, bowiem hazardem i kultem mamony się brzydzę, więc nie interesuję.

piątek, 16 lipca 2021

Lars and the Real Girl / Miłość Larsa (2007) - Craig Gillespie

 


Ja nie wiedziałem (gdybym wiedział nic by to nie zmieniło :)), że zanim Spike Jonez nakręcił urzekający film o relacji uczuciowej wycofanego mężczyzny z systemem operacyjnym (Her), to kilka lat wcześniej Craig Gillespie (ten od przebojowego I, Tonya) podjął odważny temat relacji wycofanego faceta z manekinem (proszę nie nazywać jej seks lalą!). Poza tym do zagrania głównej roli namówił mega gwiazdę, aktora którego zawodowy image daleki jest i już wtedy był przecież, od wzorca nieśmiałości. Co więcej ten hajpowy aktor zaprezentował się tu fantastycznie, co podkreślam z wielkim entuzjazmem, gdyż w jego interpretacji wiarygodność postaci jest porażająco autentyczna i zresztą cały projekt poprowadzony z ogromną intuicją i wrażliwością, tak na brawurowej granicy zaangażowanej obyczajówki i abstrakcyjnej komedii, mimo stylistycznych wyzwań i merytorycznej ambicji jest wręcz hipnotyzująco absorbujący i do głębi prawdziwy. Żart w nim jest czarująco wysmakowany, a temat zgłębiony z pietyzmem i subtelnością. Kapitalny, bowiem złożony scenariusz Nancy Oliver, znakomicie i co istotne bardzo przejrzyście sugestywnie analizujący skomplikowaną sytuację – nie tracący z pola uwagi wszelkich eterycznych determinantów, zmiennych i innych arcyważnych dyskretnych okoliczności. Na poważnie i z przymrużeniem oka, dojrzale i błyskotliwie, biorąc pod uwagę także realizacyjne warsztatowe niuanse i stworzenie intrygującego ciepłego duchowego klimatu opowieści zlokalizowanej w bardzo chłodnym klimacie prowincjonalnej lokalnej społeczności. Nie szczędzący trafionych zawsze w punkt detali, cudnej nuty w tle i mnóstwa niebanalnego wzruszenia. Czyste złoto! Oczywiście maksymalnie subiektywnie. :)

środa, 14 marca 2018

I, Tonya / Jestem najlepsza. Ja, Tonya (2017) - Craig Gillespie




"Ona jest Tonya", to nie jest wykalkulowana dla romantycznego, napompowanego patosem efektu, typowa droga od zera do bohatera. Żadna to wypolerowana do przesady bajeczka w rodzaju spełniającego się “american dream”, tylko pełna ostrych wiraży, bezkompromisowa, ale podana w groteskowym anturażu, nieprawdopodobnie chwytliwa opowieść z rodzaju “true life” bez happy endu. Nie jestem akurat świeżo po jej lekturze, kilkanaście dni od premierowego seansu już minęło, ale świeżość formuły, w jaką historia życia pyskatej awanturnicy ubrana, nie pozwala by o walorach produkcji Craiga Gillespie tak z marszu zapomnieć. Z marszu to ja akurat tutaj wymienię cały szereg argumentów udowadniających, że już dawno nie widziałem równie odjechanej biografii i morda uśmiecha mi się szeroko kiedy o nich pomyślę. Fakt, że jakby sam materiał nie był odpowiednio atrakcyjny i sam w sobie nie budził nie tylko wizualnie emocji, to i wszelkie próby uszycia z filcu szorstkiego, w intensywnym świetle połyskującego szałowego wdzianka, nie miałoby szansy powodzenia. W tym przypadku jednak jedno i drugie szło w parze, bo osobliwa postać Harding w wyrafinowanym łyżwiarskim świecie i pomysłowość scenarzysty oraz reżysera, to żadne nijakie czy szablonowe powielanie wytartych schematów, tylko ostra jazda błyskotliwe wiążąca częstokroć skrajne tematy. W niej dziewczyna z pasją, absolutnie niepasująca do lansowanego obrazu łyżwiarskiej księżniczki. Pochodząca z prostactwa, brutalna w słowach i gestach, z fizycznością pozbawioną subtelnego wdzięku i z wrażliwością estetyczną cyrkowego clowna, wreszcie z jedną niepodważalną przewagą nad konkurentkami. Nią ten cholerny potrójny axel, którego skakała jak na zawołanie i nomen omen żadna inna pełna gracji i obycia rywalka, nie mogła jej w tym skakaniu podskoczyć. Tylko co z tego, jak hasanie w przykrótkiej spódniczce po tafli zamarzniętej wody ku uciesze estetów, to sport w ocenie niewymierny, całkowicie uzależniony od subiektywnego spojrzenia sędziów i jeszcze kanonów, jak się okazuje opartych bardziej o wdzięk niż walory gimnastyczne. Zatem kiedy wiesz, że zrobiłaś wszystko co powinnaś, że wyżej i lepiej od ciebie nikt nie skacze, a nie godzisz się pokornie z faktem, że wyżej już nie podskoczysz, bo problem tkwi zupełnie gdzie indziej, a w tej kategorii nie poradzisz wymaganiom. Hmmm... to stajesz dziewczyno pod ścianą i sfrustrowana szukasz wściekle pozasportowych dróg oddziaływania. Niestety wokół ciebie, w tym twoim najbliższym, ciasnym ograniczeniami mentalnymi otoczeniu, zbyt sporo ludzi (zrezygnuję z eufemizmu) zdrowo pierdolniętych, o kompletnie, do sześcianu zrytych beretach, którzy cel rozumieją w kategoriach zero-jedynkowych, a metody jego uzyskania zawsze bez względu na ofiary w ich oczach są usprawiedliwione. Tą antybohaterką w pierwszej kolejności matka psychopatka, zimna wyrachowana suka, której nota bene sportowo skuteczna strategia, w ujęciu psychologicznego wpływu na młodą osobowość, to nic innego jak potężny kamień zawieszony na wątłej dziecięcej szyi - nie udźwigniesz i kropka. Z tego szereg konsekwencji wyraźnie z impetem po psychice się rozpełzających. Kładących się "po całości" mrocznym cieniem na kolejne etapy życia. Od fundamentalnej nieumiejętności radzenia sobie z własnymi emocjami, stresem, złością itp., po absolutnie niezaskakujące wybory np. partnera idealnego do morderczego, bo toksycznego związku. Dokładnie wszystko ma tutaj swoje logiczne, racjonalne uzasadnienie i jest wypadkową masy błędów, wynikających nie tylko z braku ciepła czy elementarnej wrażliwości, tudzież przerostu ambicji, ale także topornego, prymitywnego rozumienia określenia sukces. Rozbita, poobijana i okaleczona osobowość Harding versus oczekiwania w kwestii kariery sportowej, jak i wielki sport w kontrze do prozy życia. Cholernie wysoko postawiona poprzeczka, katorżnicza praca treningowa i mur nie do przebicia, bo wykluczenie i uprzedzenie nie te szlachetne progi dla charakternej, ale niestety wieśniary. Twardej dziewczyny, której charakter wykuty w ogniu konfliktów, ale absolutnie nieprzystający do wymogów tańca na lodzie. I wreszcie punkt kulminacyjny, czyli w tej dramatycznej ale i żenującej błazenadzie krwawy motyw Bogu ducha winnej Nancy Kerrigan, jako wynik wszystkiego złego. Całego splotu wydarzeń i bajzlu emocjonalnego, nakręcanego systematycznie przez popieprzone otoczenie Toni, w którym zza pleców swoją kluczową rolę odegrał pewien tłusty psychol, mieszkający mimo już dojrzałego wieku wciąż z rodzicami. Zawodowy konfabulant, tłuk niepospolity odgrywający przekonująco ćwiczoną przed lustrem rolę. Świr kompletny i jak się okazuje, bądź nie okazuje (bo tutaj tkwi też moc filmu Gillespie'go) główny architekt czynu godnego potępienia. Ta siła o której powyżej wspominam, tkwi w porzuceniu poszukiwania jednej prawdy i potrzeby zbudowania mniej lub bardziej racjonalnej tezy, wokół której konstruowana jednostronna argumentacja. Tego sprytnie Gillespie unika, nie osądzając jednoznacznie samej Harding, kapitalnie wykorzystując potencjał tkwiący w kompletnie niespójnych zeznaniach głównych aktorów tej tragifarsy. Historii absurdalnej, która wydarzyła się w rzeczywistości i wstrząsnęła ówcześnie amerykańskim sportem, odbijając się medialnie echem na całym świecie. Okoliczności kuriozalnej jak treść filmu nie tylko między wierszami sugeruje, takiej która powinna bardziej urodzić się w wyobraźni scenarzystów, niż zostać przez życie napisana. Ale czy to pierwszy przykład sytuacji, kiedy rzeczywistość wyprzedza wyobraźnię speców od mocno naciąganej społecznej fantastyki.

P.S. Kadziłem sporo powyżej, poklepywałem z uznaniem, szczerym gestem chwaliłem, a nie skomplementowałem aktorskich popisów, które szczególnie w przypadku Margot Robbie i Allison Janney są tak bezpośrednio ujmując, przezajebiste! :)

Drukuj