Prawda dla trzeciego regularnego
albumu Alice in Chains jest smutna, przynajmniej w tym subiektywnym wydaniu,
kiedy to z perspektywy własnej z nim doświadczeń będzie teraz oceniony. Rzecz
jasna na usprawiedliwienie jego poziomu kilka nawarstwiających się wydarzeń
wpływało, a tym fundamentalnym były oczywiście tarcia w łonie grupy związane z
już wtedy zaawansowanym uzależnieniem Layne’a Staley’a od dragów. Z tego co pamiętam,
jakie wówczas w okresie przed internetowym do zainteresowanych fanów grupy
informacje docierały, to Layne po silnych sugestiach udał się na specjalistyczną terapię odwykiem
zwaną i po powrocie (odwieszeniu zawieszenia) położył wokale pod przygotowany
wcześniej prawie w całości przez Cantrella materiał. Materiał który w
porównaniu z genialnym okresem zakończonym wyśmienitym mini albumem Jar of
Flies bezpośrednio po premierze wypadał po prostu blado, szczególnie przez pryzmat dość słabowitej chwytliwości
skomponowanych utworów. Są tacy którzy dopatrują się w nim zdecydowanie
bardziej dojrzałych struktur, które uciekają od dotychczasowych rozwiązań poszukując
nowej, nawet całkiem ambitnej drogi. Inni opisują go jako akt bolesny czy jeszcze
inaczej obłąkany koszmar schizofrenika. Ja natomiast dorzucę od siebie, że
czuję tutaj intensywną woń inspiracji nirvanowych (Heaven Beside You) czy też
wpływ sposobu intonacji jakiemu oddał się Staley kilka miesięcy wcześniej
nagrywając w kooperatywie z Mikem McCreadym debiut Mad Season. Wydaje się że
wszyscy mają/wszyscy mamy po trosze racji, gdyż w tych dwunastu numerach jestem
w stanie doszukać się wszystkich powyższych i uznać, iż mimo ogólnego usprawiedliwionego
spadku formy jego osobliwy charakter posiada też moc hipnotyzującą, a w jednym
przypadku, a dokładnie mam na myśli Again także dzisiaj wykorzystywany dziki
potencjał koncertowego killera. Niestety pomimo świadomości, że w s/t jest coś
absolutnie unikatowego i docenienia mobilizacji muzyków w tym schyłkowym (jak się wkrótce tragicznie okazało) dla oryginalnego składu momencie kariery, to ja najrzadziej wracam do
krążka bez tytułu i z symbolicznym trójnogim Azorem. Może jeszcze kiedyś proporcje się odwrócą,
wszak nawet po prawie dwudziestu pięciu latach od premiery nie mam pewności czy
czegoś na nim nie przegapiłem, względnie jeszcze się z nim odpowiednio nie
osłuchałem. ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alice in Chains. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alice in Chains. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 czerwca 2019
sobota, 1 września 2018
Alice in Chains - Rainier Fog (2018)
Zanim zabrałem się za spisywanie własnych refleksji w temacie najnowszego krążka Alicji, zdążyłem się przekonać iż opinie dotyczące kwestii, który album formacji z DuValle'm na pokładzie jest najlepszy są wyraźnie podzielone. Bez względu jednak na obsadzenie pozycji lidera w tej rywalizacji, dwie rzeczy są pewne i bezdyskusyjne. Mianowicie po pierwsze, że The Devil Put Dinosaurs Here to miejsce trzecie, oraz że która z płyt w rywalizacji pomiędzy Black Gives Way to Blue i Rainier Fog nie jest lepsza, to nie ma fana, który by nie stwierdził, że Alice in Chains nagrało znakomity album. Zarówno zawodowe dziennikarskie teksty, jak i słowa amatorów muzycznego dziennikarstwa są pełne satysfakcji z faktu, iż Alicja prawie dekadę temu powróciła do żywych w formie szanującej ogromnie dorobek z Layne'm, jak i budującej własną nową tożsamość z Williamem za mikrofonem. Gdzieś w międzyczasie na platformie społecznościowej fejsem zdrobniale nazywanej dałem do zrozumienia, iż DuVall jest skarbem dla Cantrella, bowiem to człowiek potrafiący pomiędzy skomplikowane frazy instrumentalne (patrz Giraffe Tongue Orchestra) jak i w muzykę mniej skupioną na łamaniu schematów, jakiej od kilku lat jest wierna ekipa Cantrella wszczepić warsztatowy profesjonalizm, genialny groove i interpretacyjną wokalną duszę. Byłbym jednak człowiekiem mijającym się z faktami gdybym nie zauważył, że efekt finalny znajdujący się na najnowszym longu tak samo zależy od świetnego frontmana jak i od kompozytorskiego geniuszu osób odpowiedzialnych za kształt płyty. Wiem też, iż DuVall kiedy materiał był pisany nie przebywał na egzotycznych wakacjach, tylko z zaangażowaniem wspomagał instrumentalistów. Efekt satysfakcjonuje wszystkich i przynajmniej mnie zachwyca, bo numery w rodzaju Red Giant, Drone, Maybe, Deaf Ears Blind Eyes, So Far Under, Never Fade czy śmierdzący wpływem Gojiry otwieracz oraz genialny numer tytułowy, może nie z miejsca, lecz po kilku bardziej skupionych odsłuchach zasługują na określenie jako jednych z najlepszych utworów w historii Alicji ever. W tym miejscu przyznam się jednak, że nie od startu właśnie mój entuzjazm sięgał zenitu, bowiem Rainier Fog skonstruowany jest dość podstępnie, tak że dopiero po czasie wwierca się w podświadomość odpowiednio skutecznie. Poczytuje ten fakt jednak jako podstawową zaletę, że forma aranżacyjna stawia na efekt długofalowy, zamiast na chwilowe zauroczenie przebojową prostotą. Tym bardziej, iż krążek siadający słuchaczowi powoli zawiera także ogromny chwytliwy potencjał, który to nie uchodzi z niego zaledwie po kilku odtworzeniach. Kończąc powyższy wywód dodam, że Alice in Chains niby nie wymyślając się nowo stworzyło w ostatnich latach sound determinowany szlachetną przeszłością, a jednak wyraźnie odróżnialny od tego którym urzekali swego czasu na Facelift czy Dirt. Świat rockowy już na pewno nie wstrzyma oddechu w momencie przyjścia na świat Rainier Fog, tak jak miało to miejsce gdy Dirt na rynek muzyczny wkraczało, ale mimo to Cantrell z ekipą ma uzasadnione prawo do świętowania ogromnego sukcesu. Komercyjnego może, artystycznego na pewno!
niedziela, 19 sierpnia 2018
Alice in Chains - Dirt (1992)
Już za kilka dni nadejdzie trzecie uderzenie współczesnego oblicza Alice in Chains, zatem przygotowując się na to ważkie wydarzenie, nie tylko dwie ostatnie płyty nagrane z Williamem DuVallem intensywnie sobie przypominam, ale rzecz jasna z nieukrywaną przyjemnością sięgam częściej niż zwykle do dwóch startowych albumów amerykańskiej legendy. Po drodze uszy swe też dopieściłem zarówno trójką już znanych singli z oczekiwanej Rainier Fog, ale także kawałkiem jaki Cantrell przygotował na składankę/podkład pod komiksową serię o Batmanie. To na marginesie tego co poniżej napiszę, bez zagłębiania się w szczegóły - szczególnie projektu powiązanego z mrocznym superbohaterem. Słowa najważniejsze poświęcone zostaną albumowi, który w kategorii klasyka lat dziewięćdziesiątych już chyba niemal od premiery na dobre zaistniał i obok Superunknown Soundgarden, Ten Pearl Jam i oczywiście Nevermind Nirvany przeszedł błyskawicznie do legendy. Zasługuje na ten status bez odrobiny przesady, a walorów jakie ze sobą przynosi nie trzeba na siłę się doszukiwać, kiedy ceni się ogromnie ostatnią muzyczną rockową rewolucję ostatniego 30-lecia. Zapewne nie spotkam się z falą oburzenia i krytyki jeśli stwierdzę, że po grunge'u już żaden trend rockowy nie miał takiej siły i z takim impetem nie wbił się na ogólne listy przebojów, a to co było później jedynie poza szybkim zdobyciem popularności i równie szybkim zeżarciem własnego ogona przez nu metal, nie ma prawa być nazywane niczym więcej ponad ciekawe, czasem nawet pasjonujące, ale jednak tylko odgrzewanie kotletów przez młodych muzyków zapatrzonych w chlubną przeszłość. Nawet jeśli scena grunge'owa posiłkowała się rockowym dorobkiem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, podrasowanym młodzieżowym buntem przypominającym punkową rewoltę, to jednak finalny efekt przemiału tego co już było miał posmak czegoś autorskiego, a już na pewno swojego, skutkującego ponadto powstaniem całkiem nowej subkultury. Spoglądając na listę numerów z Dirt, nie mam w tym kontekście żadnych wątpliwości, że kompozycje to osobiste i natchnione konkretną dziejową chwilą i inspirowane miejscem powstania. Jednak nie miałyby one takiego silnego i długotrwałego oddziaływania, gdyby pod warstwą młodzieńczej pasji nie krył się talent ich twórców. Pasja, bunt oraz energia ale i wrażliwości muzyczna jako katalizatory stworzenia płyty kompletnej, bez ani jednej emocjonalnie fałszywej nuty, nawet chwilowej mielizny. Trzymającej od startu w permanentnym napięciu, genialnie żonglującej punktami kulminacyjnymi do których prowadzą różnorodne aranżerskie ścieżki. Krążka przebogatego pod względem pomysłów, różnorodnego ale i zachowującego rdzeń muzyki Alicji, ponadto rezonującego wewnętrznymi przeżyciami dzięki kapitalnym zaangażowanym interpretacjom wokalnym nieodżałowanego Laney'a Staley'a. Od niemal histerycznego krzyku, przez zachrypnięte frazowanie, zeschizowane odloty, po emocjonalny szept, w towarzystwie chwytliwych i jednocześnie intrygujących rozwiązań melodyjnych oraz nawet humorystycznych nawiązań do legendy z Birmingham (Iron Gland) - aby nazbyt manierycznie nie było. :) W dwóch zdaniach (długim i krótki :)) na podsumowanie. Kiedy Dirt już powraca do odtwarzacza, a powraca z racji powyższych zalet często, to funduje nie tylko sentymentalny skok w okres szczenięcych fascynacji, ale i przynosi doświadczenia czysto muzyczne, które za każdym razem frapują czymś nowym, dotychczas nie wychwyconym, a co z racji znajomości albumu na pamięć nie jest rzeczą zwyczajną, a świadczącą niepodważalnie o jej geniuszu. Chylę czoła zawsze, od ponad dwóch dekad!
poniedziałek, 17 listopada 2014
Alice in Chains - Facelift (1990)
Wielu widzi w Alice in Chains reprezentanta estetyki
grungem nazywanej, ja natomiast za cholerę nie jestem w stanie w jednym worku
pomieścić ich z takim głównym przedstawicielem nurtu za jakiego bez wątpienia
Nirvana uznana. Bo tak jak Soundgarden w mym przekonaniu nigdy wiele wspólnego
prócz koszul z flanelową stylistyką nie miał to podobnie rzecz się miała z
Alicją. To jednako subiektywne spostrzeganie tego, co u schyłku lat
osiemdziesiątych w światku rockowym się budziło, a wraz z początkiem lat
dziewięćdziesiątych rozlało na świat z mocą tsunami. Bo jak inaczej nazwać to
szaleństwo jakie wokół grunge'u rozpętane, tą już obecnie trudną do zrozumienia
miłość gówniarzy do rocka. Niewiarygodne z obecnej perspektywy trendziarskiej
miałkości, że nastolatki mogły zamiast zblazowanej prostackiej negacji w
poczuciu lanserskiej wyższości, poszukiwać inspiracji i kierunku dojrzewania w
poetyckiej formule triumfu emocjonalnej wrażliwości nad fasadową pustką
firmowych ciuchów. To mi się zdanie skleciło, jestem pod wrażeniem! :) Ja ten
fenomen rozumiem, bo sam te czasy jako dojrzewający szczyl przeżywałem i
wdzięczny jestem losowi, że dał mi możliwość czerpania wiedzy i życiowych
doświadczeń od typów wrażliwych, poszukujących i przede wszystkich niezwykle
inspirujących. To w dużej mierze ich zasługa, że prostactwa i buractwa
wszelkiej maści się brzydzę, nie ważne w jakie markowe ciuchy by nie było
odziane. Żadne białe koszule czy nadmuchane dresy mi osobowości nie
spaczyły. Zamiłowanie do kultury, nie do ideologii mym drogowskazem! Dobra,
starczy wątków osobistych, bo przede wszystkim o Facelift być miało i rzecz
jasna już, natychmiast będzie. Kapitalny to debiut, na poziomie równym
doświadczonych wymiataczy. Dwanaście zgrabnie skrojonych numerów, gdzie dominuje
czerpanie z klasycznych rockowych rozwiązań wzbogaconych młodzieńczą pasja i
werwą, wespół z luzem i specyficzną nonszalancją dających szansę na obcowanie z
wyborną sztuką płynącą prosto z serducha, a nie motywowaną zyskiem w
srebrnikach liczonym. Bo w tym graniu nie idzie o kasę, a o przełożenie
emocjonalnej wrażliwości, codziennych obserwacji na dźwięki jednocześnie
pozbawione banalności, ale i równie chwytliwe jak uduchowione. Gdzieś na
pograniczu efektownej stadionowej maniery i introwertycznej emocjonalności. Bo
taka mieszanka wybuchowa była następstwem konfrontacji różnorodnych osobowości
grupę konstytuujących. Z naciskiem na nieodżałowanego Layne’a Staley’a,
szalonego gwiazdora i przewrażliwionego, zagubionego dzieciaka w jednym oraz
głównego kompozytora w osobie Jerry'ego Cantrella - takiego stonowanego,
pochłoniętego pasją gry perfekcjonisty. Debiutem swoje istnienie zaznaczyli by
chwilę później pozamiatać drugim krążkiem. Dirt wprowadził ich na salony i
niestety odrobinę w głowach chyba pomieszał, ale o tym już kiedy czas będzie by
spisać szersze o tym klejnocie refleksje.
czwartek, 3 kwietnia 2014
Alice in Chains - Black Gives Way to Blue (2009)
Jaką
ja miłością szczerą darze tak udane powroty moich faworytów sprzed lat. Jak
szeroki uśmiech mi one na buźkę wbijają, ileż radości dostarczają i
przekonania, że nie wszystko jeszcze stracone. :) Szczęśliwie ostatnimi czasy
kilka takich kapitalnych ponownych przyjść w chwale zaliczyłem i jedynie brak
wśród nich z utęsknieniem i coraz lichszą nadzieją oczekiwanych geniuszy z
Faith No More ten nastrój pełnej euforii zakłóca. Jednak, że ja takim
niepoprawnym optymistą wciąż pozostaje, zatem wiem, iż nadejdzie wkrótce
taki dzień co studyjnie ten wyjątkowy band wskrzesi! Pomarzyłem sobie, ale do
rzeczywistości czas wracać. :) Fartownie ona równie atrakcyjna co świat fantazji, wzbogacona dzięki działaniom
Jerry’ego Cantrella o wspaniały hołd dla ikonicznych dzieł z przeszłości.
Dostarczył mi bowiem mistrz w roku 2009 zestaw jedenastu świetnych nowych
numerów pod zbiorczym szyldem Black Gives Way to Blue funkcjonujących. Wśród
nich kilka pereł niezwykłym blaskiem lśni, a przyjemność z konfrontacji z
przykładowo Last of My Kind czy A
Looking in View to doświadczenie niemal o mistycznej proweniencji. Wiem
podniecam się ogromnie, ale już od początku ten album tak intensywnie na mnie działał,
a siła jego jeszcze większa dziś, kiedy okrzepł i wymiaru kultowego w moich
oczach nabrał. Powód takiego stanu rzeczy w kapitalnym odnalezieniu magii, jaka Facelift
czy Dirt w swoim czasie towarzyszyła, mimo przeszkód oczywistych związanych z
brakiem Staley’a idealnie w ramy firmowej muzycznej konwencji głos tak
bliźniaczy jego porywającym zawodzeniom odnajdując. Dźwięki Black Gives Way to
Blue wypełniające tak szlachetnie prowadzone - charakterystycznie mozolne,
przygnębiająco ciężkie i jednocześnie zwiewnie finezyjne, iż owładnięty tym
fenomenem spisek jakowy węszyć poczynam. Czy aby Cantrell jakiego cyrografu z
jego mrocznością nie parafował, a jego finałem tragedia równa zejściu Layne’a
nie będzie? Nie wiem, nie znam się na igraszkach z diabłem, zakładam jeno, iż
takie układy z Panem w nieskończoność efektów diabelnie cudownych przynosić
nie mogą. Dziś z perspektywy drugiego już po powrocie albumu, wiem z pewnością,
że ten krwią zapewne spisany kontrakt już na kolejny album został przedłużony.
Nadzieje na koniec wyrażę, co by jeszcze wkrótce, chociaż jedną równie
ekstatyczną propozycją dźwiękową Amerykanie zechcieli mnie zaszczycić, zanim zobowiązanie
wobec Jego będzie musiało być wykonane. Gdyby do realizacji trzeciego albumu
Cantrell podżyrowania potrzebował, jestem w stanie poniekąd tą ofiarę ponieść.
;) Nic do stracenia i tak przede mną bramy raju pewnie zamknięte - Święty
Piotruś czy jak mu tam klucze by mi otworzyć to mityczne miejsce zgubił. :)
wtorek, 16 lipca 2013
Alice in Chains - The Devil Put Dinosaurs Here (2013)
Czekałem na ten krążek z niecierpliwością bowiem rozkochany w Black Gives Way to Blue pragnąłem usłyszeć kolejny album Alicji i ze spokojem, iż jest i świetną formę prezentuje cieszyć się tą ich wyjątkową stylistyką. I choć w odległych czasach z czwórki klasycznych moich szczenięcych przewodników w świecie dźwięków Alice in Chains dosyć opornie jako ostatni mnie do siebie przekonali to już współczesne ich oblicze kupiłem od pierwszego zbliżenia. Otrzymałem dźwięki których w żadnym stopniu z inną formacją obeznany zwolennik rockowej konwencji nie jest w stanie pomylić. Firmowa konstrukcja kompozycji gdzie muzyka płynnie, mozolnie rozwija tematy, zasysa, wciąga, jest zrazu ciężka, przytłaczająca by nagle rozbłysnąć znienacka jasną aurą, intensywnym światłem. Ona jak wyznanie zmęczonego, bezsilnego potencjalnego samobójcy który ostatkiem woli próbuje siebie przekonać do dalszej egzystencji, próbuje wbrew smutnej rzeczywistości roztoczyć wizje szczęścia lub w poczuciu rezygnacji dać odczuć co stracone, co dla niego już nieosiągalne. Proszę zatem o wybaczenie mojej pseudo-poetyckiej retoryki jednak album to co konkretnie z siłą nawałnicy i bezwzględną systematycznością przypływów wwierca się pod moją czaszkę w osobowości czyniąc zmiany. Na całe szczęście ograniczone li tylko do czasu z krążkiem tym spędzanego stąd w miarę przed obłędem chroniony się czuje ale i przed każdym odsłuchem obawy ponowne odczuwam przed siłą podświadomej penetracji mojej osobowości. Wiele płyt jest w stanie w tak głęboki trans mnie wprowadzić, jednak wśród nich nieliczne są zdolne wywołać tak introwertyczną zadumę i refleksje - taką pesymistyczno-optymistyczną karuzele. Siła The Devil Put Dinosaurs Here kolosalna i trudno byłoby jakąkolwiek kompozycje wyróżnić, zwyczajnie to dwanaście kapitalnych utworów zbitych w jeden zwarty monolit jednoznaczny markowy szlif Alicji posiadających. Ta muzyka to podróż, długa, senna, często męcząca dla psychiki jednak wciąż tak atrakcyjna by pomimo obaw przed niekomfortowym wglądem w podświadomość decydować się na permanentne z nią obcowanie. Monotonne ale piękne to riffy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





