Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Almodóvar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Almodóvar. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2025

La habitación de al lado / W pokoju obok (2024) - Pedro Almodóvar

 

Uderzę lekko w stół i niechby się dla dobra obiektywnej oceny, poniekąd nożyce zwolenników "sztuki" Almodóvara odezwały, bowiem mam takie nieodwieczne, jeśli brać pod uwagę w sumie krótki okres od początku własnego zaznajamiania z filmografią ikony przekonanie, że Almodóvar to lepszy architekt krajobrazu, wnętrz dekorator - stylista wizualny, spec od dizajnu, niż reżyser który bez jakiegoś "ale" do mnie dociera. Napiszę że opowiada te swoje napuszone i przeładowywane wątkami historie o charakterystyce ambitnej mydlanej opery z manierą niskiego poziomu naturalności, a jednak niejednokrotnie pomimo moich wątpliwości, wyrażam wobec nich uznanie, gdyż głębi pod stylistycznym syndromem artystycznego guru, nie mogę im odmówić. Staję jednak dzisiaj przed dodatkowym nie lada wyzwaniem, zbierając się na odwagę aby napisać, że nowojorska wersja Almodóvara wymęczyła mnie okrutnie i rozczarowała kompletną niemal pustką pod warstwą sterylnego obrazu i scenografii wypieszczonej, a była przecież na swój sposób piękna lirycznie, wizualnie obłędna, czy programowo/stylowo w wersji A kiczowata, ale też jak wpychana w każdy kąt kolorowa higieniczna wata i te banałami napchane dialogi zabiły niemal całą przyjemność z zadumania, jaką przecież lubię i szanuję. Wszyscy kiedyś umrzemy, jedni szybciej inni kiedy żyć już naprawdę nie będzie siły - jedni bezboleśnie, nagle, inni w długotrwałej matni cierpienia przebywając i w zasadzie funkcjonując w rzeczywistości ideologicznej w której wartość samego życia ponad jego komfort się stawia, bez wpływu, jakiejkolwiek decyzyjności, gdy ona w zasadzie możliwa. Ale schodzić z tego świata na przykład przy wtórze irytujących monologów wepchniętych w usta Tildy i Julianne, to już poddać się przesadnemu okrucieństwu ze strony chichoczącego najczęściej przekornie losu. To może jest mój problem przesadzony podczas seansu, ale jak patrzę na dramatyzm przedstawionej w fabule sytuacji i koloryzujący go nazbyt jaskrawo przekaz ideologiczny, gdzie Almodóvar w każdą możliwą przestrzeń wciska też bez przekonującego uzasadnienia dla znaczenia, aranżacje raz z trenerem personalnym którego przed przytuleniem (dopiero co poznanej) cierpiącej duchowo klientki powstrzymuje polityka firmy (możliwe pozwy), dwa z księgarzem posiadającym pięknie wymodelowane na bardzo kobiecy styl blond długie włosy, komplementowane sugestywnie przez jedną z bohaterek i najbardziej karykaturalne wręcz uniesienia Torturro na temat umierającej planety, plus jeszcze kilka takich błyskotliwych zachodnioeuropejskich kwiatuszków, to mam dość - serio. Wystarczająco dość bez przeżywania dramatu odchodzenia z tego świata (akurat na własnych zasadach) bohaterki, którego w sensie duchowym nie ma, bowiem jej świat osobisty jest sztuczny i na pokaz formowany, a bliskość głównych postaci dramatu bez dramatu, ich rozterek bez rozterek czy bilansu życia bez autentycznego emocjonalnego jego bilansu, jest tylko pozorna, co szczególnie czuć gdy one nie rozmawiają, tylko wygłaszają swoje wycyzelowane refleksje i poglądy. Jeśli jednak uznać z dobrej woli, ale na kredyt, iż Almodóvar mnie do-świadomił tutaj, to tak - zgadzam się! Lepiej zgasnąć w żółtym stylowym kostiumie na leżaczku z pięknym widokiem, niż konać w towarzystwie dźwięków aparatury podtrzymującej życie i smutne, przygnębiające jest że sporo można sobie „wyjaśnić” dopiero po śmierci, bo wówczas budzi się dotychczas mocno uśpiona wyrozumiałość. 

wtorek, 2 stycznia 2024

Volver (2006) - Pedro Almodóvar

 

Dla dobra wzrokowego mojego i znużenia poirytowaniem niecałkowitego, dobrze że jest tu  Penélope i jeszcze lepiej, iż jest jako kobieta zaradna - energetyczna babeczka pracująca, ale w takiej formie wizualnej że można się skupiać zamiast na filmie wyłącznie na jej walorach. Natomiast Almodóvar, jak to Almodóvar - on minus pretensjonalny ton, równa się nie Almodóvar i Almodóvar minus dopieszczona symbolizmem forma ilustracyjna, jak i minus kontrowersyjny temat, to też nie jest wówczas prawdziwy Pedro. Volver ma to wszystko pod korek i jeszcze w dodatku ma w obsadzie wspomnianą muzę (odmienianego w historii europejskiego kina we wszystkich mistrzowskich konfiguracjach skojarzeniowych) Almodóvara, więc dla męskiego konesera kobiecej urody i każdego kto jest świadomy co artystycznie i intrygancko Pedro oferuje i z jakim zapasem dystansu trzeba go zgłębiać, nie może być zawiedziony, bowiem z tych składników musiał wyjść wzorcowy Almodóvar i Pedro modelowy wyszedł. Scenariusz pełen dziur logicznych, zbiegów okoliczności, nieracjonalnych decyzji, trafniej określając umowności, bowiem nadrzędnym celem jest przecież skonstruowanie zakręconej intryżki z kilkoma quasi twiścikami. Dystans, dystans i jeszcze raz dystans widzowie! Bez dystansu zamiast się uśmiechnąć, kiedy rozwój zdarzeń zdaje się cokolwiek zabawny, to pewnie włączyłoby się oburzenie, że z logiki Pedro robi sobie lekkie żarty, a tak uśmieszek i przejście automatyczne nad tym do porządku dziennego. Inaczej mówiąc, zamiast niemożliwe, niemożliwe? Niemożliwe - no zobaczmy co z tego wyniknie. :)

piątek, 28 stycznia 2022

Madres paralelas / Matki równoległe (2021) - Pedro Almodóvar

 

Almodóvar w sumie jak Eastwood kończy tą swoją wielką karierę i skończyć nie może, przedłużając wciąż czas spędzony za kamerą i w ostatnim czasie produkując wciąż nowe tytuły. Obaj Panowie nie potrafią skutecznie rozstać się z branżą i nawet jeśli nie powstają dzięki ich aktywności już tytuły utożsamiane z dziełami, to nadal trzymają wysoki poziom, jednak gdzieś przez wzgląd zapewne na wiek twórców jest w nich znacznie mniej werwy, a znacznie więcej sentymentalnych wycieczek. Almodóvar ponadto jak to artysta o profilu kolorowego feministy, kręci te swoje ambitne ale równie często dość pretensjonalne obyczajowe opery mydlane, znacznie rzadziej mnie do siebie przekonując, lecz wyrażając swoje wątpliwości odnośnie przerysowywanej i przestylizowanej formy, zawsze chwalę człowieka za pasję i ten jego osobisty i nikomu nie podobny styl tak opowiadania, jak i eksponowania wizualnego anturażu. Nie wiem mimo oczywiście względnej sympatii do jego pracy, po co i czy potrzebę mu były mu te Matki równolegle, bo nic nie wnoszą, a nawet jeśli wnoszą to bardziej jako potwierdzenie tego co o jego sztuce wiemy, niż jako choć w minimalnym stopniu ewolucję, tudzież coś nowego w almodóvarowskiej  formule. Jest tu jego zjawiskowa kobieca muza, jest zaskakująco przewidywalna historia, której jednak nikt inny by podobnie nie opowiedział oraz jest niestety jak myślę nazbyt telewizyjna realizacja, a to zawsze odbiera mnóstwa siły oddziaływania filmowej produkcji. Sama fabuła, nawet jakby nie była pokomplikowana (a tu nie jest) i nie nosiła znamion wartościowej treści (a tu chyba jest), to ogołocona z rozmachu przynależnego szerokiemu formatowi, sporo traci. To kolejny i nie wywróżę czy już ostatni film hiszpańskiego mistrza i jak po prostu jako ten kolejny go odbieram. 

P.S. Tak niemal do połowy projekcji uważałem, jednak w drugiej części kiedy zawiązywana intryga zaczęła nabierać blasku, ta historia bardzo intensywnie mnie wciągnęła. Almodóvar w swojej specyficznej formule po raz kolejny rozkwitł, a z pozoru banalna i przewidywalna fabuła, dzięki fachowo budowanemu, niemal wprost z dreszczowca napięciu, aktorstwu zupełnie oczywiście nieprzypadkowemu oraz kilku smaczkom i zawijasom w scenariuszu całkowicie przysłoniła dość miałkie pierwsze wrażenie. Skupienie na emocjonalnej stronie losów bohaterek spowodowało, iż z nudów nie poszukiwałem już dziury w całym i kompletnie opuściło mnie wrażenie że oglądam z pozoru dość kwadratową telewizyjną produkcję, którą rzecz jasna Matki równoległe absolutnie nie są. Przepraszam więc mistrza że zbłądziłem i w sumie gratuluję, że udało mu się dość długo mnie zwodzić. ;)

czwartek, 14 października 2021

Todo sobre mi madre / Wszystko o mojej matce (1999) - Pedro Almodóvar

 

Na ogólnym poziomie, gdzie wizualne odczucia prym wiodą, Almodóvar nie zaskakuje i korzysta obficie z jaskrawości wyrazistych barw, okraszając gorącą estetykę wizualną, równie immanentną dla swojej twórczości i pochodzenia ścieżką dźwiękową. Podobnie, co nie ulega wątpliwości jest z teatralną manierą, która wręcz ociera się groteskowo o telenowelowe wzorce - balansując na granicy kiczu, lecz mistrzowsko utrzymując właściwą równowagę. W sensie zaś merytorycznej tkanki, Almodóvar sięga po tematykę niezwykle istotną z punktu widzenia potrzeb społecznych i regulujących ich realizację norm etycznych, ale sama, jak w tym przypadku kwestia transplantologii, jest tu tylko punktem wyjścia dla znacznie szerszego spojrzenia na ludzkie życie z perspektywy czasu, decyzji i ich konsekwencji. Poszukiwania prawdy o sobie i uspokojenia wewnętrznego ducha, poprzez otwarcie wydumane rozgrzebywanie życia, rozkładania własnej egzystencji na części i mozolnego sklejania jej na nowo. Wokoło festiwal osobliwych postaci, które dziwadłami nie trudno nazwać, ale i czystego piękna fizycznego oraz rzecz jasna tego duchowego. Zderzenia skrajności, finezyjnego konfrontowania czystości i grzechu, urody i brzydoty, radości i smutku, światła i mroku. W tonie nostalgicznym, w sentymentalnym duchu i aurze przekornie użytej taniej melodramy. Dla jednych melodramatyczny zakalec, dla drugich artystyczna perła. Dla mnie coś pośrodku - jak zresztą wszystko Almodóvara.

wtorek, 26 stycznia 2021

Los Abrazos rotos / Przerwane objęcia (2009) - Pedro Almodóvar

 


Jak to u  Almodóvara, wystylizowana i skomplikowana, złożona i wymuskana, zbudowana z kilku wątków wielopoziomowa historia obyczajowa, która gdyby być złośliwym, z powodzeniem mogłaby zostać rozpisana na co najmniej tysiąc odcinków i stanowić latynoską operę mydlaną dla spragnionych emocji kur domowych. Tyle tu westchnień i emfazy, ale szczęśliwie takiej która broni się przed prostym utożsamianiem z kiczem. Związki, namiętności, zdrady, relacje, wybory, konsekwencje, zbiegi okoliczności, odczucia i uczucia oraz ukrywanie latami rodzinne i osobiste tajemnice. Ludzie wrażliwi i ich wewnętrzne demony, poza tym kontrowersyjne zmysłowe wycieczki hetero i homoseksualne. Postaci są tak samo ludzkie (bo nieodporne na pokusy), jak groteskowo niemal sztuczne. Ogląda się ten spektakl z zaciekawieniem, próbując połączyć wyraźne tropy i subtelne sugestie. To też gdzieś od połowy nostalgiczny thriller, gdyż między bohaterami atmosfera pobudowana na zaszłościach gęstnieje i emocje eksplodują. Poważnie rzecz biorąc to myślę że czasami Almodóvar śmieszy tam gdzie chciałby grozę wzbudzić i powoduje konsternację, tam gdzie atencje na powagę kieruje. A ja bym chciał zagryzać zęby i aby serducho mi waliło jak oszalałe i aby jeszcze łzy wzruszenia po policzkach spływały - inaczej chciałbym aby zamierzenia wprost Almodóvar na efekty transponował. Mimo to artyzm hiszpańskiego mistrza dźwiga słabości jego specyficznej wrażliwości, więc wmawiam sobie że to nie tandeciarstwo, tylko prowokacyjne mrugnięcie okiem. Muszę zapytać ekspertów od jego sztuki czy się mylę. :) 

piątek, 13 listopada 2020

La Mala educación / Złe wychowanie (2004) - Pedro Almodóvar

 

Barwna wizualnie i groteskowo obsceniczna „almododrama”. Znaczy Pedro Almodóvar klasycznie po swojemu, w naturalnie kontrowersyjnej opowieści o ciotach i z zawiłym ambitnym przekazem, który właściwie to można sprowadzić do całkiem oczywistego, może nawet wyświechtanego podsumowania. W przypadku seansu ze Złym wychowaniem (niezupełnie pozbawionego przewidywalnej przecież reakcji konsternacji), do przekonania, że traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa w oczywisty sposób funkcjonowanie w życiu dorosłym komplikują. Rzecz jasna jest to ta najbardziej prosta interpretacja rozbudowanego i przewrotnego scenariusza. Scenariusza z wstrząsającymi wątkami osobistymi oraz z obowiązkowo prowokująco skonstruowaną intrygą. Zaadoptowanego za pomocą jaskrawych artystycznych środków i w egzaltowanej emocjonalnie formule sprzedanego. Można się zachwycić, wręcz powinno zdaniem filmowych koneserów doszukiwać się pierwiastka geniuszu, ale i można bez złych intencji sprowadzić ocenę do poziomu szczwanego korzystania z przewrażliwionego spostrzegania siebie, a najcelniej świetnego warsztatu zaprzepaszczanego przez karykaturalnie postrzeganą zmysłowość i stereotypowe schematy myślowe. Można też już z odrobiną złośliwości napisać, że to pseudo artystyczny bełkot o tym zboczonym gejostwie. Wszystko wszelako (walory i wady), to budząca gigantyczne emocje fundamentalna siła przekazu Almodóvara. Chociażby ten almodóvarowy sposób osiągania celu był niesmaczny, a wręcz odpychający, to trzeba przyznać, iż jest on potwornie skuteczny.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Dolor y gloria / Ból i blask (2019) - Pedro Almodóvar




Almodóvar kontemplacyjny i retrospekcyjny – subtelny jak chyba nigdy dotąd, uderzający bezpośrednio w osobisty ton, jak źródła donoszą i treść sugeruje opierający historię na motywach biograficznych. Emocjonalny, lecz niestety nie wystarczająco emocjonujący, drenujący mocno odczucia bohatera, ale trudny do empatycznego zrozumienia. Szczególnie z punktu widzenia mężczyzny o zdecydowanie uboższej wrażliwości, ze znacznie mniejszym przywiązaniem do roli matki w życiu dorosłym, a tym bardziej impregnowanego na bliskość w ujęciu kontaktów z partnerami tej samej płci. Wizualnie jak to zwykle w filmach Almodóvara bywa wyrazisty, bogaty intensywnością kolorów, do wybornego degustowania barw i kompozycji narracyjnej pod których hipnotyczną warstwą kryje się ekshibicjonizm zawarty w prostocie fabuły, świadomie bez bardziej wyrazistej dramaturgii. Piękny to obraz bo odważny, piękny bo uczuciowy, piękny bo z wrażliwością malowany, lecz poza intymnym charakterem wiwisekcji w całym swoim obliczu zachowawczy, bez napięcia, tym bardziej ekstazy. Być może należy też otwarcie napisać, że Ból i blask mówi o zaburzeniach wywołanych przesadnym egocentryzmem o podłożu artystyczno-intelektualnym. Przekwitłym narcyzmem w formule spowiedzi, nie dla potrzeby oczyszczenia tylko skupienia uwagi na sobie. Czy aby siedemdziesięcioletni Pedro Almodóvar (ujmując sprawę bez owijania w bawełnę) głasków z litości się nie domaga, może też poniekąd swoje wady okolicznościami usprawiedliwia? W ludzkim odruchu głaszczę melancholika po głowie, klepię go po przyjacielsku po ramieniu, zazdroszcząc mu jednocześnie wrodzonego talentu i życiowego farta, który poparty zapleczem predyspozycji dał mu życie w którym chyba jednak więcej blasku niż bólu.

P.S. Antonio Banderas do kontemplowania, Penélope Cruz do schrupania. :)

środa, 16 maja 2018

Mujeres al borde de un ataque de nervios / Kobiety na skraju załamania nerwowego (1988) - Pedro Almodóvar




Barwne kolaże, w tle makiety, wysunięta na czoło patetyczna muzyka, sporo egzaltacji i tona groteski w hiszpańskim kinie końca lat 80-tych, czyli na ekranie kultowy Almodóvar z pierwszej fazy kariery. Obejrzałem, na swój sposób korzystając z niewielkiej wiedzy w przedmiocie dorobku artysty przeanalizowałem i nie kryjąc akurat w tym przypadku ogólnego braku mojego zrozumienia dla tego rodzaju sztuki dla sztuki, oznajmiam co następuje. Może nie straciłem półtorej godziny z środowego popołudnia całkowicie bez sensu, ale też nie chwytając w lot tego rodzaju estetyki, nie spędziłem tych dziewięćdziesięciu minut na tyle efektywnie, by podskakiwać z ekscytacji. Zwyczajnie zaspokoiłem ciekawość sprawdzając i przekonując się z autopsji czym się krytyka tak podnieca, a co jak się okazuje w mojej akurat laika percepcji jest li tylko profilowaną na ambitnie artystyczne arcydzieło wydmuszką - z gigantycznym nadęciem i totalnie przerysowanym scenariuszem. Tak jak dotychczas poznane Porozmawiaj z nią, Skóra w której żyję i Julieta miały w sobie coś, co potrafiło wynieść powyższe ponad w treści telenowelową banalność. Tak świrowanie kobiet na skraju załamania nerwowego (zakładam, że to komedia) jest dla mnie irytująco sztuczną, potwornie absurdalną, wyłącznie ciekawą kolorystycznie i scenograficznie, lecz bezdyskusyjnie nie śmieszącą mnie pierdołą. Nie krytykuje, po prostu absolutnie nie kminię takiej farsy, zadając sobie generalnie pytanie – czego ja się z niej właściwie o kobietach dowiedziałem, co ona mi zasadniczo dała?

środa, 4 kwietnia 2018

Julieta (2016) - Pedro Almodóvar




Mimo, iż kłuje w oczy nadmierna egzaltacja, czasem nawet niczym z oper mydlanych koturnowość, to dobrze się ostatnią jak dotąd produkcję Almodóvara ogląda. Mam po seansie takie odczucie całkiem pożytecznie spędzonego czasu przed ekranem, gdyż od lat kultem otaczany reżyser, scenarzysta, ogólnie już ikona kina europejskiego, w złożonych scenariuszach (wenezuelski tasiemiec jechałby na nich przez tysiąc odcinków :)) masę drobnych niuansów zawoalowuje i zawsze w swój charakterystyczny sposób fascynuje nieco naciąganą, ale precyzyjnie z wielu wątków w zwartą formę skleconą tajemnicą. Poza tym obrazy z ekranu płynące są uroczo poetyckie i zmysłowe, a ich romantyzm, jakbym powyżej sugerował, nie ogranicza się  wyłącznie do westchnień i szlochów. Julieta okazuje się dość bezpośrednią, przygnębiającą historią o kobietach, czyli szperaniem w ulubionym temacie Hiszpana. Obudowaną dla efektu podniosłą muzyką i wizualną kunsztownością (ten widok z okna na morze, te wnętrza itd). Jak doczytałem co eksperci w tematyce twórczości Pedro Almodóvara jednym głosem donoszą, Julieta to nie jest akurat najlepszy film mistrza. Ja natomiast nie śmiem temu zaprzeczać, bo wiedza moja jeszcze wciąż skromna. Jednak nie pozostanę milczący całkowicie i sam też z mojej perspektywy doniosę, że seans jest bogaty i intrygujący. Bogaty we wrażliwy artyzm, intrygujący przenikliwością spojrzenia. Dla mnie tyle wystarczy, by Julieta wysoko oceniona została i na dłużej w pamięci utkwiła.

piątek, 10 listopada 2017

La Piel que habito / Skóra, w której żyję (2011) - Pedro Almodóvar




Bohaterem naukowiec, chirurg plastyczny i jego zaawansowane badania oraz praktyczne ich zastosowanie. Eksperymenty dość kontrowersyjne bioetycznie i osobiste traumatyczne przeżycia, które w tę stronę jego prace popchnęły. Tematem zasadniczym zaś tajemnica rodzinna, reperkusje wyborów i tragiczne zrządzenia losu. On swoistym dr Frankensteinem z napędzaną ambicją obsesją i jak się okaże w połowie filmu dodatkową motywacją. Pracujący z ludzkim żywym materiałem, więzioną w warunkach laboratoryjnych zabawką. Sama działalność jego dość ryzykowna, a tutaj dodatkowy niebezpieczny element w skomplikowanych relacjach się pojawia, bezwzględny i zdeterminowany, by kolejnej krzywdy dokonać. Ale to dopiero opis pierwszych scen, to dopiero zawiązanie akcji poprzez prolog. Dalej jest już tylko mocniej, bardziej twistowo - robi się odważnie, wręcz szokująco w atmosferze wyrafinowanej zemsty, niezwykle przenikliwie płynąc wzburzonym nurtem, konsekwentnie ku wyjaśnieniu kluczowej tajemnicy. Emocji podczas seansu jest sporo i tej specyficznej dusznej atmosfery tworzonej przez Almodóvara oczywiście także nie brakuje. Fabuła zawiera liczne błyskotliwe wątki, intelektualną i psychologiczną głębię, a oprawa dźwiękowa zgodnie z najlepszymi zasadami warsztatu filmowego grozy dodaje. Scenografia zaś łączy nowoczesny design ze sztuką klasyczną, zaś głębia kolorów z wyrazistością kontrastów jest ze smakiem skojarzona. Dzieje się tak gdyż Pedro Almodóvar jako kinowy kreator jest osobny, wyjątkowy i nawet jeśli ja z ogromnym poślizgiem czasowym i oporem wewnętrznym dopiero rozpoczynam przygodę z jego filmami, to własne przekonanie o jego niezwykłym wpływie na kinematografię europejską mam już mocno utrwalone. 

środa, 26 kwietnia 2017

Hable con ella / Porozmawiaj z nią (2002) - Pedro Almodóvar




Na początek zaskakujące oświadczenie. Przyznaję, że to mój absolutnie pierwszy raz z jakimkolwiek filmem Almodóvara. Z całkowitą świadomością omijałem jego twórczość, gdyż ubzdurałem sobie lata temu, że będę trzymał się z daleka od irytujących postaw lansowania się na wyrafinowanej sztuce niekoniecznie przez lansera rozumianej, a tym bardziej sam nie wpadnę w taką pułapkę. Przyszedł jednak czas na zweryfikowanie po części nieracjonalnego przekonania, bo jak długo można być ignorantem w temacie ważnej części europejskiego kina. Na początek wybór padł (w dużym stopniu przypadkowy) na obraz jak się zdołałem zapoznać, przez krytykę uznany za jedno z największych dokonań hiszpańskiej ikony. Faktycznie, trudno się nie zgodzić, że Porozmawiaj z nią to kino naprawdę wysokich lotów. Obraz zjawiskowy, niemal metafizyczny z tajemniczą aurą, emocjonalnie głęboki, psychologicznie przenikliwy, poetycki i w granicach dobrego smaku, ale jednak dość kontrowersyjny - mam tutaj rzecz jasna na myśli wątek gwałtu i inspiracje dla czynu pochodzącą z niemej surrealistycznej parodii pornografii. Nawet jeśli epizod ten dla zrozumienia zachowań bohatera istotny, to nie odciąga uwagi od głównego tematu, względnie przesłania którym co by się nie silić na skomplikowane i wybujałe interpretacje – głęboka miłość, przybierająca formę obsesji, zmuszająca widza w tym prowokatorskim kontekście do pobudzonej refleksji. Takie zabiegi scenarzystów i reżyserów w ambitnym kinie cenię ogromnie, bo otwierają oczy i zmuszają do wyczołgania się z bezpiecznego legowiska, w którym otaczamy się wygodnymi schematami szablonowego myślenia. Wszystko to czego spodziewałem się po obrazie autorstwa Pedro Almodóvara odnalazłem już w pierwszym obejrzanym filmie. Dostrzegłem sporo wartościowych atutów, które jednocześnie przekleństwem tego rodzaju stylistyki, bowiem łatwo przekroczyć tą bardzo cienką granicę pomiędzy emocjonalną ekstazą, a emocjonalnym nadęciem kierującym wprost do śmieszności. W tym jednak konkretnym przypadku, mimo że Almodóvar balansował niebezpiecznie na krawędzi to jednak nie stracił równowagi. Pytanie we mnie pobudził, czy w innych przypadkach robił to także z wyrafinowaniem i bez wpadania w sidła przesadnej egzaltacji? Odpowiedź będę uzyskiwał systematycznie i w tym miejscu skrupulatnie ją sobie dla siebie archiwizował.

P.S. Czy już takim przemądrzałym „almodovarofanem”, jakim być nie chciałem zostałem? :) Poważnie jednak mówiąc, to pomimo wyjątkowości tego obrazu nie trafił do mnie z taką intensywnością jaką ochy i achy profesjonalnej krytyki zapowiadały. Chyba jednak nie jestem jeszcze odpowiednio wyrobionym kinomanem.

Drukuj