Jest jesień 1996 roku i Anathema wydaje Eternity, a ja pozostaje wówczas absolutnie nieświadomy, iż takie wydarzenie ma miejsce, jak i oczywiście że za około dwa lata wraz z premierą Alternative 4 dołączę na kolejne dwie dekady do grona fanów liverpoolczyków. Wpadnę bez żadnej kontroli w świat dźwięków jakie we wciąż ewoluującej stylistyce będą z pasją tworzyli - bez względu na ustawiczne przeobrażenia i systematyczne zarzucanie roli gitar na rzecz elektroniki. Wtedy jednak a.d. 1996 wiosła były wciąż kręgosłupem na którym osadzali poszczególne jeszcze niezbyt wyrafinowanie dobrane klocki. Ponadto wtedy też w zasadzie na poważnie Vincent rozpoczynał swoje zmagania z wokalną materią, bowiem to co prezentował na The Silent Enigma za cholerę śpiewem wówczas, jak i tym mocniej dzisiaj nie mogę nazwać. Spoglądając na jego postępy z perspektywy lat widać wyraźnie, że ten ongiś nieopierzony introwertyk posiadał zarówno charyzmę jako frontman, jak i właściwie całkiem niezłe możliwości głosowe. Skok jakościowy pomiędzy w/w krążkami jest nader mocno zauważalny i mam tutaj na myśli zarówno wokalną jak i aranżacyjną stronę materiału. I chociaż spoglądając z obecnego miejsca muzycznie wiele więcej i bardziej pryncypialnie później się wydarzyło, to głos Vincenta powyżej Eternity doskonaląc swe właściwości opierał się przede wszystkim na zmianach ewolucyjnych, nie rewolucyjnych. Technicznie rzecz biorąc pod względem muzycznym Eternity skonstruowane było zdecydowanie bardziej wyraziście od The Silent Enigma, a numery nabrały osobnego charakteru, który zawdzięczały przede wszystkim względnie wyrazistszej ich melodyjności. Mimo wszystko nadal jednak na Eternity jest bardziej metalowo, niż rockowo, a progresywność z którą już za kilka lat zwiążą własną przyszłość ogranicza się do powolnego rozwijania głównych tematów przede wszystkim za sprawą gitarowych pasaży i sporej ilości klawiszowych urozmaiceń oraz umieszczonego w środku stawki gilmourowego coveru. Jest nadal surowo i miejscami nieco siermiężnie - aranżacje poszukują płynności, a brzmienie bardziej oddycha gęstym od zaduchu powietrzem z sali prób, niż doskonałością wprost z kosztownego studia. To cecha istotna Eternity i wcale nie jej wada, że niewypolerowane brzmienie wraz z ogromnym ładunkiem emocjonalności dodaje muzyce cech autentyczności. Może brakuje tej produkcji wiele do wyrachowanej perfekcji, przez co pewne niuanse gubią się we wszechobecnym pogłosie. Może Vincent jeszcze nie wykorzystuje biegle walorów własnych strun głosowych, a w poetyckiej wymowie jest zbyt wielka doza egzaltowanej młodzieńczej naiwności, ale w tych dźwiękach słyszę wciąż wartość nadrzędną jaką szczerość artystycznej wypowiedzi, a nawet ten urokliwy pierwiastek nieporadności zamieniony poniekąd przy odrobinie dobrej woli fana w walor zaskarbiający sympatię. Urzekają mnie nadal ascetyczne melodie, instrumentalne interludia z teatralnymi samplami wciągają w pełną mistyki podróż w głąb własnych odczuć, a łkający głos Vincenta nadrabiający braki warsztatowe siłą nagich emocji przeszywa na wskroś. Już wówczas było czuć w Anthemie nietuzinkowy talent i prawdziwą wrażliwość (że odejdą aż tak mocno od korzeni mimo wszystko jeszcze nie), a jedyną słabością Eternity zakamuflowaną skutecznie pozostaje wyłącznie brak doświadczenia w pracy studyjnej. Oczywiście można się nie zgadzać. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anathema. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anathema. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 lutego 2019
piątek, 16 czerwca 2017
Anathema - The Optimist (2017)
Bracia Cavanagh od przełomowego We're Here Because We're Here idą konsekwentnie w stronę światła, tak muzycznie jak i w sensie
przesłania w lirykach zawartego. Fakt, że muzyka nadal ma w sobie masę
ilustracyjnego smutku i nieco mrocznego pierwiastka, ale bije z niej przede
wszystkim emocjonalny optymizm, coś w rodzaju przekonania, że jakby nas życie
nie gnębiło to warte jest tych cierpień, bo każde doświadczenie nawet
najtrudniejsze dzięki odrobinie dobrej woli może zostać przekute w szczęście,
którego za sprawą samospełniającej się przepowiedni jesteśmy kreatorami. Zdaje sobie sprawę z faktu, że takie
stwierdzenie może zabrzmiało górnolotnie, ale przyznaję iż Anathema potrafi tak
skutecznie grać refleksyjnym nastrojem, podnosić temperaturę emocji napięciem i wtłaczać
podskórny puls, że zawsze prowokuje mnie do wzniosłych, czasem zbyt ckliwych,
tudzież banalnych przemyśleń. :) Nie inaczej finalnie jest w przypadku The
Opitmist, który jest tak mięciutki, że niemal pluszowy i w zasadzie po
pierwszym kontakcie wywołał u mnie poczucie zaskoczenia, iż zamiast spełnienia
niedosyt odczuwałem. Potrzeba było wielokrotnie wsłuchiwać się w kompozycje, odbierać
je na poziomie całościowym jak i próbować na detale rozkładać poszczególne
elementy by dotrzeć do jego jądra. Dopiero z czasem, przy wymuszonym zaangażowaniu
album nabrał pełni barw i okazał się nie tylko kolejnym wyjątkowym dziełem w
dyskografii grupy, ale ukazał ją w kilku fragmentach z zupełnie nowej formule,
która jakby nie ewoluowała w poszukiwaniu świeżych środków nadal przesiąknięta
jest specyficzną manierą immanentną wyłącznie dla ekipy braci Cavanagh. Gdy
numery w rodzaju Endless Ways, Springfield czy Can’t Let Go w typowej transowej,
a nawet hipnotyzującej manierze rozwijają długie tematy prowadząc konsekwentnie
do punktu kulminacyjnego, to już Close Your Eyes przez wzgląd na użyte partie
instrumentów dętych i jazzującą formułę zaskakuje bardzo in plus, dając
przestrzeń i nadzieje na tego rodzaju intrygujące eksperymenty także w
przyszłości. Nie będę udawał, iż nie oczekuję już w przypadku następnej płyty
przesilenia w stylistyce, takiego na miarę właśnie We're Here Because We're bo symptomy
zmęczenia materiału przy odrobinie krytyki są dostrzegalne. Nie mam jednak
absolutnie jeszcze powodów do obaw o zjadanie własnego ogona przy
akompaniamencie mlaskania w samozachwycie. Zakładam nie na wyrost, że muzycy
tej klasy sami są świadomi, iż konieczność przeobrażeń jest już tuż tuż i
zapewne nim pojawi się następcę The Optimist minie kilka długich tęsknych lat,
które okażą się zbawienne dla samej muzyki. Apeluję więc pokornie o wstrzemięźliwość
w kwestii wydawania kolejnych materiałów studyjnych, by kierunek na przyszłość wybrać
starannie, bo przecież grunt to mocny fundament, na którym staną kolejne piętra
doskonałej muzyki. Zanim jednak nastąpi kolejny akt w historii dumy Liverpoolu
raduję się zatapiając w dźwiękach zawartych na tegorocznym krążku, oświadczając
w pełni świadomie i odpowiedzialnie, iż mimo że lubię, gdy gitarowe pierdolnięcie
usuwa obuwie, to w przypadku Anathemy kupuję bezdyskusyjnie każde jej oblicze,
nawet to ultra delikatne z The Optimist.
środa, 22 marca 2017
Anathema - A Fine Day to Exit (2001)
Może
to ten krążek z nowej ery Anathemy, do którego wracam z najmniejszym
sentymentem, lecz za cholerę złego słowa o nim nie napiszę. Wyjaśniam wpierw z
przymrużeniem oka, bo nie jestem złośliwym, krytykanckim małym kpem i długo
pracowałem, by za takiego nie uchodzić, a akurat swoją pracę nad własnym wizerunkiem szanuję ogromnie. :) Na poważnie natomiast, bo to doskonale przygotowana porcja
anathemowo rockowej muzyki, w której spotykają się inspiracje zarówno z okresu
poprzedzającego A Fine Day to Exit jak i te wówczas na ekipę braci Cavanagh
mocno oddziałujące. Czuć, że głośne deklaracje o ogromnym uznaniu dla Radiohead
i Pink Floyd nie były w żadnym stopniu gołosłowne - tutaj rozwijane konsekwentnie
nabierają dojrzałego charakteru i wyrazistych barw. Metalowe korzenie już dawno
zeszły na plan dalszy i pozostały jedynie echem przeszłości, a do głosu doszły
nowe fascynacje i świeże eksploracje. Anathema obierając progresywny kierunek
popłynęła w piękne rejony, w których dźwięki stały się ilustracją emocji ludzi odkrywających
własne ja. Chociaż brzmi to zapewne niczym tania emfaza i poniekąd z dzisiejszego punktu widzenia oczywistość, to takie
są fakty, że wówczas nagrali po raz kolejny to, co im w duszy grało i za to zawsze
uznanie im należne będzie. Zważywszy na fakt, iż potrafili własne uczucia ubrać w dźwięki
intrygujące i poruszające. Patrząc na te kilka powyższych zdań, zadałem sobie pytanie –
dlaczego akurat najrzadziej do A Fine Day to Exit powracam? Skoro to tak
doskonała płyta, należałoby z nią częściej związek odświeżać.
piątek, 19 lutego 2016
Anathema - Alternative 4 (1998)
Spisując własne refleksje w
przedmiocie Alternative 4 wręcz zaleje tekst sentymentalizmem, bo właściwie tak
na dobre to za sprawą tego tytułu z
dyskografii Anathemy (na kasecie rzecz jasna jeszcze) rozpoczęła się moja, nadal niekończąca się przygoda z muzyką ziomali Beatlesów. Wcześniej poznałem Eternity, album z 1996 roku, lecz to
dopiero specyficzna zimna emocjonalność trzeciego z kolei longa, na którym wokalny prym wiedzie Vincent opętała mnie
bezgranicznie. Tutaj bowiem jego głos nabrał pełnej
barwy, okrzepł i idealnie odnalazł się w towarzystwie zarówno dynamicznych
numerów pokroju Fragile Dreams czy Empty jak i tych surowych, opartych na prostocie środków, a
bogactwie uczuć, w rodzaju Lost Control i Destiny. Obok Vincenta bez wahania bohaterem
Alternative 4 określiłbym obsługującego sterylny, podbijający napięcie i uwypuklający
moc kompozycji bas Duncana Pattersona. Odrobinę zarzucone (w kontekście innych krążków grupy) zostały gitarowe popisy solowe na rzecz zwartej faktury brzmień klawiszy. Imitują one zarówno klasyczną barwę pianina, czy wibrujących organów jaki i uzyskiwane są za ich pomocą
elektroniczne detale, wplatane ciekawe sample. Intensywna obecność technologii
jest dostrzegalna tyle, że w symbiozie z floydowskim klimatem z przełomu lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych – nowoczesność umiejętnie zostaje wszczepiona w wysoce
emocjonalną strukturę i charakter kompozycji. Napięcie jakie w utworach
dominuje zaaranżowano za pomocą ascetycznych środków, lecz w natchniony sposób, bo wystarczy by dźwięki były szczere, aby muzyka duszy intensywną moc refleksji w
sobie zawierała. Lata mijają, trendy przychodzą i często jeszcze szybciej w
zapomnienie odpływają, moje osobiste muzyczne preferencje wciąż ewoluują, a
obiekty artystycznych westchnień się zmieniają. Jednakowoż w tym pulsującym
dynamiką procesie wciąż istotne miejsce Anathema zajmuje, a doskonała treść i
formuła Alternative 4 trwa przynosząc wciąż chwile głębokiej zadumy i ukojenia
skołatanych częstokroć nerwów. Takiego zwyczajnie muzycznego spełnienia
dostarcza i coś czuję, że moja jej wierność i wdzięczność za te przeżycia dozgonna będzie.
sobota, 21 czerwca 2014
Anathema - Distant Satellites (2014)
Rozkręciła nam się ostatnimi laty ta brytyjska perełka - znaczy świeżego wiatru w żagle nabrała i wypłynęła na szerokie wody kreatywności. Trzeci z rzędu album nagrała, z zegarmistrzowską precyzją na dwuletnie pauzy pomiędzy nimi czas rozdzielając. Cieszę się ja bardzo i z nieukrywanym zachwytem, tą współcześnie promieniejącą twarz grupy ponownie witam. To bezwzględnie wielki jest wyczyn, by z takim ekscytującym otwarciem na sceny powrócić i wysoki poziom utrzymać. Nie porzucając całkowicie klasycznej formuły wciąż ciekawe pierwiastki do własnej twórczości wtłaczać, robić to z klasą, wyczuciem i pasją niepodważalną. We're Here Because We're Here zaskoczył i porwał swą magiczną zawartością, Weather Systems utrzymał w zaciekawieniu, zaintrygował i intensywnie uwrażliwił, a Distant Satellites? On udowadnia, że pomysłów i smykałki do dźwięków z duszy prosto płynącej tym wyspiarzom nie braknie. To niby naturalne rozwinięcie ścieżki na poprzednich albumach eksplorowanej, jednak z przewagą kameralnego skupienia na detalach i klimacie piękno w postaci najczystszej definiującym. To taka mym zdaniem hybryda A Natural Disaster z lekkim muśnięciem Alternative 4 i oczywiście dominującym intensywnym ekstraktem wydobytym z dwóch ostatnich albumów. Idealna symbioza tętniącej rockowej furii, nowoczesnego pulsu, żarliwej duchowości z intymnym wewnętrznym skupieniem. Bez słabych punktów z kapitalnie utrzymywanym napięciem, punkty kulminacyjne odpowiednio eksponującym. Z cudownymi nostalgicznymi numerami w postaci The Lost Song Pt.2, Ariel czy Anathem'ą, gdzie solowe gitar partie porywają, a wokalne linie czarują. Przeplatanymi równie wybornymi pozostałymi kompozycjami, bez słabych punktów czy bezwartościowych wypełniaczy. Słucham i wciąż z podziwu wyjść nie potrafię jak oni to robią, że tą twardą skorupę jaką rzeczywistość na mnie wymusza w pył rozbijają by dotrzeć do najgłębszych pokładów mojej wrażliwości. A nie czynią tego przy użyciu najprostszych środków - nie manipulują banalnymi sugestywnymi oczywistościami, nie eksponują nieszczęścia, nie ukazują zabiedzonych dzieci czy cierpiących zwierzaków. Skupiają się na pozytywnej stronie życia i z tej perspektywy udowadniają, że na tym łez padole można być szczęśliwym, jeśli tylko potrafi się widzieć piękno. To taki hedonizm w wydaniu emocjonalnym nie konsumpcyjno-fizycznym, odczuwaj przyjemność duszą nie wyłącznie ciałem, czerp energię z pozytywnego nastawienia. Wiem, że to strasznie egzaltowane co wypisuje ale wierzyć mi proszę, że obcując z tymi dźwiękami takie odczucie bezwzględnie w mojej świadomości trwa. Ono w żadnym stopniu wyrachowane, na efekt emocjonalnej tandety nastawione, bo zwyczajnie tej sztucznej wrażliwości na pokaz niczym politycznego bagna sie brzydzę. Za to Anathemie dziękuję, że wśród tysięcy produktów na efekt teatralnej szopki nastawionych, ona jako nieliczna w przekonaniu utrzymuje, iż autentyczna wrażliwość, namiętność w sztuce zamknięta i kreatywność błyskotliwa zwykłemu konsumpcjonizmowi się nie podda. Nie zawiedli mnie i tym razem! Kropka.
niedziela, 22 grudnia 2013
Anathema - Universal (2013)
Z zasady jestem wyraźnie sceptyczny wobec koncertów rockowych z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, gdyż przede wszystkim rozbijają one naturalność przekazu, a nic tak nie spłaszcza prawdziwych emocji w rocku jak patos sprowadzony do orkiestrowego nadęcia. Dodatkowo doświadczenia styczności z takimi projektami tą obawę mocno podtrzymywały. Częstym efektem takiej kolaboracji zwyczajnie zakalce były, których fundamentem megalomania członków wyśmienitych niejednokrotnie formacji. Jednak przerost ambicji i chęć wbicia się w nie do takiej konwencji skrojone fraki i doszycia sobie metki z napisem wytrawne i dla koneserów, ku całkowitej porażce ich prowadziła. Nie zamierzam w tym miejscu przykładów podawać, bo zbyt liczne one, jak i ich produkcje nie tematem moich obecnych rozważań. Napiszę tylko, że pewne wyjątki od tej reguły w mojej przygodzie z muzyką się zdarzyły, a w przypadku Universal klasyczni muzycy w żaden sposób nie niszczą struktury kompozycji Anathemy. Gdzie zatem tkwi przyczyna takiej symbiozy? Zdaniem moim w naturalnej koegzystencji niebanalnych orkiestracji i rockowego pazura już na etapie powstawania samych pierwotnych wersji utworów. Szczególnie dwa ostatnie albumy grupy tej tendencji są wyraźnie podporządkowane. Efekt więc uzyskany na Universal nie powinien mnie zaskakiwać, a z pewnością budzić obaw co do jakości, wszakże muzyczna wrażliwość braci Cavanagh i spółki jest wyjątkowa, a wyczucie dźwiękowej materii wręcz mistrzowskie. Dobór utworów pewnie jest przewidywalny, bo trudno było spodziewać się czegokolwiek sprzed ery wokalnej Vincenta, a i pominięcie przełomowej Eternity wraz z The Silent Enigma w obecnej formie artystycznej zespołu chyba tylko zagubionego już przypadkowego fana grupy może martwić. Ogromny szacunek do Eternity od lat w sobie pielęgnuje z sentymentu do gówniarskich czasów i wrażliwości szczenięcej jaką się ówcześnie kierowałem, ale w bezpośrednim starciu ze współczesnym warsztatem kompozytorskim liderów Anathemy był to album co jedynie cudownym klimatem czarował. Wiem, wielu się ze mną nie zgodzi ale to ja wystukuje tu swoje przekonania, zatem pozwolę sobie na takie, jakie sam odczuwam. Pisałem już jak pamiętam kilkukrotnie, że Anathema to już dzisiaj w pełni dojrzała ekipa prawdziwych profesjonalistów, którzy pomimo lat rutyny nie zatracili iskry, która na nowo z każdym kolejnym krążkiem rozpala gorący płomień nie tylko utrzymujący w jego zasięgu dotychczasowych (myślę, że tych właśnie od Eternity) fanów, ale i przyciąga w jego pobliże wciąż nowych. Nie chcę ponownie (bronię się przed tym usilnie) popadać w nadmierną egzaltację i w niemalże poetyckim, pełnym uniesienia tonie zachwalać geniuszu zaklętego w dźwiękach przez Anathemę kreowanych. Jednako każdorazowy kontakt z tymi Brytyjczykami uwalnia we mnie nostalgiczne pokłady i w trudny do wyjaśnienia sposób taki rodzaj wrażliwości na nowo rozbudza. Nie inaczej jest w przypadku audiowizualnej prezentacji zespołu. Każde
muśnięcie strun, uderzenie bębnów ma poważny ładunek duchowy, a napięcie
z wprawą budowane przechodzi płynnie w żarliwą eksplozję. To już nie jest zwyczajne konsumowanie nut i obrazu, ale mistyczne doświadczenie i upojenie - powracam w myślach do wspomnień trzech bezpośrednich spotkań na żywo z Anathemą i równie mocno jak wtedy przeżywam nimi odurzenie. W przypadku Universal klimat kreowany muzycznie doskonale wtapia się w miejsce w którym nagrywany. Amfiteatr w Płowdiw o rodowodzie Rzymskim oczywistym walorem, ale subtelnie naturalny montaż, płynna praca kamer i świetlna zamglona oprawa w dziedzinie realizacji równie trafnie dobrana. Na koniec nie mógłbym pominąć faktu genialnej formy wokalnej Vincenta wspieranego jak zwykle nader profesjonalnie przez Lee Douglas. Ten wokalista jeszcze głęboko w latach dziewięćdziesiątych taki z potrzeby czy przypadku odbierany, wyewoluował w finezyjnie zręcznego, szczerego w posługiwaniu się swoim głosem frontmana. Praca przez niego wykonana doprawdy niezwykła, a dzisiejsze natchnione interpretacje (proszę spojrzeć w jego oczy, kiedy z taką pasją wyśpiewuje kolejne wersy) porywają i wzruszają głęboko. Podsumowując jestem rad wielce, że ten trudny logistycznie projekt został zrealizowany i w takiej formie moją duszę cieszy, więcej nawet on ją uszczęśliwia. Ponad dwugodzinna, prawdziwie wyborna to uczta, taka królewska dosłownie. Myślę więc, że jej wysokość tym Brytolom miłościwie panująca, powinna być dumna z takich poddanych!
P.S. Klimat, klimatem, a doskonałość kawałków i perfekcyjne wykonanie oczywiste. Jednak w tym pełnym emocji spektaklu jeden fakt komiczny w pamięć mi zapadł. Mianowicie nieśmiałe bujane podrygiwania publiczności - szczególnie te z rękami w kieszeniach! Dobra, było żartobliwie teraz poważnie dla odmiany. Głębokie wewnętrzne odbieranie takich dźwięków to na tyle intymna sprawa, że nie powinienem z niej się naśmiewać. Ciekawe jak bardzo komicznie wyglądałem kiedy to sam częścią takiej zaklętej przez Anathemę publiczności bywałem. :)
czwartek, 17 października 2013
Anathema - Judgement (1999)
Sentyment ogromny utrudnia mi choć po części spojrzenie na ten album w obiektywny sposób. Zatem z takiej perspektywy jakiekolwiek jego mankamenty ciężko mi dostrzec, a zapewne takie istnieją. Szczególnie wzgląd biorąc na wciąż progres notującą historię Anathemy. Trudno tu na jednej płaszczyźnie stawiać Judgement i Were Here Because Were Here, czy ostatni dotąd Weather Systems. To zupełnie w przekonaniu moim różne krążki, jednako wyraźny specyficzny wspólny charakter formacji posiadające. Album z 1999 roku bardziej w stronę klasycznej rockowej maniery skierowany, surowy z prostszą, niemniej jednak szlachetną riffu strukturą. Jego magia zaklęta w subtelnie płynącej melodyce, rozpostartej w szerokiej płaszczyźnie, od gwałtownych pisków i sprzężeń po akustyczne, pięknem w postaci najczystszej przesiąknięte struktury. Niebagatelna tu w kompozycjach rola klawiszy - może z perspektywy lat odrobinę to brzmienie straciło na atrakcyjności, wszelako dobitnie klimat produkcji z lat 90-tych podkreśla. Wśród wielu płyt z tamtej epoki, które z perspektywy lat infantylną stylistyką trącają, w utworach Anathemy z tamtego okresu odnajdują się wyśmienicie - finalnie test czasu zdając celująco. Klimat na Judgement wykreowany, niemal niepodrabialny, a takie perły jak floydowski Emotional Winter, prosty lecz głęboko poruszający One Last Goodbye, ckliwy z wokalem Lee Douglas Parisienne Moonlight, dynamiczny Deep czy eksplodujący stopniowo numer tytułowy, to wyższy poziom wrażliwości. One na wieczność w mojej świadomości zakotwiczone, miejsce wyłącznie wśród ikon dźwiękowych posiadające. Analizując dyskografię tej brytyjskiej legendy, nigdy dosłownie się nie powtórzyli, jednakże w przekonaniu moim Judgement zrywając z kursem obranym na Alternative 4 (jedynie Anyone, Anywhere z powodzeniem do niego nawiązuje), zdryfował w kierunku brzmień mniej eksperymenty uskuteczniających - taki on zdecydowanie piosenkowy w swej manierze. Dziś Anathema dużo bogatsza aranżacyjnie, dopieszczona detalami, mniej spętana wymogami gatunkowymi, zwyczajnie wolna. Jakkolwiek to obecne oblicze bardziej obfite, to nie dyskredytuje ono starszych dzieł. Siła tej wybornej formacji w jakości, której nigdy na ich albumach nie zabrakło.
piątek, 20 września 2013
Anathema - We're Here Because We're Here (2010)
Czekałem ja na ten album bite sześć lat w niepewności i niepokoju - od A Natural Disaster, czyli ostatniej na tamten czas odsłony geniuszu
Anathemy. I cierpliwość moja została nagrodzona, a co najważniejsze obawa
towarzysząca dalszym losom tych Liverpoolczyków rozwiana brakiem jakiegokolwiek
poczucia rozczarowania. Mało tego ten album okazał się perfekcją w każdym
dosłownie calu! Poetycki wymiar tych dźwięków niezwykle urokliwy – płyną one
niczym strumień spokojny pozornie, jednak w odmętach jego, głębiej pod
powierzchnią on wartki, pulsujący życiem w nim kwitnącym. Kiedy zanurzam się w
kompozycjach z We're Here Because We're Here odbywam podróż trudno
definiowalną, niczym w marzeniach sennych przebywam, by odkrywać bodźce bogato
emocjonalną paletą różnorodnych barw malowane. Album to równie subtelny w
formie jak i żywiołowy w kształcie, w żadnym stopniu pomimo progresywnego rysu
nieprzypominający ociężałych pretensjonalnością produkcji dla konwencji tej
charakterystycznych. Różnicę czyni pulsująca podskórnie dynamika, nerwowa
faktura, czasem wręcz pazur drapieżny. Tak wiem, szafuje opisem skrajnym
biegunowo, jednak w tej dla laika balladowo-ckliwej powłoce ukrywa się tak
potężne napięcie, iż zwyczajne definiowanie tego krążka jako takiego sobie pitu
pitu – zbrodnicze. Wyłącznie pozbawiony całkowicie wrażliwości muzycznej,
przypadkowy słuchacz w estetyce tej odnajdzie li tylko smutny gimnazjalny
szloch. Każda kompozycja wyjątkowa i aż kusi by detalicznie ich strukturę w
każdym przypadku rozpatrywać. Jednak nie poddając się tej pokusie tylko
znaczenie podkreślę deklamacji z Presence, wyraźnie bliźniaczej Hope z
legendarnej Eternity, A Simple Mistake pęczniejącej od pomysłów, punkt
kulminacyjny przeciągającej aż do porywającego finału, czy Get Off, Get Out
ewidentnie nawiązującej do jeżozwierzowej formuły. Klamrą obejmując refleksje
powyższe do zaskakującego pod względem światopoglądu jakim się kieruje wniosku
dochodzę. Absolutnie subiektywnie nie pojmując i nie odczuwając fenomenu istoty
najwyższej, wciągnięty w magię tych utworów zastanawiam się skąd talent taki i
wyobraźnia u tych muzyków. Siłą rzeczy dotknięci zapewne zostali darem dla mnie
pochodzenia niezrozumiałego, tak pięknym w postaci najczystszej, iż tylko od
łaski najwyższej mogącym pochodzić (co ja plotę!). Zwyczajnie słuchając tej
szlachetnej kreacji dotyk dobra odczuwam, wnioski zaskakujące snując. Coś mi
Anathemo uczyniła, że ja typ racjonalny w mitach wytłumaczenia poszukuje.
Kiedyś z mrokiem byłaś utożsamiana, niemal diabelską istotą dla wielu dotknięta, dziś w tobie światło najjaśniejsze zawarte, drogę do bycia lepszym ukazuje. Zaprawdę powiadam wam coś chyba w tym być musi.
piątek, 7 czerwca 2013
Anathema – A Natural Disaster (2004)
Bezwzględnie
funkcjonuje reguła mówiąca, iż do odbioru pewnych dźwięków należy dojrzeć,
przejść na kolejny poziom ewolucji w sensie wrażliwości, mentalności. Jak
inaczej przecież mógłbym wyjaśnić dlaczego A Natural Disaster w momencie
premiery nie porwał mnie tak intensywnie swoją zawartością do krainy
dźwiękowego spełnienia, nie poniósł mnie za pośrednictwem genialnego Flying do
granic percepcji, nie odsłonił tak wyraźnie
pokładów dojrzałej wrażliwości. I dziwi mnie, iż w 2004 roku będąc już oddanym
niewolnikiem wszystkiego co Liverpoolczycy nagrali po Eternity, nieprzygotowany
byłem na tak introwertyczny przejaw ich geniuszu. Zastanawiam się i tylko
wcześniej wyrażona wstępna diagnoza ma tu racje bytu, jest w stanie racjonalnie
wyjaśnić moje ówczesne przekonanie o znacznie mniejszej wartości A Natural
Disaster w stosunku do Alternative 4 czy Judgement. Krążek to zadumany,
oszczędny, podany z maestrią godną największych twórców z progresywnej niszy,
jednak pozbawiony z wyczuciem pomimo długo rozwijających się motywów grzechu
monotonnych dłużyzn czy poczucia pewnego tzw. „przegadania” materiału.
Charakterystyczne dla formacji stopniowo rozwijające się tematy budowane są
przede wszystkim za pomocą niemal floydowskiej maniery gitarowej, suto
okraszanej klawiszowym, najczęściej pianina brzmieniem. Dodatkowym atutem
oprócz naturalnego miękkiego wokalu Vincenta jest sporadyczny udział Danny’ego
oraz frazy jakie nakłada Lee Douglas – zwiewne otaczające tytułową kompozycję ciepłą aurą. I na koniec nie sposób poświęcić choćby jednego zdania na pean
pochwalny ku czci najwyraźniejszego eksperymentu umieszczonego na albumie. Mam
tu na myśli kapitalny Closer, który udowadnia w sposób szczególny jakim potencjałem
dysponuje grupa. Nie każdy potrafi przecież tak zgrabnie przekształcić niemal
groteskowy efekt wokalny w formę porywająca i zniewalającą, która efektownie
wprowadza w rozwijający się trans – w wersji koncertowej wręcz oszałamiający!
Anathema stworzyła dzieło dla mnie ponadczasowe, którego magia w pełni odkryta
została z pewnym opóźnieniem, pokazując jednocześnie dopiero wraz z We’re Here
Because We’re Here, iż ścieżka która podążają jest na tyle bogata by nadal
inspirować z ogromną siłą!
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Anathema - Weather Systems (2012)
By kilka
zdań tych sklecić zbierałem się długo bowiem album ten w czasie krótkim stał
się dla mnie ikoną o wartości niepodważalnej, czymś o absolutu charakterze.
Pozwoliłem nawet aby przerwa w kontakcie z nim być może zweryfikowała mój
entuzjazm, chłodnym z dystansu spojrzeniem o perspektywie odmiennej obraz dała.
Jednak powrót do krążka okazał się ciosem emocjonalnie równie porażającym jak
każde wcześniejsze z nim obcowanie. Od
początku samego otrzymuje dwuczęściową suitę co równych sobie w historii rocka
ma niewielu. Untouchable otworzył we mnie pokłady wrażliwości mocno ukryte i
choć pełne przeżywanie dźwięków ulubionych nie jest mi obce takiego piękna w
postaci najczystszej dawno już nie dane mi było kosztować. Poczucia muzycznego
spełnienia nie odbierają mi kolejne kompozycje wylewające się z głośników - otrzymuje
zarówno przebogate, pozbawione patosu klawiszowe orkiestracje, pianina akordy
wzruszające, gitarowe "floydowskie" ornamenty jakby do wymiaru innego
przenoszące, rytmu z pulsem ciekawym bicia i głębie wokalną prawdziwego śpiewu
co z wnętrza duszy ludzkiej wypływa. Odczuwam przez te kilkadziesiąt minut stan
spokoju, równowagi, szansę dostaje na otwarcie oczu szeroko, ujrzenie tego co
naprawdę w życiu ważne być powinno - o prozie codzienności zapominam. I dziwić
może po entuzjazmu słowotoku obfitym twierdzenie poniższe, iż poziomu We're
Here Because We're Here nie przeskoczyli, jednak dzieło mu dorównujące choć o
charakterze subtelnie odmiennym stworzyli. Anathema dziś to dar dla każdego kto
tylko zechce dać jej szansę - z tej perspektywy świat wygląda znacznie
ciekawiej.
P.S. Wiem - chyba się starzeje!
P.S. Wiem - chyba się starzeje!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








