Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brutus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brutus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 kwietnia 2023

Brutus - Burst (2017)

 

Kombinowałem i wykombinowałem, że w co niektórych kawałkach (na pewno All Along i jeszcze bardziej Drive oraz Bird) Stefanie Mannaerts łudząco sposobem śpiewania i ogólnie artykułowania wydawanych z siebie z pasją dźwięków, a dokładnie akcentowania chrypki przypomina Kaśkę Nosowską z początkowej fazy działalności Hey. W ogóle myślę, iż ten sam wokal liderki Brutus, za każdym razem, na każdym z trzech dotychczasowych krążków brzmi nieco odmiennie i nie wiem, czy to psikus mojej wyobraźni, czy fakt niezaprzeczalny, bowiem niełatwo mi ubrać w słowa te niuanse, jakie być może wyłącznie mnie słyszalne. Zanim pojawił się u mnie w odtwarzaczu Burst, wybrzmieć musiał drugi Nest i porwać mnie kompletnie trzeci Unison Life. Dopiero wówczas i finałowo za sprawą kapitalnego koncertu w Hybrydach sięgnąłem po debiut i jakby było to doświadczenie niekoniecznie należące do najłatwiejszych, to uparcie dokonane odsłuchy uświadomiły mi tak walory Burst, jak przy okazji niedocenioną w pełni być może wcześniej wartość Nest - otwierając mnie zwłaszcza na album debiutancki. Burst jest intensywnie zadziorny i niby nieskomplikowany, tak jak nie bardzo skomplikowany bywa hardcore/punk i garażowe granie, ale jest też inaczej niż powyższe emocjonalny i szorstki jak bywa z graniem korzystającym z długo wybrzmiewających nut gitarowych oraz huraganowych quasi blastów wprost z black metalowej estetyki. Tutaj zaaranżowanych w zupełnie myślę nowych okolicznościach stylistycznych, bo akurat nie kojarzę jakiejś bardziej rozpoznawalnej ekipy, która by się podobnie eksploatowała na gruncie łączenia hardcore-punku i przebojowości - wykorzystując rzeczone (jak podpowiada definicja, najczęściej ósemki i szesnastki grane na bębnie basowym i dwa razy szybciej na werblu). W unikalnym wykonaniu Belgów (choć po mistrzowsku składnie jeszcze fragmentami tak jak obecnie nie jest), to klei się to fantastycznie z wykrzyczanymi uczuciowo wersami i tak jak kopie po zadzie, tak włazi pod skórę i dotyka. Burst dodam, iż u mnie subiektywnie zyskuje z każdym kolejnym odsłuchem i nie wykluczone, że gdybym strzelił archiwizacyjną notkę za miesiąc, byłaby ona jeszcze bardziej entuzjastyczna, a na pewno zawierała ona precyzyjną argumentację dlaczego tak czuję. Póki co zachowam jednak gigantyczne zachwyty na czas premiery przyszłego, oby szybko napisanego i zarejestrowanego krążka, bo kuć należy to żelazo. Albumu przewiduję, iż jeszcze doskonalej skomponowanego od już znakomitego Unison Life. 

środa, 2 listopada 2022

Brutus - Unison Life (2022)

 

Nie kryję entuzjazmu, bardzo się cieszę i donieść spieszę, że pokładane po serii świetnych singli nadzieje związane z Unison Life zostały spełnione i mam do dyspozycji teraz dziesięć rewelacyjnych kompozycji, składających się na program doskonale pod względem konsystencji i dramaturgii skonstruowanego albumu. Ponadto wraz z premierą płyty dotarła do mnie kolejna znakomita informacja, albowiem Brutus zapowiedział się z serią koncertów w naszym kraju, a ja pośpiesznie na tą okazję już nabyłem bilecik i do marca będę przebierał nóżkami w oczekiwaniu. Pytanie skąd u mnie tak wysokie stężenie podniecenia, skoro nawet jeśli poprzedni krążek belgijskiej ekipy propsowałem, to w tekście opisującym własne refleksje, nie uniknąłem jakichś wobec niego ale. Stało się tak, gdyż ta wówczas względna, bądź tylko subiektywnie odczuwalna wokalna słabość Nest, z odrobinę niedoszlifowanego elementu ich ekscytującego stylu, stała się na równi z muzyką oscylującą programowo pomiędzy przestrzennymi pejzażami, a odrobinę bardziej wypolerowanymi eksplozjami instrumentalnej furii, jej równoprawnym atutem. Stefanie być może sama zauważyła lub dotarły do niej podobne moim sugestie i te drobne niedociągnięcia głosowe wyeliminowała, tudzież sprytnie w liniach wokalnych ich powtarzania uniknęła, dzięki czemu ja tą wciąż warczącą tonacją jestem zachwycony i od momentu gdy pierwszy singiel ze świeżego materiału udostępnili czułem, że jego pełnej wersji stanę się zagorzałym fanem, a wręcz niewolnikiem. Miłość do Unison Life zaczęła się od wielowątkowego Dust, za chwile wpadł mi w oko i zahipnotyzował obrazek do zwięzłego Liar, a potem to już poruszająca Victoria i równie oddziałujący na emocje What Have We Done dopełniły formalności. Cztery kawałki wcześniej znalem, pozostałe w mig równie mocno uczuciem obdarzyłem i nawet jeśli Unison Life nie będzie na koniec roku w moim rankingu płytą mijającego sezonu, bo konkurencja zacna kapitalne albumy też wypuściła, to z pewnością na pudle wyląduje. Brutus jest jednak w odczuciu moim największym na plus zaskoczeniem 2022-ego i z grupy stojącej gdzieś na granicy mojego bezgranicznego uwielbienia, stał się ekipą ze ścisłej już czołówki, zatem zobaczenie ich gigu na żywo postrzegam nie tylko w kategoriach potencjalnie fantastycznego wydarzenia emocjonalnego, ale i obowiązkiem, tym bardziej ze słuchy do mnie systematycznie docierają, iż Brutus live to jeszcze intensywniejszy Brutus. Gdyby jeszcze ktoś mnie pytał co pomiędzy Nest, a obecnie najnowszym materiałem oprócz świadomości możliwości głosowych Stefanie uległo ewolucji, to spieszę uzupełniająco donieść, że najzwyczajniej dojrzałość kompozytorska, która już potrafi wydobyć ze stylu grupy najbardziej wyraziste atuty - dać mu także walor przebojowości (piosenkowy sznyt, świetny songwriting) nie rezygnując z ciekawych patentów aranżacyjnych i wreszcie daru emocjonalnego wpływania na słuchacza, poprzez permanentne budowanie napięcia. Bo Brutus to takie post metalowo-hardcore'owe granie, które kręci i wzrusza tak samo Panów jak i rzecz jasna te wszystkie bardziej twarde, przez co odporne na proste łzawe wzruszenia Panie. Sorki za rymowanie. :)

niedziela, 30 sierpnia 2020

Brutus - Nest (2019)

 


Parafrazując pewien znany kiedyś tekst popkulturowy (młodzi z pewnością nie znają), który brzmiał "nie ma na to żadnej rady, dziś (u mnie) śpiewają same baby", chcę z wielkim przymrużeniem jednego oka powiedzieć, iż coś mi się w gustach i guścikach w ostatnim czasie mocno pomieszało. Nie mam z tym absolutnie jednak najmniejszego problemu, bo trzymam się teraz kurczowo zasady, że jak coś mnie muzycznie kręci, to nie ma takiej siły, która bez znaczenia obiektywnego, drobnostki uczynić może argumentem na stanowcze "nie" przesądzającym. Dlatego też gdy uświadamiam sobie, iż więcej, lub co najmniej po równo pośród moich sympatii wokalnych kobitek i facetów przechodzę nad tym jeszcze do niedawna roztrząsanym faktem do porządku dziennego i słucham, słucham, słucham bez krępacji damskich wokalnych interpretacji. Zdarza się jednakowoż, iż pośród babeczek pojawi się taka, której "śpiew" brzmi niezupełnie śpiewająco i trudno mi wtedy przebić się przez taką ścianę, a więcej zdarza się tak wprost od niej z bólem łba odbić. Casus belgijskiego Brutus trochę właśnie taki jawił mi się na starcie, kiedy bez ogródek tłumaczyłem sobie, że to jednak nie dla mnie, bo gdyby Stefanie Mannaerts (tak na marginesie wykapana Lubica Zalatywój z kultowego Wina truskawkowego), częściej używała subtelnej quasi melodeklamacji, niż wchodziła w straszące moich sąsiadów wysokie rejestry (numer War), albo mniej się zwyczajnie wysilała (Techno), to ta paradoksalnie mocno soniczna, lecz w zasadzie przez sto procent trwania albumu pięknie kołysząca dźwiękowa mikstura kręciłaby mnie z miejsca i nie musiała przejść chwilowej kwarantanny. Przez wzgląd na miłość od pierwszego wrażenia do kompozycji Space czepiłem się Nest po raz kolejny i kolejny, aż zatrybiło. :) W końcu oprócz emocjonalnej melodyki nomen omen wwierciła się w głowę także maniera wokalna Stefanie, a całościowa formuła użytych prostych środków wyrazu do uzyskania wysokich częstotliwości w obrębie emocji, na całego pozwoliła oddać się zadumie niekoniecznie grzecznych form i konstrukcji aranżacyjnych. Ciężko określić jednoznacznie co też Brutus gatunkowo uskutecznia, bowiem sporo w ich muzyce sprzeczności i dysonansów stylistycznych. Gdzieś pobrzmiewają echa ambitnego emo-punka, ale najwięcej tu post rocka, tyle że w minimalistycznym ujęciu - bo przecież tercet na bas, gitarę i perkusję obsługiwaną jednocześnie przez wokalistkę, nie rozkręci się do utworów rozmiarów suity.

Drukuj