Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Haunted. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Haunted. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 stycznia 2022

The Haunted - The Dead Eye (2006)

 


Zacznę grubo i zasugeruję że The Dead Eye to ostatni z tych doskonałych, chociaż z notami w okolicach premiery dosyć spolaryzowanymi. Bowiem od zachwytów, że wyrywający ich nutę z powtarzalności w kierunku ścieżki pro rozwojowej, po obawy i wręcz histerię, z pytaniem gdzie te odważne jak na brutalną estetykę, ewoluujące w stronę rockowego uniwersum aranżacje i inspiracje szerokim wachlarzem nazw z rockowo-metalowego topu dotychczas wściekły neo thrash/death The Haunted mogą ponieść. Dzisiaj słyszę, że jadu sporo w nich wówczas jeszcze pozostawało i jak trzeba to tryskali nim obficie, a melodyjnym ekstrawagancjom daleko było do miałkiego pitu-pitu. Rezygnacja z ustawicznej motorycznej galopady o przyrodzonym szwedzkim rodowodzie plus naturalne skojarzenia na rzecz zamerykanizowania nuty w kierunku nie tak oczywistego, ale jednak popularnego wówczas metal core'a, bądź szybko zjadającego własny ogon nu metalu, o rozbudowanym na szczęście w tym przypadku trzonie aranżacyjnym. Poza tym Dolving mniej tu monotonnie drze ryja, pozwalając sobie na więcej wokalnej ekspresji, w której można się dopatrzyć wręcz melancholijnych fraz - jednocześnie nie łapiąc się z oburzenia za głowę, czy nie spuszczając z zażenowania wzroku, tak to zaskakująco dobrze brzmi. Pomaga świetne brzmienie - idealnie selektywne i o potężnych właściwościach, nie oszczędzających membran głośników. Ciekawe i smutne przy tym jest jednak, że uchylając za sprawą rEVOLVEr, a dzięki The Dead Eye szeroko już otwierając sobie pole rozwoju, na kolejnych albumach poszli wpierw w chwytliwe komercjalizowanie swojej twórczości, by po otrząśnięciu się na całej wstecz sunąć w stronę archetypicznej stylistyki bazowej. Mogli zatem mieć rację ówcześni ortodoksi, że The Dead Eye to niebezpieczny dryf (patrz: Versus, Unseen), jednocześnie nie mając jej (he he) absolutnie (patrz: Exit Wounds, Strength in Numbers), iż to się nie godzi aby rasowa thrash-deathowa załoga o slayerowych wpływach stawała się takim Linkin Park lub innym wówczas popularnym tworem, grającym dla dla uciechy mało metalowego słuchacza. The Dead Eye niewątpliwie się wyróżniało i obecnie to wręcz bardzo na plus w kontekście czterech ostatnich krążków załogi braci  Jonas Björler się wyróżnia. Gdyż było odważne, lecz nie rewolucyjne i było wreszcie świetnym songwriterskim produktem, gdyż składało się z fachowo ogarniętych pomysłów wykoncypowanych przez wciąż potrafiących zagrać kapitalne riffy metaluchów. Czego myślę zwyczajnie odpowiednio proporcjonalnie brakuje na albumach wymienionych powyżej w dwóch nawiasach. 

czwartek, 20 maja 2021

The Haunted - One Kill Wonder (2003)

 


Był to wówczas okres wzmożonego zainteresowania mocarnym thrashmetalowym riffem - tak w wersji klasycznej (powroty, wzloty legend), jak i tej miksem z death metalem unowocześnionej. Do rozkręcenia tego hajpu w dużym stopniu przyczynili się bracia Björler i tym samym jak obwieszczono wykreowali już drugi w swojej karierze trend zalewający scenę raz lepszymi, częściej jednak słabszymi formacjami. Innymi słowy pozwolili by melodyjny death ożeniony z rytmicznym thrashem powołał do życia modern (uwaga, zaskoczenie) thrash-death. :) Do głosu doszła więc wściekła interpretacja wokalna, mocarne riffy, dynamiczne solówki, a wszystko podbite dobrze ukręconym soczysto-selektywnym brzmieniem. Materiał z One Kill Wonder (trzeci w dyskografii TH) okazał się naturalnym kontynuatorem stylu z doskonałego Made Me Do It - nie przynosząc żadnych zaskoczeń, ogłoszony został przez dziennikarzy w pizdu oczywistym i z większym dystansem od poprzednika potraktowany przez fanów. Tak samo też dzisiaj ja traktuje te kompozycje, w bezpośrednim starciu z albumem w swoim czasie dającym wyraźny sygnał do odrodzenia thrashowej estetyki. Rozpoznaje go oczywiście jako emblematyczny dla czasu w którym powstał, słucham (nawet w tym momencie) z niewiele mniejszą ekscytacją, ale też mam przekonanie iż był nazbyt powściągliwy i bezpieczny przez co (uwaga, paradoks) nie twierdzę iż pójście tak przewidywalnie za ciosem nie było prawidłową decyzją. Na większe eksperymenty już zaledwie za półtorej roku wraz z wydaniem rEVOLEr czas przyszedł, co finalnie (ja pierdzielę jaki chichot losu) w perspektywie następnych produkcji studyjnych wpędziło grupę w mdławe brodzenie w coraz bardziej miękkich rozwiązaniach. Co by cholera było, gdyby mniej wtedy kombinowali, a więcej napierdalali? Pewnie to co po kolejnych perypetiach personalnych i po obecnym powrocie na stanowisko wokalisty Marco Aro sobą The Haunted reprezentują. Mianowicie poziom kompozytorski i wykonawczy wysoki, ale czasy niezbyt przyjazne dla modern thrashu. Tak już bowiem jest, że he he trendziarze wymagają, a trendy mijają. 

wtorek, 9 marca 2021

The Haunted - Made Me Do It (2000)

 


Intro na wejście znakomicie pobudza w metalowych żyłach krążenie. Idąc dalej za pierwszym mocarnym ciosem The Haunted (ekipa powstała na gruzach At the Gates) mieli ochoczo gdzieś na styku agresywnego death'u i motorycznego thrash'u. Zdecydowanie chwytliwie, z całym arsenałem całkiem melodyjnych tematów. Z całą masą rwanych riffów i ostrych niczym żyleta motywów. Z ogniście wykręconym klarownym i odpowiednio brutalnym brzmieniem, podkreślającym fantastycznie walory żywej, organicznej nuty. Szybkie tempa i same pomysły mimo że bazujące na klasycznych w gatunku rozwiązaniach, to wzbudzające zainteresowanie, bowiem zagrane z pasją i impetem przez doskonale zgranych instrumentalistów. Do tego radośnie histeryczna maniera Marco Aro (który już po debiucie zastąpił Petera Dolvinga) i można rzec że Szwecja rządzi i dzieli w takiej stylistyce. Świetny krążek, który wciąż trzyma się mocno w mojej osobistej topce. 

wtorek, 8 grudnia 2020

The Haunted - rEVOLEr (2004)

 


Pamiętam doskonale, jak wówczas, tuż po premierze katowałem rEVOLEr i jak bardzo wkradł się on w moje niemal wyłącznie "metalowo" ukształtowane łaski. Wiązałem wtedy z ówczesnym składem The Haunted ogromne nadzieje i kiedy wraz z kolejnymi materiałami we łbie Petera Dolvinga zaczęły zachodzić niepokojące zmiany (nazwijmy je wprost świrowaniem), byłem kompletnie rozczarowany. Może niesprawiedliwe jest zrzucanie całkowitej winy za słabe Versus i Unseen na gardłowego, a zasługi za wciąż jeszcze bardzo w porządku The Dead Eye przypisywanie ojcom założycielom w osobach braci Björler. Niepokoje, a później tarcia wśród wyżej wymienionych, zapewne po części pomiędzy nich wszystkich rozłożone - może nie na równi proporcjonalnie, bowiem gdzie tam temperamentowi Jonasa i Andersa, do szaleństwa Petera, ale jednak. Dolving przecież sukinkotem konkretnym, a jego ekspresyjna osobowość była idealna dla modern thrashowej napierdalanki, lecz każdy jak lubi jaja, to nie do kolan, o czym przekonałem się podczas nie bardzo udanego gigu The Haunted na jednej z katowickich Metalmanii. Ale plotki, pogłoski frrruu...., o zawartości mega płyty z 2004-ego roku trzeba by na potrzeby archiwizacji napisać. Ogólnie niewiele się w porównaniu do poprzedzających ją albumów zmieniło, a to co uległo przeobrażeniu głównie zasługą wokalnej pracy  powracającego do składu Dolvinga. Jego agresywny wrzask nie schodzi oczywiście poniżej wystawiających na próbę słuch rejestrów, ale pojawiają się momenty (All Against All, Burnt to a Shell, Nothing Right czy My Shadow), kiedy drze tego ryja znacznie melodyjniej, a dopingują go do tego miażdżące zwolnienia. One świetnym urozmaiceniem dość przecież jednorodnej struktury kompozycji, w których rządzi ciężki, mocarny i szybki riff, w którym finezja zostaje ożeniona z agresją. Nadal to galopada, jednak galopada (jak na standardy death-thrashowe) z bujającym drive'm, a wręcz groove'm. Emitowane dźwięki przyjazne dla adrenaliny w organizmie pobudzania, machania rytmicznie dyńką w typowo euforycznym dla każdego metala uniesieniu. To też jest nuta, którą w dużym stopniu na jakiś czas, na rzecz odkrywania bardziej zakręconego grania zarzuciłem, a obecnie do niej ochoczo powracam i czuję, iż ta przerwa wpłynęła na jej odbiór wyłącznie ożywczo. Poza tym jak długo można odstawić w kąt krążek z tak zajebistą szatą graficzną? :)

Drukuj