Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam McKay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam McKay. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Don't Look Up / Nie patrz w górę (2021) - Adam McKay

 

Adam McKay ponownie (trzeci raz z rzędu) złapał kapitalny temat, jak bezczelną srokę czy inną kurę znoszącą złote jajka za ogon i wykorzystując swój szczwany zmysł oskubał jej finansowy i merytoryczny potencjał, wykorzystując do tego celu nasze własne potrzeby i wszystkie możliwe narzędzia wywoływania wpływu, jak i dla względnego usprawiedliwienia poruszył zapewne niestety tylko na chwile i wyłącznie u ułamka populacji sięgającej po kino mechanizm autorefleksji. Po niewątpliwych i zasłużonych sukcesach Big Short i Vice posiadł zaufanie producentów i wyłożył dzięki inwestorom kawał grosza na obsadę (film technicznie wygląda na relatywnie tani), dzięki czemu przyciągnął widza nie tylko tematem, ale tak swoim już renomowanym nazwiskiem jak i przede wszystkim przepłaconymi nazwiskami obecnych najpopularniejszych aktorskich figur. Przez to zasięg gigantyczny osiągnął i oglądalność sięgnęła zenitu, tak że wszyscy gorączkowo o Don’t Look Up od ponad tygodnia rozprawiają, więc każdy towarzysko ważny ma już swoje zdanie i wszystkie chyba możliwe wątki zostały poddane bardziej naukowej lub całkowicie nienaukowej, tudzież wprost mądrej lub głupiej analizie. Moja nawijka staje się w tej sytuacji kolejną wklejoną w neta, a ja nie mam nawet szczątkowej ambicji by się ze swoimi przemyśleniami przez ścianę ludzkiej potrzeby zaistnienia przebijać. Napiszę zatem w miarę może inaczej, nie zachęcając w żadnym razie do kontynuowania czytania i stwierdzę że film McKay’a szarpie, ale robi to po swojemu czyli śmiechem przez łzy (patrz: anegdota o Stingu, tekst piosenki śpiewanej przez Riley itp), wykorzystując do zbudowania chaotycznie przeszarżowanej narracji wszystko i nic zarazem. Bowiem to film o nas, a każdy z nas inaczej tą rzeczywistość odbiera. Ona zależna od masy zmiennych, a dwiema fundamentalnymi paradoksalnie odporność i podatność na mentalność stadną oraz własne poczucie wartości wprost uzależnione od komunikatów zwrotnych docierających od partnerów interakcji, czy wręcz całego szerokiego wielowymiarowego otoczenia. Nie trzeba być więc „buk” wie jak światłym, inaczej jakimś mega „einsteinem” by zauważyć że kombinacja powyższych w czasach medialnej globalnej wioski zamieszkanej przez smartfonowych zombiaków owładniętych social mediami przynosi takie, a nie inne dołujące wnioski. Wywaliło nam żenadometr już dawno i tylko czekać kiedy wypierdzieli nas stąd z wielkim hukiem, a większość z nas dla uczczenia tej nakręcającej klikalność najzajebistrzejszej okazji pierdyknie sobie selfi fotkę. Odjazdowa komedia, bombowa tragikomedia, super rozrywka? Wszystko się zgadza! Przesadzona? Tak nam się tylko wydaje! Adam McKay nakręcił sprawnie, lecz bez szału trywializującą problem, bądź poprzez świadome uproszczenie docierającą dalej niż ledwie pod adres intelektualistów satyrę z tylko nieco ambitną wkładką, podobnie jak środowisko establishmentu i show biznesu (sprowadzone tutaj do poziomu śnieżnobiałego uśmiechu) sprowadza każdego z nas do roli statysty w realizacji zadań i celów ludzi ze szczytów władzy i biznesu, z którymi rzecz jasna przecież przeciętny idiota tych manipulatorów nie potrafi skojarzyć. Wepchnął McKay na wszędobylskiego Netflixa widowisko rozrywkowe kryjące między wierszami poważne społeczne ostrzeżenie, a przecież mające też na celu wyciśnięcie gąbki z potencjałem finansowym, aby budżet w gwiazdy zainwestowany został pomnożony. Stąd film o cywilizacji żądzy pieniądza sam stał się maszynką do jej produkcji/zaspokajania i w przypadku naszego grajdołka powodem przez który jedynie w luksusowo wyposażonym apartamencie Patryk Vega nam się zwiesił. Patryk strzelił focha bo chciałby jak McKay, a jest i pozostanie za krótki. Oskarów dla Leo, Jenny, Meryl, Cate, Jonaha, Marka i  Timothée  nie będzie. Oskary by były, gdyby za mimiczne reakcje zdziwienia połączonego z niedowierzaniem i zażenowaniem je przyznawano.

P.S. Nie ma co oszukiwać, trzeba szczerze napisać, że jeszcze nie było takiego filmu katastroficznego - Dr. Strangelove, to jednak inny poziom i inna bajka, a  Mars Attacks! to bajka na innym poziomie. :) Nikt cholera jakimś cudem nie wpadł na pomysł, aby z tego gatunku wyciągnąć bez wysiłku tak bliską każdemu z nas treść najprostszymi metodami, bo pewnie nikomu dotychczas się nie śniło, że ludzkość na takim poziomie rozwoju cywilizacyjnego będzie z taką nonszalancką ignorancją podchodziła do naukowych odkryć i niewielu pewnie się spodziewało oprócz Lema, że internet nas tak uzupełniająco kompletnie ogłupi, hodując całe już pokolenia wyznawców teorii spiskowych. Panie Stanisławie szanowny, miał Pan rację - mamy legiony mądrych inaczej, paradoksalnie „włączających” swoje mózgi. Kiedyś jako społeczeństwa pokładaliśmy nadzieję w edukacji, dzisiaj tej nadziei we mnie akurat już jak na lekarstwo i muszę się zgodzić ze słowami (o zgrozo) jednego z bardziej inteligentnych, ale równocześnie oddających się bezrefleksyjnie oszołomstwu rodzimych myślicieli, który celnie stwierdza że społeczeństwa nie da się wyedukować, bowiem nie zmieni się genetyki i wyedukowany idiota stanie się jeszcze gorszy od niewyedukowanego idioty, bo (ten podmiotowy idiota) będzie myślał że nie jest idiotą. Krótko - dostrzegamy to co zobaczyć jesteśmy w stanie i przetwarzamy informacje jakie do nas docierają na tyle na ile potencjału nam starcza, a że on marny, to żadne szkoły zmienić mentalności debila w stanie nie będą. Massmedia nas osaczyły i wytchnienia nie dają, a człowiek poddawany ciągłemu bombardowaniu informacyjnym błotem nie jest w stanie przesiewać tej brei. Ponadto social media nas przybliżyły oddalając i ogłupiły dając jak nigdy dotąd łatwy dostęp do wiedzy. Jeden wielki śmietnik mamy w głowach, paradoks popierd*** za paradoksem i jeszcze nasza kondycja psychiczna daleka od zdrowia. Jak nie przyleci tu jakaś kometa, to się z tego bajzlu nigdy nie wygrzebiemy!

piątek, 24 stycznia 2020

Vice (2018) - Adam McKay




Ze znacznym, bo chyba nawet rocznym poślizgiem projekcję kolejnego hitu Adama McKay'a zaliczyłem i zgodnie z oczekiwaniami z miejsca wpadłem w łapy kina, które z takim rozmachem i przytupem to u nas zapewne marzyłoby się kręcić niejakiemu Patrykowi Vedze. Taka sytuacja mimo wszystko biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe znaki na niebie i ziemi nie będzie miała miejsca, bo Vega to nie ta liga przecież obecnie, a i nawet jeśli Pan „reżyser” przez kolejne czterdzieści lat, aż do późnej emerytury by się łapczywie uczył i wiedzę na praktykę próbował przekładać, to nie bo nie i kropka – nie wierzę, nie uwierzę… bądźmy poważni. :) Adam McKay natomiast po raz drugi z rzędu kompletnie pozamiatał i po spektakularnym rozbiciu banku za sprawą Big Short, poszedł całkowicie zrozumiale za ciosem, by ponownie gruby kapitał zbijać. Jednak Vice nie jest przykładem aż tak skrajnie oczywistego wykorzystywania „zwycięskiego” szablonu jak mi się zdawać przed seansem mogło, bo myślę iż tym razem posiłkując się jedynie jego ogólnym rysem w postaci atrakcyjnego dla widza filmowego show, stworzył miast wyłącznie cholernie obfitej energetycznej porcji dobrej zabawy z daleką od akademickiego teoretyzowania gorzką puentą, całkiem poważny dramat, poniekąd jak mniemam pozornie tylko robiący wrażenie satyry. Z równie wysokim poziomem kunsztowności realizacyjnej, wraz z podobnie finezyjną budową struktury obraca się McKay wprost w świecie wielkiej amerykańskiej polityki, ostrym nożem krytyki filetując postać Dicka (przypominam Wacka po naszemu) Cheney’a – wykrawając konsekwentnie i starannie co bardziej atrakcyjne dla tempa i istotne dla puenty wątki z życia i cechy osobowościowe tytułowej postaci. To z pewnością musiała być bardzo wdzięczna dla McKay'a robota - nie próbując przecież zbytnio wznieść się ponad osobiste przekonania polityczne czy światopoglądowe przejechał się buldożerem nie po jednej li tylko ikonie Republikanów. Z satysfakcją na gębie i pewnie uciążliwą bezsilnością w duszy rozprawił się z ich niewyobrażalną hipokryzją i setką innych przywar immanentnych dla politycznych karierowiczów o konserwatywnych poglądach w gębie, a czystym cynizmie i demagogi w działaniach. Tym właśnie wysoko wydajnym paliwem napędził swój oryginalny pomysł narracyjny, serwując współczesną polityczną historię Ameryki ukazaną w kolorowych obrazkach, z soczystym komentarzem i edukacyjną też ambicją, by przede wszystkim nie wyśmiewać (co może tylko wściekłych radykałów z drugiego bieguna zirytowało), lecz odpowiedzialnie przestrzegać. Nie wpadł on w histerię, ani nie uległ bezpardonowemu krytykanctwu, mimo że jakakolwiek empatia dla Cheney’a jest tu wyłącznie incydentalna i wynikająca z ludzkiej wrażliwości, a nie wyrozumiałości. Stąd sobie tak myślę, że Vice to tylko ciut ponad standardowo kąśliwe ironiczne kino, będące właściwie z publicystycznym pazurem stworzoną błyskotliwą biografią z elementem celnej diagnozy choroby toczącej pewnie nie tylko amerykańską demokrację. Genialnie obsadzone (Bale, Adams, Carell, Rockwell i inni) i równie fantastycznie zagrane. Mimo że bardzo energetyczne, to mocno na jądrze tej ciemności skupione. Jak gdzieś pośród bardzo licznej reprezentacji tekstów w temacie Vice przeczytałem „szkoda, że w Polsce nie kręci się tak błyskotliwych filmów rozrachunkowych”. Może kiedyś jak już dorośniemy i nie wyłącznie przez pryzmat frekwencji w kinach spojrzymy? Żeby była jasność, nie pokładam na to nadziei w Panu Vedze – jak to wcześniej dałem do zrozumienia.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

The Big Short / Big Short (2015) - Adam McKay




Taka petarda od tego reżysera? Niewiarygodne! Zatem; a) oszukiwały mnie do tej pory pozory, b) nastąpił przełom? Zastanawiam się teraz która odpowiedź prawidłowa i ciężko jednoznacznie stwierdzić. Ok, do sedna! Zbieram fakty, przemyślenia i mam nadzieję, że zrobię wrażenie w chociaż w ułamku taką błyskotliwością na jaką stać było McKay'a i zbuduję tekst, który połączy inteligencję i poczucie humoru by finalnie morałem bezpretensjonalnym spuentować. Lekcja ekonomii w praktycznym wydaniu, znaczy eksperyment na żywym organizmie w wykonaniu finansjery - rezygnując z dobrego wychowania i językowej ogłady, chciwych skurwieli w nienagannie skrojonych garniturach. Takich korporacyjnych żołnierzyków o szerokiej  randze, w galowych mundurkach prezentujących się w nich przykładnie i wzbudzających zaufanie swoją kwiecistą gadką. Mamiących nienagannymi manierami i wiedzą tajemną dostępną wyłącznie absolwentom prestiżowych uczelni, wprowadzonych w świat praktycznego wykorzystania dostępnej władzy - znaczy oszukiwania! Wszystko w rozrywkowej formule, aczkolwiek żeby pozostać uczciwym (sic!) z nienachalnym moralnym kręgosłupem i ogromną przenikliwością. Film zrobiony z fantazją i rozmachem - zabawny i inteligentny, stąpający twardo po gruncie ale też z pełną świadomością unikający nazbyt wyeksponowanej powagi. To jest jego najlepszą kartą przetargową, że twórcom udało się odnaleźć idealną równowagę pomiędzy istotną wagą tematu, a atrakcyjną formą. Nie sztuką jest strzelić wykład, prawdziwym wyzwaniem jest by na nim słuchacze nie przysnęli. Potrzebne więc liczne sugestywne przykłady, obrazowe metafory, zabawne anegdoty i zaskakujące pomysły narracyjne. Poszukał zatem Adam McKay bezpośredniego kontaktu z widzem pozwalając jednej z kluczowych postaci zwracać się do niego wprost z ekranu, dorzucił do fabuły marginesy z których do akcji przez moment wkraczają celebryci. Doprawił wartką akcję prowadzoną dynamiczną kamerą licznymi przebitkami, nieco ujęcia podrasował i nadał im nerwowy puls. Nie przeszarżował jednak w tym hollywoodzkim uatrakcyjnianiu notabene akademickiego wykładu i nie zrobił z ważnego tematu błazenady. Zatrudnił do obsadzenia kluczowych ról śmietankę aktorską w osobach Christiana Bale'a, Brada Pitta, Ryana Goslinga i Steve'a Carella oraz energetyczną muzyką bonusowo tempo podkręcił. Wszystko zagrało z aptekarską dokładnością, czyli aktorzy sięgnęli osobistych wyżyn, scenariusz przyjął formę pasjonującą, a realizacja niebanalna uwypukliła całe bogactwo drzemiące w skrypcie. Oglądałem z ogromną przyjemnością, uwiedziony warsztatem zaangażowanych fachowców ale przede wszystkim zafascynowany przedstawionymi wydarzeniami i przerażony mitami na których współczesna gospodarka się opiera. Chociaż trzeba być zupełnym naiwniakiem zakładając, iż zachłanni skurwiele trzęsący fundamentami świata w większości posiadają moralne kręgosłupy i poddani pokusie zysku analizują wpływ ich chciwości na losy maluczkich. "Greed is good" jak twierdził legendarny Gordon Gekko! Bogactwo i ambicje, kontra odpowiedzialność i poświęcenie! Mógłbym bez wahania wskazać co w tym równaniu przeważy, gdyby nie moja ciągła wiara w ludzi - że przecież twarz ma się tylko jedną i żadna kasa nie jest w stanie zwrócić utraconej wiarygodności czy wypracowanego szacunku. Sprawiedliwość i moralność to podobno filary naszej chrześcijańskiej cywilizacji - pierwszy owocem drugiego, pierwszy rzecz oczywista jednocześnie gwarantem utrzymania drugiego. Zbyt łatwo jednak zachwiać nimi - istnieje czynnik który dokonuje tego z łatwością. Pieniądzem go nazwaliśmy. 

P.S. Zapomniałem o założeniu ze wstępu, bądź umiejętności mi brakło. :)

Drukuj