Coma dosyć niewdzięcznym obiektem zainteresowania czy więcej fascynacji się jawi, bowiem oto ma zarówno zagorzałych, ślepo niemal wpatrzonych fanów jak i równocześnie jest wyszydzana przez bezwzględnych hejterów czy elitarnych znawców muzyki niepopularnej. I jak tu publicznie pokazać się w koszulce z ich logo, kiedy to jawnie od pupilków tak zwanej gimbazy są zwymyślani. Ja tam ich t-shirtu nie posiadam ale kilkukrotnie dane mi było na ich koncert zawitać i przyznać muszę, że świetne kameralne widowiska to były. Poryczałem sobie z Rogucem w towarzystwie sporego przekroju wiekowego i jakiegoś poczucia uczestnictwa w szczeniackim spędzie nie miałem. Mniejsza o to - myślę, że zwyczajnie sporych rozmiarów to nadmuchany balon zawiści i zazdrości tworzy taki klimat wokół grupy. Dodatkowym bodźcem do tych radykalnych sądów jest specyficzna literacka maniera Piotra Roguckiego, pełna trudno definiowalnych metafor czy alegorii, a w skrajnych opiniach pospolitej grafomanii. Mnie ta często niezrozumiała żonglerka słowem nie drażni, ani nie zachwyca - jest sprawnie skonstruowanym zlepkiem buntowniczych nastrojów, gorzkich życiowych przemyśleń czy trafnych obserwacji suto podlanych poetyckim zacięciem autora. Takim kompromisem pomiędzy filozofującą zawartością merytoryczną, a chwytliwym brzmieniem samych użytych określeń. Muzycznie natomiast zawsze jest z polotem, pomysłem, znajomością kompozytorskiego rzemiosła i aranżacyjnym szlifem pełnym subtelnych smaczków czy oszczędnie, powoli rozwijanych atrakcyjnych tematów z linią basu i gitary na pierwszym froncie. I wszystko o czym tu już chwile truje odnajduje w zapisie tego warszawskiego gigu, plus arsenał wszelkich środków audiowizualnych charakterystycznych dla produkcji koncertowych. Ciekawa (szczególnie na otwarcie, kapitalny pomysł z tą kamienicą) nieco spartańska scenografia, poprawne światła, solidne brzmienie oraz naturalnie spore zaangażowanie i biegłość instrumentalistów, dowodzone pozbawioną płaskiej żenady konferansjerką wokalisty. Nie da się ukryć kto tu jest centrum projektu, Rogucki daje to do zrozumienia każdym gestem, wspieranym wyjątkową ekspresją i możliwościami barwy głosu. Ja przynajmniej w kilku momentach zupełnie dałem się porwać interpretacyjnemu majstersztykowi takich kompozycji jak Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków czy rozimporowizowanej brzmieniowo pieśni o Zbyszku - koledze z wojska. Jak ktoś lubi Come to nie będzie w żadnym stopniu rozczarowany, natomiast pospolici malkontenci czy celujący w sztukę wysokich, nadętych lotów, taką poprzeginaną, gdzie forma przerasta treść, wyprzedza swą niezrozumiałością oczekiwania i jest taka intelektualnie niedościgniona nawet nie spróbują, a swoje będą pieprzyć. Tak już jest i trudno, ja tego nie zmienię i nie zamierzam nikogo namawiać, pozwalam każdemu by swoją przestrzeń artystycznie według własnych preferencji zagospodarowywał, a jak ma ochotę pojęczeć, pożalić się czy nawet opluwać to niech to robi, byleby merytorycznie. :) Dla mnie nie ulega wątpliwości, że w rockowym mainstreamie, tym gdzie wyżej cenione walory muzyczne, czy emocjonalna wrażliwość od jedynie finansowych perspektyw i sztucznie kreowanej fałszywej fasady, w naszym grajdołku nie mają sobie równych. To wyjątkowa jakby nie być w zdrowy sposób krytycznym wobec ich twórczości grupa, dla mnie równie ważna w polskiej muzyce popularnej jak swojego czasu ekipa Kasi Nosowskiej. Może to daleko idący osąd, jednako gdzieś tam słuchając ich płyt, podskórnie na myśl mi przychodzi ewolucja stylistyczna i zawartość liryczna jaką albumy Hey posiadały. Chuj z tym niech mnie od mentalnego gimnazjalisty wyzywają! :) Pojadę teraz klasycznie obciachowym Michałem Wiśniewskim - chociaż jestem sobą, znaczy jestem jaki jestem! :) ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 marca 2014
sobota, 18 stycznia 2014
AC/DC - Live at River Plate (2011)
Gorąca latynoska publiczność, stadion wypełniony po brzegi - wrzący niczym wulkan! Nieprawdopodobne jakie emocje Angus z ekipą wywołać potrafią! Kilkudziesięciotysięczny jednolity organizm, z każdą komórką bez wyjątku zaangażowaną do produkcji niekończących się pokładów energii! Malkontenci mogą sobie pierdolić, że AC/DC to toporne, jednorodne, wciąż w kółko odgrywane akordy, co oznacza rzecz jasna, że kompletnie nie ogarniają istoty rock'n'rolla. :) On przecież przede wszystkim żywiołowym, spontanicznym wulkanem gorącej dźwiękowej lawy. On oddaniem fanów nie tylko w koncertowym amoku, ale banałami się posługując także życiem takim stylem na codzień. Budzić się z rockiem, zasypiać z rockiem, a w międzyczasie wdychać go bezustannie niczym tlen. To wypisane na twarzyczkach ;) mają ci wszyscy jebnięci pasjonaci wspierający z zaangażowaniem każdy gest Australijczyków. Ci wszyscy przyozdobieni pulsującymi, kiczowatymi rogami, odziani w czerń skór i błękit jeansu z tatuażami jednoznacznie podkreślającymi co jest dla nich religią. To oni wyznawcy! A w centrum ich uwagi - żywe bóstwa, przyjmujące ofiary wypocone w tym obłędnym rytmicznym tańcu. Esencja fenomenu AC/DC na scenie - stateczni, jednowymiarowi Malcolm i Cliff, wybijający toporne rytmy nonszalancki Phil oraz centralne postaci w osobach wypluwającego z trzewi hedonistyczne teksty Briana oraz Angusa, herosa gitarowego, którego więź z instrumentem (sic! :)) niczym syjamskie bliźniactwo. Stary z niego dziad, a może! :) Znaczy chce, to może - dotleniany ale jary, taka parafraza się tu naturalnie wciska. W swojej scenicznej roli mentalnego i fizycznego gówniarza, w tym charakterystycznym wdzianku, odgrywającego z kumplami swój obowiązkowy show. Fakt, schemat Panowie odwalają od lat już utrwalony z seksistowskim (nikt Pań do prezentowania swoich walorów tu nie zmusza:) tłem The Jack, dmuchaną, bezpruderyjną :) lalą o wydatnych kształtach Rosie zwaną, salw armatnich czy z dyndającym wokalistą na dzwonie piekielnym. Przewidywalne szablony, jednak życzyłbym takiego ładunku emocji jaki tu zawarty wszystkim nowatorsko spostrzegającym materie live. Nie ma co więcej pieprzyć banałów ;) bo czym i w jakiej formie po czterdziestu latach legenda pozostaje, każdy kto jakąkolwiek wiedzę na temat rocka posiada, doskonale widzi. Dodam jeszcze jedynie, że cała oprawa, rozmiar sceny, wybieg dla Angusa, światła i brzmienie nie dają powodu do najmniejszego rozczarowania. Pełen profesjonalizm, a w porywach czysta niemal magia. Ciesząc się z wizualnej i muzycznej uczty na Live at River Plate zawartej wracam także do wspomnień jakie w mojej pamięci na lata pozostaną. I chociaż zamiast na konkretnym stadionowym obiekcie, na pastwisku Bemowskim w 2009 roku gościli, a brzmieniowe pogłosy ze względu na specyfikę miejsca nie do uniknięcia były, to te niedogodności bladną w starciu z dumnym stwierdzeniem. Ja pierdolę AC/DC na żywo widziałem!
P.S. Dla spostrzegawczych! Zauważyliście może tą rozpromienioną buźkę podskakującego na barana, może maksymalnie dziesięcioletniego gówniarza? Gdyby kurwa mój ojciec takiej muzy słuchał, ile bym więcej wspomnień zajebistych z dzieciństwa posiadał! :)
niedziela, 22 grudnia 2013
Anathema - Universal (2013)
Z zasady jestem wyraźnie sceptyczny wobec koncertów rockowych z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, gdyż przede wszystkim rozbijają one naturalność przekazu, a nic tak nie spłaszcza prawdziwych emocji w rocku jak patos sprowadzony do orkiestrowego nadęcia. Dodatkowo doświadczenia styczności z takimi projektami tą obawę mocno podtrzymywały. Częstym efektem takiej kolaboracji zwyczajnie zakalce były, których fundamentem megalomania członków wyśmienitych niejednokrotnie formacji. Jednak przerost ambicji i chęć wbicia się w nie do takiej konwencji skrojone fraki i doszycia sobie metki z napisem wytrawne i dla koneserów, ku całkowitej porażce ich prowadziła. Nie zamierzam w tym miejscu przykładów podawać, bo zbyt liczne one, jak i ich produkcje nie tematem moich obecnych rozważań. Napiszę tylko, że pewne wyjątki od tej reguły w mojej przygodzie z muzyką się zdarzyły, a w przypadku Universal klasyczni muzycy w żaden sposób nie niszczą struktury kompozycji Anathemy. Gdzie zatem tkwi przyczyna takiej symbiozy? Zdaniem moim w naturalnej koegzystencji niebanalnych orkiestracji i rockowego pazura już na etapie powstawania samych pierwotnych wersji utworów. Szczególnie dwa ostatnie albumy grupy tej tendencji są wyraźnie podporządkowane. Efekt więc uzyskany na Universal nie powinien mnie zaskakiwać, a z pewnością budzić obaw co do jakości, wszakże muzyczna wrażliwość braci Cavanagh i spółki jest wyjątkowa, a wyczucie dźwiękowej materii wręcz mistrzowskie. Dobór utworów pewnie jest przewidywalny, bo trudno było spodziewać się czegokolwiek sprzed ery wokalnej Vincenta, a i pominięcie przełomowej Eternity wraz z The Silent Enigma w obecnej formie artystycznej zespołu chyba tylko zagubionego już przypadkowego fana grupy może martwić. Ogromny szacunek do Eternity od lat w sobie pielęgnuje z sentymentu do gówniarskich czasów i wrażliwości szczenięcej jaką się ówcześnie kierowałem, ale w bezpośrednim starciu ze współczesnym warsztatem kompozytorskim liderów Anathemy był to album co jedynie cudownym klimatem czarował. Wiem, wielu się ze mną nie zgodzi ale to ja wystukuje tu swoje przekonania, zatem pozwolę sobie na takie, jakie sam odczuwam. Pisałem już jak pamiętam kilkukrotnie, że Anathema to już dzisiaj w pełni dojrzała ekipa prawdziwych profesjonalistów, którzy pomimo lat rutyny nie zatracili iskry, która na nowo z każdym kolejnym krążkiem rozpala gorący płomień nie tylko utrzymujący w jego zasięgu dotychczasowych (myślę, że tych właśnie od Eternity) fanów, ale i przyciąga w jego pobliże wciąż nowych. Nie chcę ponownie (bronię się przed tym usilnie) popadać w nadmierną egzaltację i w niemalże poetyckim, pełnym uniesienia tonie zachwalać geniuszu zaklętego w dźwiękach przez Anathemę kreowanych. Jednako każdorazowy kontakt z tymi Brytyjczykami uwalnia we mnie nostalgiczne pokłady i w trudny do wyjaśnienia sposób taki rodzaj wrażliwości na nowo rozbudza. Nie inaczej jest w przypadku audiowizualnej prezentacji zespołu. Każde
muśnięcie strun, uderzenie bębnów ma poważny ładunek duchowy, a napięcie
z wprawą budowane przechodzi płynnie w żarliwą eksplozję. To już nie jest zwyczajne konsumowanie nut i obrazu, ale mistyczne doświadczenie i upojenie - powracam w myślach do wspomnień trzech bezpośrednich spotkań na żywo z Anathemą i równie mocno jak wtedy przeżywam nimi odurzenie. W przypadku Universal klimat kreowany muzycznie doskonale wtapia się w miejsce w którym nagrywany. Amfiteatr w Płowdiw o rodowodzie Rzymskim oczywistym walorem, ale subtelnie naturalny montaż, płynna praca kamer i świetlna zamglona oprawa w dziedzinie realizacji równie trafnie dobrana. Na koniec nie mógłbym pominąć faktu genialnej formy wokalnej Vincenta wspieranego jak zwykle nader profesjonalnie przez Lee Douglas. Ten wokalista jeszcze głęboko w latach dziewięćdziesiątych taki z potrzeby czy przypadku odbierany, wyewoluował w finezyjnie zręcznego, szczerego w posługiwaniu się swoim głosem frontmana. Praca przez niego wykonana doprawdy niezwykła, a dzisiejsze natchnione interpretacje (proszę spojrzeć w jego oczy, kiedy z taką pasją wyśpiewuje kolejne wersy) porywają i wzruszają głęboko. Podsumowując jestem rad wielce, że ten trudny logistycznie projekt został zrealizowany i w takiej formie moją duszę cieszy, więcej nawet on ją uszczęśliwia. Ponad dwugodzinna, prawdziwie wyborna to uczta, taka królewska dosłownie. Myślę więc, że jej wysokość tym Brytolom miłościwie panująca, powinna być dumna z takich poddanych!
P.S. Klimat, klimatem, a doskonałość kawałków i perfekcyjne wykonanie oczywiste. Jednak w tym pełnym emocji spektaklu jeden fakt komiczny w pamięć mi zapadł. Mianowicie nieśmiałe bujane podrygiwania publiczności - szczególnie te z rękami w kieszeniach! Dobra, było żartobliwie teraz poważnie dla odmiany. Głębokie wewnętrzne odbieranie takich dźwięków to na tyle intymna sprawa, że nie powinienem z niej się naśmiewać. Ciekawe jak bardzo komicznie wyglądałem kiedy to sam częścią takiej zaklętej przez Anathemę publiczności bywałem. :)
piątek, 20 grudnia 2013
Nevermore - The Year of the Voyager (2008)
Kilka lat minęło, kilkanaście, a
może już kilkadziesiąt sesji z tym koncertem odbyte, zatem okrzepłe refleksje
czas spisać. Po pierwsze dzisiejsza perspektywa odnośnie grupy, czyli smutek i
coraz bardziej doskwierający brak ich na scenie. Luka ogromna może jedynie po
części wypełniona przez w odczuciu moim po linii Nevermore grających Finów z Oddland i ich debiutanckiego albumu. Polecam serdecznie, a
szersza opinia odnośnie The Treachery of Senses gdzieś w przeszłych postów
zatrzęsieniu w tej spowitej czernią bloga otchłani. Tyle tytułem jęczenia i
promowania tych, co mogą w przekonaniu moim w jakiejś części przestrzeń
pozostawioną przez ekipę Loomisa wypełnić. Do rzeczy, znaczy do zawartości
The Year of the Voyager przejść już należy. Kilka minut zdjęć z backstage'u, kapitalne
umiejętności wokalne Dane'a w jodłowaniu zaprezentowane i wbijamy pod/nad scenę
by w misterium ku czci progresywnego heavy/thrashu uczestniczyć. Zaprawdę
powiadam wam to istna uczta, a stosując mityczną terminologię wieczerza, podczas której czterech Amerykanów
wodę w wino zamienia – nietuzinkowe umiejętności każdego z osobna w rzężącą
sztukę dla takiego muzycznie zwichrowanego osobnika jak ja najwyższych lotów.
Skupieni na wykonawczej perfekcji dają taki pokaz maestrii, że kopara moja
rozdziawiona z podziwu wyjść nie może, a gały wlepione w stworzone do
efektownego przebierania po gryfie paluchy maestro Loomisa, dynamiczne
obijanie zestawu przez Vana Williamsa, basowe tło Shepparda i wokalną eksplozje wywijasów i zawijasów
serwowaną przez Warrela Dane’a - od tych spektakularnych popisów oderwać się nie są w stanie. Przekrój
najdoskonalszych kompozycji z kariery zaprezentowali i jak widać po porwanej w
obłęd publice, nikt chyba nie czuje się zawiedziony. Ekstatyczna reakcja
żywiołowo reagujących fanów, przez zespół na zasadzie sprzężenia zwrotnego z powodzeniem
jest wykorzystywana. Oni dla siebie nawzajem paliwem tą dobrze naoliwiona
maszynę napędzającym – zespół dla fanów, fani dla zespołu wyłącznie istnieją. I
może tu tkwi sedno uzyskanego efektu, w tej relacji energetycznie pobudzającej,
motywującej do wysiłku i wykrzesującej z każdego trybu tej machiny niemal sto
procent. W koegzystencji z jakością wyborną kompozycji i warsztatowej maestrii
oraz kameralnej atmosfery w pełni wypełnionego klubu daje równanie idealne, a
jedyna w nim niewiadoma jak realizator w stanie będzie oddać atmosferę tego
metalowego święta szybko za sprawą fajnie skrojonej dynamiki ujęć oraz gry
świateł zostaje precyzyjnie odnaleziona. Na koniec porzucając na dzień
dzisiejszy już niemal całkowicie nadzieje na ruchy zespalające te zębatki w
jeden tak sprawny jak ówcześnie był mechanizm, mam jedynie nadzieję, że w różnych
osobnych konfiguracjach talent i umiejętności tych gości będzie mi jeszcze w
najwyższej jakości dane podziwiać, a wzorcowy rezultat w przypadku tego gigu
uzyskany w wykonaniu innych moich faworytów muzycznych zobaczę. Tak bardzo taki
rodzaj koncertowej prezentacji, umiarkowanie klubowy, z kawałkami z jednego gigu pochodzącymi mi się podoba, że życzyłbym sobie by te kilkadziesiąt nazw z
mojej prywatnej czołówki w takim wydaniu się zaprezentowało. Dla mnie bomba, a
kto nie widział albo gorsza nie podziela mojego entuzjazmu ten trąba! :)
P.S. Jeszcze muszę, bo inaczej się uduszę, wspomnieć o dwóch fragmentach wśród doskonałości zawartych w sposób niemal mistyczny do aktywności moje owłosienie na kończynach górnych aktywujące. What Tomorrow Knows/Garden Of Grey zagrane bezpośrednio po sobie tak zgrabnie połączone oraz zapowiedź I Am the Dog – MURY PĘKAJĄ!
sobota, 7 grudnia 2013
Black Sabbath - Live... Gathered in Their Masses (2013)
W perspektywie wyjazd i show w łódzkiej Atlas Arenie, a na ekranie telewizora już zapis koncertu, jaki wiosną tego roku legenda w Melbourne dała. Pełna sala, atmosfera rockowego święta i fachowo, aczkolwiek bez fajerwerków skonstruowana dramaturgia występu. W centrum trójka bliskich siedemdziesiątki typów, wspomaganych żywiołową grą sporo młodszego, ale ogromnie doświadczonego pałkera. I może to obrazą dla trzonu Sabbath będzie, ale w moim odczuciu współczesny obraz grupy bez dynamiki tego zwierzaka, byłby o wiele uboższy. Solidna, jednako statyczna jak zwykle postawa Iommi'ego i Geezera Butlera, plus tuptający, przygarbiony Ozzy, to za mało by energetycznie pobudzić zebranych wyznawców kultu Sabbath. Może właśnie dzięki wystylizowanemu na zbawiciela (czy może bardziej Billa Warda z lat 70-tych), fizycznemu Rage Against The Machine czy Audioslave, koncert ma w sobie sporo więcej werwy. Zamaszyste jego ruchy, pełne pasji uderzenia, pewnie nijak się mają do oryginalnego swingującego stylu Warda, jednak dają zdecydowany napęd sabbathowej maszynie. Szczególnie w efektownym, siłowym popisie z mniej więcej połowy setu. Z całym szacunkiem dla magii gry Billa Warda, w obecnym stanie zdrowia taka jego ekspozycja nie miałaby sensu, dlatego też wbrew malkontentom ja tam wiem swoje i ten toporny styl gry ani nie podcina skrzydeł zaprawionym w boju Panom z Birmingham, ani jakoś istotnie ich stylu nie zniekształca. Ot sprawna, dobra robota wynajętego człowieka, dla którego jakiś czas temu myśl o zagraniu z legendą zapewne byłaby marzeniem nierealnym. A tu niespodzianka i można by posikać się na jego miejscu ze szczęścia, że taki niewiarygodny przywilej w sensie artystycznego spełnienia czy finansowej satysfakcji się zdarzył. Druga kwestia podstawowa, znaczy co tam dziadziusie z pełnej szlagierów (piękne określenie ;)) kariery wybrali, by spalonym słońcem Australijczykom zaprezentować. Ano przekrój plus cztery numery z przeprodukowanej 13. Może mało, wybór ikonicznych kawałków nietrafiony, kwestia gustu, faktem jednako, że równie łatwo byłoby wybrać zupełnie inne kompozycje, a też wielu byłoby niezadowolonych - tak to już jest jak show grupy o wieloletnim stażu przychodzi obejrzeć, że wielość możliwości kulą u nogi artysty się staje. Szczęśliwie nikomu nie przyszło do głowy, by próbować zwiędłego Osbourne'a mierzyć przykładowo z wokalnym repertuarem Dio czy Tony'ego Martina. Dobra, przestaje pleść od rzeczy, bo wszystko co dzieje się obecnie wokół Sabbath na sentymencie do pierwszego składu się opiera i zupełnym absurdem byłoby wmieszanie w tą strategię innych etapów z kariery tego wózka ciągniętego z uporem przez maestro Iommi'ego. Chyba nie muszę jeszcze dodawać jak tam werbalna forma jedynego takiego, co z dekapitacji gacków show i PR konkretny potrafił uczynić, bo między wierszami bystry czytelnik moich wypocin pewnie odczytał już, że szału nie ma. Jak na typa co we wszelkich używkach swego czasu gustował, za kołnierz wylewać nie zwykł, to jego przygotowanie fizyczne całkiem niezłe i mimo ustawicznego tuptania i cedzenia niewyraźnego tekstów jest całkiem OK. Może i różnica byłaby znacząca gdyby Ozzy kiedykolwiek śpiewać potrafił, na szczęście ten dar był mu oszczędzony stąd wielkiego kontrastu nie ma. Gość z anty śpiewu potrafił zrobić profesje i but w ryj temu co ma czelność z maniery Ozza się wyśmiewać! Zamykam roztrząsanie kwestii formy z wiekiem powiązanej i na koniec słowa dwa odnośnie oprawy wizualnej, jaka dźwiękowej zawartości towarzyszy. Nic szczególnego, na kolana nie rzuca, ale w moim przekonaniu oszczędna scenografia z telebimem w tle, plus stonowana gra świateł nie zaburza możliwości skupienia się na sednie spektaklu. A nim oczywiście muzyka, nawet po wielu latach atrakcyjna w swej formie, już ponadczasowa, co tu dużo filozofować przełomowa dla historii rocka. Stateczni, wiekowi goście nie zawiedli i liczę jedynie, że przynajmniej do czerwca w dobrej kondycji i zdrowiu pozostaną, by w mojej pamięci ich oblicze legendarnym pozostało. Tego sobie i przede wszystkim Osbourne'owi, Iommi'emu i Butlerowi życzę.
P.S. Musze podzielić się spostrzeżeniem mojej sześcioletniej córki, kiedy Ozzy na scenie z ekranu telewizora łypał. Tato, co to za mumia? :)
czwartek, 25 lipca 2013
Adele - Live at the Royal Albert Hall (2011)
Ha! Tego się czytający nie spodziewałeś by na rockowych cokolwiek łamach panna z takiej niszy muzycznej zagościła. Błędem byłoby niewybaczalnym gdyby takie zjawisko współczesnej sceny muzycznej, tym bardziej w wersji koncertowej zostało przeze mnie przemilczane, gdyż ta dziewczyna ma w sobie więcej rockowej werwy od stada obutych w glany, odzianych w skórzane katany napompowanych testosteronem, wydziaranych samców! Kpem każdy kto tego nie dostrzega, komu umknęło jej wtargnięcie z impetem do mainstreamu i nakręcenie w nim takiej zadymy. Cóż
można napisać - kto nie widział nie przeżył czegoś wyjątkowego. Do dnia
kiedy zobaczyłem ten koncert byłem przekonany, że tylko plastik robi
furorę w muzycznych telewizjach! Czysta mooooc "Albert fucking
Hall"! towarzyszy mi od roku dając szanse na obcowanie ze sztuką dającą zarówno zastrzyk pozytywnej energii jak i równie intensywnie i skutecznie uderzającą w refleksyjną nutę. Wszystko się tu zgadza w najdrobniejszym szczególe od kwestii czysto technicznych samej realizacji, pracy operatorów, speców od światła. scenografii bogatej w subtelne, wysmakowane detale (ach ta ściana lamp w głębi) - krótko mówiąc pełen profesjonalizm. Jednak żadna technika czy umiejętności sztabu specjalistów nie byłyby w stanie zastąpić czy sprowadzić do roli tła fundamentu takiego przedsięwzięcia jakim jest gwiazda. I tu Adele zasługuje na szereg pełnych zachwytu komplementów. Dla mnie już to ikona posiadająca umiejętność dojrzałej, błyskotliwej pozbawionej pomimo charakterystycznej konwencji banalnej, napompowanej patosem scenicznej prezencji, unikania sztuczności i tej plastikowej pseudo-emocjonalnej retoryki. Wtłaczania artyzmu w miejscu gdzie egzystencja kiczu naturalna, a napuszenie, nadęcie i sztuczna egzaltacja pożywką dla często w innych okolicznościach zmanierowanej publiczności. Niewymuszonej, naturalnej konferansjerki z humorem bez żenady, oszczędnego z klasą ruchu scenicznego nie odwracającego uwagi od sedna spektaklu. Dodatkowym atutem tego występu skromne stroje, czerń, biel, brąz, doskonali instrumentaliści i w tym anturażu ona, klejnot. Błyszcząca, skupiająca na sobie uwagę, magnetyzmem oczarowująca z tym zawadiackim londyńskim akcentem. Ciepła z perfekcyjnym warsztatem wokalnym, porywającą chrypką, odnajdująca się kapitalnie zarówno w konwencji bluesowej, soulowej czy nawet ocierającej się o country. Wzbudzająca autentyczny zachwyt publiczności, kreująca kameralną atmosferę, śpiewająca wraz z publicznością, przeżywająca głęboko każdy dźwięk, czy wers tekstu. Szczera, spontaniczna bez gwiazdorki, napinki, zwyczajna kumpela z dzielnicy. Życzę jej tylko by wszelkie walory jakie podkreślałem pozostały z nią jak najdłużej, by to bagno show biznesu jej nie zepsuło lub przetrawiło, wyssało i porzuciło na lata okaleczoną!
P.S. Nie napisałem, że kilka łez uroniłem bo łez jako samiec się wstydzę! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




