Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Spielberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Spielberg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

niedziela, 11 sierpnia 2024

Duel / Pojedynek na szosie (1971) - Steven Spielberg

 

Sprawa jest poważna, oto bowiem notka o debiucie (jeśli jestem w błędzie to fuck) pełnometrażowym ikonicznego, a wówczas zaledwie 25-letniego Stevena Spielberga, czyli filmie nakręconym w zaledwie 4 lata przed legendarnymi Szczękami i tak sobie myślę, że jednak przeskok jakościowy jest spory, choć w sumie Pojedynkowi w swoim gatunku nic nie brakuje. Jest poniekąd nawet silniej ryjący beret, bardziej odważny, dosadny i tak dalej i tym podobne, jednak znacznie surowszy produkcyjnie oraz swobodny i narracyjnie bliżej mu do bezpośredniości pierwszego Mad Maxa, czyniąc go bodaj protoplastą gatunku, niż mega hollywoodzkiemu sznytowi Szczęk. Gówniarz „Stivi” marzył i sobie wymarzył realizację snu o karierze reżyserskiej, ale że ten młodociany romantyk kina zaczął od filmu tak ekspresyjnego szczególnie wizualnie, to byłem zaskoczony. Broni się ta rzeczona ekspresja nawet dzisiaj realistycznymi sekwencjami drogowymi i opierając wyłącznie na kaskaderskich efektach zachowuje autentyzm, co wielu późniejszym obrazom w których pokuszono się o użycie raczkującego CGI, ta technologia teraz wychodzi bokiem. Jesteśmy świadkami mega ciśnienia, akcji tu i teraz, a motywacje oprócz zasugerowania emocjonalnego stanu prześladowanego są nam obce. Oglądasz człowieku siedząc jak na szpilkach, bowiem oddziaływanie napięcia w elemencie psychologicznym ma moc porażającą i wręcz fizycznie w dodatku czujesz tą prędkość i niszczycielski potencjał rozpędzonej stali. Efekt jest brutalnie prawdziwy i nie dziwisz się że czymś takim Spielberg otworzył sobie szeroko pierwsze (dobra drugie) ważne drzwi do jak się okazało gigantycznej kariery. Sięgnął po pewniaki, czyli sztuczki, inaczej sporą ilość klasycznych suspensowych filmowych zagrywek by podnieść poziom adrenaliny, dopieszczając każdy także detal, bo można by przez lata lekko znudzić się szołmeńską manierą Stevena, ale ani na starcie ani na koniec kariery nie można o jego dziedzictwie napisać, że tworząc nie starał się obsesyjnie, aby widz przede wszystkim dobrze się w kinie bawił i potrafił jeszcze do niedawna w atmosferze ciemności i jedynie puszczonego z okienka snopu światła na ekran zapomnieć. Poza tym dodam jeszcze, iż po odświeżeniu Pojedynku widać wyraźnie jak to kino się przez te 50 ponad lat zmieniło - także oczywiście spielbergowskie, nie biorąc naturalnie pod uwagę, że nakręcił on tego stuffu tyle i w tylu gatunkach, iż mimo stylistycznej odmienności, to zawsze nie trudno było dostrzec, że to jego film - taki ten jego sznyt charakterystyczny! To też (podkreślę jeszcze raz) wzór, jakby szablon do w późniejszym czasie wykorzystania i wyeksploatowania, a najbardziej z tych akcji na szosie pamiętam taką bodajże z lat dziewięćdziesiątych z Kurtem Russellem. Mam tytuł na końcu języka - proszę mi pomóc i za niego pociągnąć. :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Close Encounters of the Third Kind / Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977) - Steven Spielberg

 


Grubo ponad już czterdziestoletnia, a przypadkiem też moja rówieśniczka, żywa historia blockbusterowego kina i obiekt tak lekkiej drwinki (bo nic tak szybko się nie starzeje jak efekty specjalne), jak i otaczana kultem przez miłośników formy z klimatem i ekscytującą przygodą, bardzo romantycznie naiwna wizja kontaktu ludzkości z obcą cywilizacją. Bez najmniejszej sprzeczności, zarazem-jednocześnie, bowiem Bliskie spotkania są filmem który doskonale ukazuje fenomen Spielberga i to szczególnie ten z początku i pierwszego rozkwitu jego kariery, kiedy jak wówczas coraz większa grupa ówczesnych młodych reżyserów, łączył z wielkim powodzeniem rodzaj podatnego na starzenie bardzo umownego kiczu z gigantyczną wyobraźnią i fantazją twórcy wciąż dzieciaka oraz przemycane pod pierwotnym wrażeniem wizualnym obserwacje rzeczywistości społecznej, więc nawet jeśli na jego dorobek spojrzeć dojrzale krytycznie i uznać jego część, a w tym przede wszystkim Bliskie spotkania za film-bajeczkę, to powiedzieć że jest się kompletnie odpornym na urok tak wdzięcznej formy, to kłamać. Przynajmniej ja sobie nie wyobrażam aby nawet taki pierwszy lepszy (przepraszam!), taki wyjątkowy, bo z prawdziwego zdarzenia koneser poważnego kina, nie dał się porwać także rozrywce jaką serwowali swego czasu Spielberg, Zemeckis czy mnoga grupa innych podobnych. Może to u nas wszystkich ludzki sentyment, naturalna nostalgia, albo właśnie dar Spielberga i ta jego natura dzieciaka, który jest ciekawy i jak trafia tam gdzie ma doskonałe pole do popisu i rozwoju swojej pasji, to fantastycznie wykorzystuje szansę jaką owy plac zabawy mu stworzył. Wszystko tutaj scenariuszowo zmierza ku spektakularnej w założeniu i wtedy w praktyce rozbudowanej do przesady scenie finałowej, lecz nie można powiedzieć, aby wszystko co ku niej prowadziło, przy kulminacji zblakło, bowiem zgadzam się że "gdyby zabrało się widowiskowe efekty specjalne, zostałaby bardzo ludzka, pełna współczucia historia o zwykłym człowieku w niezwykłych okolicznościach". Akurat w roku 1977 Spielberg był tuż po nakręceniu mega kasowych Szczęk, stając się z miejsca supergwiazdą i synonimem hollywoodzkiego maga, więc miał budżet i mógł sobie pozwolić na stworzenie czegoś więcej li tylko ekscytującej produkcji rozrywkowej, jaka ma powodować obgryzanie przez widza pazurków. BS3S, to oprócz oczywistej zabawy w wielkiej piaskownicy możliwości i inwencji, także dobre kino psychologiczne i filozoficzne jeszcze lepsze - a może odwrotnie (zastanawiam się :)). Trzeba (he he) tylko dostrzec, co tam mistrz pod kolorową fasadą poddaje pod refleksję. 

piątek, 24 marca 2023

The Fabelmans / Fablemanowie (2022) - Steven Spielberg



Tak, to jest to! Staroszkolne kino z wdziękiem wykorzystujące współczesne możliwości techniczne atrakcyjnego dla oczu montażu, postprodukcyjnej obróbki obrazu ogólnie i przede wszystkim zniuansowanej operatorki. Przepięknie wygląda, hipnotyzuje tak wizualnie jak urzeka cudownie nostalgiczną historią, wspaniale wplatając w opowieść o rodzinie i młodzieńczej pasji, motywy i sugestie inspiracyjne dla największych przebojów Spielberga. Oczarowała mnie ta historia, opowiedziana ciepło i subtelnie. Doskonale zbilansowana, ukazująca z dojrzałej perspektywy także wszystko to, co nie było idealne w dzieciństwie największej myślę dotychczas gwiazdy mainstreamowej reżyserii - dzisiaj już wiekowo posuniętej, a mimo to kwoki dla hollywoodzkiego przemysłu filmowego znoszącej wciąż wyłącznie złote jaja. Mamy dzięki Fabelmanom do czynienia oczywiście z introspektywnym spojrzeniem Spielberga na własne dojrzewanie jako człowieka i jako pasjonata. Bez jednak odrobiny megalomanii, najmniejszego nadęcia - harmonijnie wiążąc wątki dramatyczne z pozytywnym przesłaniem, budującymi wspólnie doznanymi doświadczeniami emocjonalnymi osobowość mistrza obiektywu. Tutaj po raz kolejny potwierdza się narracyjny geniusz Spielberga, bowiem Fabelmanów ogląda się niczym uzbrojoną w wartościowe przesłanie i puentę baśń klasyczną, a jednocześnie trudno jej zarzucić jakiekolwiek odpływanie w przesadę metafor czy braku autentyzmu, gdyż eteryczna wręcz poświata archetypicznej kinowej magii, idealnie splata się ze wzruszającym realizmem relacji międzyludzkich (z naciskiem na matka-syn-ojciec oraz tata-mama-wujek Bennie). Kameralnie, lecz i jednocześnie z rozmachem, bez efektów za miliony, bo widowiskowość Fabelmanów opiera się na finezyjnym wykorzystaniu barwnego tła z całym dobrostanem detali w najczystszej formie prostoty podniesionej do rangi ekscytującej sztuki. Już za samą obsadę w postaci pary Williams/Dano na starcie Spielberg zdobywa maksymalna liczbę punktów i ani jednego w czasie seansu nie traci, bo kino autobiograficzne w jego autorskim wydaniu staje się wzruszającym testem na prawdziwie szczerą wrażliwość, nie rezygnując z kapitalnego poczucia humoru (genialny monolog wuja Borisa i scena finałowa z Davidem Lynchem to nie tylko aktorskie majstersztyki). Te emocje to może i banał/truizm/frazes, ale też prawda którą należy podkreślać, kiedy X muza w tak czystej formie dzięki fantastycznemu aktorstwu pozwala je przeżywać. W tym miejscu dodatkowe gromkie oklaski dla Michelle Williams, która mimicznie wchodzi na taki poziom sugestywnej wyrazistości (scena z szafy wyrwie wam serce), iż uznaję, że w tym roku bezczelnie ograbiono ją z należnego jej Oscara. Te pełne empatii oczy bezdyskusyjnie na niego zasłużyły, a Fabelmanów jako dzieło wybitne i istotę kina, historia zapamięta zdecydowanie na dłużej niż bohatera tegorocznej gali oscarowej.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

West Side Story (2021) - Steven Spielberg

 

Nostalgicznego hollywoodzkiego kołowrotu ciąg dalszy systematycznie następuje i idąc za ciosem kolejne mega dochodowe produkcje z przeszłości są poddawane kompletnej rewitalizacji. Do nowych wersji hitów sprzed lat już zdążyłem więc przywyknąć, tak samo jak do kontynuacji tego rodzaju opowieści. I jak mam pewne zasadnicze wątpliwości w kwestii powstawania tych wszystkich dwójek, trójek czy czwórek blockbusterowych, to akurat w przypadku kręcenia nowych wersji tego samego, ale akurat nakręconego tak dawno, że jakoś nigdy oka zawiesić nie miałem okazji, to pretensji nie zgłaszam. Bez pomysłu na nowe West Side Story pewnie nigdy bym historii miłości Marii i Tony'ego nie poznał, a to byłby błąd i strata czegoś w kinie wzorowanym na zamierzchłym, a teraz poddanym nowoczesnym trendom technicznym fundamentalnego. Tak zatem mógłbym teraz deklarować że jak nowe mnie kupiło, to oryginał obowiązkowo obejrzę! Tak też powinienem w tym miejscu zrobić, ale nie obiecuję! Chyba że zbieg okoliczności sprawi, iż któregoś weekendowego popołudnia natrafię na tegoż telewizyjną emisję, lecz pomimo zrodzonej sympatii nie zrobię tego umyślnie, przeszukując teraz źródła dostępu! Nie jest to wina samej historii ani tym bardziej plamy jaką miałby dać Spielberg, a oczywiście jak na fachowca z ekstraligi jej nie dał. Powód jest taki banalny i powiązany z coraz częstszym dla klasyki brakiem miejsca w codzienności. Natomiast dzięki temu co uczynił Spielberg mam okazję oraz nie mam wymówki i kropka. Odświeżenie niekoniecznie oryginalnej i tym samym potwornie istotnej dla historii kina produkcji sprzed już ponad sześćdziesięciu laty, to zasadniczo jeden do jednego jej skopiowanie, jednocześnie tejże oddanie wręcz czołobitnego hołdu, bowiem ogląda się te kadry tak jakby były żywcem wyjęte z epoki, a rytm w jakim wszystko tu wiruje, tak dzięki warsztatowej jak i technologicznej sprawności ekipy technicznej i tej odpowiedzialnej za zawartość artystyczną, to tak samo  piękne i przewidywalnie oczywiste zarazem. Dla oczu jednak wrażenia cudne i dla uszu (piosenki wyświechtane, a ładne) podobne, bowiem choreografia, kostiumy i charakteryzacja. Bowiem scenografia, kamer praca i montaż zapierają dech w piersiach i cudnie uwrażliwiają na kino czarujące jego pierwotną magią. Muzyka, taniec śpiew i zakochanie. Niby tak banalne, a pięknie w widowisko zaaranżowane robi fantastyczne wrażenie i zyskuje moją dużą sympatię. Spielberg doskonale pamiętał jak był smarkaczem i jakie kino z jego młodości go ukształtowało pod względem estetycznej wrażliwości i dzisiaj mając te ponad siedemdziesiąt lat spełnił własne marzenie z dzieciństwa, absolutnie nie dając pretekstu by napisać iż stary dziad spierdzielił film o młodzieńczej pasji. Zasługuje mistrz na owacje na stojąco, ale jeszcze bardziej (podkreślam raz jeszcze) ci wszyscy otaczający go spece od kwestii wizualnej, gdyż bez ich warsztatu i oka, to odgrzewanie tego co już przecież Szekspir przy okazji Romea i Julii światu podarował, nie wyszłoby tak prozaicznie, a ślicznie.

P.S. Pewnie zachodzicie w głowę, jak to niby pierwowzoru nie widział, a pół tekstu oparł na porównaniach nowego do starego! Mianowicie nie widział, ale widzieć nie musiał, bowiem nowe w stu procentach wygląda jak wszystko archaiczne (nawet ci aktorzy) i tylko kamer wygibasy i montażysty esy floresy wskazują wiek XXI jako czas powstania.

czwartek, 3 lutego 2022

Amistad (1997) - Steven Spielberg

 

Sprawa bodajże z 1839 roku, dotycząca zatrzymania grupy niewolników, którzy po wybuchu buntu na hiszpańskim okręcie dotarli do wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Młoda amerykańska demokracja z przełomowym raczkującym systemem ideowych sądów, wciąż istniejące niewolnictwo i interes korony hiszpańskiej. Doskonała jak na ówczesne okoliczności obsada i za kamerą sam Steven Spielberg wspierany przez naszego operatora rodaka, a obraz jako całość bardzo klasyczny i jak prześledziłem współczesne opinie w swojej kategorii urosły już do statusu niemal ikonicznego. W nim kwestie natury społecznej i moralnej plus ambicje i polityczne rozgrywki w których stawką między innymi reelekcja i przywództwo, a w środku tej przepychanki ludzie sprowadzeni do pojęcia rzeczy/towaru. Zrealizowany z charakterystycznym spielbergowskim rozmachem produkcyjnym i należną aby wzbudzić emocje porcją jankeskiego patosu, ale też momentami zaskakująco surowy i brutalny, więc potwornie wstrząsający, tudzież poruszający, nawet gdyby zabrakło hollywoodzkiego sznytu. Dla równowagi i by nie pozbawić go potencjału mega hitu, ten zabieg zrozumiały, a dzięki wyczuciu formy jakiego chyba nigdy Spielbergowi nie zabrakło, nie przynosi poczucia obcowania ze skrojoną tylko pod potrzebę spieniężenia tematu, intencyjnie więc podejrzaną produkcją. Jest tu kilka ujęć o wymowie symbolicznej i wzniosła idea i nawet jeśli ta idea została podkoloryzowana, to jej fundament szlachetny, w tym przypadku bezpośrednio wpływający na bieg historii błyskawicznie zmierzającego do światowej dominacji nowego świata. Warto o tym wiedzieć, tak jak o tym że Amistad to wartościowe i całkiem słusznie bez przesady docenione (cztery oscarowe nominacje), lecz jak w zdecydowanej większości filmów Spielberga bardzo wyważone lub wręcz zachowawcze kino, przez co naturalnie dalekie od określenia dzieło.

środa, 28 lipca 2021

The Sugarland Express / Sugarland Express (1974) - Steven Spielberg

 

Na autentycznych wydarzeniach (jak dowiadujemy się z czołówki) oparta ta dość nietypowa jak na Spielberga opowieść. Jak ktoś gdzieś słusznie zauważył "nieskażona jeszcze spielgieryzmami", bardzo dobra debiutancka produkcja, która siedzi głęboko w kinie drogi, ale nie stroni też od najlepszych cech dramatu psychologicznego. Najbardziej nietypowe jednak jest to, iż Goldie Hawn u progu kariery niekoniecznie wyłącznie była związana z banalnymi komedyjkami, względnie komediami o profilu mało realistycznym - lecz co nie wyklucza, że warsztatowo bardzo dobrymi. Przyszła słodziutka gwiazda podobnie jak Spielberg startowała wówczas głównie z pułapu seriali telewizyjnych, choć prawdę mówiąc w kinie już jako dziecię coś zagrała. Spielberg zaś wcześniej miał tylko na koncie telewizyjne produkcje, a ten powyższy debiut kinowy (co tu ściemniać) wypadł znakomicie i mimo że prawdziwe sukcesy komercyjne przyszły już za moment za sprawą kultowych Szczęk, to The Sugarland Express posiada w sobie nawet więcej cech za które jestem skłonny bez przymusu go szanować. Pierwsza to klimat - ten szczególny kina z początku lat siedemdziesiątych. Po drugie z wartością dodaną w postaci amerykańskiej prowincji w kinie drogi, gdzie setki radiowozów w pogoni sfrustrowanymi uciekinierami. Po trzecie, na finał (najważniejsze), wiarygodny wgląd w ówczesnej młodzieńczości bezkompromisową fantazję, która tylko tragedie mogła na nich sprowadzić. W skrócie prawdziwego życia wersja trochę light, trochę hard - mimo to zakończona jak w prawdziwych opowieściach bywa bez klasycznego happy endu. Bonnie i Clyde przede wszystkim i tacy Mickey i Mallory ciutkę. ;) To taka szybka rozkmina - tak po dziewiczym seansie TSE widzę. :)

środa, 21 października 2020

Munich / Monachium (2005) - Steven Spielberg

 

Ponad moje siły jest teraz napisać coś nowego, tym bardziej oryginalnego o produkcji Mistrza filmowego mainstreamu, kiedy na stronach bloga powiesiłem już chyba naście quasi reck w temacie jego kinowego dziedzictwa. Zatem poniższy wywód będzie miał wyłącznie status oczywistego obowiązku dla potrzeb uzupełnienia archiwizacyjnego z kilkoma niestety naturalnie nasuwającymi się w tekście banałami poczynionego – bo jak inaczej? To jest ta kategoria spielbergowego dzieła, która za żadne skarby mnie się akurat nie znudzi. Rozbudowany do rozmiarów niemal epickich obraz, nakręcony na podstawie prawdziwych wydarzeń i oczywiście jak to tradycyjnie i konsekwentnie legenda czyni, zdarzenia powyższe kamerą uchwycone, już same w sobie dramatyczne, zostają odpowiednio przez zarówno styl jak i hollywoodzką machinę wzbogacone o wszystkie pierwiastki celujące w uatrakcyjnienie przekazu, ale i nie zaniedbujące jego waloru historyczno-kronikarskiego. Kulisy zakrojonej na odpowiednio skuteczną skalę profesjonalnej konspiracyjnej akcji izraelskiego wywiadu, eliminującej osoby powiązane z terrorystami będącymi mordercami izraelskich sportowców podczas monachijskich igrzysk olimpijskich w roku 1972, stanowią więc podbudowaną politycznie szpiegowsko-sensacyjną opowieść o zemście i konsekwencjach funkcjonowania w potrzasku akcja-reakcja - oko za oko, ząb za ząb. Film jest więc dziennikiem w którym Spielberg od strony warsztatowej doskonale odhacza kolejne konieczne zabiegi Mosadu, których motywacją jest rzecz jasna wendeta. Żeby zrobić jednak angażując dramat sensacyjny należy silnie widza z bohaterami zaprzyjaźnić, by emocje z ekranu wyraźniej dotykały każdego z nich. To Spielberg od zawsze wiedział doskonale i za każdym razem skutecznie tą zasadę w życie wprowadzając odnosił w branży sukcesy. Monachium nie jest w tym względzie w najmniejszym stopniu wyjątkiem. Jest wszystkim tym czego można zawsze po Spielbergu się spodziewać i nic poza tym. A i tak kino to na piątkę z plusem.

P.S. Jak widać tematu wiecznego konfliktu arabsko-żydowskiego nie podjąłem. To mętlik makabryczny przez który cierpią i wciąż z pewnością jeszcze będą cierpieć tysiące, a może wręcz miliony. Węzeł gordyjski z definicji nie do rozplątania. Po cholerę więc problematykę rozgrzebywać – tym bardziej z perspektywy na szczęście niezaangażowanego bezpośrednio marginalnego obserwatora o niewystarczającej przecież wiedzy teoretycznej. 

środa, 30 września 2020

Jaws / Szczęki (1975) - Steven Spielberg

 

To nie będzie zwyczajna recenzja, to będzie recenzja, która musowo musi się znaleźć u mnie na blogu, a problem polega na tym, że chce ją mieć, ale nie wiem co oryginalnego mógłbym napisać o filmie o którym wszystko co możliwe w najróżniejszych konfiguracjach zostało już napisane - a do tego z pewności nikt już nie czeka na kolejne powtarzanie banałów. Zatem piszę, bo powinienem, bo chcę mieć już ten koszmar za sobą, ale czytać w zasadzie nikt nie musi, bo nie ma po co. Odleżał się nawet szkic tego tekstu kilka miesięcy od ostatniego spotkania z gumowym mega sharkiem, więc presja by w końcu coś naskrobać przymusiła mnie do działania - wyrzucę nareszcie truizmy i będę miał spokój. Wale więc w klawiaturę pod wpływem nagłego impulsu błyskawicznie - klecę zdania bez takiego jakbym sobie życzył przekonania. Wyszło tak sobie, ale tego się spodziewałem - o tych filmach, które nie znalazły miliardowej publiczności napiszę jak sobie życzę z pewnością ciekawiej, a tą autorską kopię kopii reck o Szczękach teraz znajdziecie w postscriptum. Tak to może wyjdzie inaczej, a może tak bez sensu.

P.S. Od tego na całego Spielberg wbił się w hollywoodzki mainstream, nie ma bowiem od tamtego czasu kinomaniaka (albo więcej, nie ma takiego w wieku zaawansowanego człowieka), który kilkadziesiąt razy nie załapałby się na lep w postaci emisji Szczęk w telewizji. Ja też od zwykłego szarego zjadacza popkultury zasadniczo się nie różnię, stąd wielokrotnie w mniejszych lub większych fragmentach, od reklamy bądź do reklamy oglądałem. Ale tym razem w wakacyjny wieczór, po rowerowym tripie bałtyckim wybrzeżem akurat zrobiłem sobie pełną powtórkę z rozrywki, wykorzystując okazję, aby na stronach bloga przyznać należyte miejsce tej legendarnej już produkcji. I co sobie w czasie emisji pomyślałem? Pomyślałem że rekin mechaniczny jest wciąż zajebisty i nie opatrzył się, choć widać że linki i cięgna nim sterują, ale mogą temu archaicznemu mechanizmowi współcześni wygenerowani przez grafików komputerowych odpowiednicy skoczyć, taki jest fajny. Ponadto zamiast ekscytować się ilu bestia śmiałków i ile ofiar pożre, skupiłem się naturalnie na delektowaniu aktorstwem, a dokładnie nieco kiczowatymi, lecz niezwykle sympatycznymi szarżami Panów aktorów. Roy'a Scheidera dostającego kompletnego fioła (spoczywa w pokoju od 2008-ego), Richarda Dreyfussa nie mniej obłąkanego, ale bardziej zabawnego (jeszcze dycha i ma się chyba dobrze) oraz Roberta Shawa, którym gdybym mógł być to bym chciał być, taki z niego zimny kozak (od dawna niestety gryzie kwiatki od spodu, a jakby teraz żył to byłby już 93-letnim kozakiem). Reszta refleksji zagubiła się pod wpływem nagłych ataków reklam. STOP. Chociaż nie stop, jeszcze jedną zapamiętałem. Wiem ja, wiemy wszyscy, że seria z tego blockbustera powstała, ale jak to najczęściej bywa, kiedy film bank rozbije osiągając szczyty list kasowych przebojów, to trzeba koniecznie dokręcić kolejne epizody by potencjał finansowy jak gąbkę wycisnąć. Nie tędy droga, w sumie tędy droga, ale do zniszczenia kultu, szybciej czy później. Chyba jednak później, albo już, bo kto pisze takie mecyje po latach o innych szczękowych przygodach? :)

czwartek, 4 lipca 2019

Empire of the Sun / Imperium słońca (1987) - Steven Spielberg




Pomiędzy wówczas kręcone taśmowo blockbustery wrzucił Spielberg dwa obrazy, które ukazały jego talent z nieco innej strony. Może odrobinę inaczej wygląda sytuacji Imperium słońca w porównaniu z Kolorem purpury, bowiem w filmie z 87 roku nie zrobił zwrotu o 180 stopni, a tylko bardziej ambitnie podszedł do dramatycznego tematu, dając upust zapewne czemuś więcej niż tylko młodzieńczej wyobraźni. Tak to już jest w karierze jednego z największych magów współczesnego kina, że on często z nurtem potrzeb mainstreamu płynął, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom statystycznego widza, a rzadziej szedł za głosem czegoś więcej niż produkcyjnego przepychu zaprzęgniętego do realizacji kasowych hitów. Chociaż tych ważnych tematycznie tytułów też w jego przebogatym emploi było co najmniej kilka, to gdyby policzyć te rozrywkowe produkcje, z pewnością zmiażdżyłyby one ilością kino stricte poważne. Imperium słońca swego czasu może nie pobiło rekordów przychodów, ale myślę że przyniosło całkiem spore wpływy i nikt tym samym nie musiał dokładać do interesu. :) Nazwisko przyciągnęło stanowiąc wystarczający magnes aby skusić Amerykanów i resztę mieszkańców naszego globu do pójścia na tą masowo poruszającą lekcję historii. Pewnie część się rozczarowała, że mniej humoru i akcji, a większe skupienie na emocjach głębszych niż tylko te pobudzane dynamiką wydarzeń. Zawodowa krytyka pewnie wręcz przeciwnie dostrzegła w zrealizowanym z immanentną dla Spielberga pompą dramacie, coś więcej niż tylko pretekst do porównywania z dotychczasowym jego dorobkiem. Ogólnie, wbrew oczekiwaniom i prognozom to film po prostu spielbergowy, głównie przez wzgląd na osadzenie w centrum  dzieciaka i z tej perspektywy snucia opowieści o indywidualnym brodzeniu w wojennych kolejach losu i całkowitego niemal pominięcia stojącej za nią polityki. To zabiegi jasno wskazujące, iż mistrz nie uciekł aż tak daleko od szczenięcej optyki, która w wielu jego obrazach stanowiła o ich charakterystycznej tonacji. Spielberg to przecież szczwany lis, który uznał, że pod płaszczykiem epickiego dramatu przemyci właściwie historię przygodową, a może wręcz na odwrót – pod pretekstem kina familijnego poważną tematykę. Wykorzystując postać dziecięcą naturalnie wzbudzającą sympatię i uczucia opiekuńcze usprawiedliwił skutecznie powyżej zasugerowany manewr i doskonale ukazał jak niezrozumiałe dla dziecka wydarzenia wojenne wpływają na jego rozwój, szybsze dojrzewanie i przyszłe spojrzenie na rzeczywistość. Ze świata zbudowanego z dobrobytu i bezpieczeństwa, wychowywany w cieplarnianych warunkach młody Brytyjczyk w jednej chwili przenosi się do bezlitosnych realiów świata konfliktu - do hartującego ducha otoczenia obozu i pod psychologiczne oddziaływanie śmierci zbierającej żniwo tuż obok - musząc naturalnie nagle dostosować się do okrutnej sytuacji, aby przetrwać. Pomimo to Spielberg nie przesadza z ekspozycją brutalności, wszystkie sceny przemocy odpowiednio wygładza precyzyjnym szlifem, aby telewizyjna emisja nie została przerzucona na pory późnowieczorne, pamiętając doskonale, że to film na niedzielne popołudnie, do obejrzenia z bardziej roztropnymi pociechami, niż do bólu surowy antywojenny manifest. W moim przekonaniu Spielberg świadomie zmienił oblicze kina wojennego, może nie zrewolucjonizował gatunku, ale spojrzał inaczej i skorzystał z klasycznego ujęcia quasi baśniowego, przez co poniekąd zauważam tutaj zalążki pomysłu, jaki za ponad dekadę rozwinie w A.I. A może te skojarzenia wywołuje wyłącznie towarzysząca permanentnie ekspozycji obrazu rozczulająca muzyka? Warstwa dźwiękowa wykorzystująca szczególnie w sposób nieszczególny orkiestrowe patenty dla zbudowania czarującego klimatu? Jest możliwe, bo ja strasznie dużo łączę i odgrzebuje w pamięci dzięki sprężynie muzyki. :)

P.S. Jest jeszcze jedna rzecz warta podkreślenia, którą wszyscy miłośnicy karier gwiazd hollywoodzkich wiedzą. Mianowicie że Imperium słońca dało wielkiemu kinu jedną z nich. Tutaj w wieku zaledwie lat trzynastu pojawił się i dał się zapamiętać skutecznie Christian Bale. Startując z pozycji anonimowej i przez lata wznosząc się na najwyższy zawodowy poziom.

poniedziałek, 19 lutego 2018

The Post / Czwarta władza (2017) - Steven Spielberg




To nie był tylko ten seans, który oprócz najnowszego obrazu Paula Thomasa Andersona dawał jeszcze nadzieję na szersze uratowanie wysokiej jakości stawki w biegu po tegorocznego Oscara. To był też, a może przede wszystkim seans ratujący w moich oczach, w ostatnich latach mocno wątpliwy (Most Szpiegów, Czas wojny, Przygody Tin Tina) dobry smak filmowych produkcji sygnowanych nazwiskiem Spielberga. Szansa była duża, bo temat taki po linii zainteresowań Spielberga - odpowiednio stylizowany, nośny i sam w sobie będący samograjem. Dający sposobność, by nie korzystając z eksperymentalnych praktyk, li tylko skupiając się na klasycznej formule fascynujący film nakręcić. Znów u mistrza blockbusterów w obsadzie Tom Hanks zagościł - który to już raz Steven Spielberg go angażuje? Tuż obok Meryl Streep mu towarzyszy, a ona nie tylko w założeniu zagra zawsze doskonale, ale za każdym razem w praktyce zrobi to inaczej, tak iż postać nabiera cech indywidualnych, a jej kreacja wyjątkowości pośród dotychczasowych. The Post jako całość okazuje się nie tylko przez wzgląd na aktorskie sławy produkcją odpowiednio dynamiczną i wyrazistą. Sporo się dzieje za sprawą każdego składnika filmowego rzemiosła. Tajemnica vel afera przejrzyście jest podana, chociaż gdybym chciał się czepiać, to ten dramatyczny ton w z zaangażowaniem wygłaszanych kwestiach, w wyretuszowanej oprawie zatopiony nieco się w tej konfiguracji gryzie. Toczy się na ekranie poważna gra z władzą, która w obliczu strachu nie zamierza używać półśrodków - znaczy cackać się, bo postawiona pod ścianą naprawdę dupskiem trzęsie. Ryzykuje więc otwarte starcie z czwartą władzą, by publikację związaną z wyciekiem powstrzymać, aby kompromitacji i zwłaszcza sprawiedliwości uniknąć. Po drugiej stronie barykady dziennikarscy pasjonaci nie śpią i węsząc dla siebie szansę z dylematem w rodzaju być albo nie być się mierzą. Czy będą sobie pluć w brodę, iż milczeli i z okazji nie skorzystali - że po stronie prawdy właściwie się nie opowiedzieli, być może życia kolejnych ofiar w pozbawionej sensu wojnie nie uratowali? Czy może konsekwencje odważnej decyzji ich przerosną i żałować będą, że gęby na kłódkę nie trzymali jak potężni politycy i równie wpływowi na kasie łapska trzymający bankierzy od nich wymagali? Jest w tej dla Ameryki pryncypialnej historii obowiązkowo szablonowo uwypuklony wątek natury etycznej, typowo po jankesku potraktowana kwestia odpowiedzialności za milczenie, stawianie kariery ponad przyzwoitość, może zaprzeczenia prymatu łatwiejszej drogi nad tą wymagająca poświęcenia. Jest też ona jak można było się spodziewać peanem wychwalającym siłę amerykańskiego systemu prawnego, z podkreślaniem w co drugim zdaniu niezawisłości sądownictwa oraz ponad wszystko istoty i znaczenia pierwszej poprawki do Konstytucji. O konkretach przedstawionej w filmie autentycznej sprawy nie będę z encyklopedycznymi detalami tutaj wyskakiwał, bo ona żadną ściśle już chronioną tajemnicą państwową. Jak czytelniku trzeba ci na tacy wyłożenia co to za autentyczne wydarzenia za fundamentem filmu Spielberga stoją, to masz zatrzęsienie materiałów w necie, a i niemal wszyscy którzy zresztą piszą o Czwartej władzy w recenzjach wyłożyli mam pewność dokumentnie o co chodzi, że to o początku końca Nixona i etc. Ja tylko podsumowując to co zobaczyłem podczas seansu skrojonego w charakterystyczny dla Spielberga sposób, idealnie wyważający kinową rozrywkę z ambitną ale jednak sensacją dopowiem z niekłamaną niepowstrzymywaną satysfakcją, że w tym momencie na czoło rywalizacji do filmów McDonagha, Nolana i Wrighta akurat w tym rozdaniu w końcu zasłużenie obraz Spielberga dołącza. Nie stanowi rewelacji, nie przynosi niczego czego już bym w tego rodzaju gatunkowej estetyce nie widział i nie pozostawia w większej konsternacji. Jest konstrukcją klasyczną, wypełnioną od początku do końca sprawdzonymi chwytami, a mimo tego ogląda się The Post jednym tchem jako naprawdę przedni dziennikarski dramat, może polityczny thriller. Jeszcze jeśli tylko Nić Widmo będzie udane, a wszystko na to wskazuje, to ponad pięćdziesiąt procent nominowanych tytułów na ten potężny komercyjny kop od Akademii zasłuży.

sobota, 12 listopada 2016

The Color Purple / Kolor Purpury (1985) - Steven Spielberg




Tak jak obraz ma już 31 wiosen, a ja jego istnienia świadomy w pełni to jestem już od co najmniej dwudziestu, to dopiero kilka miesięcy temu po raz pierwszy i zapewne ostatni go obejrzałem. Wiem, że to klasyk, a o takich to nie powinno się w tonie krytycznym refleksji budować, stąd siląc się na spojrzenie w miarę umiarkowane napiszę tylko, że głównym jego walorem kapitalne role. Aktorki charakterystycznej jaką bez wątpienia Whoopie Goldberg i dziennikarki telewizyjnej próbującej swych sił na ekranie. Tak jak Oprah Winfrey zaskakuje przygotowaniem aktorskim, tak Goldberg przekonuje, iż w swoim czasie wchodząc na kinowe salony zrobiła to z rozmachem, a gdzie kariera w przyszłości ją zaprowadziła i jakie angaże wybrała to już inna historia. Tutaj wybornie mimiką i wyrazem oczu postać oddała i nikt jej nie odbierze dumy z tego osiągnięcia, nawet jeśli w przyszłości status gwiazdy, tylko w produkcjach wyłącznie czysto rozrywkowych zdobyła. Samego filmu  nie uznaje natomiast za dzieło wybitne i umieszczam go pośród tych produkcji, które wyraźnie pokazują wady kina Spielberga. Warsztatowo zrobiony według przepisu, w którym z aptekarską dokładnością spreparowano składniki i odmierzono ich ilość. Patos na przemian z poczuciem humoru, nieco tani sentymentalizm z rozrywką z poziomu blockbusterów. Zamieszane i wstrząśnięte z czego zawiesina powstała momentami cholernie irytująca, bo jak coś jest wykonane podłóg receptury mającej wszystkich zadowolić to często robi to wyłącznie połowicznie lub odpycha asekuranctwem. Miał być i jest dramat z potencjałem komercyjnym, ewentualnie rozrywkowe kino hollywoodzkie z treścią ugrzecznioną dla mas. Tyle, że ten poważny temat obroniłby się gdyby surowa oprawę zbudować albo w pełni z przymrużeniem oka na niego spojrzeć i egzaltacje ironią nieco ośmieszyć. Spielberg do roku 1985 kino rozrywkowe w kilku odsłonach miał już zrealizowane, natomiast na doniosłe obrazy musiał jeszcze dosłownie chwilkę zaczekać. Gdybym obejrzał zaledwie kilka latek po premierze może punkt widzenia miałbym mniej wymagający. Jednak seans odbyty ze świadomością na co stać Spielberga (Imperium Słońca, Lista Schindlera, Szeregowiec Ryan czy Monachium) z dzisiejszej perspektywy tak mocno poprzeczkę podniosła, że absolutnie nie jestem w stanie po projekcji uśmieszku zażenowania z gęby zdjąć. Zamiast przeżyć emocjonalną ucztę, zastanawiałem się czy przewinięcie klasyka o kilka minut by się nie męczyć to grzech arogancji. Przepraszam jeżeli z legendy majestat zdjąłem.

P.S. Nie wierzę, że są osoby które na jednym poziomie stawiają oscarowego Zniewolonego i Kolor Purpury - patrz oceny na filmwebie. Z całym szacunkiem dla całokształtu dokonań Spielberga i przede wszystkim z głębokim ukłonem wobec geniuszu McQueena.

czwartek, 12 maja 2016

Saving Private Ryan / Szeregowiec Ryan (1998) - Steven Spielberg




Stracił Spielberg szczególnie ostatnio instynkt, tą umiejętność łączenia kina rozrywkowego z istotnym, wartościowym przesłaniem jakie za pośrednictwem jego głośnych tytułów do ogromnej publiczności docierało. Znany od zawsze był jako spec od hollywoodzkich superprodukcji, ale potrafił także kilkukrotnie udowodnić, że nie tylko lekką komercją nakarmić widza potrafi. Na czele pośród tych wybitnych artystycznie i merytorycznie filmów Lista Schindlera musi być wymieniona, a obok niej zaraz Imperium Słońca, Kolor Purpury i właśnie Szeregowiec Ryan. W produkcjach sygnowanych jego nazwiskiem efekty specjalne częstokroć odgrywały ważną rolę i dzieło z 1998 roku jest tej tezy idealnym potwierdzeniem. Tutaj widowiskowość użytych sztuczek przekłada się wprost na efektywność budowania wrażenia jakoby w centrum akcji widz się znajdował, a wokół niego wojenna pożoga zbierała niezwykle realistycznie swoje żniwo. Sekwencja lądowania wojsk alianckich w Normandii to majstersztyk sam w sobie. Równie wstrząsający emocjonalnie, poddający w wątpliwość przekonanie o cywilizacyjnych zdobyczach humanizmu, kiedy setki młodych istnień ludzkich uświęca swą krwią francuską ziemię jak i imponujący od strony czysto technicznej, gdy świst kul, huk eksplozji dosłownie rozrywa bębenki, a urywane fragmenty ciał i płynów fizjologicznych rozbijają się o obiektyw kamery. Robota Janusza Kamińskiego i całej ekipy technicznych specjalistów zaiste niesamowita, porównywalna wprost z tym co Sławomir Idziak (brawo Polska!) w kilka lat później dokonał współpracując z Ridleyem Scottem przy Helikopterze w ogniu. Ten sam chaos pola walki do bólu autentycznie uchwycony okiem kamery, to samo przerażenie w oczach żołnierzy postawionych przed obliczem śmierci i zmuszonych do instynktownej obrony własnego życia. Szeregowiec Ryan to nie jest obraz modelowo bezpieczny, taki w którym zachowuje się wyraźnie czarno-biały schemat, w którym jasno i klarownie wiadomo kto zły, a kto dobry. Nie jest to taki w stu procentach wojenny dramat w jankeskiej odsłonie, stosowana narracja bowiem przypomina bardziej obdarte z patriotycznego makijażu filmy pokroju Plutonu, niż upudrowane widowiskowe produkcje traktujące o działaniach wojennych powstające masowo w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Żeby beztrosko nie podłożyć się pod topór kata krytyki oczywiście czuję podczas projekcji, że Spielberg stosuje chwyty mogące być określane mianem emocjonalnej manipulacji, bo zarówno muzyka Johna Williamsa zalewa intensywnie całość patosem jak i łopot gwiaździstej flagi jest słyszalny, to jednako te tanie chwyty nie zabijają autentyczności dramatycznych wydarzeń, a tylko chronią film przed popadaniem w skrajny relatywizm i odpychającą totalną surowiznę. W tym zachowaniu odpowiednich proporcji widzę właśnie geniusz Stevena Spielberga, który wielokrotnie potrafił przełamać bezpośrednią brutalność i zrobić to z wdziękiem by obrazu nie pozbawić ambitnej psychologicznej głębi oraz nie przygotować akademickiego elaboratu dla przeintelektualizowanej, zmanierowanej elity. Odnalazł w tym przypadku złoty środek – uniknął taniego moralizatorstwa i radykalnej dosłowności prosto w oczy poskąpił. Tak, rozumiem także, że ten kompromis dla wielu może być decydującą wadą Szeregowca Ryana.

P.S. Patrząc na wojenne filmy, szczególnie ostatnimi czasy i biorąc pod uwagę okoliczności oraz współczesne polskie realia zastanawiam się kiedy zaczniemy uczyć dzieci, że wojna to żadne bohaterstwo, a ginący ludzie to niemal mityczni herosi. Kiedy historia ten doświadczony naród nauczy, że cierpienie, strach i bezradność to codzienność w obliczu wojny. Co to za chwała, która przelewa krew przypadkowych ofiar, co to za zwycięstwa kiedy każda strona konfliktu pogrążona we łzach. 

czwartek, 10 grudnia 2015

Bridge of Spies / Most szpiegów (2015) - Steven Spielberg




Coraz częściej słyszalne są głosy, jakoby Steven Spielberg w swej twórczości stawał się konwencjonalnie mechaniczny. Trudno się z tą tezą nie zgodzić, wziąwszy pod uwagę od kilku lat przedkładaną staranną poprawność nad oryginalność. Reżyser co swego czasu ogromne zamieszanie ikonicznymi już obrazami robił, dziś nic ponad warsztatową precyzję nie ma do zaoferowania. Robi filmy na wysokim poziomie, lecz brak im świeżości, która coś więcej li tylko satysfakcję by przyniosła. Wiek plus spełnienie artystyczne wygrały lub zwyczajna rutyna go zjadła? Cholera wie. Jednego jestem pewien totalnego kitu nigdy nie wpychał, a nawet kiedy zabierał się za formy może mało ambitne, w bawełnę nie owijając, takie po prostu banalne, nakierowane do precyzyjnie określonej widowni, to i tak w swej gatunkowej formule technicznie były one wyśmienite. Jest gość uporządkowany i w swym kinowym rzemiośle względnie równy, posiada swój charakterystyczny styl i w historii X muzy zapisał się wyraźnie. Wymieniać w porządku alfabetycznym tego co najdoskonalsze w jego twórczości i argumentować detalicznie dlaczego taki akurat mój wybór teraz nie zamierzam. Dla wątpliwej jakości lansu pastwić się nad tymi zdecydowanie bardziej schematycznymi produkcjami także nie będę, bo nie czas i miejsce na podsumowania, kiedy ten wstęp przy okazji mojej konfrontacji z Bridge of Spies miał tylko w założeniach odnieść się do obecnej oceny dokonań Spielberga. W tym miejscu dzisiaj, przy okazji najnowszej jego produkcji, zgadzam się z przykrością w pełni, iż rutyna mistrza pożarła. Dysponując historią o ogromnym potencjale, uzyskał efekt tylko przyzwoity - prawdę mówiąc zaprzepaszczając na spółkę z braćmi Coen na dzieło szansę. Bo większym dla mnie zawodem niźli forma reżysera Listy Schindlera okazał się scenariusz Coenów, w którym łapiąc za ogon wszystkie sroki żadnej w efekcie nie chwycono dostatecznie skutecznie. Rozdrobnienie i rozmiękczenie maksymalne nastąpiło z efektem finalnym w postaci filmu bez nawet śladowych ilości indywidualnego charakteru. Poprawność rządy bezdyskusyjnie przejęła i przez to niestety Spielberg strasznie błądzi, gdyż prócz braku charyzmy i elementarnej oryginalności strasznie drażni pseudorealizm historyczny wpasowany w ramy niepodważalnego kontrastu. Mamy zatem idealnych Amerykanów i ohydnych Sowietów, którzy nie mają jakiegokolwiek startu do praworządnych funkcjonariuszy ojczyzny demokracji, tej o formule jedynej i niepodważalnej. O zgrozo, oni nawet tego biedaka, szpiega radzieckiego nie drasnęli, on w tym sanatorium więzieniem nazwanym przebywając, wręcz zaczął miłością do systemu szanującego prawa człowieka pałać. Jasne że przesadzam, ale trudno nie drwić gdy zimna wojna i rywalizacja mocarstw w pluszowej formie jest ujęta. Wszystko niemalże zostało schematycznie i najjaśniej jak się dało skrojone podług łopatologicznej filozofii dla fast foodowej publiczności. Oj boli strasznie takie traktowanie intelektu widza (mam tu także siebie na myśli :)), który to pomimo naturalnej sympatii dla sojuszników zza Atlantyku, czuje się jak na spędowej wyprzedaży najlepszych produktów po najniższej cenie, znaczy naiwny łyka i nawet popijać nie musi. Spróbuje jednak odnaleźć pośród patosu, tego całkowitego braku scen dojrzałą emocjonalność poruszających na rzecz (mistrzu litości) szablonowej patriotycznej miałkości jakieś pozytywy. I zauważę, że plastyczne odtworzenie rzeczywistości, praca scenografów i speców od strony wizualnej dała radę. Role mimo, że nie oscarowe to warsztatowo bez jakiejś żenady, ale to przecież Hollywood i przedstawiciele kina spod tego sztandaru sroce spod ogona nie wypadli - tak sroka występuje w tym tekście po raz drugi. :) Niemniej jednak ja z kina wychodząc już dawno nie czułem się tak rozczarowany i ubolewam, że zamiast przeżyć coś wyjątkowego wpychany byłem w objęcia Hypnosa lub innego Morfeusza. Wstydu wielkiego Spilbergowi Bridge of Spies nie przynosi, tym bardziej chwały oszczędza. Daje jednak pewną szansę na przyszłość, bowiem jest u nas w kraju potrzeba nakręcenia Wielkiej Hollywoodzkiej Produkcji o Polskim Bohaterstwie Narodowym. Sugeruję niniejszym Panu Stevenowi złożenie aplikacji u Pana "Prezesa Polski" - z takim obecnie prezentowanym potencjałem węszę tutaj dla niego sporą szansę. Zrzutkę zrobim i wtedy na mur, beton Oscara zgarniem.

piątek, 27 listopada 2015

Artificial Intelligence: AI / A.I. Sztuczna inteligencja (2001) - Steven Spielberg




Bohaterami mechy, powołane do egzystencji z egoistycznych ludzkich pobudek, dla zaspokajania potrzeb bez względu na koszta. Niby temat wielokrotnie w kinie podejmowany, niby wyeksploatowany do cna, a jednak w tym spielbergowo-kubrickowym ujęciu ma w sobie coś więcej, ponad futurystyczną formę. Zamiast taniego efekciarstwa, dominuje dojrzała filozoficzna baśń traktująca o konsekwencjach i za nie odpowiedzialności. Wykorzystująca wątki z klasycznych powieści dla dzieci - nawiązania do Pinokia i Czarnoksiężnika z Krainy Oz są osią wokół której zbudowana wartościowa lekcja człowieczeństwa, paradoksalnie przez maszyny reprezentowanego. Chłopiec z drewna przez mistrza wystrugany, tutaj we współczesnym kształcie się objawia, jako cud technologiczny oparty na światłowodach - będący zarazem triumfem myśli naukowej jak i porażką nowoczesnego człowieka ulegającego "archaicznym" emocjom. One pomimo lat ewolucji wciąż największą jego słabością i kolejnym krokiem w stronę samozagłady, gdy uleganiu im tak duże możliwości kreacyjne w sukurs przychodzą. "Pinokio" marzy i tęskni, poszukuje i w tej "dłuuugiej" podróży mnóstwo doświadczeń zbiera - uczy się na własnej syntetycznej skórze, rozczarowania i upokorzenia przeżywając. Dociera w końcu do miejsca, gdzie jego potrzeby zostają zaspokojone - on tam nie jest dla mamusi, to mamusia jest dla niego. Piękny, bo przede wszystkim wzruszający to film, dojrzały gdyż do szlachetnych wartości się odwołujący, intrygujący jako że pobudza wyobraźnie i daje powód do głębokich przemyśleń. Tutaj Spielberg jako kreator z pewnością jest organiczny, w żadnym stopniu mechaniczny. 

P.S. Na marginesie to jeden z nielicznych filmów, gdzie Jude Law ze swoim zautomatyzowanym aktorstwem pasuje. Sztandarowy przykład kiedy ta kompatybilność roli i aktora jest tak wyraźnie dostrzegalna. I jeszcze jedno, ten łebek w roli Davida, chyba w swoim czasie wszystkim maniakom kina tak doskonale znany, daje tutaj taki popis, że czapki z głów - musiałbym go skaleczyć, by dowód zyskać, że on nie jest z tworzywa.

czwartek, 4 grudnia 2014

Schindler's List / Lista Schindlera (1993) - Steven Spielberg




Bez jakichkolwiek wątpliwości to numer jeden w bogatej filmografii Stevena Spielberga. Dzieło wybitne, a może nawet więcej, bo to nie jest zwykły film – to przekaz dla potomnych! Realistyczny obraz swoistej apokalipsy wywołanej przez ludzi, przeciwko ludziom. Wstrząsający fabularny zapis niewyobrażalnej masowej zagłady, okrucieństwa, bestialstwa, ale i ludzkiej siły. Wszystko przez pryzmat dwóch postaci, dobrego i złego Niemca - Oskara Schindlera i Amona Goetha. Miał Schindler klasę, pewność siebie, czar, spryt i inteligencję. Nawiązywał z łatwością kontakty, budził zaufanie, kapitalnie poruszał się w nazistowskiej rzeczywistości. Robił wymierne interesy, a przy tym prezentował fundamentalne ludzkie odruchy. Amon Goeth zaś oprawcą bezlitosnym, potworem w ludzkiej skórze, pazernym prostakiem i pijakiem. Aroganckim aparatczykiem i katem w którym okoliczności okupacji najkoszmarniejsze cechy obudziły lub jedynie zintensyfikowały ich rolę. W tej relacji szczęśliwie Schindler zimną krew zachowując, sprytem i znajomością ludzkich dusz się wykazując, coś więcej prócz egoistycznej potrzeby triumfu zyskał. On czystego dobra dokonał, uratował ponad tysiąc istnień na pewną zagładę skazanych. Niezwykła to historia i mistrzowskie jej ukazanie poprzez symboliczne sugestywne zabiegi (dziewczynka w czerwonym płaszczyku), poruszające sceny z dziećmi w rolach pierwszoplanowych czy też formę w czarno-białych kadrach zamkniętą. Ludzkich dramatach odbitych w przerażonych twarzach, nieznośnych lamentach, przeraźliwym płaczu, bezradności i instynktownych aktach ratunku. Z warsztatowymi majstersztykami aktorskiej biegłości, jakich Ralph Fiennes i Liam Neeson autorami, z wybornymi zdjęciami Janusza Kamińskiego i obrazowa muzyką Johna Williamsa. To we wszelkich detalach wyjątkowa produkcja, wzruszająco w finale spięta klamrą symbolicznego złożenia hołdu Schindlerowi – trzy godzinna lekcja człowieczeństwa, która na wieczność ślad pozostawia.

niedziela, 28 września 2014

Catch Me If You Can / Złap mnie, jeśli potrafisz (2002) - Steven Spielberg




Zabawa w kotka i myszkę, znaczy Tom i Jerry tylko zamiast w formie kreskówkowej to w fabularnej. Myszka gra kotku na nosie, zawsze o krok przed kotkiem. I kiedy kotek już przekonany, że myszkę dopadnie to ten gryzoń fartownym zbiegiem okoliczności, instynktem, a może przebiegłością i inteligencją kotka w pole wyprowadza. Jednak kotek cierpliwy, kotek metodyczny, a myszka tak pewna siebie, że łapka się jej w końcu podwija i myszka kotku w pazurkach ląduje. Tyle, że ta długotrwała zabawa relacje pomiędzy bohaterami zmienia. Kotek już nie jest wyłącznie myśliwym, a myszka szkodnikiem. Kocurek sympatią i wyrozumiałością do myszki zaczyna pałać, a myszka więź tą na skutek empatii powstałą akceptuje. Tym sposobem z wrogów kamratami się stają, a bogate wydarzenia z przeszłości bardzo solidnym spoiwem tej przyjaźni. :) Taką „bajeczkę” na faktach Spielberg sprzedaję, na pozór banalną i naciąganą, łatwą i przyjemną w odbiorze, w lekkiej formie zamkniętą. Jednako w tym rozrywkowym kinie sporo do odkrycia, gdy wśród niezobowiązującej dobrej zabawy zauważy się bogatą psychologiczną czy socjologiczną warstwę. W komedii dramat i dramat w komedii. Technicznie jak to mistrz Spielberg zdążył przyzwyczaić bez zarzutu, z warsztatem kompletnym w formule hollywoodzkiej super produkcji. I gdyby jeszcze prócz tej szablonowej poprawności odrobinę niekonwencjonalnych rozwiązań przemycić to obraz świeżości by nabrał, a tak to tylko i wyłącznie kolejną produkcję z markowej linii made in Spielberg otrzymałem. Ikona podjada swój ogonek już od czasu jakiegoś. ;) 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Lincoln (2012) - Steven Spielberg




Steven Spielberg to bez najmniejszych wątpliwości w Hollywood człowiek instytucja, zatem nominacje do Oscara z obowiązku mu są przyznawane, szczególnie gdy kręcona przez niego produkcja pełna tematycznie typowego amerykańskiego nadęcia. Wtedy to pojawiają się pytania w środowisku filmowym, czy one wynikiem jedynie posiadanego nazwiska i statusu czy może ich pochodzenie związane z jakością jaką w konkretnym przypadku obraz stworzony reprezentuje. Lincoln w moim przekonaniu nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi, bo i z pewnością zarówno tematyka jak i sam obraz szczególnie ważny dla obywateli tej różnorodnej hybrydy Ameryką potocznie nazywanej. Ale i od strony technicznej to kinematograficzny wzór profesjonalizmu. Absolutnie nie ma się do czego przyczepić – zwyczajnie ogromne doświadczenie procentuje. Zdjęcia, scenografia, kostiumy czy charakteryzacja o jakości wybornej. I co w tym konkretnym przypadku istotne w górę w kwestii wrażenia ciągną go niezaprzeczalnie fenomenalne kreacje aktorskie Daniela Day-Lewisa jak i całej plejady wyśmienitych ról drugoplanowych, jakie udziałem Sally Field, Tommy Lee Jonesa, Davida Strathairna czy Hala Holbrooka. Jest rozmach ale i sporo szlachetnej klasycznej teatralnej maniery, dialogów w anturażu szerokiej, bogatej sceny. Pełnego skupienia produkcja Spielberga wymaga, szczególnie gdy historia Stanów Zjednoczonych dla widza nieznana, lub jedynie fragmentarycznie liźnięta. Polityczne rozgrywki tu główną osią wydarzeń, rodzaj gry strategicznej jakie działania postaci kluczowych przypominają. Tylko tu kupczenie, przekupstwo, można by rzec brudna polityka i niecna strategia dla szczytnego celu – jak określono „korupcja wspierana przez najuczciwszego z Amerykanów”. Gdzieś na marginesie jednak o wartości istotnej tutaj także relacje Abrahama Lincolna z żoną i synami pokazane w pełnych emocji scenach. W poważnym temacie nie omieszkał Spielberg też wtłoczyć odrobiny humoru, takiej nutki żartobliwej ożywiającej pewną jednostajną, a przez to trochę monotonną narrację. Niestety wadą tego obrazu zbytni patos w wielu scenach się sączący, taki co tą charakterystyczną dla Amerykanów przypadłość sprowadza do drażniącej niestety maniery. I jak tu całościowo ocenić tą super produkcję? Myślę że należałoby się wszelako wznieść ponad pewną perspektywę, bo jeśli przykładowo Lista Schindlera uznawana nie tylko przeze mnie za arcydzieło, ten podniosły klimat końcówki posiadała, a nie zmienił on pochlebnej opinii, to zbytnio napompowane finałowe sceny z Lincolna też powinienem podobnie potraktować. Nie zrównuje jednako obu produkcji, bo obraz o holocauście wstrząsnął mną bezwzględnie, a losy ustawy znoszącej niewolnictwo bardziej takie w wersji light podane. Zwyczajnie uważam, że powinienem być wobec ostatniej mistrza produkcji uczciwy – i tak czynię.

Drukuj