Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.
sobota, 4 lipca 2026
niedziela, 11 sierpnia 2024
Duel / Pojedynek na szosie (1971) - Steven Spielberg
Sprawa jest poważna, oto bowiem notka o debiucie (jeśli jestem w błędzie to fuck) pełnometrażowym ikonicznego, a wówczas zaledwie 25-letniego Stevena Spielberga, czyli filmie nakręconym w zaledwie 4 lata przed legendarnymi Szczękami i tak sobie myślę, że jednak przeskok jakościowy jest spory, choć w sumie Pojedynkowi w swoim gatunku nic nie brakuje. Jest poniekąd nawet silniej ryjący beret, bardziej odważny, dosadny i tak dalej i tym podobne, jednak znacznie surowszy produkcyjnie oraz swobodny i narracyjnie bliżej mu do bezpośredniości pierwszego Mad Maxa, czyniąc go bodaj protoplastą gatunku, niż mega hollywoodzkiemu sznytowi Szczęk. Gówniarz „Stivi” marzył i sobie wymarzył realizację snu o karierze reżyserskiej, ale że ten młodociany romantyk kina zaczął od filmu tak ekspresyjnego szczególnie wizualnie, to byłem zaskoczony. Broni się ta rzeczona ekspresja nawet dzisiaj realistycznymi sekwencjami drogowymi i opierając wyłącznie na kaskaderskich efektach zachowuje autentyzm, co wielu późniejszym obrazom w których pokuszono się o użycie raczkującego CGI, ta technologia teraz wychodzi bokiem. Jesteśmy świadkami mega ciśnienia, akcji tu i teraz, a motywacje oprócz zasugerowania emocjonalnego stanu prześladowanego są nam obce. Oglądasz człowieku siedząc jak na szpilkach, bowiem oddziaływanie napięcia w elemencie psychologicznym ma moc porażającą i wręcz fizycznie w dodatku czujesz tą prędkość i niszczycielski potencjał rozpędzonej stali. Efekt jest brutalnie prawdziwy i nie dziwisz się że czymś takim Spielberg otworzył sobie szeroko pierwsze (dobra drugie) ważne drzwi do jak się okazało gigantycznej kariery. Sięgnął po pewniaki, czyli sztuczki, inaczej sporą ilość klasycznych suspensowych filmowych zagrywek by podnieść poziom adrenaliny, dopieszczając każdy także detal, bo można by przez lata lekko znudzić się szołmeńską manierą Stevena, ale ani na starcie ani na koniec kariery nie można o jego dziedzictwie napisać, że tworząc nie starał się obsesyjnie, aby widz przede wszystkim dobrze się w kinie bawił i potrafił jeszcze do niedawna w atmosferze ciemności i jedynie puszczonego z okienka snopu światła na ekran zapomnieć. Poza tym dodam jeszcze, iż po odświeżeniu Pojedynku widać wyraźnie jak to kino się przez te 50 ponad lat zmieniło - także oczywiście spielbergowskie, nie biorąc naturalnie pod uwagę, że nakręcił on tego stuffu tyle i w tylu gatunkach, iż mimo stylistycznej odmienności, to zawsze nie trudno było dostrzec, że to jego film - taki ten jego sznyt charakterystyczny! To też (podkreślę jeszcze raz) wzór, jakby szablon do w późniejszym czasie wykorzystania i wyeksploatowania, a najbardziej z tych akcji na szosie pamiętam taką bodajże z lat dziewięćdziesiątych z Kurtem Russellem. Mam tytuł na końcu języka - proszę mi pomóc i za niego pociągnąć. :)
poniedziałek, 3 kwietnia 2023
Close Encounters of the Third Kind / Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977) - Steven Spielberg
piątek, 24 marca 2023
The Fabelmans / Fablemanowie (2022) - Steven Spielberg
Tak, to jest to! Staroszkolne kino z wdziękiem wykorzystujące współczesne możliwości techniczne atrakcyjnego dla oczu montażu, postprodukcyjnej obróbki obrazu ogólnie i przede wszystkim zniuansowanej operatorki. Przepięknie wygląda, hipnotyzuje tak wizualnie jak urzeka cudownie nostalgiczną historią, wspaniale wplatając w opowieść o rodzinie i młodzieńczej pasji, motywy i sugestie inspiracyjne dla największych przebojów Spielberga. Oczarowała mnie ta historia, opowiedziana ciepło i subtelnie. Doskonale zbilansowana, ukazująca z dojrzałej perspektywy także wszystko to, co nie było idealne w dzieciństwie największej myślę dotychczas gwiazdy mainstreamowej reżyserii - dzisiaj już wiekowo posuniętej, a mimo to kwoki dla hollywoodzkiego przemysłu filmowego znoszącej wciąż wyłącznie złote jaja. Mamy dzięki Fabelmanom do czynienia oczywiście z introspektywnym spojrzeniem Spielberga na własne dojrzewanie jako człowieka i jako pasjonata. Bez jednak odrobiny megalomanii, najmniejszego nadęcia - harmonijnie wiążąc wątki dramatyczne z pozytywnym przesłaniem, budującymi wspólnie doznanymi doświadczeniami emocjonalnymi osobowość mistrza obiektywu. Tutaj po raz kolejny potwierdza się narracyjny geniusz Spielberga, bowiem Fabelmanów ogląda się niczym uzbrojoną w wartościowe przesłanie i puentę baśń klasyczną, a jednocześnie trudno jej zarzucić jakiekolwiek odpływanie w przesadę metafor czy braku autentyzmu, gdyż eteryczna wręcz poświata archetypicznej kinowej magii, idealnie splata się ze wzruszającym realizmem relacji międzyludzkich (z naciskiem na matka-syn-ojciec oraz tata-mama-wujek Bennie). Kameralnie, lecz i jednocześnie z rozmachem, bez efektów za miliony, bo widowiskowość Fabelmanów opiera się na finezyjnym wykorzystaniu barwnego tła z całym dobrostanem detali w najczystszej formie prostoty podniesionej do rangi ekscytującej sztuki. Już za samą obsadę w postaci pary Williams/Dano na starcie Spielberg zdobywa maksymalna liczbę punktów i ani jednego w czasie seansu nie traci, bo kino autobiograficzne w jego autorskim wydaniu staje się wzruszającym testem na prawdziwie szczerą wrażliwość, nie rezygnując z kapitalnego poczucia humoru (genialny monolog wuja Borisa i scena finałowa z Davidem Lynchem to nie tylko aktorskie majstersztyki). Te emocje to może i banał/truizm/frazes, ale też prawda którą należy podkreślać, kiedy X muza w tak czystej formie dzięki fantastycznemu aktorstwu pozwala je przeżywać. W tym miejscu dodatkowe gromkie oklaski dla Michelle Williams, która mimicznie wchodzi na taki poziom sugestywnej wyrazistości (scena z szafy wyrwie wam serce), iż uznaję, że w tym roku bezczelnie ograbiono ją z należnego jej Oscara. Te pełne empatii oczy bezdyskusyjnie na niego zasłużyły, a Fabelmanów jako dzieło wybitne i istotę kina, historia zapamięta zdecydowanie na dłużej niż bohatera tegorocznej gali oscarowej.
poniedziałek, 6 czerwca 2022
West Side Story (2021) - Steven Spielberg
Nostalgicznego hollywoodzkiego kołowrotu ciąg dalszy systematycznie następuje i idąc za ciosem kolejne mega dochodowe produkcje z przeszłości są poddawane kompletnej rewitalizacji. Do nowych wersji hitów sprzed lat już zdążyłem więc przywyknąć, tak samo jak do kontynuacji tego rodzaju opowieści. I jak mam pewne zasadnicze wątpliwości w kwestii powstawania tych wszystkich dwójek, trójek czy czwórek blockbusterowych, to akurat w przypadku kręcenia nowych wersji tego samego, ale akurat nakręconego tak dawno, że jakoś nigdy oka zawiesić nie miałem okazji, to pretensji nie zgłaszam. Bez pomysłu na nowe West Side Story pewnie nigdy bym historii miłości Marii i Tony'ego nie poznał, a to byłby błąd i strata czegoś w kinie wzorowanym na zamierzchłym, a teraz poddanym nowoczesnym trendom technicznym fundamentalnego. Tak zatem mógłbym teraz deklarować że jak nowe mnie kupiło, to oryginał obowiązkowo obejrzę! Tak też powinienem w tym miejscu zrobić, ale nie obiecuję! Chyba że zbieg okoliczności sprawi, iż któregoś weekendowego popołudnia natrafię na tegoż telewizyjną emisję, lecz pomimo zrodzonej sympatii nie zrobię tego umyślnie, przeszukując teraz źródła dostępu! Nie jest to wina samej historii ani tym bardziej plamy jaką miałby dać Spielberg, a oczywiście jak na fachowca z ekstraligi jej nie dał. Powód jest taki banalny i powiązany z coraz częstszym dla klasyki brakiem miejsca w codzienności. Natomiast dzięki temu co uczynił Spielberg mam okazję oraz nie mam wymówki i kropka. Odświeżenie niekoniecznie oryginalnej i tym samym potwornie istotnej dla historii kina produkcji sprzed już ponad sześćdziesięciu laty, to zasadniczo jeden do jednego jej skopiowanie, jednocześnie tejże oddanie wręcz czołobitnego hołdu, bowiem ogląda się te kadry tak jakby były żywcem wyjęte z epoki, a rytm w jakim wszystko tu wiruje, tak dzięki warsztatowej jak i technologicznej sprawności ekipy technicznej i tej odpowiedzialnej za zawartość artystyczną, to tak samo piękne i przewidywalnie oczywiste zarazem. Dla oczu jednak wrażenia cudne i dla uszu (piosenki wyświechtane, a ładne) podobne, bowiem choreografia, kostiumy i charakteryzacja. Bowiem scenografia, kamer praca i montaż zapierają dech w piersiach i cudnie uwrażliwiają na kino czarujące jego pierwotną magią. Muzyka, taniec śpiew i zakochanie. Niby tak banalne, a pięknie w widowisko zaaranżowane robi fantastyczne wrażenie i zyskuje moją dużą sympatię. Spielberg doskonale pamiętał jak był smarkaczem i jakie kino z jego młodości go ukształtowało pod względem estetycznej wrażliwości i dzisiaj mając te ponad siedemdziesiąt lat spełnił własne marzenie z dzieciństwa, absolutnie nie dając pretekstu by napisać iż stary dziad spierdzielił film o młodzieńczej pasji. Zasługuje mistrz na owacje na stojąco, ale jeszcze bardziej (podkreślam raz jeszcze) ci wszyscy otaczający go spece od kwestii wizualnej, gdyż bez ich warsztatu i oka, to odgrzewanie tego co już przecież Szekspir przy okazji Romea i Julii światu podarował, nie wyszłoby tak prozaicznie, a ślicznie.
P.S. Pewnie zachodzicie w głowę, jak to niby pierwowzoru nie widział, a pół tekstu oparł na porównaniach nowego do starego! Mianowicie nie widział, ale widzieć nie musiał, bowiem nowe w stu procentach wygląda jak wszystko archaiczne (nawet ci aktorzy) i tylko kamer wygibasy i montażysty esy floresy wskazują wiek XXI jako czas powstania.
czwartek, 3 lutego 2022
Amistad (1997) - Steven Spielberg
Sprawa bodajże z 1839 roku, dotycząca zatrzymania grupy niewolników, którzy po wybuchu buntu na hiszpańskim okręcie dotarli do wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Młoda amerykańska demokracja z przełomowym raczkującym systemem ideowych sądów, wciąż istniejące niewolnictwo i interes korony hiszpańskiej. Doskonała jak na ówczesne okoliczności obsada i za kamerą sam Steven Spielberg wspierany przez naszego operatora rodaka, a obraz jako całość bardzo klasyczny i jak prześledziłem współczesne opinie w swojej kategorii urosły już do statusu niemal ikonicznego. W nim kwestie natury społecznej i moralnej plus ambicje i polityczne rozgrywki w których stawką między innymi reelekcja i przywództwo, a w środku tej przepychanki ludzie sprowadzeni do pojęcia rzeczy/towaru. Zrealizowany z charakterystycznym spielbergowskim rozmachem produkcyjnym i należną aby wzbudzić emocje porcją jankeskiego patosu, ale też momentami zaskakująco surowy i brutalny, więc potwornie wstrząsający, tudzież poruszający, nawet gdyby zabrakło hollywoodzkiego sznytu. Dla równowagi i by nie pozbawić go potencjału mega hitu, ten zabieg zrozumiały, a dzięki wyczuciu formy jakiego chyba nigdy Spielbergowi nie zabrakło, nie przynosi poczucia obcowania ze skrojoną tylko pod potrzebę spieniężenia tematu, intencyjnie więc podejrzaną produkcją. Jest tu kilka ujęć o wymowie symbolicznej i wzniosła idea i nawet jeśli ta idea została podkoloryzowana, to jej fundament szlachetny, w tym przypadku bezpośrednio wpływający na bieg historii błyskawicznie zmierzającego do światowej dominacji nowego świata. Warto o tym wiedzieć, tak jak o tym że Amistad to wartościowe i całkiem słusznie bez przesady docenione (cztery oscarowe nominacje), lecz jak w zdecydowanej większości filmów Spielberga bardzo wyważone lub wręcz zachowawcze kino, przez co naturalnie dalekie od określenia dzieło.
środa, 28 lipca 2021
The Sugarland Express / Sugarland Express (1974) - Steven Spielberg
Na autentycznych wydarzeniach (jak dowiadujemy się z czołówki) oparta ta dość nietypowa jak na Spielberga opowieść. Jak ktoś gdzieś słusznie zauważył "nieskażona jeszcze spielgieryzmami", bardzo dobra debiutancka produkcja, która siedzi głęboko w kinie drogi, ale nie stroni też od najlepszych cech dramatu psychologicznego. Najbardziej nietypowe jednak jest to, iż Goldie Hawn u progu kariery niekoniecznie wyłącznie była związana z banalnymi komedyjkami, względnie komediami o profilu mało realistycznym - lecz co nie wyklucza, że warsztatowo bardzo dobrymi. Przyszła słodziutka gwiazda podobnie jak Spielberg startowała wówczas głównie z pułapu seriali telewizyjnych, choć prawdę mówiąc w kinie już jako dziecię coś zagrała. Spielberg zaś wcześniej miał tylko na koncie telewizyjne produkcje, a ten powyższy debiut kinowy (co tu ściemniać) wypadł znakomicie i mimo że prawdziwe sukcesy komercyjne przyszły już za moment za sprawą kultowych Szczęk, to The Sugarland Express posiada w sobie nawet więcej cech za które jestem skłonny bez przymusu go szanować. Pierwsza to klimat - ten szczególny kina z początku lat siedemdziesiątych. Po drugie z wartością dodaną w postaci amerykańskiej prowincji w kinie drogi, gdzie setki radiowozów w pogoni sfrustrowanymi uciekinierami. Po trzecie, na finał (najważniejsze), wiarygodny wgląd w ówczesnej młodzieńczości bezkompromisową fantazję, która tylko tragedie mogła na nich sprowadzić. W skrócie prawdziwego życia wersja trochę light, trochę hard - mimo to zakończona jak w prawdziwych opowieściach bywa bez klasycznego happy endu. Bonnie i Clyde przede wszystkim i tacy Mickey i Mallory ciutkę. ;) To taka szybka rozkmina - tak po dziewiczym seansie TSE widzę. :)
środa, 21 października 2020
Munich / Monachium (2005) - Steven Spielberg
Ponad moje siły jest teraz napisać coś nowego, tym bardziej oryginalnego o produkcji Mistrza filmowego
mainstreamu, kiedy na stronach bloga powiesiłem już chyba naście quasi reck w
temacie jego kinowego dziedzictwa. Zatem poniższy wywód będzie miał wyłącznie
status oczywistego obowiązku dla potrzeb uzupełnienia archiwizacyjnego z kilkoma niestety naturalnie nasuwającymi się w tekście banałami poczynionego – bo jak inaczej? To jest ta kategoria spielbergowego dzieła, która za
żadne skarby mnie się akurat nie znudzi. Rozbudowany do rozmiarów niemal
epickich obraz, nakręcony na podstawie prawdziwych wydarzeń i oczywiście jak
to tradycyjnie i konsekwentnie legenda czyni, zdarzenia powyższe kamerą uchwycone, już same w sobie dramatyczne, zostają odpowiednio przez zarówno styl jak
i hollywoodzką machinę wzbogacone o wszystkie pierwiastki celujące w
uatrakcyjnienie przekazu, ale i nie zaniedbujące jego waloru historyczno-kronikarskiego.
Kulisy zakrojonej na odpowiednio skuteczną skalę profesjonalnej konspiracyjnej akcji
izraelskiego wywiadu, eliminującej osoby powiązane z terrorystami będącymi mordercami
izraelskich sportowców podczas monachijskich igrzysk olimpijskich w roku 1972, stanowią więc podbudowaną politycznie szpiegowsko-sensacyjną opowieść o zemście i konsekwencjach funkcjonowania w potrzasku akcja-reakcja - oko za oko, ząb za ząb. Film jest więc dziennikiem w którym Spielberg od strony warsztatowej doskonale odhacza kolejne konieczne zabiegi Mosadu, których motywacją jest rzecz jasna wendeta. Żeby
zrobić jednak angażując dramat sensacyjny należy silnie widza z bohaterami zaprzyjaźnić, by
emocje z ekranu wyraźniej dotykały każdego z nich. To Spielberg od zawsze
wiedział doskonale i za każdym razem skutecznie tą zasadę w życie wprowadzając
odnosił w branży sukcesy. Monachium nie jest w tym względzie w najmniejszym
stopniu wyjątkiem. Jest wszystkim tym czego można zawsze po Spielbergu się spodziewać i nic poza tym. A i tak kino to na piątkę z plusem.
P.S. Jak widać tematu wiecznego konfliktu arabsko-żydowskiego nie podjąłem. To mętlik makabryczny przez który cierpią i wciąż z pewnością jeszcze będą cierpieć tysiące, a może wręcz miliony. Węzeł gordyjski z definicji nie do rozplątania. Po cholerę więc problematykę rozgrzebywać – tym bardziej z perspektywy na szczęście niezaangażowanego bezpośrednio marginalnego obserwatora o niewystarczającej przecież wiedzy teoretycznej.
środa, 30 września 2020
Jaws / Szczęki (1975) - Steven Spielberg
To nie będzie zwyczajna recenzja, to będzie recenzja, która musowo musi się znaleźć u mnie na blogu, a problem polega na tym, że chce ją mieć, ale nie wiem co oryginalnego mógłbym napisać o filmie o którym wszystko co możliwe w najróżniejszych konfiguracjach zostało już napisane - a do tego z pewności nikt już nie czeka na kolejne powtarzanie banałów. Zatem piszę, bo powinienem, bo chcę mieć już ten koszmar za sobą, ale czytać w zasadzie nikt nie musi, bo nie ma po co. Odleżał się nawet szkic tego tekstu kilka miesięcy od ostatniego spotkania z gumowym mega sharkiem, więc presja by w końcu coś naskrobać przymusiła mnie do działania - wyrzucę nareszcie truizmy i będę miał spokój. Wale więc w klawiaturę pod wpływem nagłego impulsu błyskawicznie - klecę zdania bez takiego jakbym sobie życzył przekonania. Wyszło tak sobie, ale tego się spodziewałem - o tych filmach, które nie znalazły miliardowej publiczności napiszę jak sobie życzę z pewnością ciekawiej, a tą autorską kopię kopii reck o Szczękach teraz znajdziecie w postscriptum. Tak to może wyjdzie inaczej, a może tak bez sensu.
P.S. Od tego na całego Spielberg wbił się w hollywoodzki mainstream, nie ma bowiem od tamtego czasu kinomaniaka (albo więcej, nie ma takiego w wieku zaawansowanego człowieka), który kilkadziesiąt razy nie załapałby się na lep w postaci emisji Szczęk w telewizji. Ja też od zwykłego szarego zjadacza popkultury zasadniczo się nie różnię, stąd wielokrotnie w mniejszych lub większych fragmentach, od reklamy bądź do reklamy oglądałem. Ale tym razem w wakacyjny wieczór, po rowerowym tripie bałtyckim wybrzeżem akurat zrobiłem sobie pełną powtórkę z rozrywki, wykorzystując okazję, aby na stronach bloga przyznać należyte miejsce tej legendarnej już produkcji. I co sobie w czasie emisji pomyślałem? Pomyślałem że rekin mechaniczny jest wciąż zajebisty i nie opatrzył się, choć widać że linki i cięgna nim sterują, ale mogą temu archaicznemu mechanizmowi współcześni wygenerowani przez grafików komputerowych odpowiednicy skoczyć, taki jest fajny. Ponadto zamiast ekscytować się ilu bestia śmiałków i ile ofiar pożre, skupiłem się naturalnie na delektowaniu aktorstwem, a dokładnie nieco kiczowatymi, lecz niezwykle sympatycznymi szarżami Panów aktorów. Roy'a Scheidera dostającego kompletnego fioła (spoczywa w pokoju od 2008-ego), Richarda Dreyfussa nie mniej obłąkanego, ale bardziej zabawnego (jeszcze dycha i ma się chyba dobrze) oraz Roberta Shawa, którym gdybym mógł być to bym chciał być, taki z niego zimny kozak (od dawna niestety gryzie kwiatki od spodu, a jakby teraz żył to byłby już 93-letnim kozakiem). Reszta refleksji zagubiła się pod wpływem nagłych ataków reklam. STOP. Chociaż nie stop, jeszcze jedną zapamiętałem. Wiem ja, wiemy wszyscy, że seria z tego blockbustera powstała, ale jak to najczęściej bywa, kiedy film bank rozbije osiągając szczyty list kasowych przebojów, to trzeba koniecznie dokręcić kolejne epizody by potencjał finansowy jak gąbkę wycisnąć. Nie tędy droga, w sumie tędy droga, ale do zniszczenia kultu, szybciej czy później. Chyba jednak później, albo już, bo kto pisze takie mecyje po latach o innych szczękowych przygodach? :)
czwartek, 4 lipca 2019
Empire of the Sun / Imperium słońca (1987) - Steven Spielberg
poniedziałek, 19 lutego 2018
The Post / Czwarta władza (2017) - Steven Spielberg
sobota, 12 listopada 2016
The Color Purple / Kolor Purpury (1985) - Steven Spielberg
P.S. Nie wierzę, że są osoby które na jednym poziomie stawiają oscarowego Zniewolonego i Kolor Purpury - patrz oceny na filmwebie. Z całym szacunkiem dla całokształtu dokonań Spielberga i przede wszystkim z głębokim ukłonem wobec geniuszu McQueena.
czwartek, 12 maja 2016
Saving Private Ryan / Szeregowiec Ryan (1998) - Steven Spielberg
P.S. Patrząc na wojenne filmy, szczególnie ostatnimi czasy i biorąc pod uwagę okoliczności oraz współczesne polskie realia zastanawiam się kiedy zaczniemy uczyć dzieci, że wojna to żadne bohaterstwo, a ginący ludzie to niemal mityczni herosi. Kiedy historia ten doświadczony naród nauczy, że cierpienie, strach i bezradność to codzienność w obliczu wojny. Co to za chwała, która przelewa krew przypadkowych ofiar, co to za zwycięstwa kiedy każda strona konfliktu pogrążona we łzach.
















