Jakie fajne, zgrabne filmowe pantofelki o których bym istnieniu nie wiedział, gdybym nie miał okazji intensywnie intymnie wsłuchać się w głos kogoś wrażliwego na kino małe budżetowo, a gigantyczne emocjonalnie. Ruby Sparks mianowicie to po taniości, ale bez tandety wizualnej zrobione kino, zaprawdę powiedziawszy w gwiazdorskiej oprawie figur hollywoodzkich, ale takich co albo tuż przed wyrobieniem sobie nazwiska, tudzież tych co mogą sobie pozwolić z sympatii i dla własnej satysfakcji, rezygnując z apanażów kosmicznych, zagrać w obrazie bez gigantycznego kapitału. Super że co niektórym wielkim palma nie odbija, sodówa kompletnie nie odbiera artystycznych ambicji i wrażliwości, więc ja tu z tego miejsca przesyłam ukłony szacunku dla Annette Bening i Antonio Banderasa, docierając pominąwszy kwestię obsady i obsady motywacji do tego co w kinie ciepła i wysokiej, ale nieprzegiętej wartości duchowo-intelektualnej podanego najważniejsze. Poczucie milusiego komfortu i wątki, tak wątki i ich interpretacje jakie się w głowie pojawiają tak w trakcie seansu, jak po wybrzmieniu ostatniej nutki, gdy napisy końcowe z ekranu znikają. W tym przypadku z pomysłu w zasadzie dość banalnego wykrzesano w scenariuszu całą, zaskakująco szeroką paletę analitycznych ścieżek, które nie dotykają jedynie samej powierzchni problematyki, ale pomimo formuły raczej lekkiej bowiem osadzonej w stylistyce młodzieńczej komedii romantycznej, to docierają głębiej i wiążą ze sobą motywy psychologiczne w bardzo przemyślany sposób. Mega przyjemne kino, z dobrym poczuciem humoru, zaprzyjaźniające widza z bohaterami emocjonalnie i koncept przebiegły sfinalizowany uważam idealnie skorelowanym z intencją motywacyjną finałowym happy endem - może banalnym, ale dlaczego niby historie uczuciowe miałyby się nie kończyć cukierkowo, gdy pod lukrem nadzienie raczej o posmaku intrygująco skomponowanym. Piękna fantazja, niekoniecznie nie stąpająca jednak mocno po twardej powierzchni i bardzo uroczo oraz trafnie sportretowany tak narcyzm artysty, jak i tego samego artysty zakompleksienie, wyrzucające go poza orbitę realizmu w eskapizm izolacyjny i tym samym przygnebiającą świadomość samotności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valerie Faris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valerie Faris. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 maja 2025
poniedziałek, 28 stycznia 2019
Little Miss Sunshine / Mała Miss (2006) - Jonathan Dayton, Valerie Faris
"Mała Miss
Słoneczko", czyli niemal zewsząd zachwalane wartościowe i ciepłe kino dość
niezależne, bo zrealizowane względnie niewielkimi środkami finansowymi, za to z
duża pasją i co najistotniejsze o czymś ważkim. Realizacyjnie bardzo poprawne,
ale nie schematyczne - aktorsko zdecydowanie na wysokim poziomie i
charakterystycznie, gdyż każda z postaci tego ambitnego kina familijnego to
osobne uniwersum osobowościowe, bardzo ciekawie przez większe lub mniejsze
gwiazdy współczesnego kina ukazane. Tatuś niespełniony zawodowo marzyciel,
mamusia zabiegana i pragmatyczna za wszystkich, braciszek emo-depresyjny,
dziadek sarkazmu ucieleśnienie i wreszcie wujek gej przez partnera porzucony o
skłonnościach autodestrukcyjnych. W centrum zaś ona, bardzo bystra, niezwykle czarująca
ale trochę pulchniutka i z wadą wzroku kandydatka na miss w kontrowersyjnym
konkursie piękności dla rozkapryszonych córek zaburzonych matek. Innymi słowy
taka oto sytuacja - wyjątkowo niestandardowa (a może jednak nie?) komórka
społeczna definiowana jako rodzina, w takich abstrakcyjnych okolicznościach
sytuacyjnych odczytywanych jako cyrk na kółkach, dodatkowo jeszcze poganiana
presją czasu rozumianą jako stres, w intensywnie wypełnianym zbiegami
okoliczności tyglu akcji w sensie zabawnych improwizacji. :) W zasadzie
wszystko idzie nie tak, aż wrze od wewnątrzrodzinnej charakterologicznej
niespójności indywidualności, pech za pechem prześladuje rodzinkę skupioną na
zrealizowaniu dziecięcego marzenia i jeszcze jeśli ktoś uznałby iż to
za mało, to w międzyczasie prawdziwa tragedia ich dopada. Mimo wszystko prą do
przodu uparcie, a wszystkie nieszczęścia po drodze przekuwają w niezwykle
pouczającą lekcję dla każdego z siebie z osobna i dla wspólnoty jako całości.
Po części poruszającą i po części rozśmieszającą lekcję wyrozumiałości i
odporności - lekcję empatii i człowieczeństwa, lekcję szacunku i miłości, po
prostu praktyczną lekcję życia, którą każdy odpowiedzialny rodzic powinien
podarować swoim pociechom aby przygotować je do stawiania czoła wyzwaniom
otaczającej rzeczywistości i wzbudzić w nich poczucie własnej wartości.
piątek, 26 stycznia 2018
Battle of the Sexes / Wojna płci (2017) - Jonathan Dayton, Valerie Faris
Szowinistyczna świnia i kudłata
feministka - tak bardzo mocno w cudzysłowiu, z przymrużeniem obu oczu, na przeciwko
siebie w rywalizacji bardziej w sensie szołmeńskiej zabawy, niż sportowym
oczywiście. Pokazowy mecz tenisowy, który gdzieś tam przed laty zaistniał, w
schyłkowych czasach rewolucji obyczajowej, jako swego rodzaju dość kuriozalny
symbol starcia konserwatyzmu z postępowością. Historia to oparta na
autentycznych wydarzeniach i taka o której znaczeniu szybko zapomniano, bo zwyczajnie
nie niosła ze sobą silnych argumentów, a była rodzajem pajacowania z jednej i
ambicji ponad miarę z drugiej. I gdyby nie rozwinąć wątku różnic płciowych w
sensie czysto biologicznym do fizyczności się odnoszącym, to ciężko byłoby
jakikolwiek w miarę obły tekst wyskrobać. Była to bowiem produkcja filmowa w rodzaju
tych, co się ją obejrzy i niewiele po niej zostanie. W sensie wartości
warsztatowej i zapewne także oczekiwań producenta wespół z ekipą wykonawczą, która poza szablonowość stargetowaną dla multipleksów z widownią wyposażoną w popcorn i colę nie wyszła.
Jest po prostu ok, nic ponadto, bez żadnego zrywu emocjonalnego, bez
finezyjnych zagrywek, zmian tempa, najmniejszych interwałów. Bez potu, tym
bardziej ofiarności, z serwisem, który słabnie z każdą minutą, gdyż sił nie
starcza, aby napięcie i natężenie podnieść w temacie i z publicznością nieco
się chociaż poprzekomarzać. Siada ta opowieść sukcesywnie, miałknie od
schematycznych pomysłów i nawet tkwiące w niej kontrowersje, tak niby co nieco
pobudzane, nie zwiększają ciśnienia. Nie będę się rozwodził nad sensem całej
inicjatywy, różnice w możliwościach fizycznych płci też pominę i tylko napiszę,
że casting celny, aktorstwo przednie i efekt charakteryzacji porządny. To i tyle wystarczy, mam już tekst
na ponad dwadzieścia linijek. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


