Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lynch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lynch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 lipca 2025

The Elephant Man / Człowiek słoń (1980) - David Lynch

 

Myślę iż obok zapewne Prostej historii (domniemam tylko, nie widziałem wciąż), najbardziej to ludzki w sensie zwyczajny obraz lynchowy. Łączący w tym przypadku szlachetną kinematograficzną tradycję z momentami rzecz jasna typowej dla Lyncha psychodelii (jak podpowiadają znawcy interpretatorzy jego twórczości) z jego dodatkowo obsesją Czarnoksiężnikiem z krainy Oz. Trudno w kilku scenach nie zauważyć tejże zaawansowanej fascynacji, z jak domniemam najbardziej efektowną w tym kierunku sekwencją z teatru. Niezwykle smutny to też film o elementarnym człowieczeństwie (piękna postać Madge Kendal zagrana przez zawsze zjawiskową Anne Bancroft) w kontrze do ludzkiej podłości, kompletnego upadlania „wybryku natury”. Tytułowy Człowiek słoń, jako postać rzeczywista, to zagubione w świecie niezrozumienia odrzucone dziecko, nieprzystosowane do rzeczywistości, traktowane ze względu na swoje naiwne spojrzenie i deformacje jako w najlepszym wypadku ciekawostka, a w najgorszym jak zagrażające „normalnemu” społeczeństwu, przerażające monstrum, więc tak samo poddawane wizualnej konsumpcji w podrzędnych lunaparkach i szyderczym atakom zapijaczonej gawiedzi, jak i humanitarnie, ale jednak spostrzegane jako medyczny obiekt zdatny z zatroskanymi, mądrymi minami do wymiany opinii pomiędzy intelektualistami z wyższych sfer. Opowieść to zupełnie inna tym samym pod wszelkimi niemal artystyczno-formalnymi względami od Lyncha debiutu i prócz użycia czarno-białej taśmy, zarejestrowanych kapitalną optyką obrazów degeneracji, ja pozornie nie jestem w stanie ich na tej samej płaszczyźnie umieścić. Być może mój problem polega na tym, że Głowa do wycierania bezdyskusyjnie we mnie zrozumienia nie znalazła i totalnie jej zinterpretować po seansie możliwe nie było, więc bez czucia pracy artysty, nie jestem w stanie wyciągać jakichkolwiek merytorycznych wniosków, a tym samym porównywać na tych właściwych, głębokich poziomach analizy. Zupełnie inaczej widzę moją relację z powściągliwą charakterystyką Człowieka słonia, co świadczy o jednym, że wciąż mi nie po drodze z Lyncha wizjami, w których wodze fantazji są maksymalnie popuszczone i niestandardowy sposób myślenia czyni je przeintelektualizowanym bełkotem dla mniej widza inteligentnego. Wskazuję zdecydowanie przede wszystkim paluchem na siebie, tak jak David wskazuje oskarżająco paluchem na nas wszystkich, którym tylko się zdaje że czując się mądrzejsi od prymitywów, natychmiast stajemy się bardziej od nich humanitarni! Tak Panie doktorze Fredericku Trevesie!

P.S. Bardzo dziękuję za obecny trend wprowadzania na ekrany multipleksów klasycznych obrazów, bo zobaczyć na dużym ekranie tytuły jakich naturalnie gdy ich premiery miały miejsce nie mogłem, jak i te jakie mocno odcisnąć się w mojej świadomości przez kinową ekspozycją zdążyły (Seven), to doświadczenie ważne. Zamierzam korzystać!

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Wild at Heart / Dzikość serca (1990) - David Lynch

 

Niemal od zawsze uważałem, iż Lynch potrafi kręcić (uwieczniać obrazy tak że wręcz pod wpływem sugestii czuć zapachy towarzyszące atmosferze), ale do tej pory mam problem by uznać jednoznacznie czy potrafi czytelnie (przystępnie z pewnością nie) opowiadać historie - miotam się we własnych przekonaniach i ostatecznie poddaje się jego kultowej w branży pozycji, sugerującej reżyserski geniusz człowieka odpowiedzialnego za jedne z najbardziej wyrazistych filmów w kina historii. Nie przeczę, iż ta jego metoda narracji jest intrygująca, bo raz jazda bez trzymanki (festyn ironii, kiczu i perwersji), dwa zapadające na zawsze w pamięć postaci (ich pogruchotane psychiki, a za nimi osobne historie), bo ponadto zawsze pulsująca i przerażająca sennym koszmarem tajemnica i niedopowiedzenia - mnóstwo sugestii i detali między wierszami, ale żeby pośród tego wszystkiego arcy przerysowanego było chociaż względnie łatwo? Nikt jednak nie obiecywał że łatwo będzie, bowiem nie to by opowiedzieć, ale aby poddać biednego widza jakiemuś narracyjnemu zaklęciu zawsze Lynchowi myślę chodziło, a Dzikość serca może nie jest najbardziej dziwacznym pod tym względem jego dziełem, ale jest dziełem chyba najbardziej energetycznym i esencjonalnym - dla wielu najbliższym w jego karierze perfekcji. W sumie mógłbym teraz zamilknąć i jako szary mały rozumek kierowany wiedzą prawdziwych koneserów-krytyków oddać mistrzowi pełnym uznania milczeniem, to co jego „cesarskie”, a nawet „półboskie” i do cholery jasnej (mimo że to trudne) tak poniekąd uczynię, dodając od siebie tylko że dzięki Cage’owi Elvis i thrash metal nigdy nie były od siebie tak nieodległe (sorry Glenn D.), a Laura Dern to jakiś tutaj totalny „no nie wierzę” skrajnie różny biegunowo seksualnie hiper nadpobudliwy odpał, po tym gdy obejrzy się ją jako Lulę zaraz po roli w Blue Velvet - niesamowita metamorfoza, aktorski, cholernie odważny kameleonik. Innymi słowy jakby obsada dała d*** i nie uczyniła na ekranie solidarnie stadnej rozpierduchy (Diane Ladd o jprdl!), to być może gdzieś chyba te lynchowskie czary mary nie zahipnotyzowały, dzikie pomysły nie kąsały i sama idea wciśnięcia widzowi w gardło popieprzonej miłości by wystarczająco soczyście po prostu nie zagrała. Chcę przez to powiedzieć, iż chyba jak aktora Lynch wybiera, to aktor czując się wyróżniony sam się przymusza do wyrywania sobie podczas kręcenia paznokci po kryjomu, żeby był ból, wkurw, chora na głowę, napędzona adrenaliną brawura i wszystko to co towarzyszy sadystycznym aktom autoagresji, by nie być jedynie autentycznym, tylko ekspresyjnie turbo dosadnym! Tak tak tak - wspomnij jeszcze człowieku obowiązkowo o kurtce z wężowej skóry i finale finałów! :)

wtorek, 29 października 2024

Blue Velvet (1986) - David Lynch

 

Mroczny, a jaskrawy wizualnie - brutalny, a zarazem oniryczny poniekąd, owiany sławą, kultowy kryminał Lyncha. Korzystająca z życia w nim warstwa społeczna – średnia prowincjonalna klasa rozpieszczonej Ameryki, zamieszkująca w wychuchanych domkach bohaterem tła, a na przodzie sceny zderzenie świata niewinności ze światem zepsucia i przemocy. Obserwacja i analiza - w mocno stylizowanym tonie perwersyjna satyra, intensywnie udramatyzowana. Nie jest możliwe aby przejść obok niej obojętnie, bowiem albo odpycha ukazaniem dewiacyjnych skłonności, gdzie okrucieństwo fizyczne i psychiczne jądrem tej ciemności, bądź też zraża do siebie pokręconą historią, z racji pochodzenia autorstwa niekoniecznie tak łatwą do interpretacji, a często kompletnie ponad możliwości przeciętnego widza, tudzież w porywach tylko fragmentarycznie w miarę zrozumiałą. Zawsze jednak na Blue Velvet reakcja wyrazista, a dla miłośnika niejednoznaczności w intrygującej fabule i scen dopieszczonych, które moszczą się w podświadomości, stając się często obsesją detalicznie na kolejne kawałeczki dzieloną i łączoną, to najwyższej jakości materiał, do takiego hipnotyzującego, długotrwałego procesu zdatny. Taki już urok filmowych socjopatycznych fetyszystycznych skłonności Lyncha, że infekuje swymi paranoicznymi odjazdami podatnego widza. Taki też, iż pozorne zwyczajności u niego bogato przyozdabiane mroczną stroną ludzkich osobowości i niewiara w człowieka bez skrywanego zła wewnętrznego - silniej, odważniej lub skromniej pokusie się poddającego. Szepnę na uszko jeszcze, że oglądać Blue Velvet i nie mieć gęstych skojarzeń z dziełem życia Lyncha też niemożliwe, chociażby z racji osadzenia akcji właśnie w rzeczywistości pozorów i grzebania w relacjach mieszkańców, które są jakoby wykładnikiem skrywanych żądz i pokus, gdy nikt nie patrzy zaspokajanych. Nie ma takiej siły aby w kierunku powstałego w cztery lata później Miasteczka Twin Peaks nie spozierać, gdy Kyle MacLachlan na ekranie, a obok niego kapitalne aktorskie sytuacje z udziałem Hoppera, Stockwella i Rossellini, myślę bardziej kojarzące się nie z konkretnymi postaciami, a stanem ducha – wszelkimi dziwacznościami, pociągającą brzydotą dusz w ciałach cierpiących, bądź ciałach rozkwitających, gdy złu się przestają opierać. Doceniam i sławię psychologiczną rzeźnię, nie stać mnie jednak na szczere przyznanie, iż kocham ten świadomy rzeźnicko przerysowany sznyt po całości.

czwartek, 4 stycznia 2024

Lost Highway / Zagubiona autostrada (1997) - David Lynch

 

Surrealizm, oniryzm, psychodeliawydobywanie na jaw stanów podświadomości, majaków sennych na wzór rzeczywistości kreowanie, w zawiesistej atmosferze mnóstwo mroku i napięcie podgrzewane tajemniczymi niedopowiedzeniami. Kult się niby sączy ze ścian i jak tu w okolicznościach presji zewnętrznej, a paradoksalnie już wewnętrznej wręcz w większym stopniu, zebrać się na odwagę, by nie móc się zgodzić na przyznanie się do powszechnie w środowiskach koneserskich panujących przekonań czy tendencji do uznawania udowadnianego każdym filmem geniuszu Lyncha. Muszę jednak wbrew oczekiwaniom kierowanym ku swojemu potencjałowi intelektualnemu na przyznanie się do własnej, być może jedynie względnej niedoskonałości w tym aspekcie, gdyż mnie trudno się do kina w ujęciu twórczości Lyncha wciąż w pełnym stopniu przełamać, więc ochoczo o obrazach jego jak można sprawdzić w dotychczas zbudowanym archiwum to nie pisze. Aby coś z poczucia obowiązku w temacie w zdania zebrać, bo odczuwam taką potrzebę silną i od lat z nią walcząc oddalałem te chwile, kiedy to w kolejnych odsłonach będzie następowało, gdyż najzwyczajniej aby uczynić zadość obowiązku, muszę się znów z czymś ze mną w takiej formule nie rezonującym konfrontować, a to za każdym razem w przypadku Zagubionej autostrady szczególnie (drugi w całości, któryś fragmentarycznie) mocno męczące. Tym bardziej że gdy już się w miarę wkręcać zaczynam, to konkretnie uśmieszek budzi ta kuriozalna przeszarżowana scena z tysiąc-czterystu-konnym Mercedesem i fakiem przez okno, chociaż rozumiem po co takie karykaturalne przedstawienie samczej pokusy rywalizacji i dominacji. Dostrzegam że Zagubiona autostrada przekazuje zawile ukazaną, a gdy klucz otrzymać banalną w rzeczy samej prawdę o toksycznej męskości i wykorzystując w tym celu przekornie klasyczną figurę femme fatale odartą na potrzeby uzyskania efektu z pierwotnego/obiegowego charakteru na rzecz uświadomienia, że to właściwie nie kobieta sprowadza zgubę na mężczyznę, a mężczyzna przez nieodporność na pokusy, a w tym przypadku najdobitniej swój gniew i frustrację oraz skłonność do przemocy i słabszej fizycznie płci ubezwłasnowolniania sam siebie ku zgubie prowadzi. Gdy Zagubioną autostradę oglądałem znowuż sobie przypomniałem dlaczego nie przepadam za filmami Lyncha, bo jeśli ktoś mi ich klarownie nie wytłumaczy, to niewiele z nich rozumiem, a jak już zostanę naprowadzony na trop to wszystko co widziałem staje się tak wyraźne, że aż w konfrontacji z potwornie przekombinowaną artystycznie formą rozczarowująco oczywiste. Ponadto jak wszyscy się tłem muzycznym zachwycają, to ja się wciskaniem Rammsteina i Marylina Mansona jako muzyczną ilustrację kompletnie nie zachwycam, a wręcz ona tutaj mnie straszliwie drażni, bowiem brzmi totalnie nienaturalnie słabo obok dla odmiany kapitalnie z atmosferą filmu koegzystującego I’m Deranged Bowiego.

P.S. To co powyżej pragnąłem przekazać, mogłem z powodzeniem ubrać w znacznie łatwiej zrozumiałe zdania, ale niby dlaczego mam się oprzeć pokusie której wielki David Lynch gdy kręci, aby oprzeć się nawet nie pomyśli. 

poniedziałek, 9 października 2023

Eraserhead / Głowa do wycierania (1977) - David Lynch

 

Zebrałem się na odwagę i podejmuje w końcu wyzwanie zmierzające do pomocowania się z filmami mrocznego mistrza, czego owocem mają być prywatne i zarchiwizowane tutaj refleksje - z podstawowymi informacjami obiektywnymi związanymi z powyższymi włącznie. Jeśli tego dokonam i w międzyczasie dopiszę tu brakujące teksty o filmach  Almodóvara, to chyba tylko twórczość gigantów włoskiego kina mi do zgłębienia tylko pozostanie, po tym jak w najbliższej kolejności porwę się oczywiście na quasi analizy dzieł nadrzędnego chyba jednak w reżyserskim środowisku Bergmana. Awansuje wówczas zapewne do ligi koneserskiej i zacznę w końcu nosić głowę odpowiednio wysoko i stamtąd patrzeć na gusta maluczkich. ;) Natomiast poważnie, to fakt, prawda iż się obawiam tegoż mocowania, a że już wolę wpłynąć wpierw w wyobraźnię Lyncha niż Bergmana, czy innych mistrzów mniej bujających w obłokach, a nazywanych mistrzami włoskiego neorealizmu (patrz wszystkich tych Antonionich, Pasolinich, Fellinich, Rossellinich), bądź tym bardziej zmitrężyć swój cenny czas na monotonii nowofalowej Francji, to uderzam właśnie z debiutem Amerykanina. Głowa jest propozycją totalnie odjechaną, taką kosmicznie szeroką kategorie jak surrealizm nawet rozsadzającą, zawartą w niecałych dziewięćdziesięciu minutach projekcji, przeładowaną przedziwaczoną wyobraźnią. To że zgadzam się iż mam do czynienia z wizualnym majstersztykiem, tudzież konsekwentnym i spójny obliczem z zaczątkami oryginalności, kiedy to przecież pełnometrażowy debiut, jest tylko potwierdzeniem geniuszu Lyncha. Faktycznie jednak grzebiąc się w treści, geniuszem mało zrozumiałym i wzbudzającym uzasadnione podejrzenie, że treść może być tu drugoplanowa, a liczy się przede wszystkim nieograniczona ekspresja, fantazja i podążanie za osobliwymi pomysłami, jakie podpowiada twórcy umysł i nietuzinkowe poczucie kształtowanej przez różnorakie wpływy estetyki. Jako debiut posiada Głowa też walor podstawowy, jakim brak w stosunku do niej jakichkolwiek oczekiwań, dlatego też jest podobnie jak Pi Aronofsky’ego, w dorobku Lyncha najbardziej wizualnie projekcją nieograniczoną. Oglądała się Głowa w momencie premiery tak bez wymagań w stosunku do pracy młodego Lyncha, jak dzisiaj jest rozpatrywana na tle wszystkiego co mistrz surrealistycznego suspensu przez lata wyprodukował, więc zupełnie inaczej. Stąd pod koniec lat siedemdziesiątych widz uderzał szczęką o podłogę, a współcześnie się tylko zastanawia nad drogą jaką od Głowy Lynch przeszedł. Tym bardziej w kwestii interpretacji, te prawie pół wieku temu można było się kompletnie zapomnieć i snuć wielorakie teorie, a teraz co najwyżej jeśli film kogoś kto pierwszy raz się z nim styka przerasta (a mnie przerasta), to ucieka do przypisów, którymi czas obraz ten gęsto na marginesie udekorował, a które co ciekawe często jednak z braku jednoznacznego potwierdzenia interpretacyjnych domysłów ze strony samego autora (Lynch chyba od początku skutecznie unika odpowiedzi na pytania - o ch Ci tu człowieku chodzi? :)), sprowadzając się do być może dookreślenia jako giganta uniku oraz przystawiając własną pieczątkę z akceptacją do przekonania wyrażonego na początku tekstu, iż Eraserhead to przede wszystkim klimat (wszędzie ta przemysłowa apokalipsa i ta sycząca para), a on sam w sobie wsobny, związany z czystym niemieckim ekspresjonizmem, tylko bardziej brudny, gnijący, zatęchły, albo wręcz toksyczny. Poza tym to jest takie paskudne, obślizgłe że aż ŁEEE i nie rozumiem skąd te bezkrytyczne jajogłowe zachwyty. To ostatnie zdanie powinno pod Głową u mnie w archiwum pozostać, a cała reszta zostać wymazana, bądź WYTARTA, na przykład gumką z wiadomo czego.

Drukuj