Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Nolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Nolan. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 sierpnia 2026

The Odyssey / Odyseja (2026) - Christopher Nolan

 

Byłem i odbębniłem, a w tym drugim słowie kryje się mnóstwo przekory, bo na kilka dni przed premierą, a i w trakcie pierwszych dni wyświetlania burza w szklance wody hulała na całego, co okazało się zjawiskiem błyskawicznym i chwilowo rozruszającym zasięgi tam, gdzie ich brak, to tragedia dla mącicieli. Pojawili się znienacka eksperci od greckiej mitologii i najczęściej tacy, jakich o czytelnictwo czy w dzieciństwie czy w dorosłym życiu raczej bym nie podejrzewał. Ocenili surowo, często nawet przed seansem, uznając najważniejszym w tej premierze jest kolor skóry Heleny Trojańskiej. Mieli prawo, ja nie mam obowiązku słuchać ich rasistowskiego pieprzenia i chyba jestem okej, że jedynie do krótkiego wstępu złośliwego, żenujące okoliczności startu wyświetlania w naszym grajdołku spodziewanego hitu Nolana mnie natknęły. Niżej już być może bez goryczy zakamuflowanej się obędzie i tylko prawda prawda i cała prawda maksymalnie subiektywna białe tło, czarnym drukiem wypełni. O czym jest Odyseja i poprzedzająca ją Iliada, gdybyś czytelniku ani tej wiedzy z lektury, ani z seansu ekranizacyjnego nie posiadał, zapytaj AI, a BROŃ CIĘ BOGOWIE radykalnych prawaków teraz nie pytaj, bo się ekstremalnie w szambie wybitym utopisz, lub co i tak Ci zrobi młyn we łbie pogubisz w domniemaniach i interpretacjach. Od siebie tylko w temacie fundamentu przekleję suche info, że dla Nolana interesu finansowego, Odyseja „przedstawia wydarzenia mające miejsce po upadku Troi. Jej fabuła skupia się na wieloletniej tułaczce Odysa (Odyseusza), który wraca do swojej ojczyzny Itaki - mierząc się z potworami, czarownicami i gniewem boga Posejdona. Równocześnie opowiada o wiernej żonie bohatera, Penelopie, która czeka na niego w domu”. Nolan mega świadomy z jakim materiałem nośnym przyszło mu pracować, od strony technicznej stworzył w moim przekonaniu coś na skrzyżowaniu trylogii Władcy Pierścieni i obecnie Diuny, więc same te tytuły mówią nieomal wszystko o stronie wizualnej przedsięwzięcia. Powstał (jak na możliwości współczesne warsztatowe) produkcyjny sztos, pełen rozmachu, ale bez zaskoczenia, w postaci finezji większej realizacyjnej. To mnie lekko rozczarowało, chociażbym miałem przed seansem bardzo realistyczne oczekiwania - pozbawione huraoptymizmu na poziomie finezji kreacji. Nie odnosząc się do interpretacji treści (w przestrzeni sieci zatrzęsienie tegoż przecież), a tylko oceniając siłę oddziaływania obrazu i wymiaru przygodowego, to potężny gigantyczny epos hollywoodzki, grubo techniką filmową PRZE-ARANŻOWANY. CGI oczywiście w akcji i jak nie znoszę takiej sterylne instrumentach, to w tym przypadku jednak jest znośnie, a i tak ta konwencja się zestarzeje już wkrótce, daje gwarancję. Podobały mi się tyle o ile koty, a najbardziej to widowiskowe lokacje, staranne dekoracje i ogólnie moc nazwisk z topu hollwoodzkiego - grających mocniej, bądź z ograniczonym impetem, ale na poziomie od wysokich stanów średnich, do niższych stanów wysokich. Szczegółowo to, z raczej przyjemnego letargu otrząsnąłem się podczas sceny wizualizującej podstęp makabryczny czarownicy Kirke oraz zawitania drużyny nie-pierścienia do Hadesu. Patrząc w szerszym wymiarze, to z początku zdystansowany, dałem się wciągnąć, a uniwersalizm symboliczny tejże grubo podbitej kontekstami opowieści-przestrogi do mnie przemówił. Bowiem zgadzam się z przekonaniem pewnego azjatyckiego twórcy gier komputerowych (właśnie podczas spisywania na nią trafiłem), że w formule przede wszystkim literackiej (to mój akurat przytyk) Odyseja, to „intymny, głęboko ludzki dramat” oraz że „zamiast po prostu patrzeć na ekran, czułem się, jakbym był tam przez cały czas - to było coś więcej niż oglądanie, byłem świadkiem, dzięki wyjątkowo płytkiej głębi ostrości i eleganckim przestrzeniom kierującym uwagę na najdrobniejsze szczegóły, nieustannie podążają za cierpieniem i losem bohaterów”. Tyle iż mój problem, to ani nie wyraźny heban Heleny, czy niedostosowanie obrazu postaci do moich własnych wyobrażeń względem ich charakterów, a wprost napiszę - brak odpowiedniej wrażliwości abstrakcyjno-baśniowej, do odczytywania mitologii z płaszczyzny legendy, na płaszczyznę rzeczywistości. To jakbym rozumiał ludzki charakter głębokiej treści, ale postaci świata „Bogów” mi ją zaburzały. Inaczej, gdyby to był epos o ludziach bez „Bogów”, to ja bym był w tym bardziej, a że ja nie sięgam wciąż tego poziomu podatności, jak i nie zatraciłem się za łebka w szkolnym materiale, to miałem dystans, który myślę Lalu jako entuzjastka, powinna przed projekcją odpowiednio sprytnie zlikwidować, wprowadzając mnie w choć odrobinę stan czucia więcej i mocniej. Niestety wolała mnie przetestować, a ja ją zawiodłem swym stonowanym stanowiskiem dotyczącym entuzjazmu po obejrzeniu przygód Odysmariusza. :)

P.S. Musisz Odysmariuszku zawierzyć Bogom, a wrócisz! Żółwik!

piątek, 17 lipca 2026

Following / Śledząc (1998) - Christopher Nolan

 

Na naszych ekranach, od kameralnie studyjnych po mega-hiper multipleksowe, debiutuje właśnie Nolana być może opus magnum (takie wieści ocenne płyną z zachodu), a w ramach prawdopodobnie podgrzania też wokół twórcy atmosfery, jeszcze dni kilka temu śmigał debiut jego - jak na szybciocha rozpoznałem, od lat u nas wcale, bądź co najwyżej trudno dostępny. Korzystając zatem z okazji, poświęciłem jeden z wieczór i co następuje, mam kluczowy wniosek własny, iż Nolan przeszedł cholera prawie trzydziestoletnią drogę, od startu do wciąż przecież jeszcze nie mety (typ ma dopiero 55 wiosen), co oznacza w jego przypadku dryf od kina autorskiego, do gigantycznych produkcji blockbusterami nazywanych, a ja doceniając awanse w hierarchii, bardziej chyba obecnie kminie Nolana sprzed lat, niż współczesnego. Oppenheimer fakt potężny i widowiskowy, tak jak wszystkie spod jego łap superprodukcje, lecz w tej sekundzie mojej sympatii do kina, to ja poproszę więcej treści, a mniej postprodukcji i takich tam akcji pod tytułem „wy E biemy taki epos trzygodzinny, że widz z uśmiechem Jokera wypełznie z kina, ilością plus jakością przemielony. Odyseja więc Odyseją, a Following na tapecie i korzystając z fragmentów ostatnio w przestrzeni internetowej propsowanej, pięćdziesięciopięciolatka biografii/monografii filmowej chcę dopisać, iż Following korzysta z sytuacji z życia prywatnego Nolana, ale nie jest oczywiście ono wprost podstawą dla scenariusza. To incydent, może incydenty wplecione w fabułę, rozpisaną autorsko przez reżysera, na tej samej maszynie, która w filmie jest rekwizytem. Czerpiąc z finansowego źródła, którym premia dla Krzysztofa za dorywczą bodaj pracę jako operatora kamery, bezskutecznie zabiegając o wsparcie dofinansowania od w założeniu szczodrych dla artystów podmiotów/instytucji, kręcił Following długo. Cały proces był żmudny i spotykał się z oporami nie tylko materii nieożywionej, a jak donosi rzeczone opracowanie książkowe, inspiracją dla pociętej chronologii były prace oczywiście mistrza zza oceanu w osobie Tarantino. Powstały tym samym trzy różne osie czasu, a z porozrzucanych puzzli montaż skleił bardzo intrygującą opowieść, wizualnie nawiązującą do najbardziej szlachetnych wzorców kina noire - jednako osadzonego współcześnie. Struktura narracyjna w niej przypomina matrioszkę, stanowiąc przykrywkę dla kilku zwrotów akcji, które następują w ostatnich dwudziestu minutach filmu i wybuchają jak granaty, powodując reakcję łańcuchową - to parafraza cytatu z Nolana. Natomiast odniesienia do stylistyki noire, powiązane są z przekonaniem, iż cała istota estetyki noir, związana jest z tym, że powinna przemawiać do lęków i neuroz, a tu tak się dzieje – wystarczy he he „pół-przeklejania”. :) Chciałem tylko tym sposobem donieść, że mimo iż Nolan nie jest dla mnie tak wielki, jak wielkim się go uważa, to lukając w opracowanie o nim i jego filmografii, złapałem się raz na ciekawość, dwa na formę, więc raczej szybciej niż później ogarnę całość, a Following sam spostrzegam jako kino niezależne najbardziej wysokich standardów. Lekko perwersyjny, zaspokajający wbrew przeszkód potrzebę przykład, obrazujący jak błyskotliwość, pasja, upór i rzemieślnicza praca zamienia się w dzieło ponadczasowe. O czym jeszcze bardziej się przekonamy (jak nam będzie jeszcze dane), gdy Odyseja z całym swoim rozmachem narzędzi i technik się zestarzeje, a Following wbrew przeciwnie, jak wino wciąż dojrzewać będzie. To jest właśnie ta prawdziwa moc dobrego kina. Szach i mat! :)

P.S. W takim razie proszę się teraz (tuż tuż) spodziewać, na moje Memento oddanie sprawiedliwości.

poniedziałek, 20 listopada 2023

Oppenheimer (2023) - Christopher Nolan

 

Teoretycznie i praktycznie superprodukcja jak się patrzy, znaczy hollywoodzkie kino z wielkimi nazwiskami od góry do dołu i możliwościami zamaszystymi po gigantycznej szerokości. Mogły być finansowe środki, a mogło oczywiście nie do końca się udać, bo bywa. Jednak tym razem Nolanowi wyszło tak że winszuję gorąco sukcesu - jednogłośne prawie pianie wszystkich z zachwytu nie może wprowadzać w błąd! A może może? Większość zainteresowanych już to od czasu premiery kinowej wie, a tacy jak ja kanapowi obecnie kinomani, nie mogli się spodziewać, a przekonali się na własne oczy i uszy dopiero teraz. Biografia jednego z najtęższych ścisłych umysłów w historii, to samo w sobie potężne wyzwanie, a to oczywiście tak przez pryzmat zawiłości naukowych zainteresowań postaci, jak i tej postaci kontrowersyjne i mogące obdarować nie jeden życiorys losowe i powiązane ze świadomymi decyzjami nie wyłącznie prywatne rodzinne perturbacje. Pisać w tonie wartościującym pod względem etycznym jego dorobek zawodowy nie mam zamiaru, rozpisywać się o zakrętach życiowych wyborów również uznaje za zbędne. Mogę dać do zrozumienia, iż ogrom wiedzy i pasji w tym człowieku imponujący, a praca Nolana i kierowanej przez niego ekipy przy nadmiarze entuzjazmu związanego z promocją wydarzenia porywająca, kiedy w rzeczywistości tak zarazem rzetelnie merytorycznie i gatunkowo (thriller szpiegowski nieomal), ale nie zachwycająco tą mocno złożoną opowieść przedstawia i ustawia Oppenheimera z rożnych stron jego cech osobowościowych do (tutaj komplement) wspaniale na nim skoncentrowanym oku kamery i tejże zachwycającym, choć bardzo klasycznie, hollywoodzkim rozmachem plany obejmującej. Psychologiczny wgląd porządnie na potrzeby podkręcony i całkiem angażująco oraz poruszająco rozmontowujący mechanizmy jakimi geniusz kierowany i jakim gigantycznym dylematom poddawany. W sumie bliżej tutaj gatunkowej sztancy do mocnego szpiegowskiego dramatu niż biopicu, bo postać J. Roberta Oppenheimera wydaje się tylko narzędziem do ukazania procesu budowy bomby atomowej i całej fascynującej otoczki związanej z jej znaczeniem dla losów świata, przede wszystkim jednak wewnętrznej amerykańskiej walki politycznej z anty komuszą histerią na sztandarach. Wizualnie na przemian w monochromatycznej czernio-bieli i szarościach oraz głównie w pełnym kolorze, dzięki temu urozmaiceniu przy okazji też nie odczuwa się przesytu czasu, a było tu ryzyko przeszarżowania, bo utrzymać widza na fotelu przez trzy godziny, nie łatwe przecież w dobie szczególnie krótkich, szybkich treści. Chciałbym, życzyłbym sobie! Dramaturgia daje jednak sporo do życzenia, bowiem nierówno trzyma tempo, ale w tym gorszym tego określenia znaczeniu, gdyż zwyczajnie bywa że nudzi, a nie dozuje emocjonalne szczytowania. Większość co przez ten czas na ekranie się przewija, to tylko bardzo wprawna robota, a te moje komplementy powielane na podstawie opinii szerokiego odbiorcy odrobinę życzeniowe. Pomimo że nie jest nazbyt dynamiczny, to robi wrażenie na czas zasuwającego, a mimo iż nie prześlizguje się po wątkach, jednako na żadnym nie skupia się bardziej detalicznie, a tylko korzysta z nich pobieżnie - być może celowo unikając mętliku jeszcze większego. Na koniec w dodatku te dialogi nienaturalne, częściowo nieznośnie patetyczne, wzniośle upierdliwe, niczym ubierane w słowa nie myśli na bieżąco formułowanych, ale książkowych definicji czy maksym lub co gorsza frazesów cytowanie i to mi przeszkadzało, jakby porządną superprodukcją Oppenheimera nie wbrew mojemu finalnemu przekonaniu byłoby uczciwie mi określić. Oppenheimer jest wyśmienitym kinem, jako że ogarnia w miarę zgrabnie ogromny temat, lecz nie może być nazywany dziełem, gdyż brakuje mu dotyku reżyserskiego geniuszu, pomysłu jakiegoś wyrastającego ponad bezpieczny szablon, co w szerszej perspektywie kontekstów i filmografii Nolana jest tego filmowego mistrza dokładności i tajemnicy w moim przekonaniu od zawsze problemem.

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Insomnia / Bezsenność (2002) - Christopher Nolan

 

Surowy klimat alaskańskiej przyrody w filmowym wydaniu, wymusza doznanie letargu na kanapie i dodaje wizualnie pierwiastka mrocznego, którego można by się ewidentnie spodziewać po tak dobranej lokacji w rasowym thrillerze psychologicznym. Sama fundamentalna sprawa morderstwa, to nic wielce szczególnego - ot typowa kryminalna akcja z dość banalnym finałem, ale bardziej liczy się to co pozornie wątkiem pobocznym, jednak konsekwentnie gęstniejącym i kluczowa dla niego paranoja wywołana długotrwałym pozbawieniem snu jednego z bohaterów. Śledzimy sobie jego robotę gliniarską, ale bardziej niż znalezienie sprawcy (wiemy natychmiast kto) interesuje nas stan psychiczny detektywa, przeżywającego katusze przez w tej szerokości geograficznej towarzyszące całą dobę światło. Dodatkowego smaczku dodaje interesująca relacja z mordercą, który znając grzechy detektywa inicjuje i uparcie prowadzi wyczerpującą emocjonalnie grę. Gdyby nie te smaczki, metodyczne psychologiczne grzebanie we łbach bohaterów - dylematy, wybory i decyzje. Jeśli by też nie znakomita gliniarska twarz aktorska Pacino wyszłoby przeciętnie, a przynajmniej znacznie mniej atrakcyjnie. Christopher Nolan może nie jest artystą wyrastającym ponad rzemieślniczą sprawność i ja przynajmniej nie kojarzę jego produkcji, która tą tezę by jakoś przekonująco podważyła, ale wciskać zagadkę i rozsiewać klimat tajemnicy potrafi i jeśli ma okazję, to dobrze podkręcić tempo i napięcie też jest zdolny. Jest w Insomnii zatem i miałko i ekscytująco, a taka mieszanka w tym akurat wypadku zdaje egzamin, kiedy odpowiednio nad rytmem reżyser panuje oraz ma mocnych aktorskich graczy. Tutaj akurat Nolan nad względnie zajmującym pulsem panuje fachowo, a gracze z łatwo kojarzonymi nazwiskami na szczęście jakiejś wyjątkowej fuszerki nie odwalają.

piątek, 8 stycznia 2021

Tenet (2020) - Christopher Nolan

 

Nolan powraca do kina akcji. Kina akcji oczywiście ze znakiem szczególnym, którym skomplikowany wątek na bazie swobodnej (para)naukowej kombinacji. Innymi słowy chcę po seansie potwierdzić, że jak donosiły notki promocyjne do czegoś na kształt nowej Incepcji. Tyle że ja akurat ekspertem w tym obszarze zainteresowania Nolana nie jestem. Wspomniany hit sprzed lat po premierze naturalnie widziałem, lecz do dziś niewiele w pamięci po projekcji pozostało, więc porównywać obu realizacji nie będę i przejdę z miejsca do meritum - spisując co mi leży, a co nie bardzo w najnowszym mega hicie Nolana pasuje. Ogólnie to wszystko prądzi jak prądzić powinno, gdy klasa reżyserska najwyższa i pieniądz do realizacji wykorzystany konkretny. Jednak z punktu widzenia sceptyka wobec fantastycznych bajeczek czepić się jest obowiązek, bo ta skryta pod dynamiczną fasadą filmu, powykręcana maksymalnie quasi naukowa i zarazem filozoficzna rozprawa o relacji teraźniejszości z przyszłością jest intrygująca (bowiem łamigłówka przecież w swój świat skutecznie zasysająca,), ale jej forma z przewagą ciśnienia na spektakularne efekty ponad trafiające w duszę doznania emocjonalne, w dodatku spleciona z gadką na której trzeba się na maksa skupić (bo inaczej zagubienie w twistowej fabule gwarantowane), jest też niestety w moim przekonaniu po prostu DUSZY pozbawiona. To krytyka z perspektywy miłośnika znacznie bardziej kameralnych obrazów (nastawionych na oddziaływanie emocjami), więc może robić wrażenie naciąganej, tak samo jak gdyby nie (para)naukowe bajdurzenie sama historia mogłaby być wykorzystana dla zarabiania mnóstwa kasy jako kolejna część przygód agenta 007. Realizacyjnie bezdyskusyjnie perfekcyjny strzał w 10, kino dla fana rozbudowanych widowisk (uprę się) bez DUSZY, za to ze skutecznym wabikiem w postaci inteligentnej rozkminy. Czai się w tej złożoności jednako szablon - wzorzec wytarty, gdzie typowy czarny charakter i grupa bohaterów która próbuje powstrzymać demiurga zła przed zniszczeniem świata. Niby chciałbym być na tak, ale jednak jestem na nie. :) Subiektywnie nie wyrwał z fotela, obiektywnie nie będę kłócił się że nie ma na to papierów.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Dunkirk / Dunkierka (2017) - Christopher Nolan




Refleksja w temacie Dunkierki nie zamknie się w kilku prostych żołnierskich słowach, mimo że temat mógłby do takowej formy zobowiązywać. Tutaj w tym miejscu sporo zostanie wyartykułowane, ostrzegam, że czasem nawet pomimo przygnębiającego ciężaru tematu, zachowując rzecz jasna szacunek i proporcje z drobną dozą żartu. Najnowszy obraz Christophera Nolana, to nie jakaś kolejna sztampowa produkcja o bohaterstwie na polu chwały, a zupełnie nowa, choć zbudowana z kilku podstawowych elementów, świeża w kinie formuła zawstydzająca poniektórych reżyserskich wydawałoby się tuzów. I jeśli już o metodzie piszę, to zaznaczam stanowczo, iż dwie kategorie warsztatowej biegłości wyznaczają kierunek, w którym Nolan poszedł. Mianowicie zdjęcia i przede wszystkim muzyka, czyli tandem idealnie w tym wypadku spójny. Bo, gdy dźwięki skomponowane przez Hansa Zimmera przyprawiają przez ponad sto minut projekcji o ustawiczne dreszcze, to wizualna poetyka ujęć (Hoyte Van Hoytema), pozbawionych tandetnej zabawy grafiką komputerową, serwuje widzowi cały wachlarz doznań wizualnych o wysokim stężeniu autentyzmu. I nawet jeśli cześć operatorskiej roboty naturalnie wspierana jest nowoczesną technologią, to nie ma mowy, aby ona sprowadzała wrażenia do nieprzekonującej żonglerki tanią widowiskowością. Nolan skupił się na wbiciu widza w fotel już od pierwszej sceny i nieodpuszczaniu do samego końca, bez sztuczek i forteli, wyłącznie odartym z przesady surowym obrazem wojennej zawieruchy – z minimalną ilością dialogów, powstrzymaniem się przed nazbyt nachalnym epatowaniem krwią i co niezwykłe, bez fizycznego współudziału postaci w mundurach Wehrmachtu, jednocześnie z tak wyraźnym poczuciem obecności ich siły. Utrzymał reżyser, mimo minimalizmu środków w sposób fenomenalny napięcie w każdej scenie - odtworzył dobitnie presję czasu, ukazał sugestywnie strach, bezsilność i desperacje w walce o przetrwanie, tylko z odrobiną patosu, tak ku pokrzepieniu serc w samym finale. Tym samym stanął w jednym szeregu z największymi mistrzami kina pokroju Kubricka, Coppoli, Stone’a czy Spielberga - reżyserów dokonujących swego czasu w gatunku filmu wojennego przełomów zarówno w kwestiach warsztatowych jak i emocjonalnego oddziaływania. Dunkierka według wizji Nolana to totalne przerażenie w oczach setek tysięcy cofających się żołnierzy brytyjskich i francuskich, to chaos akcji ewakuacyjnej, bezradność militarna wobec miażdżących sił niemieckich oraz niezwykła wola przeżycia i dotarcia do angielskiego wybrzeża. To także w równej mierze zapis heroicznej postawy nielicznych pilotów osłaniających odwrót, jak i zwykłych cywilów poświęcających własne bezpieczeństwo na rzecz akcji ratowniczej. Ta właśnie rozbudowana scena głównych postaci dramatu wymagała dużej sprawności narratorskiej i Nolan osiągnął tutaj fantastyczny efekt stosując oryginalny podział miejsca i czasu akcji, gdzie jeden tydzień na plaży, jeden dzień na wodzie i jedna godzina w powietrzu, łączą się w spójną i płynną całość, zaplatając wątki z dużą precyzją. Gdy dodam, iż piętrząca się dynamiczna akcja nie pozwala złapać tchu, aktorski warsztat satysfakcjonuje nawet w wydaniu Harry’ego Stylesa (uwaga teraz dłuższa dygresja zakłócająca rytm tekstu – One Direction,  mówi wam to coś i wiem, że mimo obecności osoby formatu gwiazdy piosenki chłopięcej najważniejszy i tak jest Tom Hardy), a wszelkie dźwięki materii nieożywionej towarzyszące walce, z wybijającym się na czoło przerażającym świstem nurkujących myśliwców, dokonują zaciekle zmasowanego ataku na aparat słuchowy i emocjonalną konstrukcję widza, to otrzymuje równanie doskonałe, w którym jedyną niewiadomą jest kwestia czysto historyczna. Okazuje się bowiem, że do dnia dzisiejszego nie ma jednej w pełni wiarygodnej teorii wyjaśniającej, dlaczego wówczas szwabskie czołgi spychające spanikowanych żołnierzy ku morzu, akurat się zatrzymały. Zapewne gdyby z jakichś nieznanych powodów Niemcy nie zaciągnęli hamulców uratowałoby się 350, nie 350 tysięcy alianckich żołnierzy i ucieczki w żaden sposób nie udałoby się przekuć we względny sukces.

P.S. Na koniec, na marginesie, drobna uszczypliwość skierowana zarówno do zachwyconych ostatnią pracą Mela Gibsona oraz do niego samego. Stawiając na szali ważącej dosadność przekazu Przełęcz ocalonych i Dunkierkę, ta druga wystrzeliłaby w górę pod ciężarem gatunkowym, jakim swoje dzieło obdarzył Nolan – bez dyskusji proszę, bez dyskusji myślę że będzie, argumentów merytorycznych po stronie Gibsona oczywista przecież posucha!

wtorek, 31 maja 2016

The Prestige / Prestiż (2006) - Christopher Nolan




Iluzja od wieków wciąż zachwyt wzbudza - wizualna magia nawet kiedy podszyta świadomością fałszu ma w sobie zawsze coś intrygującego, jest w obliczu dorosłości powrotem do dzieciństwa i świata bajek, w których to wyobraźnia granice możliwości wyznaczała. A że ona niemal nieograniczona, to i specjaliści od sztuczek przy użyciu dorobku nauki i technologicznych gadżetów przekraczają kolejne bariery dokonując „cudów”. Kiedyś ze scen teatralnych, teraz z ekranów telewizorów zmuszają widza do intelektualnego wysiłku w rozgryzaniu sztuczek, zaglądania ukradkiem za kulisy by poznać tajemnice skrywające się za widowiskową fasadą. Być nagradzanym burzą oklasków, stać się bożyszczem tłumów, to zapewne marzenie niejednego dzieciaka. Niewielu jednak to marzenie spełnia, bo to baśniowe oblicze zbyt gwałtownie konfrontuje się z poświęceniem jakiego trzeba doświadczyć, by najwyższy poziom w rzemiośle iluzjonisty osiągnąć. Tylko jednostki wytrwałe, cierpliwe i niesłychanie ambitne mają realne szanse na sukces. One jednak w tym pędzie często popadają w obsesje, tracąc kontrolę i o tym Nolan ciekawie opowiada. Pojedynek dwóch indywidualności kreuje, bohaterów ogarniętych podobną obsesją, która do zawodowej perfekcji i dramatu ich prowadzi. Scenariusz to przede wszystkim zagadka ekscytująca, z pasją odkrywana poprzez zrzucanie kolejnych zasłon, z apetycznym twistem który jak to często w kinowej formule, gdzie z gruntu zaskoczenie rządzi nie jest li tylko długo wyczekiwaną niewiarygodną i niestety rozczarowująco pustą emocjonalnie kulminacją. Tutaj akurat wyjątkowo szczęśliwie emocje są gęste, a sam twist nie świadczy wyłącznie o atrakcyjności produkcji. 

środa, 18 lutego 2015

Intelstellar (2014) - Christopher Nolan




Interstellar, czyli niezwykle ambitny projekt Christophera Nolana, który ogromnym rozmachem i filozoficznym zacięciem przykuwa uwagę przez niemal trzy godziny, by już po wszystkim pozostawić jednak pewien niedosyt. Moje odczucia są mieszane, bo te mędrkujące zapędy to filozofia dość banalna, która tylko pozornie przez użycie wielokrotnych zapętleń skomplikowaną może się wydawać. Wartość obrazu nie zawsze musi być pochodną nad wyraz intelektualnego konspektu. Ona może w bezpośrednio odsłoniętej prostocie większe wrażenie robić i mieć przez to dużo silniejsze sugestywne oddziaływanie. To mnie niestety w najnowszym filmie Nolana drażni, że pospolite bajdurzenie próbuje się ubrać w nadintelektualną, przekombinowaną formę. Jak ktoś się podczas seansu w tych zakrętasach pogubi, to może uzna, że treść tak wymagająca, że jego umysł nie jest w stanie zadaniu ogarnięcia tematu podołać. Pomijam w krytycznym osądzie rzecz jasna szereg skrótów i typowo technicznych uproszczeń, bo ich rozwinięcie w fabule skończyłoby się nakręceniem mini serialu, a nie kinowej superprodukcji. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatnich latach w tych ramach gatunkowych trudno dla Interstellar o konkurencje, pamiętając oczywiście doskonale, że było niedawno coś takiego jak Grawitacja ze stękającą Bullock, czy absolutnie megalomański Prometeusz. Z pewnością jedną kwestię twórcy tego "megahitu" udowodnili - czas jest względny! Te trzy godziny z Interstellar to chwila w porównaniu z jedynie 120-to minutowymi zakalcami, których hurtowe ilości z każdej strony atakują. :) 

Drukuj