Wyzwania są imponujące,
ale jest w nich ryzyko, a ryzyko to igranie z konsekwencjami, ono zaś dla zwolennika względnie bezpiecznego przejścia przez życie przejawem potężnie ograniczonej odpowiedzialności. Jednak w sumie ci którzy nie ryzykują to oczywiście
szampana nie piją - oni żyją w miarę spokojnie i od braku adrenaliny powoli na
marginesie umierają. Bez marzeń, bez wyobraźni, bez działań, które ponad monotonie
codzienność ich wznoszą! James Marsh wziął na warsztat finalnie tragiczną, po drodze romantyczną historię Donalda
Crowhursta. Żeglarza amatora, który na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego
wieku postanowił jak pierwszy bez zawijania do portu opłynąć kulę ziemską,
uczestnicząc w prestiżowym wyścigu Sunday Times Golden Globe. Przedziwna to
była wyprawa, prawie amatorsko zorganizowana, z udziałem człowieka w zasadzie
nieświadomego na co się porywa. Film dokumentuje fabularnie tą przygodę, lecz bez
fajerwerków jest zrealizowany. Niby jest tu o wszystkich emocjach
związanych z realizacją szalonego planu – jest zaznaczony format medialny, jest milczący dramat rodziny, jest
walka śmiałka z żywiołem, psychologiczny wymiar samotności oraz nieźle nakreślona
i dobrze odegrana przez Collina Firtha konstrukcja jego osobowości. Dyspozycje psychiczne człowieka upartego, zdeterminowanego,
ale i zniechęconego ciągłymi problemami technicznymi, czy po prostu
sfrustrowanego alienacją - wręcz ogarniętego obłędem i lękiem. Chaos organizacyjnej improwizacji dominuje i podobne wrażenie film robi, który nie jest totalną porażką, ale zbyt często gubi sens wątków, a co najmniej nie wystarczająco przekonująco potrafi oddać emocjonalny ferment, tym bardziej świra, jakiego śmiałek na
otwartym morzu doznaje i dramat, jakim to przedsięwzięcie się kończy. Mimo iż oglądałem bez większego znużenia, to jestem
rozczarowany, bo przecież Marsh potrafił swego czasu zrobić fascynującą biografię
Stevena Hawkinsa, a w tym przypadku także nie brakowało mu ciekawego materiału, a wyszło bardzo przeciętnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Marsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Marsh. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
środa, 30 września 2015
Shadow Dancer (2012) - James Marsh
Na wstecznym biegu jadąc przeglądam w miarę
możliwości twórczość kilku reżyserów, którzy w mojej świadomości dopiero teraz się pojawili, bardzo pozytywne wrażenie swoimi
ostatnimi produkcjami robiąc. Cofam się w ich przeszłości zakładając, iż ta podróż do głębi pozwoli trafić na wartościowe obrazy. Taką strategią się
kierując sięgnąłem po produkcję Jamesa Marsha (ubiegłoroczna poruszająca biografia Stephena Hawkinga) i
cieszę się z tego kroku, bo Shadow Dancer to fachowe mocne kino przede wszystkim "ciszą kręcone", z minimalnym udziałem dialogów. Głównym walorem klimat
przekonujący autentyzmem, który w tle niespokojne, pełne gniewu i napędzającego spiralę przemocy czasy akcentuje. Zemsta staje się celem, a metody stosowane po obu stronach barykady są bezwzględne. Na pierwszym planie kobieta pod permanentnym wpływem dziecięcej traumy, miotająca się pomiędzy lojalnością wobec ideologiczo-politycznej sprawy, a dobrem najbliższej rodziny i własnymi zaniedbanymi potrzebami. W tym brutalnym świecie zasady
podporządkowane są celom, człowiek zaplątany w sieci poddany szantażowi przy
pełnym ryzyku podwójną grę prowadzi. To było oczywiste, że w takich okolicznościach walka zrodzi
ofiary.
sobota, 7 lutego 2015
The Theory of Everything / Teoria wszystkiego (2014) - James Marsh
Kino to przede wszystkim emocje, a uzyskanie efektu głębokiego przeżycia odmiennymi drogami może być osiągane. Tym samym porwany w świat filmowej fabuły mogę zostać za sprawą odjechanej eksperymentalnej sztuczki, jak i pełnej metafor artystycznej kreacji, opartej w decydującym stopniu na natchnionej wizualnej formie. Mogę rozpływać się w zachwytach nad finezyjnie skomplikowaną fabułą i przenikliwą psychologią postaci czy relacji, jak i oczarowanym zostać użyciem prostej, niemalże banalnej historii, by o oczywistościach zapominanych na nowo odkrywczo dyskutować. Tak już jestem skonstruowany, iż ścieżki do mojej wrażliwości prowadzące różnorakimi zakrętami wiodą. W jakim celu taki przydługi wstęp funduję? Mianowicie za sprawą najnowszego obrazu Jamesa Marsha i Birdmana, Alejandro Gonzáleza Iñárritu po raz kolejny przekonałem się, że kino o formie różnobiegunowej jeden wspólny mianownik posiada. Nim właśnie emocje w widzu wywoływane i efekt ich istnienia w postaci czystych refleksji jakie wywołują. Jak skrajnie odmienne podejście do materii filmowej, równie mocne poruszenie może wywołać. Ekscytując się jeszcze chwile temu rozterkami odchodzącego w zapomnienie aktora przekonany byłem, że w najbliższej przyszłości żadna kolejna propozycja nie będzie w stanie z podobną siłą mnie porwać. Myliłem się do momentu, aż Teoria wszystkiego na ekranie zagościła i w zupełnie inny sposób z równą mocą mnie oczarowała. Zupełnie inna wizja od strony technicznej realizacji, jednakowoż zaangażowanie w jej odbiór i przeżycia bliźniaczo intensywne. The Theory of Everything to autentycznie piękny film o miłości - takiej prawdziwej i dojrzałej. Ta miłość jest pełna poświęcenia i wdzięczności, jej fundamentem zauroczenie i fascynacja, a najtrwalszą konstrukcją, oddanie, lojalność, wytrwałość i heroizm dnia codziennego. Kochać człowieka takim jakim jest, nie wyobrażenie jakiego się oczekuję. Poświęcić się bez oczekiwania wzajemności i otrzymać często z wdzięczności jeszcze więcej. To jest dojrzała i szlachetna miłość, kiedy dwie osoby ponad swoje potrzeby stawiają potrzeby partnera, rozumiejąc ten skomplikowany proces relacji i świadomie go modulując. To obraz, który duszę porusza i nie jest naciąganą manipulacją nastawioną wyłącznie na cyniczną grę na emocjach. Efekt ekscytacji jaki uzyskany, wprost pochodną autentycznej historii, maestrii posługiwania się obrazem i dźwiękiem, wspaniałymi naturalnymi kreacjami Eddie'go Redmayne'a, Felicity Jones i całego drugiego planu, a przede wszystkim nader ważnego przesłania. Bo to jest film o czymś najistotniejszym w życiu każdego, to dzieło w cudowny sposób ilustrujące, że dany nam czas sami możemy kształtować. To krótka historia czasu - przede wszystkim Stephena Hawkinga, ale także i czasu każdego kto dostrzeże w tym filmie dla siebie praktyczne wskazówki. Cudownie się czuje po tym seansie!
P.S. Tak na marginesie dyskusja ludzi którzy "się znają" w Tygodniku Kulturalnym udowodniła, przynajmniej w moich oczach jak daleko państwo krytycy byli od zrozumienia tego obrazu. Podkreślając, iż podstawą scenariusza była książka Jane Hawking usilnie starali się przekonać, że miał to być film traktujący o walce Hawkinga z własnymi ograniczeniami, w kontekście pracy naukowej. Na miły Bóg czym wam ludzie oczy zaszły, że nie dostrzegliście, iż to obraz przede wszystkim o miłości, która nie jest by brać, ale by dawać!
P.S. Tak na marginesie dyskusja ludzi którzy "się znają" w Tygodniku Kulturalnym udowodniła, przynajmniej w moich oczach jak daleko państwo krytycy byli od zrozumienia tego obrazu. Podkreślając, iż podstawą scenariusza była książka Jane Hawking usilnie starali się przekonać, że miał to być film traktujący o walce Hawkinga z własnymi ograniczeniami, w kontekście pracy naukowej. Na miły Bóg czym wam ludzie oczy zaszły, że nie dostrzegliście, iż to obraz przede wszystkim o miłości, która nie jest by brać, ale by dawać!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


