Ojej, jaki Dali jest zabawny, utalentowany, a przede wszystkim narcystyczny, bo jaki Dali jest kompletnie zapatrzony w Dalego. :) Trudno jednakże ustalić czy to perfidna poza czy może zinternalizowana przez lata do głębi postawa. Ten Dali co tu go mi (he he) dali, to jest Dali już wiekowo posunięty i raczej Dali więdnący niż Dali rozkwitający, choć ciągle Dali w centrum zainteresowania - dość ograniczonej jednako świty. Dalemu się przytakuje, Dalego się komplementuje i dba się żeby życie Dalegi było komfortowe i dostarczające Dalemu intelektualno-artystycznej pożywki, pośród albo podobnych jemu ekscentryków, bądź praktycznych do bólu cyników nastawionych na zarobek, jaki Dali może zapewnić. Niedosyt tu Dalego praktycznie artystycznego, brak klimatu jego malarstwa, bo skupiamy się przede wszystkim na fenomenie towarzyskim jego i całym dworze, który mu się przypochlebia i zaspokaja swe potrzeby. Nie jest film Mary Harron (tak, tej od American Psycho) taką standardową biografią, a jest standardowym filmikiem, za którym w teorii stał pomysł, bowiem wydarzenia podpierające scenariusz były inspirujące, ale realnie okazał się tylko ambitnym zamierzeniem nie-do-zrealizowanym. Jest ograniczony do wąskiego okresu z Dalego życia i jest bardziej psychologiczną gierką w dekadenckim tonie, gdzie Dali pogrywa i z Dalim się pogrywa, a on w pełni świadomie kontroluje ten proces, bo ludzie są dla niego, a on lubi by byli, bo ich bycie wciąż pozornie utrzymuje go na szczycie. Dokładnie fabuła osnuta została na relacji zawodowo-towarzyskiej z niejakim Jamesem i tegoż młodziana obowiązkach wynikających z wykonywanej pracy, przeplatając narrację niedosłownie rozumianymi, pół-retrospekcjami, w których analizowany jest związek Dalego z żoną Galą. Podsumowując płasko niestety zszyty obraz, w skrócie o tym, że starość nie radość i chociaż nie zawsze sława w stu procentach przemija, to blaknie, wyciera się i tylko duch legendy może gwarantować jej życie - odpowiednio wskrzeszany, histerycznie póki się da.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Harron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Harron. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 listopada 2023
środa, 8 listopada 2017
American Psycho (2000) - Mary Harron
Luksusowe życie, komfort i pękaty
portfel pracowników korporacji - ludzi nieludzi z biurowców ze szkła. Bezwzględni
karierowicze ustawieni na najwyższym poziomie łańcucha pokarmowego, wkładający stosunkowo
niewiele wysiłku w zdobycie pozycji gwarantującej życie na szczycie. Rozpieszczeni
egocentrycy, narcystyczni sadyści dbający wyłącznie o siebie gardząc wszelką słabością. Wypacykowane przesadnie wydmuszki, wypełnione jedynie wytrenowaną pewnością
siebie w formule przerostu formy nad treścią. Elita szczytująca, patrząca z
wysokości na tych, którzy podobną drogą walki szczurów nie podążają z równą
skutecznością opartą na bezwzględności. Pośród nich Patrick Bateman, niby
modelowy przykład powyżej opisanej pustki mentalnej, zażywający przyjemności życia,
fan i kolekcjoner muzyki odtwarzanej z połyskujących krążków na najwyższej
jakości sprzęcie hi-fi. Odwiedzający wykwintne restauracje w poszukiwaniu
przyjemności niekoniecznie kulinarnych, uskuteczniający zmanieryzowane dyskusje
na kosztownym haju. Prawdziwy byt iluzoryczny, posiadający wyłącznie fizyczne
atrybuty człowieka, wyprany natomiast z emocji doszczętnie. Prowadzący w swoim
przekonaniu ekscentryczne drugie życie, gdzie zaspokaja z makiaweliczną satysfakcją manipulatorskie potrzeby i wreszcie żądzę krwi, zabijając w uniesieniu i wygłaszając stosowne do
poziomu zaburzenia płomienne oratorskie przemowy. Ten właśnie precyzyjny morderca w
białym kołnierzyku miota się w kilku powłokach, a ja nie wiem tak do końca
jakiego rodzaju obłęd mieszka w jego głowie, bo zwyczajnie zamiast wyjaśnienia
finał dostaje z dużym znakiem zapytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

