Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mr. Bungle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mr. Bungle. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Mr. Bungle - The Raging Wrath of the Easter Bunny Demo (2020)

 


To będzie co najmniej z dwóch powodów niecodzienna recka, gdyż okoliczności wymagają bardziej opisu sytuacji bieżącej i kulisów powstania albumu plus podkreślenia iż co ja tam wiem o muzyce mistrzów, niż filetowania go, by spróbować dobrać się do muzycznego kręgosłupa. W towarzystwie młodzieńczych idoli (Dave'a Lombardo, Scotta Iana) Panowie Patton, Spruance i Dunn nagrali brzmieniowo dopracowane demo sprzed lat ponad trzydziestu i póki tego nie wiedziałem (a od początku wiedzieć nie mogłem, bowiem fanem Mr. Bungle jestem względnie świeżym i wciąż ograniczającym się do jednego krążka) psioczyłem pod nosem, że chyba im się kompletnie pomieszało, że akurat tak im teraz we łbach zagrało. Wciąż wiem o tym nieokiełznanym ansamblu tyle ile zdążyłem się dowiedzieć, a że kilka prób zrozumienia zawartości zarówno debiutu jak i Disco Volante zakończone ogólnie porażką, to nie drążyłem jeszcze tematów tzw. działalności przedalbumowej. Siarczysty thrash w dźwiękach Mr. Bungle jest zatem dla mnie zaskoczeniem, ale w żadnym wypadku szokiem, bowiem trudno o osłupienie gdy z grupą totalnie nieprzewidywalną repertuarowo ma się do czynienia. To co w program The Raging Wrath of the Easter Bunny Demo wbite mnie akurat nie powala, mimo że motoryczną napierdalankę wciąż częściowo w sercu mam, to akurat te archaiczne wariacje na temat crossovera, czyli w tym przypadku core'a po anarchistycznie punkowemu ożenionego z klasycznym thrash metalem nie są obecnie w stanie tego metalowego serducha ożywić. Oddaje jednak bohaterom refleksji sprawiedliwość, że gdyby te trzy dekady temu ekipa Mr. Bungle zdecydowała się w dobrej jakości dźwiękowej opublikować owe numery (może pozbawione tylko zbyt jajcarskich fragmentów), to z pewnością na scenie by zrobili cokolwiek mały fermencik, a fani ówczesnych tuzów gatunku z radością wygrzebaliby z katan zaskórniaki aby winyl z Wielkanocnym króliczkiem w ich adapterze się zakręcił. Dzisiaj to tylko rzecz dla totalnych maniaków i jak doczytałem w wywiadzie z Trey'em Spruancem zajebista zabawa dla muzyków podczas jego nagrywania. Mnie jednak z oczywistej perspektywy zahipnotyzowanego dotychczas wyłącznie Californią interesuje co dalej, czy są jakieś plany na przyszłość, czy to tylko był jednorazowy spontaniczny wyskok? Trey mówi, iż Mr. Bungle w tym pierwotnym układzie personalnym nie ma żadnych sprecyzowanych zamiarów, ale nie wyklucza że może, kto wie. Co będzie to będzie, nie ma presji, może pojawi się sprężyna. :) Jest więc na razie tylko króliczek za którym ganiać nie będę, czekam więc cierpliwie na króliczka, który pobryka w rytmach jakie sobie wymarzyłem. Póki co wracam do fenomenalnej Californii i może dokonam reasumpcji dwóch startowych oficjalnych longów, by podjąć kaskaderską próbę wgryzienia się w ich zawartość. Odważę się, mimo, iż ryzyko połamania trzonowców spore!

sobota, 5 stycznia 2019

Mr. Bungle - California (1999)




Nie posiada (jak zakładam) Mike Patton szuflady na zbędne pomysły, bądź ta szuflada od lat nie przyjmuje już ich nadmiaru, albo one wszystkie tak doskonałe, że zawsze warte publikacji. W sumie to nie mam z tym problemu, bowiem nikt nikogo do ich wysłuchiwania nie przymusza i jak ktoś zainteresowany, to bierze i korzysta, a jak ktoś ma na nie wy****** to nie ma przymusu by się tłumaczyć dlaczego. ;) Dla mnie akurat California, czyli jak dotąd ostatni produkt pod szyldem Mr. Bungle, to jedyny w pełni wysłuchiwany krążek macierzystej formacji Pattona i powód do dużej satysfakcji, że dyrygent tej hiper utalentowanej ekipy na dupsku nie wysiedzi i cierpi dla dobra fanów na to twórcze ADHD. California to album, który mym skromnym zdaniem oddaje w pełni charakter muzyki nieposkromionej, bez jakichkolwiek ram gatunkowych czy obaw w rodzaju, tego nie gramy, bo tak nie można i nie wypada. Jednocześnie materiał w pełni znaczenia słowa muzyczny, bowiem mimo że zawierający formalne fanaberie, to jednak w piosenkowym wydaniu. Może nie wszystko da się zanucić, nie wszystkie melodie to chwytliwości wzorce, nie do każdego numery da się potańczyć na dwa, ale w wielu fragmentach pobujać się można nawet z partnerką. ;) Ten w zasadzie ekscentryczny pop czerpie z przeróżnych wpływów - często i gęsto zaskakujących, więc osoby dopiero co urwane z choinki w kwestii dyskografii zespołu powinny być przygotowane na zaskakujący kontakt zarówno z thrash-coreowym riffem, jak i egzotyka folkową, elektronicznymi bitami, funky groove'm, ale i po prostu kabaretem, psychodelią, jazzem oraz bluesem w ilościach minimalnych, ale jednak. Na szczęście  w tym różnistości zatrzęsieniu chaos nie przejmuje władzy, tylko doskonała, pełna wyobraźni aranżacja o metodologii typowej dla komponowania made in Patton. W sumie pisząc o Californii można by z łatwością pokusić się o głębokie analizy satyrycznej treści lirycznej, rozpisać każdy utwór na drobiazgowo wyselekcjonowane ogniwa i interpretować, komentować, konkludować, naświetlać, zestawiać i porównywać. Ale właściwie po co, kiedy lepiej zostawić znakom zapytania pole do działania, kiedy przyjemniej słuchać i odpływać w dźwiękach takich hipnotyzujących perełek jak Retrovertigo, Pink Cigarett, Vanity Fair czy reszty znakomitości. 

P.S. Wiem że Patton potrafi dziwaczyć jeszcze bardziej i mądrzy twierdzą, że geniusza nic nie powinno ograniczać. California to jest jednak miejsce do którego dotąd dojrzałem - to granica, którą ja osobiście przekraczając nie czuję się już komfortowo. California bardzo, bardzo, lecz nie dla mnie debiut, nie dla mnie Disco Volante .

Drukuj