Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Scott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Scott. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2022

Crimson Tide / Karmazynowy przypływ (1995) - Tony Scott

 

Od giganta hollywoodzkiego kina sensacyjnego, to rozgrywające się w ciasnej przestrzeni okrętu podwodnego głębinowe widowisko i jak pamiętam gdy młodzianem byłem, kawał soczystej jankeskiej produkcji, która nie grzeszyła zarówno typowym amerykańskim patosem (bombastyczna muzyka Hansa Zimmera i patriotyczno-mocarstwowe uniesienie), ale i na szczęście miała w sobie kapitalne napięcie zbudowane sprawdzonymi wówczas już od lat przez speców od hiciarskiego kina metodami. To jednak oprócz powyższego też niespodzianie dobre kino psychologiczne, bo ta wojna nerwów pod powierzchnią oceanu sugestywnie oddana poprzez rywalizację dwóch silnych osobowości odpowiedzialnych za okręt i KRAJ. Rozumiejących konsekwencje, ale zupełnie inaczej spostrzegając swoją dowódczą rolę. To ambicja i zdrowy rozsądek, logika i emocje w starciu - poddane ciśnieniu presji odpowiedzialności. Dobrze się oglądało i myślę że jeśli dzisiaj już tak ta wojenna rozgrywka nie kopie równie mocno, to film młodszego z braci Scott jako przedstawiciel gatunku i współcześnie pozostawiony dla potomności ambasador sposobu kręcenia sprzed lat, nie zestarzał się na tyle by w oczy kłuły jego jakieś gigantyczne słabości. Jeśli nawet one dostrzegalne, to nie zależne od czasu kręcenia, lecz od charakteru stylistyki, a techniczna kwestia na tyle już wówczas była zaawansowana i z odpowiednim wyczuciem przez Tony'ego Scotta zastosowana, że uśmiech politowania ze strony przyszłych widzów nie grozi. Dlatego mam do Karmazynowego przypływu sentyment i pamiętam go jako klasyk na poziomie Polowania na Czerwony Październik. 

niedziela, 19 maja 2019

The Last Boy Scout / Ostatni skaut (1991) - Tony Scott




W sytuacji kiedy mam okazję polecić młodzieży film akcji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, to przede wszystkim bez wahania proponuję coś z produkcji nieżyjącego już niestety Tony’ego Scotta. Nawet jeśli Ostatni skaut to nie ta najwyższa liga, co akurat kultowy Prawdziwy romans i nawet późniejszy Zawód szpieg (Top Gun - nie uznaje :)), to jednak jak pamiętam z czasów, kiedy byłem nastolatkiem i pierwszy raz obejrzałem tego hiciora, był to kawał fantastycznie stunningowanego pod potrzeby rozmiłowanej w rozrywce publiczności kina. Jak ja wówczas, gdy w szaleństwo kinowe się wkręcałem jarałem się każdym tekstem który przez Bruce'a Willisa z nonszalancją był wypowiadany i jak mnie kręciły właśnie te pojedynki werbalne pomiędzy nim a Damonem Wayansem. Ten twardziel Hallenback robiący w branży detektywistyczno-ochroniarskiej bez problemu mógł gówniarzowi zawrócić w główce i mimo, że ówcześnie w realu strasznie brakowało mi fizycznych atutów i także tej kozackiej przebojowości, to jednak jako taką wyobraźnię posiadałem, więc tak na własny wewnętrzny użytek z detektywem Hallenbeckiem się utożsamiałem. Teraz po prawie trzydziestu latach i po długiej przerwie od ostatniego (wtedy pewnie z dwudziestego lub więcej seansu) perspektywa się znacząco zmieniła, a postrzeganie dość przewidywalnej akcji i nieco "sucharami" woniących potyczek słownych, nie jest już oczywiście przyjemnością o znamionach gigantycznego podniecenia. Jednak sposób prowadzenia narracji posiada ten czar, który sentymentem napędzany jest nadal w stanie podarować mi nieco ponad dziewięćdziesiąt minut kapitalnej rozrywki. Zabawa jest przednia, z rodzaju tej odwołującej się do emocji minionych, bo wyjątkowa specyfika kina sensacyjnego mocno podbitego ejtisowym dystansem, to niestety dzisiaj już tylko odległe wspomnienie czasów nie tylko dzieciństwa, ale też doświadczenie zupełnie innego spojrzenia na filmową materię. Teraz już takich filmów się nie kręci, a nawet jak próbuje (patrz. Nice Guys), to w stosunku do klasyków wypadają one bladziutko. 

P.S. Spostrzegawczy czterdziestolatek, lub uświadomiony millennials z pewnością dostrzegł, iż wymieniając to co najlepsze w karierze Tony'ego Scotta pominąłem dwójkę z przygód Axela Foley'a. Sam sobie zadaje pytanie, dlaczego właściwie mam problem by takie serie jak Gliniarz z Beverly Hills, czy Zabójcza broń traktować jako pełnowartościowe kino? Dlaczego, mimo że w tych i wielu innych przypadkach kontynuacje wychodzą świetnie, to ja nadal uparcie uważam że lepiej by było jakby ich nie było? W czym cholera tkwi mój problem? 

sobota, 29 grudnia 2018

Spy Game / Zawód szpieg (2001) - Tony Scott




Tony Scott od ponad sześciu lat na własne życzenie (miał prawo - jego życie, jego wybór – niech spoczywa w pokoju) wącha już kwiatki od spodu i żeby być szczerym niezbyt mnie jako kinomaniaka to jego dramatyczne zejście obeszło, bo i człowiek ten mając pokaźny dorobek w mainstreamowym kinie w ostatnich swych aktywności latach nie nakręcił niczego interesującego. Faktem jest, iż zawsze doskonale łącząc rozrywkę ze świetnym warsztatem, nie często popisywał się większą ambicją w sensie treści. Podbijał oczywiście listy kasowych przebojów i co w naszych polskich okolicznościach ma swój wymiar sukcesem pachnący, to w Polsacie za sprawą romansu wiecznie atrakcyjnego Toma Cruise'a z dziś już nie tak atrakcyjną Kelly McGillis, z myśliwcem, bodajże F16 w tle, czy drugiej  części gliniarskich przygód prze-chuj-zabawnego Axela Foley’a (póki Solorz żyć będzie ;)) swoje dyżurne miejsce w ramówce mieć będzie. Nie rozpaczam że żadnego akcyjniaka już nie skręci, idzie przecież młode ambitne pokolenie, ale oddaje człowiekowi należny hołd i mimo, że krytyka zawsze zasadnie stawiała go gdzieś, co najmniej poziom niżej od brata Ridley’a, to on też w kilku przypadkach wznosił się ponad typowy popcornem pachnący hollywoodzki schemat i tak jak w przypadku przede wszystkim Prawdziwego romansu, ale też poniekąd Ostatniego skauta, Fana, Człowieka w ogniu, czy też właśnie produkcji która do tych nader błyskotliwych przemyśleń mnie jakimś cudem natchnęła, serwował coś więcej li tylko mnożącą dochody hamburgerowa rozrywkę. Zawód szpieg to taki krój a’la James Bond, tylko szyty ze szpiegowskich motywów na maksa poważnie, bez lipy i ściemy, za to z podobnie spektakularnie nakręconą akcją i rewelacyjnie skrojoną intrygą, z tak istotnym gęstym od poszlak klimatem. Bo (tutaj bardzo niskie ukłony) Tony Scott mimo, że był to spec od znakomitego kina sensacyjnego, choć nie zawsze zachwycającego w stopniu takim na jaki go było stać, to akurat w tym przypadku wyprodukował świetne gatunkowe kino, któremu nic nie można zarzucić. Ogląda się z poczuciem permanentnego napięcia, bez przestojów czy innych mielizn. Aktorstwo jest wyśmienite i cały warsztat speców daje ogromną nie tylko wizualnie frajdę. Pitt i Redford niczym syn i ojciec, tak fizycznie podobni do siebie i teraz z perspektywy czasu z podobną ścieżką kariery i dorobkiem artystycznym. Drogie Panie rzekłbym kapitalne ciacha na ekranie, ja natomiast powiem faceci z klasą, a za kamerą gość o którym stawiam moją blogerską karierę, podbijając stawkę o pismaczą reputację szybko amerykański przemysł filmowy nie zapomni. :)

czwartek, 27 kwietnia 2017

Man on Fire / Człowiek w ogniu (2004) - Tony Scott




Od wielkiego dzwonu zacieram rączki z radości gdy czarnoskóry faworyt dojrzałych kobiet, znany jako Denzel Washington na ekranie swoje umiejętności aktorskie prezentuje. Zwyczajnie one wątpliwej jakości, raczej ograniczone tylko do używania autopilota, powielania tych samych gestów, tej samej mimiki. Utyskuje sobie teraz w najlepsze, bowiem rzadko jest "Pan postawny" autentyczny i wzbudza swoją grą jakiekolwiek emocje. W tym przypadku akurat obok takich aktorów charakterystycznych jak Christopher Walken i Mickey Rourke wypada jednak przekonująco. Bo tym razem, może jakimś cudem reżyser, który przecież za speca od kina akcji był uważany, do wzniesienia się na szczyt gwiazdora zainspirował, obsadził w roli dobrze dla niego skrojonej i sam kapitalnie opowiedział mocną historię z głęboką warstwą emocjonalną. Temat ochroniarza z mroczną przeszłością zapijającego psychiczne problemy i vendetta stanowiąca główny cel jego egzystencji, może wykorzystywany wielokrotnie i z innych tytułów często znany, ale w tej odsłonie to konkretna twarda jazda i w dodatku sporo chwytających za serce scen do przeżywania. Niby to rasowy sensacyjny film, ale chwilami ocierający się z zachowaniem oczywiście proporcji (by fana krwawej bitki nie odstraszyć) o psychologiczny dramat, gdyż o relacjach między ludźmi opowiada i to one właśnie stanowią główną oś wokół której akcja z walką ze skorumpowanymi policjantami, bezwzględnymi bandziorami kreowana. W nim chłodny profesjonalizm, gruba skóra twardziela i systematyczne jego z niej odzieranie, by finalnie ciepłą zażyłość z widzem zbudować. Jest napięcie, jest nerwówka postaci udzielającą się widzowi i dynamika odpowiednio sterowana. Trochę męczy może ta unowocześniona forma, te ujęcia tuningowane, takie rwane pulsujące nazbyt wyrazistą barwą. Ich zbyt wiele, jednak można się do tej niekoniecznie trafionej formuły przyzwyczaić i pozwolić porwać historii niezbyt jednak oryginalnej.

P.S. Patrzę i widzę, tak to Dakota Fanning, ta sama która w American Pastoral ostatnio oglądana. Tak ta sama, tylko trzynaście lat robi różnicę. :)

wtorek, 8 marca 2016

True Romance / Prawdziwy romans (1993) - Tony Scott




Klasyka kina przez speca od hollywoodzkiej sensacji nakręcona. Przez reżysera, który w swojej karierze nie zawsze ambitne projekty realizował. On częściej za produkcje dla mas o kasowym potencjale się chwytał niżby miał się trudzić kręceniem skomplikowanych obrazów gdzie dramat ludzki pierwszoplanową rolę odgrywa. Tony Scott jednak w przypadku Prawdziwego romansu, dla dobra kina wszedł w kooperacje z mistrzem efektownej erudycji w osobie Quentina Tarantino. Wyraźnie czuć tutaj jego rękę, bo scenariusz jaki napisał zawiera w sobie wszystkie cechy jakimi w branży furorę zrobił. Rdzeń zatem wymagał tylko profesjonalizmu realizacyjnego, który Scott wespół z całą plejadą ówczesnych gwiazd z nawiązką zapewnił. Gary Oldman, Christopher Walken, Samuel L. Jackson, Dennis Hopper, Brad Pitt, Tom Sizemore, James Gandolfini, Val Kilmer, Chris Penn i para kochanków grana przez nieco obecnie zapomnianych Patricie Arquette i Christiana Slatera. Esencjonalna śmietanka, która dociska pedał gazu na maksa, wciskając widza z impetem w fotel i nie pozwalając mu przez prawie 120 minut na oderwanie pleców od  trzeszczącego z naprężenia oparcia. Scott przy współudziale Tarantino udowadnia tutaj, że film o miłości nie musi smakować niczym mdły tort kremowy, ani nie jest zobowiązany wspinać się na szczyty pretensjonalności by intelektualnie zaintrygować, a sami bohaterowie nie potrzebują wymuskanych profili psychologicznych, doskonałych cech fizycznych oraz nie do przetrącenia kręgosłupów moralnych by widz kibicował ich uczuciu. Współczesna bajka o szaleńczym zakochaniu życiowych rozbitków, takich swoistych outsiderów może być osadzona w brutalnym świecie, gdzie masa typków spod ciemnej gwiazdy udowadnia na wszelkie sposoby, iż tylko bezkompromisowość rządzi i dzieli. W tym złowrogim otoczeniu prawdziwe uczucie dojrzewa, w ustawicznym towarzystwie świstu kul, łamanych szczęk i tryskającej krwi. Silniejsze od każdej przeszkody bo wykute w ogniu poświęcenia i oddania, odporne bo ekstremalnie zahartowane. 

Drukuj