Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dome Karukoski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dome Karukoski. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2019

Tolkien (2019) - Dome Karukoski




Pięknie rozpisana (mimo iż nie pozbawiona cech prowokujących krytykę) biograficzna historia J.R.R. Tolkiena, sugestywnie zawieszona pomiędzy faktami, a baśniowym klimatem wprost rodem z jego twórczości. Klasycznie z licznymi retrospekcjami ukazane trudne życie z uwzględnieniem dramatu utraty ojca i matki, w dalszej części dorastania jako sierota, szczęśliwie jednak korzystając z przywilejów edukacji w dobrej szkole z internatem, rozwijając dalej wrodzony talent na elitarnej uczelni. W dalszej perspektywie poprzez wojenny koszmar i wreszcie upragnioną rodzinną stabilizację. Fabularny zapis ucieczki od wszelkich traum i wspomnień w świat fantazji, osadzonej jednak na gruncie rzeczywistości i przeniesionej w formule metafor na karty sagi o Śródziemiu. Zauważę, iż z podobnym schematem scenariuszowym i wizją reżyserską mieliśmy niedawno do czynienia w przypadku filmu Simona Curtisa o Alanie Milne, wszystkim chyba sentymentalnym dorosłym dzieciakom znanym autorze książek o przygodach Kubusia Puchatka. Jednako w odróżnieniu od Curtisa, Dome Karukoski idąc podobnie romantycznym szlakiem uniknął zbytniego smęcenia, a jego praca ma więcej w sobie charyzmy bez stosowania przesadnej afektacji. Ona oczywiście intensywnie serce i wzrok w uniesieniu angażuje, przez co może na pierwszy rzut oka obie interpretacje mogą się szczególnie emocjonalnie jak i wizualnie wydawać bliźniacze. Tutaj w Tolkienowskiej biografii mimo wszystko montaż jest bardziej dobitny, a ujęcia prócz dopieszczonej detalami scenografii (atrybuty Anglii początku XX wieku - architektura, przedmioty) i w kontraście do świata uporządkowanego pokoju (bezlitosnej i pozbawionej sensu wojennej przemocy), wykorzystują ujmująco zaaranżowane odniesienia do świata fantasy żyjącego w głowie Tolkiena. W zasadzie typowo laurkowe, może ciut nazbyt przewidywalne kino posiada jednak czar tak wielki w którym etykieta, elokwencja, estyma, także potęga wyobraźni oraz miłość i piękna braterska przyjaźń potrafi wynieść widza ponad prozaiczność codzienności, uzyskując efekt tak podobny do twórczości Tolkiena.

P.S. Nicholas Caradoc Hoult nowa obiecująca gwiazda kina, czyli jak odkrywczo właśnie zauważyłem J.R. Salinger z filmu Danny'ego Stronga oraz, co dla mnie wielkim zaskoczeniem Robert Harley z Faworyty Lantimosa i Nux z najnowszej odsłony Mad Maxa. Będę postać obserwował!

czwartek, 17 maja 2018

Tom of Finland (2017) - Dome Karukoski




"Śliski" temat na ekranie, szczególnie w homofobicznym Polandzie, czyli rzecz o “prehistorii” środowiska LGTB. Od fińskiej do jankeskiej ziemi, o sposobie postrzegania odmienności seksualnej w różnokulturowym wydaniu. W rozbudowanej formule całkiem ze sporym rozmachem nakręconej biografii, jednej z najważniejszych postaci gejowskiej kultury XX wieku. O życiu homoseksualnym ze skomplikowaną polityczną i społeczną historią okresu wojennego, od północy Europy, przez powojenne zachodnie Niemcy, po Amerykę czasów rewolucji seksualnej. Gejowskie podziemie, pierwsze konspiracyjne kluby, nagonka, polowania na wyjętych spod prawa kochających inaczej. Skóry, czapki, te charakterystyczne wulgarne mundurki znane z baru pod błękitną ostrygą. :) Karykaturalne stylówy, wyzywające pozy i zmanierowane gesty. Mimo wszystko film postrzegany jako ryzykowny, bo poruszający niewątpliwie kontrowersyjną tematykę okazał się świetnym dramatem społecznym, skrojonym z możliwą przyzwoitością, z zachowaniem dystansu, bez przesadnego ukazywania cielesności - chociaż bliskość fizyczna, czasem wręcz perwersja odgrywa w nim fundamentalne znaczenie nie tylko w kontekście psychologicznym. Dobrze zagrany, merytorycznie przemyślany, warsztatowo więcej niż poprawny, a od strony artystycznej w kilku scenach przywołujący wręcz wspomnienie Samotnego Mężczyzny Toma Forda - pomimo, iż artyzm ogólnie z innej, bo niższej półki. Poniekąd też Obywatel Milk pojawia się w kontekście skojarzeń, przez wzgląd na wątek politycznego zaangażowania, czy z naszego rodzimego podwórka ze Sztuką kochania według Michaliny Wisłockiej. Tylko bez takiego dystansu i rozrywkowego charakteru, którym pobudzała Sadowska. W powyższej triadzie odnajduje podobieństwa, nie zachęcając do seansu oczywiście wszelkiej maści zdeklarowanych homofobów, bo na “ch**” narażać ich na napięcia, nie tylko mięśni wielogłowych, kiedy będą "zmuszeni" podziwiać rysunkowe muskularne kształty mężczyzn nieheteronormatywnych.

Drukuj