Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghost. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2025

Ghost - Skeletá (2025)

 

Mega szybko zleciał czas pomiędzy premierami dotychczas ostatniej, a od kilku dni obecnie ostatniej płyty Ghost, a przecież nie był to jakiś jedynie rok między nimi, więc coraz trudniej mi się godzić z tak błyskawicznym odhaczaniem kolejnych dni, miesięcy czy lat. Lekko zatem zaskoczony natychmiast się mimo wszystko otrząsnąłem z szoku aby z czystym, świeżym na ile się da rozumem odnieść do zawartości Skelety, w jaką wprowadzony zostałem dzięki już od chwili dłuższej niż cały album hulających trzech singli. One otwierają krążek i ten zabieg powoduje poniekąd, iż miałem wrażenie po premierowym odsłuchu że to materiał nie taki nowy odkrywam, jakbym się do niego przekonywał, gdyby single porozrzucane były pod gdzieś dalszymi numerami. Tym samym też w zawartość zostałem wprowadzony, jakbym najzwyczajniej w znane mi progi wkraczał, a to co po trzech startowych numerach następuje niczym w zasadzie mnie nie zaskakuje, choć przyznaję od razu, iż vibe Skelety, to najbardziej ejtisowy w klimacie ich materiał i udział klawiszowej oraz przede wszystkim przebojowej na ten charakterystyczny sposób maniery kompozycyjnej, ma decydujący wpływ na sukces oddziaływania "szkieletu". Coraz silniej "glamowy" charakter ostatnich propozycji Ghost uważam zdecydowanie dobrze współgra z archetypicznym sznytem nuty Szwedów i ja się bez wahania zaliczam do grona tych fanów, których stadiony dla Ghost nie odstraszają, a wręcz fenomenalne kompozytorskie umiejętności Tobiasa Forge'a (tak tak tak - ja również uważam że potrafi on pisać tak, że numery i całe albumy z czasem im poświęcanym się "otwierają") muszą być w tym stadionowym kierunku rozwijane, bowiem tu liczy się tak rozmach wyobraźni, kapitalne czucie chwytliwości oraz groovu, jak i same struktury rozbudowane predestynują jego styl do klimatu wysoko intensywnych uniesień mas ludzkich. Nie raz już obrazki towarzyszące promowanym numerom pokazywały jaka atmosfera towarzyszy każdemu szoł w Ghost wykonaniu i kto za Ghost w sensie maniakalnego zaangażowania stoi. Ci ludzie którzy wynieśli ekipę Tobiasa na taki poziom popularności i piedestał w sensie jakości by pchnąć/napędzić tą machinę, a samych muzyków zainspirować, zasługują na jak najwięcej, a możliwości przecież to gigantyczna produkcja i wyprzedane hale oraz właśnie stadiony. Ja kupuję Skeletę bez pytań (to co epicko heavy i epicko balladowe), bo ona mnie porywa każdą jedną nutką osobną i na jeszcze bardziej szeroko genialnymi liniami wokalnymi (interpretacje wyborne), chórkami, refrenami oraz solówkami przebogatymi i przezgrabnymi zarazem, bowiem co najważniejsze każda kompozycja to doskonale przemyślana forma i wykonanie znakomite. Nie dziwi mnie zatem moja entuzjastyczna reakcja, morda od ucha do ucha uśmiechnięta i wielka, niepohamowana, więc realizowana ochota na odgrywanie partii gitarowych na powietrznym wiośle i nie dziwią ogromne oczekiwania co to majowego występu Ghost w Atlas Arenie, na jakie to wydarzenie posiadam zakupioną już wejściówkę i naturalnie nie zawaham się jej użyć. 

P.S. Żeby nie było tak bezgranicznie optymistyczne i poważnie dodam że Ci którzy od lat tejże ekipy nie trawią dają do zrozumienia że Skeletá im się nie podoba, iż nie rozumieją fenomenu tego zespołu i że k**** fani Abby polubią, a nie szalikowcy glamu czy innych heavy metalowych akcji z lat osiemdziesiątych czy przełomu wymienionej dekady i ją poprzedzającej. Ja k**** ostro śmiecham za każdym razem, gdy na takie uniesienia niezainteresowanych wpadam. 

niedziela, 13 marca 2022

Ghost - Impera (2022)

 


Ekspresowo Impera poddana zostaje recenzji, tudzież w tych warunkach ogólnej bardziej - bardziej luuuźnej refleksji. Bowiem nie zwykłem naturalnie rozbierać opisywanych płyt na czynniki pierwsze pod względem technicznych właściwości czy z perspektywy muzykologicznej, ze względu na niemal żadną znajomość tak tajemnic kryjących się za procesem ich komponowania/nagrywania, jak podstaw akademickiej wiedzy o teorii muzyki. Oczywiście pisząc o subiektywnych odczuciach podczas odsłuchów emocje pobudzających lub sprawiających że pozostaje na nie obojętny (jeśli artystyczna ekspozycja pozostawia na nie głuchym) dodaje nie z rzadka naturalnie uwagi odnośnie także jakości dźwięku, wartości warsztatowej pracy instrumentalistów i innych wszystkich zmiennych wpływających na odczucia, a dalej tym samym na opinie. Lecz są to li tylko luźne maksymalnie osobiste i maksymalnie przesiąknięte pokorą wobec teoretycznej materii wnioski. Do niczego większego nie aspiruje, za nikogo tym bardziej opiniotwórczego się nie poczuwam. Ja tylko przelewam na klawiaturę własne uporczywe myśli, a one wypadkową zdobytego jako kompulsywny fan doświadczenia i własnego wątpliwego być może gustu, na  którym właściwy wpływ odcisnęły tysiące już krążków na szczęście z dość szerokiej palety gatunkowej. Ghost nagrywając piąty album i w takiej a nie innej formule to czyniąc, niejako wymusił na mnie powyższą truizmami przesiąkniętą deklarację, gdyż sam także jak myślę teoretycznie, sztukę ambitną stara się zamknąć w łatwo przyswajalnych ramach, jednocześnie nie stawiając zarozumiale między sobą, a wielkimi kompozytorami znaku równości. Ghost to fantastyczny przykład kapitalnego adaptowania wielorakich wpływów i aranżowania z nich czegoś formalnie nowego i ekscytującego. Pozwolę sobie na szaloną analogię, że przecież zrobić coś nowego na niwie rockowo-metalowej, to zachowując skalę i zdrowy dystans podobnie trudne, jak produkując tysięczny tekst o muzyce czy filmie dostarczać świeżego literackiego stylu, unikając względnie chociażby powielania szablonu czy używania wciąż tych samych przymiotników. Tak samo zakładam ma się sprawa jeśli spojrzeć na załogę Ghost jako absolutnie nie roszczącą sobie prawa do stawiania swojej pracy ponad jej przede wszystkim walor czysto rozrywkowy, za którym w tle kryją się zalety wysokiej jakości technicznej i szerokiego spojrzenia na estetykę gatunków z których Szwedzi czerpią inspirację. Innymi słowy pokrętnie staram się dać do zrozumienia, że jeśli ktokolwiek po Impera oczekiwał sztuki wzlatującej ponad wszelkie poziomy, to tak samo się rozczaruje czytając wszystkie moje rozkminy, które jakoby nie były przejawem odwagi, to zwyczajnie nie mają na celu dodawać Mariuszowi plus 100 do ego, ni to właśnie aspirować do miana "ja wiem lepiej". Ja wiem swoje i tym akurat mam potrzebę się podzielić, Ghost wiedzą zaś swoje swoje i według tego kompasu kierują własną twórczość w stronę jaką im intuicja wraz z doświadczeniami i odczuciami podpowiada - ty zaś Szanowna Pani, Szanowny Panie zrobisz z tym co zechcesz. Chcesz to co piszę z jakiegoś sobie tylko znanego powodu czytać, to czytasz, masz ochotę wrzucić krążek Ghost do odtwarzacza, to wrzucasz i masz gdzieś czy jeden z drugim mądrym napisali że to słabe itd. itp. Wyrażasz tym samym w działaniu osobista potrzebę, zaspokajasz tym samym kolejną i twoja satysfakcja nie płynie z wiedzy pochodzącej ze szkolnej obróbki teoretyczno-praktycznej, a z wiarygodności zbudowanej z szerokiego spektrum zmiennych jakich tylko częścią fundamentalne encyklopedyczne definicje. Dlatego czując i odczucia poddając analizie stwierdzam że Impera to cholernie profesjonalna robota, cholernie profesjonalnych typów i nic mnie tutaj nie zaskakuje, a cieszy gigantycznie że słucha się jej znakomicie, a roszczenia jakie mogą ewentualnie podczas tej niekwestionowanej przyjemności się pojawić trzeba zadusić w zarodku, aby jej zwyczajnie nie popsuć. Dodam jednakże poza planem na koniec, że zawsze mnie raduje kiedy płyta o ciekawym spójnym koncepcie lirycznym jest też gustownie objęta na starcie i mecie klamrą wspólnego motywu muzycznego, co ma miejsce i jest tego rewelacyjnym przykładem właśnie niemiłosiernie przebojowa, nieprawdopodobnie pobudzająca, niezwykle śpiewna i niemożebnie taka jakiej się spodziewałem Impera. 

P.S. Tak ten tekst sobie wymyśliłem, bo zawsze przy okazji sobie śmiechnę jak czytam, że Ghost to jakieś (tu sobie wstawić cytaty malkontenckie). Tak samo jak ktoś słyszy Abbę kiedy właściwie to słyszy w nucie Ghost ELO, a właściwie w cholerę wszystkiego z heavy-popowej spuścizny - od pudlowatych wzorców po bo ja wiem co jeszcze?

sobota, 1 czerwca 2019

Ghost - Infestissumam (2013)




Ja wiem, że od czasu debiutu przez zaledwie dziewięć lat Ghost przeszedł długą drogę stając się z sensacji znanej wyłącznie scenie metalowej, przedsiębiorstwem przynoszącym pokaźne profity o zasięgu niemal globalnym. Tyle że muzycznie przez te lata tak naprawdę to aż tak wiele w propozycji Szwedów się nie zmieniło, mimo że personalne roszady były znaczne. Tajemnica ich sukcesu komercyjnego to nadal dla mnie ogromna zagadka, natomiast kwestie kompozycji i związana z nimi linia artystyczna pozostające w gestii jednej persony, to żadna wielka zagwozdka. Szef tej korporacji jest jeden i nie istotne jaki przybiera pseudonim i jakie bezimienne ghule kryją się pod towarzyszącymi mu zakapturzonymi czy zamaskowanymi instrumentalistami. On wytycza kurs i pilnuje by wszystkie ręce na pokładzie działały we wspólnym celu, który prowadzi do ściśle określonego miejsca, w którym zapewne pogodzone zostaną artystyczne ambicje z mainstreamowym hajpem. Dzisiaj wokół Ghost pewnie funkcjonuje cała masa doradców w randze różnorakich speców od marketingu, lecz wówczas tylko dwa i pół roku po głośnym debiucie jeszcze ta armia nie została sformowana, więc i pomysły na drugi krok miały więcej wspólnego z potrzebami duszy niż kieszeni. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, iż jak robi się wokół siebie tak gigantyczny jak na metalowo-rockowe okoliczności szum, to nie jest to wypadek przy pracy, tylko efekt przemyślanej strategii. A strategia owa wówczas stawiała zapewne na rozszerzenie rozpoznawalności poprzez zastosowanie lekkich aranżacji, unikając jednak zbytniego rozmiękczenia brzmienia. Startując zatem z pozycji zręcznych epigonów Mercyful Fate do koncepcji z Opus Eponymous dodali popowej chwytliwości, rockowego luzu i aby zachować oryginalny dla siebie rodzaj transowości, także nieco psychodelii. Wraz z całkiem okazałym sakralnym sznytem i barokowym bogactwem klawiszowych motywów stworzyli dopracowany teatrzyk, który mimo że paradoksalnie był ubogi w bezpośrednie hiciory i nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jako było to w przypadku debiutu, to nie pozwolił na zaprzestanie obserwowania ich dalszych poczynań, czy przede wszystkim poddanie się pokusie uskuteczniania jadowitej krytyki. :)

wtorek, 31 lipca 2018

Ghost - Opus Eponymous (2010)




Myślę że mało kto się spodziewał, iż Ghost zrobi tak oszałamiającą karierę i z głębokiego gatunkowego undergroundu tak błyskawicznie przebije się najpierw do przedsionka, a w chwilę później już do rockowego mainstreamu. Szczególnie iż image kontrowersyjny teoretycznie nie do końca pomaga w takich sytuacjach, lecz jak uczy życie i zaskakujące doświadczenia jakimi dość często sypie - kiedy do dobrze stargetowanej muzy dorzucisz jakąś tajemnicę, w tym przypadku personalną i zaciekawisz tym obliczem wielkich sceny, to droga na salony w praktyce, nie w teorii stoi otworem. :) Nie da się w drodze na "szczyty" jaką ekipa ghouli wraz z Papą Emeritusem wykonała, nie docenić odwagi stylistycznej, lecz jednocześnie także i dobrej prasy jaką jej członkowie Metallicy zapewnili. Kilka zbiegów okoliczności, niczym paradoksalnie dar z niebios rekomendacja, sporo charakteru i kompozycyjnego talentu, plus aura niedopowiedzeń i tym sposobem po czterech studyjnych długograjach Ghost jest w miejscu z którego już chyba wyżej wystrzelić nie jest w stanie, a jego notowania albo utrzymają się dzięki jakości na zdobytym poziomie, lub też po całkiem długich pięciu minutach będą lecieć może nie na łeb i szyję, ale jednak systematycznie w dół. Obydwa scenariusze zdają się równie prawdopodobne, a ja nie miałbym odwagi by na jeden z nich większego grosza postawić, bo i daleko mojej naturze do hazardowych posunięć i nie bardzo lubię z fusów poniekąd wróżyć. Ale do sedna, po tym osadzonym w szerszym kontekście domniemywań i analiz okoliczności wprowadzeniu. Z obowiązku powinienem przecież przy okazji nawet quasi recenzji napisać coś więcej o charakterze dźwięków proponowanych w tym przypadku na debiucie grupy. W zasadzie ta wtedy świeża stylistyka, to opierała się na wykorzystaniu klasycznych rozwiązań, które dostarczały takie tuzy lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jak Mercyful Fate i jego odłam wokalny, czyli sygnowany przez Kinga Diamonda projekt solowy, wsparty oczywiście znakomitymi nazwiskami. Nie ma wątpliwości w jakim rockowo metalowym gatunku fundamentalną inspirację Ghost odnalazł - z daleka czuć mroczny heavy metal i progresywnie psychodeliczną formułę opowiadania pełnych grozy historii, wspartą retro occultystycznym sznytem. Spisanych w hołdzie Diabłu i z diabelską powagą wykonanych, choć w konwencji gdzie bez dystansu  pozostałby jedynie odorek żenującego rechotu. Na pokaz minorowe miny, pełne majestatu i namaszczenia pozy, ceremonialny klimat z patosem w roli głównej, a pod tymi teatralnymi zagraniami autoironia, świadomy kicz i groteska w cholernie przerysowanej postaci. Aby jednak ponad setki podobnych dźwiękowych podmiotów muzycznych wypłynąć, postarali się członkowie tego ansamblu o intrygujący manewr dorzucając do mrocznego wywaru przebojowość, którą nie trudno skojarzyć z bardziej ambitnym popem święcącym swoje największe triumfy przed kilkoma dekadami, przechodząc za sprawą długowieczności z dzisiejszej perspektywy do klasyki muzyki rozrywkowej. W tym gęstym sosie wpływów i własnej koncepcji ich zaskakującego wykorzystania, jeszcze jedna kwestia zasługuje na zaznaczenie swej niekwestionowanej kluczowej roli. To subtelna brzmieniowo i podniosła wykonawczo wokalna maniera, której do tego momentu nikt nie odważył się użyć, w co by nie napisać mocnej muzie.  Historia Ghost trwa, muzycy systematycznie dopisują kolejne do niej rozdziały, zdając sobie z pewnością sprawę z faktu, że handicap startowy w postaci zaskoczenia i wyjątkowości już mocno zużyty i trzeba szukać na gwałt pomysłów na utrzymanie uwagi. Pytanie jest cholernie ciekawe - czy się im uda?

niedziela, 3 czerwca 2018

Ghost - Prequelle (2018)




Nic świeżego zapewne w tym miejscu o muzycznym wizerunku Ghost nie napiszę, będzie asekurancko, bo po co ryzykować, podobnie jak i poniekąd sam zespół przestał zaskakiwać i osiadł w najbardziej bezpiecznej zatoce. W miejscu, w którym połączył eurowizyjną przebojowość i metalowe korzenie z podniosłymi aranżacjami, które szczęśliwie nie kłują w uszy aż nazbyt nieznośnie napuszonym patosem. Jakbym słów precyzyjnie nie dobierał i nie szukał tych, które miałyby zapobiec użyciu wyświechtanej ostatnio formuły o strefie komfortu, tak ni cholery nie potrafię znaleźć zamiennika, który by bardziej trafnie oddał miejsce, w jakim się obecnie za sprawą Prequelle znajdują. Okopali się czwartym albumem na wcześniej upatrzonej i przez szczególnie dwa ostatnie krążki zdobytej pozycji i teraz w wyrachowanym tonie zdają się spieniężać osiągnięty fejm. Prequelle to zaiste koniunkturalna powtórka, następny dobry album, natomiast dla szalikowców kolejnego wcielenia Papy Emeritusa i ekipy ghouli zapewne doskonały, bo zwyczajnie kompozycyjnie już na poziomie szczytowym. To są kapitalni zawodowcy, którzy wiedzą co i jak grać mają, by utrzymać względnie wysoki hajp na własne stylowe produkcje. Komponenty niezmienne do pracy na rzecz Księcia Ciemności zaprzęgają – kontrowersji odrobinę, mroku sakralnego na anty modłę co nieco, teatralności i chwytliwości od groma. Aranżacyjnym reżimem one potraktowane w celu uzyskania produktu nadal wysokiej jakości, niestety o coraz mniejszej wyrazistości, kosztem spokoju względem wysokich notowań na listach przebojów. Nawet jeśli powyższej tezie zaprzecza nieco numer Miasma, czyli instrumentalna kompozycja z saksofonem tak sprytnie zaaranżowanym, że w żadnym wypadku pośród całej bogatej instrumentalizacji zaskakującym, to on idealnie w strukturę wtopiony daje tylko paradoksalnie do zrozumienia, że Ghost nie boi się urozmaicania ale i poza dobrze znany schemat z rozmachem nie zamierza się wychylać. Takie pytanie podczas nierzadkiego odsłuchu sobie zadaje, czy jest to płyta wyczerpująca temat? Gdzie ewentualnie w przyszłości zawędrują, czy autorska formuła pozwoli im nieco bardziej odważnie złotodajny model przekształcić, czy może według filozofii więcej ostrożności, mniej rewolucji, z każdym albumem będą powszechnieć takimi małymi, jednak uwsteczniającymi kroczkami? Udowodnili jednakże, że dla Szatana nie trzeba śpiewać wyłącznie ciemna nocą, można to z powodzeniem robić kiedy słońce wstaje z rana. Stąd może tych hiciorów ze spokojem duszy podczas przygotowywania porannego posiłku posłuchać każda ceniąca dobrą melodykę niemetalowa mama.

P.S. Słucham od kilku dni bardzo często, bo oto to ohydnie kuszące dzieło wprost z Eurowizji w uszy skutecznie się wlało i za cholerę ze łba wyleźć nie zamierza. Podśpiewuję sobie refreny ochoczo, coraz rzadziej zwracając uwagę na ten wciąż niezrozumiale tandety image. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Ghost - Meliora (2015)




Pozwolę sobie własne zdanie wyłuszczyć w temacie fenomenu jakim na ogólnie rozumianej scenie rockowo-metalowej Ghost aka Ghost B.C. pozostaje. Ansambl złożony z instrumentalistów w kapturach (teraz chyba maskach) i człowieka (jednego, dwóch, a może trzech - nie wiem nie nadążam), którego tożsamość jakiś czas temu ujawniona, a który to w przebierankach kiczowatych gustując bluźnierczą aurę tajemniczości wokół siebie rozsiewa. Papa Emeritus i The Nameless Ghouls (jeżeli nic się w międzyczasie nie zmieniło) teatrzyk z powodzeniem urządzają i na fundamencie wizerunkowej niepoprawności, względnie w tymże środowisku poprawności budują status grupy równie ubóstwianej jak wyszydzanej. Mnie akurat ten osobliwy medialny spektakl zupełnie nie przekonuje, więcej gdyby go zabrakło dużo większą estymą bym Panów muzyków darzył. Nie trawię tego rodzaju infantylnych zabaw, choćby nie wiem jak złożonymi ideami były tłumaczone i tyle. Kropka, koniec zbędnych dywagacji, dyskusji itp. W centrum mojej uwagi zawsze samo meritum pozostaje, a w przypadku zespołu muzycznego oczywistą oczywistością dźwięki być powinny. I teraz właśnie o Meliorze z perspektywy muzyki, nie wizerunku scenicznego będzie. Po kapitalnym debiucie, co by nie napisać w równym stopniu innowacyjnym jak opartym o schematy aranżacyjne, czy stylistyczne szczególnie w latach 80-tych przez heavy oraz doom metalowe legendarne instytucje popularyzowane, poszli goście szlakiem większej przystępności i do kreowanych dźwięków na Infestissumam poniekąd sporo Eurowizji wtłoczyli. To żart oczywiście ale jak w plotce tak w dowcipie spore ziarno prawdy egzystuje i w moim odczuciu za dużo ABBY, a za mało Mercyful Fate do utraty mojego zainteresowania ich poczynaniami doprowadziło. Przekonany byłem, że ten kierunek już na stałe zachowany zostanie i nie czekałem absolutnie na kolejny ich ruch - bo wiedziałem i kropka, że niczego równie intrygującego jak Opus Eponymus nie nagrają. Jak się mylić mi zdarzyło?! :) Moja ultraradykalna pewność wprost proporcjonalna do zaskoczenia, gdy usłyszałem (przypadkiem) From the Pinnacle To the Pit. Toż to jest petarda co w swoim aranżacyjnym mistrzowskim szablonie zawiera energię, mrok, chwytliwość i finezję bliską absolutu. Porażony swą ignorancją i energią tego przeboju jak tylko Meliora w sieci (oficjalnie) zagościła sprawdziłem, czy to tylko jednorazowy wyskok, czy też cały album bardziej w spuściznę heavy niźli popu będzie wpatrzony. I teraz po kilkukrotnych przesłuchaniach jednoznacznego przekonania nie mam. Bo pośród takich gitarowych ciosów jak Circle, Mummy Dust, Majesty czy Absolution kryją się też numery od których abbowska aura bije tak intensywnie, jak nadzieja dla kraju w ruinie od wymodlonego jaśnie panującego naszego Pana Prezydenta. Liderem takiej stylistycznej maniery zamykający krążek Deus in Absentia, którym wygranie Eurowizji na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdyby rzecz jasna liryki poskromić i inne fatałaszki im sprawić mieliby zagwarantowane - takie to fajniusie. Obok heavy rockowych hymnów i chwytliwych ucieczek w mainstream są także na najnowszym albumie Ghost ciekawe miniaturki (Spöksonat, Devil Church), jednak szczytem szczytów okazuje się He Is, czyli najjaśniejsza jasność, niczym wschodzące słoneczko, zaglądające do mojego okienka i budzące mnie pełnią swego optymizmu. Rzecz zjawiskowa tylko, że ja za ten słodziutki tandetny aranżacyjny szlif także obecny w ich twórczości nie mogę się do nich przekonać, a oni tak otwarcie mi o tym przypominają. Bezczelność na jaką tylko bluźniercy mogą sobie pozwolić! Wiem, pamiętam też nadal o wizerunku scenicznym i podsumowując ostateczny werdykt wydaje. To naprawdę ciekawa efemeryda na scenie i na szacunek zasługująca odwaga przemieszana z arogancją, że tak sobie to wszystko wymyślili i konsekwentnie założenia realizują. Muzycznie profesjonalnie, bo piosenki jakie spod ich rąk wypływają zdecydowanie zgrabniutkie, tylko to ich działanie z każdym rokiem coraz bardziej opatrzone wizualnie się staje. Gdzie jest kres, co przyniesie przyszłość nie będę z fusów wróżył, bo metoda to nieskuteczna. Poczekam bez nadmiernych oczekiwań czy ekscytacji na rozwój sytuacji. Poobserwuje i albo będę entuzjastycznie chwalił albo zawzięcie krytykował - znaczy na dwoje babka wróżyła. 

Drukuj