Tego brytyjskiego Curtisa, to ja kiedy kina potrzebuję bez większych pretensji, zawsze biorę z ufnością, a czasem nawet wręcz z ogromną bezpretensjonalną przyjemnością. Kręci może rzadko, bowiem jego głównym fachem jest scenopisarstwo (sporo przez lata sukcesów po drodze zaliczając), jednako kręci najzwyczajniej niezwykle przyjemnie, z nikim się nie ściga i nie zabiega o ambitne laury, tylko oferuje filmy rozrywkowe, filmy proste, lecz przez wzgląd na życiową obyczajowość w nich zawartą, filmy szlachetnie dojrzałe. The Boat on the Rocked kręcona w znacznym stopniu z łapki, dynamicznie z biglem, z obsadą fajową, to opowieść o żywiołowej, beztroskiej młodości, na zasadzie i z puentą, że jak nie teraz to kiedy - jak nie zrobimy głupstw w młodości, to cholera będziemy mieć czego żałować na starość. Brytyjsko-amerykańskim rock’n’rollem nabita po korek, z klasą i z poczuciem humoru opowiedziana zasuwa z przytupem ta historia autentyczna z roku 66-ego, czyli czasu największej popularności gatunku na mglistych wyspach i niemal kompletnego braku takiej nuty w oficjalnych eterze. Stąd boom zrodzony na pirackie radiostacje nadające to co zajebiste i bez rządowego sztywnego gorsetu umoralniającego. Wiadomo że angielskie lata 60-te to czas przemian obyczajowych i kontrkultury atak na skostniały system hipokryzji funkcjonalnej. Przeciw rock’n’rollowej pornografii oburzenie nakręcane, histeria atakująca, więc mnóstwo w niej dobrej niegrzecznej zabawy i znakomitej porcji szlachetnego rocka. Kolorowa, krejzi lajtowa jazda będąca rodzajem wzruszającego listu miłosnego do epoki z młodości i muzycznej pasji, która wówczas pod rządową (jej królewskiej mdłości) nagonką, bowiem zagrażająca (a fe!) moralności publicznej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Curtis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Curtis. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 stycznia 2025
niedziela, 26 stycznia 2014
About Time / Czas na miłość (2013) - Richard Curtis
Richard Curtis jak dotąd, nie do
końca ze swoim dorobkiem w postaci licznych scenariuszy, jakoś wybitnie mi się kojarzył. Jego
specyficzna angielska flegma, czasem nawet pretensjonalność, a przede wszystkim
trudne do zrozumienia z samczego punktu widzenia skierowanie własnej twórczości
na komedie o romantycznym charakterze, ogólnie odpychało. Odbijało mi się tym
słodkawym posmakiem, pomimo, iż specyfika filmów jego zupełnie inna niż ta o
szczeniackim, nastoletnim postrzeganiu procesu chemicznego miłością nazywanego. Chociaż pewna doza często niebanalnego poczucia humoru oraz osobliwe postaci, jakie
bohaterami drugoplanowymi w tle opowieści jego egzystujące walorem
niezaprzeczalnym. Summa summarum jednak efekt sprowadzał się do tego, że to co
obejrzałem nigdy głęboko w pamięć moją nie zapadało – innymi słowy przelatywało
bez echa większego. Do dnia, kiedy to z polecenia znajomego ale i rekomendacji
jednego z popularniejszym programów telewizyjnych o kinie traktującego,
obejrzałem kapitalny film w jego reżyserii, na podstawie autorskiego scenariusza, w jednym słowie - o
szczęściu! Nie mam na myśli tu znaczenia określenia powyższego do farta
zwyczajnego sprowadzonego. Szczęście w ujęciu tutaj najbardziej archetypicznym,
sprowadzającym się do synonimu wyrażenia spełnienie. Nieco naiwna to opowieść,
ale właśnie w tym zabiegu tkwi najistotniejsza zaleta jego. Sprowadza się ona
do ukazania coraz rzadziej w pierwotnym rozumieniu spostrzeganej miłości czy
owocu jej, jaką rodzina. Poszukując w życiu szczęścia sprowadzamy jego sedno do
zaspokajania wyłącznie własnych potrzeb w postaci kariery zawodowej jak i
wszelkich hedonistycznych zachcianek. Taka strategia coraz częściej przez
współczesnych obierana na margines sprowadza sens człowieczeństwa. Podejmowane
przez nas decyzje nie zawsze tymi najlepszymi, a szansa na ich zmianę niesprowadzona
do futurystycznej podróży w czasie. Każdy nowy dzień daje nam szanse na
wprowadzenie zmian, na odnalezienie sensu istnienia czy najzwyczajniej otwarciu
się na to, co w każdej przeżywanej chwili najbardziej wartościowe. Nasze
doświadczenie jakie wynikiem doznań przez pryzmat refleksji i optymistycznej
natury wieść może ku efektywniejszemu zagospodarowaniu lat, które nam jeszcze
pozostały. Jeśli tylko na to pozwolimy! ;)
Wiem, niemal jak kapłan czy pastor z ambony przemawiający zabrzmiałem, jednak
bez obaw nie zamierzam przywdziać szat charakterystycznych i na drogę prawdy
zagubionych kierować. Taki ton podniosły jedynie wynikiem dojrzałej percepcji
otaczającej rzeczywistości, w pewien sposób przez omawiany obraz
zainspirowanej. W pewien znaczy taki, co o pewnych oczywistościach przypomina,
by w pogoni za iluzją wygodnego życia czy w ferworze codzienności o istocie
BYCIA nie zapominać. Porzucam na koniec zatem ton tak prostacko z kazaniem się
kojarzący i odnosząc się do oceny Czasu na miłość, przez pryzmat powyższego
tytułu uwagę zwrócę na sposób, jaki Richard Curtis taką zmianę stereotypowego
spostrzegania swojej twórczości u mnie uzyskał. Wykorzystał tak naprawdę
wszelkie szablonowe dla niego chwyty, jednako przesłanie jakie pozostawił
bardzo daleko od tych wcześniejszych pierdół zakotwiczone. Ono tak dojrzałe i
do refleksji skłaniające, iż myślę, że na długo w mojej świadomości pozostanie.
Powiem więcej, może nawet ono trwałe piętno odciśnie na moim przyszłym
istnieniu. Wyborne kino, takie co w lekkiej formie wielowarstwową, przemyślaną
i dojrzałą opowieść snuje. Polecam tym, co na takie spojrzenie już gotowi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

