Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Jakub Kolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Jakub Kolski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 czerwca 2017

Las 4 rano (2016) - Jan Jakub Kolski




Duży dystans zawsze miałem do obrazów sygnowanych nazwiskiem Kolskiego, nigdy tak w pełni mnie nie przekonał, ale także nigdy w pełni na to szansy nie dałem, gdyż z bogatej jego filmografii znam zaledwie kilka tytułów i to właśnie z pominięciem wczesnego okresu jego pracy. Takie Jasminum akurat spostrzegam bardzo pozytywnie, natomiast Zabić bobra, to był jakiś przegięty koszmarek, zarówno odpychający jak i nużący okropnie. Zatem do rzeczy, nie przyciągnęło mnie do tego lasu nazwisko reżysera, a wyłącznie osoba Krzysztofa Majchrzaka, który jest w polskim kinie w moim przekonaniu jednym z najlepszych aktorów o potężnych rozmiarach i gołębim sercu - poza tym gościem z klasą w tej aktorskiej lanserskiej kaście. :) I w sumie nic w temacie stosunku do pracy Kolskiego się nie zmienia, jak i podtrzymuję bezwzględnie opinię o Majchrzaku. Aktorsko świetnie, człowiek ten dominuje, chociaż gra surowo, jakby z przyczajki, gdyż dużo treści w obrazie, mniej w dialogach. Chociaż Kolski bezdyskusyjnie pośród polskiej reżyserskiej braci może być nazywany artystą, jednak to ten rodzaj artyzmu i intelektualnej ambicji, który akurat do mnie nie dociera na intensywnym poziomie emocji. Nie funkcjonuje na tym pułapie, może Kolski odlatuje zbyt wysoko i niekoniecznie wystarcza mu możliwości na zamiary i wyczucia, by uderzyć we mnie skutecznie, ferment do refleksji wprowadzając. Tym tytułem zawieruchy nie wprowadził, więc nie będę się silił i czasu tracił na wydumane interpretacje. 

czwartek, 18 września 2014

Zabić bobra (2012) - Jan Jakub Kolski




Wytrawnym koneserem kina się nie tytułuje, twórczość Jana Jakuba Kolskiego znam wybiórczo, znaczy "coś tam, coś tam" oglądałem, może się zachwyciłem, a może obojętnym pozostałem - bo to kino zawsze bardzo specyficzne, gdzieś z pogranicza surowej estetyki i poetyckiego niemal zacięcia. W tych obrazach bardziej cisza gra, klimat i pewna drażniąca gierka z widzem jest prowadzona stąd trudno je rzecz jasna w kategoriach zwykłej rozrywki odbierać - one z rodzaju "zrobiłem film dla siebie, a wy próbujcie ogarnąć o co mnie tu, itd." ;) Dlatego też Zabić bobra w żadnym stopniu mnie nie zaskoczył, on tylko utwierdził w przekonaniu, że Kolski swoją ścieżką kroczy i ma głęboko gdzieś wszelkie tabu. Fajnie, bo ja też w swoich przekonaniach podobnymi zasadami się kieruje. Tyle, że to co w swojej najnowszej odsłonie zaproponował to nawet dla mnie zbyt duże stężenie filozofii "pójdę po całości" przez co wystraszyłem się odrobinę, że konserwatystą się staję. :) Nie dałem rady przebrnąć bez poczucia zniesmaczenia, z trudem pozostałem przed ekranem do końca z tym ciągle kołatającym się pytaniem w wielu wariantach - czemu to ma służyć, po co to, dlaczego akurat tak? "Ni z gruchy ni z pietruchy" wali prosto w ryj szokującymi scenami kopulacji próbując w miarę rozwoju wydarzeń udowadniać, że to przecież czyste uczucie pomiędzy bohaterami się narodziło. Dwie dusze poharatane z obciążeniami z przeszłości potrzebują bliskości, odnajdują się i nie istotne są jakiekolwiek bariery. Wiem, widzę, ale za cholerę nie rozumiem! Ok, obejrzałem i co myślę piszę, ale po co tak naprawdę tym obrazem się torturowałem tego do tej pory nie wiem. Temu bobru, znaczy temu Janu nie dziękuję! :(

Drukuj