Bardzo na plus zaskoczył mnie nowy album Antimatter, gdyż zanim wyszedł i nawet zanim pierwszy singiel się pojawił doczytałem, że ma on być oparty na materiale dotąd niezarejestrowanym, bądź składającym się z odrzutów z poprzednich sesji, więc z góry zakładałem, iż jeśli kompozycje owe nie zmieściły się na krążki poprzednie, to naturalnie mogą być o poziom lub więcej słabsze od konkurencji. Tutaj w tym miejscu niezwłocznie więc donoszę (aby nie wpaść w taką pułapkę stereotypowego myślenia), że Profusion of Thought w żadnym stopniu nie inaczej niż jako pełnoprawny album Antimatter należy traktować. Zawiera bowiem utwory, które nie jestem wręcz w stanie uwierzyć, iż kiedyś w przeszłości nie zmieściły się do programu wydawanych płyt. Utwory brzmiące w stu procentach na modłę antimatterowej stylistyki i nie wnoszące niczego nowego do jej od lat raczej już niezamienialnego trzonu, lecz brzmiące najzwyczajniej dla fana ich stylu znakomicie. Klasyczne patenty tu rządzą - semi akustyczne motywy wspierane ostrzejszymi akcjami w lajtowym kontraście hi-lo z wykorzystaniem progresywnego crescendo oraz rzecz jasna cudownie płynące melodie, okraszane znakomitymi emocjonalnymi solówkami, obok których klawisz sobie poplumka i cudownie zaśpiewa szef całego przedsięwzięcia w osobie Micka Mossa. Z tej perspektywy Profusion of Thought jest do bólu przewidywalne i ani odrobinę nie popycha tej estetyki do przodu, ale bez względu na wykorzystywany szablon (bywa on chwilami odrobinę męczący), to ogólnie w zakresie dorzucania do instrumentalnego fundamentu różnych ciekawych zagrań, patentów oraz detali, to kilku można się doszukać, a swoją dodatkową doskonałą robotę robi tutaj saksofon, który niewątpliwie ratuje kilkukrotnie kompozycje przed pewnie pozorną, ale jednak odczuwalną jednakowością, nie mówiąc już że dodaje aury zmysłowości i ja jestem bardzo na tak, kiedy tak się dzieje. Stąd jestem "wniebowzięty" i słucham tych "odrzutów" jak "zaklęty". :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antimatter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antimatter. Pokaż wszystkie posty
sobota, 19 listopada 2022
wtorek, 9 listopada 2021
Antimatter - Saviour (2001)
Szok to był wówczas dla mnie niebywały, kiedy wieść iż szeregi Anathemy jej od niemal zarania podpora opuszcza. Tym mocniejszy był to cios, kiedy jeszcze emocje związane z wydaniem znakomitego Alternative 4, jeszcze nawet odrobinę wystygnąć nie zdążyły. A był to aliści album wyborny, a główna zasługa w jego brzmieniu tkwiła własnie w roli jaką na niej Duncan Patterson odegrał. Wyjątkowy klimat jakim osnuta, to klawiszowa robota ale i basowy szkielet, zatem każdy zakochany w jej charakterze musiał posmutnieć, kiedy taka niepokojąca nowina do niego dotarła. Byłem ja wtedy jednym z tych strwożonych o kierunek i jakość kolejnych nagrań i mimo iż miałem świadomość że Anathema to nie wyłącznie Patterson, to jednak jego oddziaływanie mogło zmienić wiele i zmiany te niekoniecznie być musiały przeobrażeniami łatwo akceptowalnymi. Co się działo z Anathemą, to akurat inna opowieść, więc ze wstępu marsz do sedna sobie teraz nakazuję. Jesienią 2001-ego roku Saviour pod szyldem Antimatter został wydany, a był efektem współpracy Pattersona własnie, z owym czasie mnie całkowicie nieznanym Mickiem Mossem. Niewiele o projekcie wiedząc i nie dłużej niż kilka minut się zastanawiając nabyłem taśmę z dziewięcioma kompozycjami i doznawszy kolejnego szoku, próbowałem wkręcić się w elektroniczną estetykę w jakiej Panowie sobie dłubali. Savoiur okazał się płytą niezwykle klimatyczną i osadzoną na elektronicznym fundamencie eksplorującą atmosferyczne przestrzenie trip-hopu, ambientu czy dark wave'u. Z racji braku wcześniej styczności z ową estetyką kontakt z nią choć był przyjemny, to niekoniecznie aż tak intrygujący bym zbyt często później wtórne przesłuchania sobie inicjował. To był mój błąd (tak jak wówczas mała z początku przychylność nowej ścieżce obranej przez The Gathering), bowiem dzisiaj dopiero tak z szerszym horyzontem spojrzenia i z pełnym szacunkiem dla eklektyzmu gustów, mogę docenić kompozytorski warsztat i przede wszystkim zrozumieć dlaczego w karierze Duncana Pattersona taka potrzeba odkrywania nowych intrygujących i kontemplacyjnych terenów funkcjonowała. Dzięki otwartej głowie i pozbawionego barier gustu, powstał materiał z jednej strony przepełniony melancholią i smutkiem, z drugiej ciepły i kojący. Łączący fenomenalne wyczucie melodii, nastroju i bujającego rytmu nad którymi unoszą się subtelne głosy damsko-męskie. Choć obecnie Antimatter działa bez Pattersona i słuch podejrzewam w branży o nim większy zaginął, a estetyka do spółki z innymi ziomkami praktykowana przez Mossa jest bardziej klasycznie rockowa, to Antimatter wciąż stanowi przedmiot mojego wzmożonego zainteresowania, natomiast im więcej mam lat, z tym z większą przyjemnością powracam do pierwszej fazy działalności grupy.
poniedziałek, 18 października 2021
Antimatter - Fear Of A Unique Identity (2012)
Trzy startowe krążki Antimatter (Savoiur, Lights Out i Planetary Confinement), to były albumy poszukujące. One były płytami na których połączone siły Micka Mossa i byłego basisty/klawiszowca Anathemy w osobie Duncana Pattersona eksplorowały tereny akustycznego gotyku i trip-hopu. Po opuszczeniu składu przez Pattersona (dopiszę, że trójka chyba była zbyt już kompromisowa), Moss całą naprzód poszedł (Leaving Eden) w kierunku progresywnego post rocka, którego łączności z poprzednim stylem można doszukać się wyłącznie w szczątkowym gotyckim klimacie, akustyce brzmienia i odrobinie elektroniki. Natomiast będący w tym miejscu tematem nawijki drugi materiał nowego stylistycznego wcielenia, to taki jak myślę właśnie pod względem klimatu najbardziej naturalny pomost pomiędzy erą zakończoną na Planetary Confinement, a "świeżym" otwarciem rozpoczętym za sprawą Leaving Eden. Tak to maksymalnie subiektywnie czuję, pomimo bezdyskusyjnego faktu, że akustycznego plumkania które dominuje na Planetary jest więcej na Leaving niż Fear i stąd paradoksalnie wbrew temu powyższemu wywodzi się moje przekonanie, że piątka z czwórką zamieniona, akurat lepiej odzwierciedlałaby ewolucję muzyki Antimatter. W momencie wydania nie została przyjęta "na kolanach" i dzisiaj konfrontowana z zawartością swojej poprzedniczki wciąż odrobinę rozczarowuje, stanowiąc oczywiście szczery emocjonalny przekaz, lecz pod względem czysto muzycznym nie zaspokajając rozbudzonych apetytów - nie proponując bowiem kompozycji tak wyrazistych jak te z albumu z 2007-ego roku. Ponadto jej mroczniejszy charakter zasadza się na jeszcze większym dźwiękowym przygnębieniu, korzystaniu w kilku numerach z niemal doomowego tempa, ale też poniekąd na inspiracjach surowym brytyjskim rockiem z lat 80-tych. Może to mylne przeświadczenie i tym bardziej zaskakująca teza z którą nie mógłby się Mick Moss zgodzić, bo świadomie tych naleciałości do kompozycji z Fear Of A Unique Identity nie inkorporował. Ale może też przyznałby, że podświadomie na brzmienie powyższej, te wymienione tutaj skojarzenia wpływ mieć mogły. Gdyż raz - to najbardziej dołujący album Antimatter. Dwa - to najbardziej surowo wyprodukowany album Antimatter oraz trzy - to też najbardziej (w kilku numerach) mechanicznie brzmiący album Antimatter. Ale akurat tego od kierownika tego zamieszania się nie dowiem, bo nie będzie pewnie ku temu sprzyjających okoliczności.
P.S. Tak sobie teraz żongluję płytami Antimatter i może Fear ustawiłbym po Lights, a dalej umieściłbym Planetary i Leaving. A może jeszcze inaczej? Nie mam co do tego cholera pewności! :) Nie podlega tylko relatywizmowi, że na dwóch startowych krążkach, to zupełnie różny od reszty band i że od dwóch płyt Antimatter ewoluuje w kierunku, hmmm... znaczy płynie tak, że dyskusji nie wywołuje.
środa, 28 listopada 2018
Antimatter - Black Market Enlightenment (2018)
Poważnie rozważam przyjęcie stanowczego stanowiska, wyrażającego subiektywną opinię, dotyczącą Black Market Enlightenment, iż jest to najlepszy jak dotąd album Antimatter. Przynajmniej po kilku tygodniach z nim systematycznego obcowania, to on najmocniej wbił mi się w świadomość i to do niego najsilniejszy pociąg czuję. To przyjemne, bardzo satysfakcjonujące uczucie jak zdążyłem dostrzec nie jest obce i innym fanom ekipy Micka Mossa, więc tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż wyspiarze nie nagrali dotąd tak wyśmienitego krążka, mimo że trudno też było narzekać na jakość poprzednich produkcji zespołu. Siódmy krążek w dorobku Antimatter, to w zasadzie nic nowego, tylko naturalna kontynuacja muzycznych wątków już na The Judas Table znakomicie w formę quasi koncepcyjnego albumu ubranych. Tak jak na poprzedniku lirycznie wokół pojęcia zdrady teksty były oplecione, tak w przypadku tegorocznej płyty wszystko co w warstwie tekstowej się pojawia, dotyczy problemu uzależnienia i stanowi osobistą i zaangażowaną eksplorację niezwykle mrocznego czasu z życia lidera grupy. Natomiast same kompozycje, co absolutnie nie zaskakuje i jest dopieszczone w każdym aranżacyjnym detalu, to przebogate brzmieniowo podróże przez szerokie wody klimatycznego post progresywnego rocka. Pisząc o szerokich wodach mam na myśli między innymi wykorzystanie nieco egzotycznego jak na potrzeby rocka instrumentarium. Bowiem (jak podpowiadają materiały źródłowe) słyszę na BME coś co nazywa się kemancze i jest irańskim instrumentem smyczkowym przypominającym wizualnie skrzypce, tudzież małą wiolonczelę lub (jak podpowiadają w sieci) lirę bizantyjską. Prócz niej dość odważnie wykorzystany zostaje saksofon i przyznaję, że kapitalnie odnajduje się wszędzie tam gdzie Mick Moss uznał za słuszne go użyć, aby wzbogacić klimat o pierwiastek zmysłowy. Było to potrzebne, a nawet konieczne, gdyż materiał w wielu fragmentach jest przeszywająco zimny i intensywnie mroczny, a gościnne partie saksofonisty wraz z głębokim głosem wokalisty niebywale dodają mu ciepła i wprowadzają w kompozycje konieczną równowagę i harmonię. Album ogólnie oparty zostaje o proporcjonalną dominację gitar i instrumentów klawiszowych, naprzemiennie wykorzystując oczywisty patent, aby szkielet utworu oprzeć na wiosłach i przełamywać go parapetem, lub odwrotnie - zawsze jednak budując atmosferę podkręcającą napięcie do finałowej eksplozji, jednakowoż czyniąc każdorazowy odsłuch niezwykle hipnotyzującym i poruszającym emocjonalnie doświadczeniem. Mnie przynajmniej jak dotąd nowy materiał Antimatter się nie przejadł i utrzymuje w sobie stałe nim zaciekawienie, mimo że trudno go nazwać nazbyt skomplikowanym czy eksperymentalnym. Tak sobie zakładam, że talent kompozytorski Mossa i silne emocjonalne jego w powstające utwory zaangażowanie, wymuszają naturalnie równowagę pomiędzy chwytliwością, a ambicją czyniąc nie tylko Black Market Enlightenment płytą wielokrotnego użytku, z którą wrażliwy słuchacz nawiązuje głębokie relacje, nie oczekując więcej niżby mógł otrzymać. Dla mnie albumy Antimatter, w szczególności te bardziej zorientowane rockowo, czyli od Living Eden są rodzajem osobistej strefy komfortu, gdzie zawsze odnajduję spokój i harmonie, a mimo że je znam biegle, to nie odczuwam podczas ich odsłuchu najmniejszego wręcz znudzenia. Od tych przejmujących kompozycji nie wymaga się bowiem wywoływania zaskoczenia i wyjątkowej ekscytacji stroną formalną, tylko czystych, przekonująco rzeczywistych i prawdziwych emocji pozbawionych banalności. A ten walor wszystkie utwory z Black Market Enlightenment w najwyższej jakości wykonawczej posiadają, stąd mój zachwyt uznaję za dostatecznie usprawiedliwiony.
czwartek, 10 marca 2016
Antimatter - Leaving Eden (2007)
Rok 2007 okazał się przełomowy w historii Antimatter, bowiem po trzech albumach Mick Moss sam na polu walki zostaje, a towarzysz jego twórczego działania w osobie Duncana Pattersona opuszczając szeregi formacji po raz kolejny daje do zrozumienia, iż na dłużej to on miejsca w jednej ekipie zagrzać nie potrafi - taki to z niego lotny zawodnik. :) Jak jeden z dwóch filarów grupy nową drogę muzycznego rozwoju rozpoczyna to oczywiście odmeldowując się pełną odpowiedzialność za dalsze posunięcia i wszelkie możliwości kreacji dźwięków Mossowi pozostawia. On jako artysta odpowiedzialny i o losy swego dziecka osieroconego zatroskany obowiązek ten traktuje niezwykle poważnie i o wsparcie wśród utalentowanych starych wyjadaczy zabiega. Tym sposobem pośród zaangażowanych w powstanie Leaving Eden zaistniał Danny Cavanagh, tym co melancholii w muzyce poszukują doskonale znany osobnik. Nie ma więc zaskoczenia w tym, że album w takiej konstelacji personalnej skomponowany przesiąknięty zostaje duchem jednoznacznie kojarzącym się z Anathemą. Znikają przestrzenie niemal wyłącznie wypełniane intrygującym trip hopem i mrocznym ambientem, a pojawiają się klasyczne rockowe patenty z pogranicza gotyku i rocka progresywnego. Gitara rolę dominującą przejmuje rozprowadzając po fakturze utworów emocjonalne solówki, grane co nie zaskakuje na modłę floydowską. Elektronika w tle swoje miejsce odnajduje, czasem przed szereg wychodząc jednak absolutnie nie roszcząc sobie pretensji do utraconego pierwszego planu. Proporcje bez zgrzytów zostają odwrócone i dla mnie jest to sygnał do większego zainteresowania działaniami Antimatter, gdyż sam preferuje instrumenty szarpane bardziej niż te z klawiszami. Nie zdziwi zatem moja bardzo wysoka ocena tego albumu i autentycznie głęboka z nim więź. Od doskonałego Leaving Eden Antimatter na poważnie wkroczył w mój muzyczny świat i kolejnymi krążkami wciąż wywołuje intensywne przeżycia pomagając eksplorować osobiste pokłady wrażliwości. Wiem, że to ostatnie zdanie było wyjątkowo wzruszające. :)
P.S. Na jesieni 2015 na żywo drużynę Micka Mossa widziałem i bardzo emocjonalny gig jak się spodziewałem zagrali. Dla kameralnej publiczności w piwnicznej salce skromni goście z instrumentów magiczne dźwięki wyczarowywali. Szkoda tylko, że takie granie tak skromną publiczność zgromadziło.
poniedziałek, 19 października 2015
Antimatter - The Judas Table (2015)
Całkowita szczerość na początek, a
dalej to już pozerka z mojej strony będzie. ;) Gdzież tam, żart mi się do
klawiatury klei, bo to chyba jasne, że jakakolwiek obłuda miejsca na stronach
NTOTR77 do tej pory nie znalazła i nie znajdzie go i w przyszłości. Suchar
czy jak zwał współcześnie mało zabawny tekst po trosze usprawiedliwiony, bo
słuchając albumów Antimatter powaga dominuje, a ja lubię kiedy równowaga
zachowana zostaje. Od Micka Mossa na krążkach żartobliwego tonu nie wymagam, gdyż
konwencja muzyczna jaką uprawia nie przyjęłaby takiego luzu w swoje ramy, stąd
sam wysiliłem wyobraźnię na maksa i w przypływie kreatywności tym żarcikiem
otwierającym refleksję w temacie The Judas Table błysnąłem. Starczy już
pajacowania, w tej chwili kończę zabiegi osobliwie treść urozmaicające i z
pełną powagą na którą zasługuje szósty album Antimatter opisuję. To kontynuacja
drogi jaką ekipa Mossa po odejściu ze składu Duncana Pattersona kroczyć
zaczęła, czyli zamiast ultra klimatycznego dark wave’u, czy trip hopu, atmosferyczny
rock jest tworzony. Tutaj atmosfera nadal rolę pierwszoplanową odgrywa, lecz
tradycyjnie rockowe instrumentarium z gitarowymi akordami i solówkami
przesiąkniętymi floydowską manierą zdecydowanie pulsu pobudzającego
dostarczają. Czuć ducha Anathemy, szczególnie ze środkowego etapu działalności,
więc kompozycje subtelnie sączą swą tajemnicę, płynnie w zapętlonej rytmicznej
oprawie prowadząc główne motywy do kulminacji napięcia. A to czar roztoczy
delikatna elektronika, załkają smyczki, akustyk krystalicznie czystym
brzmieniem zaakcentuje swą niebagatelną rolę, a to samotny akord elektryka
przygotuje pole dla popisowej solówki. Nad tą ucztą dla wrażliwców swym drżącym
głosem zapanuje mistrz ceremonii wspomagany fragmentami wyrazistym głosem
niewiasty. Tyle i tylko tyle lub wystarczająco lub nawet nadto? Prawdę mówiąc
ten album to nic odkrywczego w sensie formuły ale został zagrany z pasją
zaśpiewany z emocjonalnym zaangażowaniem i zaaranżowany po mistrzowsku, zatem ja
jestem zachwycony. Szczególnie że czując się osierocony przez oblicze Anathemy
z przełomu Eternity/Alternative 4/Judgement/A Fine Fay to Exit cieszę się z szansy
obcowania z tego rodzaju dźwiękami. To piękna muzyka, która nie potrzebuje
nadmiernych kombinacji by trafić do mojego serca - nie jestem uodporniony na
jej walory, stwierdzam to z absolutną satysfakcją, nawet gdy nazwany miękkim
przez brutalnych twardzieli zostanę. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





