Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evergrey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evergrey. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

Evergrey - Architects Of A New Weave (2026)

 

Moi bodaj najwięksi "giltipleżer" jak w zegarku wydają nowe płyty i nawet nie wprowadza u nich poślizgów jakiekolwiek przetasowanie w składzie. Architects Of A New Weave nagrany z nowym bębniarzem i bez Henrika Danhage'a, który od 2001 roku był jednym z głównych filarów grupy prowadzonej jednak z żelazną konsekwencją przez Toma Englunda (bezdyskusyjnego lidera), mógł więc zapowiadać jakieś grubsze zmiany muzyczne. Nie mam na myśli przeskoczenia w inny gatunek, ale chociaż kosmetyczne, lecz zauważalne udoskonalenia, udziwnienia, czy doświadczenia, które może sugerowała mi okładka, jak też nie zmienia estetyki dotąd stosowanej, ale bardziej nawiązuje do tego co na początku, a dokładnie w 1999 roku jako ozdoba koperty Solitude, Dominance, Tragedy się objawiło. Mam ja duży sentyment w obydwu wymiarach (koperta, kawałki) do owej, zatem liczyłem na chociażby sound podobny, który przewietrzyłby myślę ten od lat, niezwykle czysty stosowany. W sumie nie mam nic do wszystkiego brzmieniowo dopieszczanego, ale coś więcej niż tylko sterylność bym mile tutaj widział. Jest jednak realnie jak automatyzm i przywiązanie do oczekiwań największych fanów Englundowi podpowiada, czyli bez szczątkowej ewolucji - pięknie, wypolerowanie, epicko i wzruszająco lirycznie. Z gitarami wycinającymi zarówno cięte, grube bo wyraziste riffy i solówkami wypielęgnowanymi, których wykonywanie na pewno kapitalnej biegłości i płynności wymaga. Tylko że jeśli tak jest, to ja podtrzymywać muszę swoje dotychczas wypracowane stanowisko, którego na przestrzeni ostatnich lat dwudziestu pięciu raczej nie zmieniałem, tak bardziej lub mniej w różnych okresach nowościami od Evergrey się podniecając. Pamiętam próby większej szorstkości w brzmieniu, bardziej organicznego i ograniczonego w sensie minimalizmu, rockowego stuffu i zupełne popuszczenie lejc w obrębie podniosłych, hymnicznych kompozycji - czas maksymalizacji cech dark-gotyckich, czy heavy metalowo-progresywnych. Mogę tutaj wymienić kiedy, jak według mnie było, ale nie widzę takiej potrzeby, gdyż pełny opis dyskografii, ktoś kto czyta i się głębiej wkręci ma na wyciagnięcie tutaj ręki, na klika jednego. W sumie każdy album po jakimś drobiazgu rozpoznaję i każdy może się odróżnić odrobinę, natomiast Architects Of A New Weave na ten moment zapamiętam najbardziej, jako ten satysfakcjonujący bardzo, lecz jednako ucinający moja wiarę w jakiś przełom wyrazistszy. 

piątek, 14 czerwca 2024

Evergrey - Theories Of Emptiness (2024)

 

Szczerze? Szczerze to po Theories Of Emptiness spodziewałem się może nie w karierze Evergrey oczywiście, ale w prezentowanej estetyce jakiegoś przesilenia. Jakby bowiem budujące (jak zazwyczaj) napięcie przed premierą single wrzucane do netu czegoś odmiennego nie zapowiadały, to jednak taki numer jak Cold Dreams zaśpiewany w duecie z Jonasem Renkse (wiadomka, Katatonia) wraz z fajnie ascetyczną i domniemam że kolorystycznie nawiązującą do startowych albumów z kariery Szwedów szatą obwoluty, nieco takiż apetycik pobudzały. Okazało się jednak że muzycznie kotwiczymy z Evergrey wciąż w tej samej zatoce, w której raczej wiatru przemian nie ma się co spodziewać, a gwałtowne burze zmieniające oblicze środowiska są kompletnie wykluczone. Pomimo to Theories Of Emptiness brzmi fantastycznie (kołysze i napędza do rytmicznego banieczką zarzucania) i każdy z promowanych mocno kawałków mnie siedzi idealnie, choćbym nie wiem jak bronił się przed ich/jego schematem tak strukturalnym, rytmicznym i melodycznym, bo każdy utwór na najnowszym longu zbudowany jest z doskonale znanych patentów i aż dziw bierze jak bardzo można być zarazem powtarzalnym i ekscytująco wciągającym, kiedy jest się kompozycją Evergrey. Szwedzi doprowadzili do perfekcji działanie schlebiające gustom ich fan bazy, jak też uzyskali wyłącznie własny sound oraz osiągnęli mistrzostwo (w sumie nie od dziś przecież) w songwritingu, w sensie tworzenia wzruszającego klimatu, tak samo w kawałkach skupionych na melancholii i tych intensywnych, gdzie heavy metal spotyka się z hard rockiem i te dwa gatunki z gracja nurkują w gotycko dark metalowo-rockowym oceanie emocji. Nie jest łatwo pisać (od dawna) o każdym kolejnym krążku ekipy Toma Englunda, bo ta sztampa implikuje wyłącznie duplikowanie bliźniaczych stwierdzeń i też kopiowanych w sumie ocen, które bez względu na utyskiwanie nad powracającym szablonem, to zawsze są na najwyższym poziomie i jak dotąd (a na pewno od około dwóch dekad) ich twórczość nic a nic się nie zmienia, a mnie nie przestaje interesować. Rzecz jasna tradycyjnie się w płycie Evergrey zatopię, by musieć zrobić wkrótce konieczny detoks - tak też Theories Of Emptiness jako czternasty ich długograj na mnie oddziałuje. Spoko, wciąż nie widzę większego w tym mimo wszystko problemu. :) 

środa, 25 maja 2022

Evergrey - A Heartless Portrait (The Orphean Testament) (2022)

 


Evergrey nie zwalnia tempa, Evergrey w ostatnim czasie wręcz ten rytm wydawania nowych krążków podkręca. Dość stwierdzić iż od 2014 roku A Heartless Portrait to piąty album grupy, to jeszcze pomiędzy obecnym a jego poprzednikiem przerwa, to jedynie nieco więcej niż rok. Zaiste ostro to podkręcony cykl wydawniczy i w takiej sytuacji zawsze pojawia się obawa czy za cyklicznością bardzo intensywną, w sukurs idzie płodność na wystarczająco wysokim poziomie. Nie ma obaw, Evergrey ponownie dostarcza doskonały materiał, w równie doskonale obsłuchanej własnej stylistyce, która trzymając się od lat szeroko rozumianego dark heavy metalu, z progresywnymi inklinacjami, za każdym jednak razem potrafi ekscytować. Niby niczego wielce świeżego nie proponują, ograniczając się do eksplorowania poletka gdzie całą robotę wykonują świetne aranżacje wokalu i mocno emocjonalnej maniery w głosie Toma Englunda, wspomaganej bombastycznym klimatem zbudowanym z klawiszowej ornamentyki na fundamencie dość prostej rytmiki i kapitalnych harmonii gitarowych z chwytającymi za serducho nie tylko gitarowymi solówkami - a jednak w tym ich mocno udramatyzowanym i chwytliwym stylu zawsze jest mocarny sznyt i potężny ładunek magnetyczny. Mnie on za każdym razem bezwładnie do krążków Evergrey przyciąga i nie ma siły abym mu nie uległ, przynajmniej przez kilka tygodni, czasem nawet w porywach miesięcy po premierze. Najnowszy materiał nie jest tutaj wyjątkiem - jest wszystkim tym co dotychczas w Evergrey ceniłem i czemu ulegałem. Jest wspaniałym przykładem, że heavy metal czy power metal przy całym swoim czasem nazbyt kiczowatym obliczu zatopionym w patosie podniosłej atmosfery, nie musi być właśnie prostacko banalny czy tandetny. Może być wzruszający, może być poruszający - może wreszcie wprost wyzwalać w słuchaczu piękne ciepłe emocje, ale i posiadać ambicje sięgające artystycznych standardów wprost z metalu progresywnego czy art rocka, okraszanego w dodatku symfonicznym rozpasaniem. Gdybym miał polecać komukolwiek do tej pory z dźwiękami tworzonymi przez Szwedów niezapoznanemu jakikolwiek reprezentatywny ich krążek, bez oporu A Heartless Portrait wskazałbym w pierwszej kolejności, bowiem uznaję iż trzynasty album w ich dyskografii jest zdecydowanie jednym z najlepszych i najbardziej oddających istotę ich twórczości. Dla mnie (jak się okazuje i nie protestuję :)) duszy wrażliwej, każdy z nich był w swoim czasie co najmniej nieobojętny i każdy kojarzy się z silnymi emocjonalnymi uniesieniami, a ten właśnie do tej kategorii należąc, mimo iż na wyjątkowo ważny, czy przełomowy w moim życiu moment nie trafia, to otwiera mnie na wszystkie te wstydliwie tkliwe uczucia, które z wiekiem jednocześnie słabnąc, jeśli uderzają precyzyjnie, to są silniej niż zazwyczaj to bywało odczuwalne. I to jest zwyczajnie miłe. :)

niedziela, 19 grudnia 2021

Evergrey - Recreation Day (2003)

 


Heavy metal, rock progresywny plus gotyk mroczny i pop ambitny. Z tych składników powstał on - powstał Recreation Day i powstały też wszystkie inne albumy Evergrey. Różnica pomiędzy nimi tkwi tylko w proporcjach, a ostatnio to albumy Szwedów w zasadzie od siebie nic nie odróżnia. Bowiem kiedy na przełomie wieków każdy z krążków przynosił znamiona ambitnej ewolucji i stanowił zawsze jakiś krok w przód, tak kilka ostatnich materiałów zachowując wysoką jakość oraz dostarczając doskonale zaaranżowane przeboje, jednocześnie zamknęło Evergrey na jakiekolwiek większe niż tylko minimalne przeobrażenia. Reacreation Day z 2003 roku w konfrontacji z najlepszymi materiałami nie powinien być odbierany jako znacząco mniej ekscytujący, jednako zawieszony pomiędzy epicko rozpasanym In Search of Truth, a już szeroko otwartym na korzystanie z wysuniętego na przód rwanego riffu, przyozdabianego art rockową ornamentyką The Inner Circle, robi wrażenie jeszcze pomostu. W kompozycjach nowe wrzeć zaczyna, lecz ono z pełną mocą wyeksponowane zostanie za rok już zaledwie. Tutaj oczywiście dzieje się wiele i w czasie kiedy Reacreation Day na rynku zaistniał, zdecydowanie album ten wyrastał ponad dotychczasową stylistykę, jednak czas pokazał, że wkrótce przyszło coś jeszcze dokładniej przemyślanego i dopracowanego. Niemniej jednak to RD przede wszystkim w tandemie z The Inner Circle wciąż wypada bardzo przekonująco, łącząc w sobie znakomite rzemiosło, wyrazistą produkcję i talent kompozytorski. Dlatego mimo że współczesne wcielenie jest milsze dla ucha, to ja odczuwam więcej satysfakcji z kontaktu z tym z przełomu wieków. Rzekłem. :)

środa, 6 października 2021

Evergrey - Solitude, Dominance, Tragedy (1999)

 


Przybyli w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych z dość konwencjonalnych rejonów dark/power-metalowych, by już przy okazji swojej drugiej płyty zadziwić nie tylko Mariusza, ale ogólnie całą scenę progresywnego metalu i hard rocka oraz naturalnie piszących o niej dziennikarzy. W sumie to mnie tak z ręką na sercu stwierdzając, to zadziwić nie mogli, gdyż debiutu w momencie premiery Solitude, Dominance, Tragedy nie znałem i własną o dwójce opinię kształtowałem niejako z zaskoczenia, a właściwie bez jakichkolwiek oczekiwań czy naleciałości z niedawnej przeszłości. Wpadłem po prostu na zajawkę (recenzja, wywiad) w jednym z popularnych magazynów o profilu metalowym, zaciekawiłem się i drogą kupna nabyłem krążek, by przez wiele godzin, dni, a potem miesięcy z niekłamaną przyjemnością systematycznie wchodzić w muzyczną zawartość Solitude, Dominance, Tragedy. W dark metalowej, czy właściwie progresywno-dark metalowej niszy niewiele już wówczas nazw mnie interesowało, bo przejadać się zaczęły te wszystkie bandy, które klawiszowym mrokiem i ciężkimi riffami popularność sobie wykuły. Stąd może przesiąknięta subtelnymi emocjami heavy progresja spod znaku Evergrey tak mocno w głowie mi namieszała, a sam doskonały wokal Toma S. Englunda znacząco przyczynił się do tego (poprzez głębokie zauroczenie) długotrwałego zapatrzenia. Englund to zjawisko i linie wokalne jakimi czarował na morze superlatyw zasługują. Do tego piękne aranżacje doskonale współgrały z jego naturalnymi wokalnymi predyspozycjami, przez co (wymienię wybrane przykłady), takie kompozycje jak sprofilowany mocno orkiestracyjnie, choć unikający użycia wyszukanego symfonicznego instrumentarium Solitude Within, dalej podniosły, ale też aranżacyjnie pomysłowy i bogaty Nosferatu, wykorzystujący sample i wrażliwość melodyczną The Shocking Truth, mocarny, a nawet wręcz kapitalnie dudniący A Scattered Me, jak także rozpędzający się i siekący konkretnym galopującym riffem i zakręconymi ozdobnikami She Speaks to the Dead oraz (żeby nie opisywać wszystkiego) urokliwy quasi akustyczny Words Mean Nothing (te wokale - miodzio!) i zamykający album, fantastycznie rozwijający temat The Corey Curse, okazały się dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnymi numerami w indeksie. Zżyłem się z nimi, zaistniały jako bardzo bliskie nie tylko na poziomie wrażliwości jaką wtedy przejawiałem, ale i stały się balsamem na uszy strudzone obcowaniem ze stuffem brutalnym czy nawet totalnie ekstremalnym. Stanowiły muzykę o dużych ambicjach, świetnym warsztacie instrumentalnym i kompozytorskim, a ponadto wybornie wiązały heavy metalową tradycję z wysoko rozwiniętą wyobraźnią i wyczuciem klimatu. Z tej racji album ten, to w mojej kolekcji już od lat materiał klasyczny i tylko przykro mi że Evergrey dzisiaj to już inna formuła, która potrafi zachwycić, ale jedynie przez kilka premierowych odsłuchów, bowiem jest nazbyt przewidywalna i przebojowa, przez co w dłuższym kontakcie jest zdolna za szybko się osłuchać. O czym daję do zrozumienia przy okazji każdego nowego materiału jaki uparcie sprawdzam, po czym właśnie próbuję wciąż tymi samymi słowami opisać jego charakter. 

piątek, 12 marca 2021

Evergrey - Escape of the Phoenix (2021)

 


Rozpocznę z dużą dozą poczucia humoru i napiszę, iż nowy krążek Evergrey jest po prostu uwodzicielsko-drażniący, bowiem arogancko wprasza się cholera w te wrażliwe miejsca, których prawdziwy facet się krępuje. Wciska się do męskiej wrażliwej duszy i biedny, twardy jak głaz człowiek tak słucha, słucha, słucha i słucha tych poruszających dźwięków, aż go zemdli i trzeba będzie znowu umyć zęby, a się je przecież już raz rano i raz wieczorem myło. Gruboskórnie żartem bez klasy wystartowałem, zatem aby zmyć natychmiast (jeszcze póki może się da) wrażenie prostackie dodaje już maksymalnie poważnie, że Evergrey od lat lubię i tej sympatii równolegle się wstydzę, gdyż muzyka to w swej istocie niezbyt wielkiego obycia z nieco ambitnymi dźwiękami wymagająca i tak bardzo subtelnie krucha, że istocie męskich hormonów pełnej, taka mięciutka i jeszcze dodatkowo nasycona głębokim wzruszem nuta po prostu nie powinna być bliska. Jedno to emfaza, drugie to balladowe wycieczki - obie mogą ciary wywoływać i równocześnie przesyt ckliwością i patosem powodować. Taki właśnie jest w moim przekonaniu Escape of the Phoenix - urokliwy czułymi kompozycjami, podniosły atmosferą uniesienia. Zbudowany w odróżnieniu od znacznie bardziej monolitycznej poprzedniczki w większości z utworów aspirujących do progresywnej charakterystyki szlachetnej ballady, z intymnymi lirykami dodającymi wrażeniu autentyzmu. Tylko w kilku momentach uderzający w rejony dark heavy metalowe z wykorzystaniem ciężej brzmiących motywów, przez co tak podstępnie w łaski wrażliwości się wkupujący - wywołując to podkreślane przeze mnie od początku uczucie nazbyt jak na osobnika męskiego rozwiniętej potrzeby przeżywania wzruszeń i poruszeń. Wszystko oprócz zmiany w proporcjach pomiędzy dynamicznymi heavy numerami, a subtelnie rozwijanymi balladami pozostaje na najnowszym albumie bez zmian i nawet nie ma mowy by mówić o jakiejkolwiek ewolucji stylu. Escape of the Phoenix to kolejny doskonały w swojej manierze, z tą samą ornamentyką i podobnym brzmieniem album. Zaśpiewany perfekcyjnie, zaaranżowany tak, aby równowaga pomiędzy składowymi była zachowana i z wielką pasją zagrany. Mógłbym się skarżyć na repetywność, mógłbym utyskiwać nad ultramelodyjną chwytliwością i podniosłą aurą. Ale równie dobrze mógłbym wówczas skarżyć się że Evergrey to Evergrey. Zatem się powstrzymam, by nie popaść w śmieszność. :)

P.S. Fajnie wyszedł ten duet Englunda z LaBrie w The Beholder. 

środa, 17 lutego 2021

Evergrey - Monday Morning Apocalypse (2006)

 


Newralgiczny moment w karierze Evergrey - obecnie nawet jeszcze bardziej ewidentnie zauważalny epizod z dużo bardziej przyjazną radiowym stacjom stylistyką. Szlifem znacząco mniej dark metalowym, choć wciąż bardziej heavy niż popularnorockowym. Wówczas w konstrukcji numerów sprowadzony do uproszczenia formuły i będący próbą odrzucenia ekstatycznego patosu na rzecz bliższej uniwersalnym trendom zwięzłej rockowej maniery. To już na Monday Morning Apocalypse nie był wspomniany dark heavy metal, czy innymi słowy (dla życzliwych grupie) mroczny progresywny dark metal, tylko po prawdzie względnie ascetycznie jak na spektakularne możliwości ekipy Toma Englunda zaaranżowany i zaskakująco interesujący heavy rock w formule zwrotka-refren-czasem solóweczka. Słucham teraz i rodzą się we mnie dwie konfrontacyjne z pozoru tezy ocenne, że częściowe oswobodzenie z pseudo orkiestracji i wbicie w ich miejsce całkiem zgrabnej, nawet futurystycznej fragmentami elektroniki oraz zarzucenie w ogólności atmosfery przesadnie podniosłej na rzecz konkretnej riffem gitary rytmicznej i basu chłostanej rytmiki, dało efekt świeży i przyzwoicie na przyszłość rokujący. Z drugiej jednak, szczególnie gdy dociekliwie przeanalizuję konteksty, w tym zwłaszcza skonfrontuję względnie surową teksturę kawałków z Monday Morning Apocalypse z całym przyszłym dorobkiem Szwedów, to mam wrażenie iż ciekaw jestem gdzie by byli dzisiaj gdyby z przekonaniem poszli scieżką z 2006 roku, ale mam też świadomość iż Evergrey rozbudowany klawiszową i melodyjną emfazą spełnia się estetycznie na scenie znacznie lepiej i dla wielu oddanych miłośników jest wówczas po prostu pełnowartościowy. Stąd będąc jak wielokrotnie dawałem do zrozumienia dość labilnym ich fanem pokornie stwierdzę, iż grają dzisiaj przede wszystkim dla tych fanów którzy kochają ich właśnie za ten nie do końca mnie na dłuższą metę ekscytujący majestat.

P.S. Żeby była jasność, bo jak riffem dosadnie ożywić tutaj potrafią, to tak samo wciąż prostotą środków w balladzie, oczy słuchaczowi załzawić. 

sobota, 23 maja 2020

Evergrey - Torn (2008)




Nie stwierdzę bez cienia niepewności, ale i wahać się zbytnio też nie zamierzam, by oznajmić, iż Torn to najlepszy krążek w dorobku Evergrey. Przynajmniej ja darzę go na tyle dużą sympatią i wracam do niego za każdym razem w pierwszej kolejności i z wielką satysfakcją, zawsze wtedy, gdy nachodzi mnie ochota na mniejszy, bądź nieco dłuższy maraton z muzyką ekipy Toma Englunda. Wielkim plusem świetnych kompozycji znajdujących swoje miejsce w programie Torn jest zdecydowanie bardziej szorstkie brzmienie, które może małym, ale jednak kosztem selektywności stawia na siłę i moc płynącą z bezpośredniego ciężaru przybrudzonego brzmienia i ostro koszących, wybitnie jak na standardy Evergrey świdrujących wioseł. Być może to tylko subiektywne moje odczucie, bo jakoś nie było okazji by z innym fanem Evergrey skonfrontować swe odczucia, ale kiedy słucham bezpośrednio przed czy po powyższym serii krążków zapoczątkowanych Solitude, Dominance, Tragedy (1999), a zakończonej The Inner Circle (2004), mam bardzo wyraźne przeświadczenie, że powiew świeżości brzmieniowej czuję. Oczywiście posiadam wiedzę, że pewnego rodzaju zwiastunem przemian był poprzedzający Torn, niekoniecznie w stu procentach udany Monday Morning Apocalypse - na którym mimo prób odświeżenia formuły poprzez jej uproszczenie, zabrakło moim zdaniem po prostu oczekiwanej zawartości Evergrey w Evergrey (a co miało już miejsce właśnie na płycie wydanej w roku 2008). Torn bowiem to najczystszy, profesjonalnie wydestylowany Evergrey, a utwory składające się jedenasto-indeksową całość, po pierwsze klimatem i rozbudowanymi aranżacjami nawiązują do pięknej przeszłości, lecz po drugie właśnie za sprawą ukręconego brudnego soundu wnoszą dodatkowo odrobinę nonszalanckiej maniery, idealnie bilansując heavy metalowy ciężar z dark metalowym patosem. Stąd nie mam podczas odsłuchu Torn (czasem w przypadku innych albumów Szwedów drażniącego uczucia), że w tej pełnej wyobraźni emocjonalnej twórczości zbyt wiele emfazy zagościło. Ona tutaj jest oczywiście (nie wyobrażam sobie by jej zabrakło), lecz w formule która zbija wszelkie moje pretensje odnośnie jej cech irytujących. Szczególnie słychać ją w finałowych numerach i ich doskonałych aranżach bogatych progresywnym rozpasaniem i fantastycznie budowanym napięciem. Oddaje się więc po raz kolejny we władanie Torn i czekam na spełnienie, które nadejdzie wraz z finałem w postaci These Scars. :)

środa, 1 maja 2019

Evergrey - The Inner Circle (2004)




Swego czasu bezapelacyjnie krążek numer jeden w dyskografii Szwedów - czasu kiedy albumy Evergrey gościły w moim odtwarzaczu regularnie, nie tylko przez dwa tygodnie od premiery. Tyle że od połowy lat dwutysięcznych dość sporo w moim guście muzycznym się zmieniło, a raczej ewoluowało w stronę większej surowości kosztem bezpośredniego patosu, stąd dzisiaj dyskografia Evergrey powraca do odsłuchu sporadycznie i to tylko właśnie na fali chwilowego zainteresowania chwytliwym potencjałem, nadal obiektywnie świetnych, na bieżąco wydawanych płyt zespołu. Nie zmienia to jednak faktu, iż akurat The Inner Circle zestarzał się z klasą i jeśli już kręci się w stereo to nie wywołuje odruchów wymiotnych przesadnym mroczno-epickim zadęciem. Powód takiego stanu rzeczy dostrzegam przede wszystkim w doskonałym rozłożeniu akcentów pomiędzy emocjonalnością i siła głosu Toma Englunda, a rwanymi riffami, które ratują kompozycje przed popadaniem w typową dla dark/gothic/heavy metalu patologiczną emfazę. Oczywiście nie brakuje tutaj intensywnego oddziaływania pompy w postaci warstwy generowanej przez parapet, czy też egzaltacji w odważnym temacie jaką liryki wprowadzają - lecz nie jest to typowa górnolotność. Nawet jeśli muzyka jest niezwykle emocjonalna, to jest to ten rodzaj emocji w dźwiękach, który bez większej sympatii dla zespołu mogę nazwać wysublimowanym obliczem w koturnowym gatunku. Więcej w nim bowiem względnie ostrego pazura, także artrockowej ornamentyki i progresywnego zacięcia, niż irytującej pretensjonalności i zwyczajnej miałkości ubieranej w nadęcie. Arsenał środków jakimi na The Inner Circle Evergrey przekonuje jest różnorodny (m.in. sporo wsamplowanych detali i rozbudowanych solówek), a umiejętności aranżerskie pozwalają wtłoczyć je do utworów, bez ryzyka nadmiaru, czy przewagi ilości nad jakością. Poza tym osoba lidera, to atut decydujący, gdyż zarówno wokal Toma jak i jego charyzma zapewniła grupie przewagę nad konkurencją już na samym starcie. Bez jego charakterystycznego brzmienia głosu, wspieranego sporadycznie w tle równie ciekawą barwą Kariny Englund, nawet świetne kompozycje miałyby zdecydowanie mniejszą siłę rażenia, bez względu na cały wachlarz pozostałych walorów jakie w takiej stylistyce Evergrey pośród konkurencji wyróżniają. Dla mnie osobiście The Inner Circle, to zawsze wspaniała sentymentalna przygoda podczas odsłuchu, szczególnie gdy okoliczności wieczorne wspomagają przyswajanie tych niezwykle emocjonalnych kompozycji, pozwalając na kilkadziesiąt minut uciec w świat ujmujących przeżyć. Oczywiście sporadycznie! ;)

sobota, 26 stycznia 2019

Evergrey - The Atlantic (2019)




Prognoza jest standardowa, znaczy zapewne przemielę ten materiał nie raz, nie dwa, co najmniej kilka razy z rzędu - nasycę się tą przebojowością maksymalnie i porzucę na czas nieokreślony, powracając na chwilę od czasu do czasu. Szanuję, nie szaleję - tak po dwóch odsłuchach myślałem i przy tym stanowisku pozwolę sobie pozostać, lecz zamiast wytykać te wady, które może mnie tylko sprawiają problem w długodystansowym przywiązaniu do albumów Evergrey, skupię się na zaletach The Atlantic. Jak ktoś poszukuje genialnych pod względem chwytliwości solówek z okolic dark heavy metalu i równie fantastycznego wokalisty, który śpiewa z uroczą chrypką zamiast piać okrutnie jak zazwyczaj w tym gatunkowym universum się czyni, to ten i wszystkie poprzednie albumy Szwedów podarują mu mnóstwo przyjemnych doznań artystycznych. Poza tym kompozycje Evergrey nie są tylko i wyłącznie przewidywalnymi konstrukcjami w rodzaju zwrotka, refren, zwrotka, solówka, ewentualnie bridge i na finał jeszcze raz podkręcony chorus - chociaż schemat ten jest istotny w fundamentalnym spostrzeganiu dobrej piosenki przez ekipę ze Szwecji. Ja zaryzykuję stwierdzenie (i jak będzie trzeba podejmę ewentualną dyskusje w tym temacie :)) że utwory nie są w jakikolwiek sposób odkrywcze, ale mają w sobie oprócz szablonu coś co czyni je na swój charakterystyczny sposób oryginalne. Klimat bowiem (ten klimat którego w przypadku innych grup o podobnej stylistyce nie jestem w stanie przyjąć bez grama alkoholowego wsparcia ;)) w realizacyjnej formule Evergrey klei mi się do uszu nie wyłącznie przez pryzmat przebojowości, ale i dostrzegam w nim ambicje ponad standardowe granie z prozaicznym parciem na heavy hicior do machania bańką, najlepiej w festynowym festiwalowym anturażu. W tej muzyce jest rozmach, progmetalowa wyobraźnia, nostalgia ale i ciepło w postaci optymizmu, mimo że teksty przecież nie opowiadają historii z samymi happy endami. Muzyka pięknych emocji płynie z głośników, dopieszczona produkcyjnie i brzmieniowo symfonia dźwięków bez podpierania się na każdym kroku smyczkami czy innym patosem śmierdzącym badziewiem, a parapet oczywiście w sposób istotny wykorzystywany, mimo iż korzysta z rozwiązań dość oczywistych, to nie plumka na tyle irytująco bym poczuł wstyd i zażenowanie jako napakowany testosteronem mężczyzna. Patrzę sobie teraz w międzyczasie na obrazki video promujące The Atlantic i wcześniejsze krążki ekipy Toma Englunda i chyba mnie olśniło i wiem dlaczego ta muzyka mimo balansowania na krawędzi nigdy nie powinna zostać nazwana "ciotowatym heavy metalem". Po pierwsze i zasadniczo merytoryczne, ona werwę thrashową posiada, a permanentne jej zmiękczanie romantyczno-lirycznymi dźwiękami klawiszy nie sprawia, by traciła właściwą siłę rażenia. Po drugie, lichutko merytoryczne, a bezpośrednio odnoszące się do mojego subiektywnego spostrzegania wartości człowieka, przez wzgląd na jego artystyczną pracę i osobowość - taki Englund to musi posiadać przyrodzenie z granitu, że wyglądając jak niedźwiedź nie boi się po prostu przeżywać tego co stworzył i autentycznie uwrażliwiać nie tylko muzyką ale i mimiką. Ma gość czar, emanuje czymś czystym i pięknym, więc zbędna w tej kwestii dyskusja! Potrafi skruszyć najtwardsze serducho, chociaż oczywiście jak nie jest się prawdziwym facetem to do tej wrażliwości po całości nie ma się odwagi przyznawać. Ja cedząc te słowa przez zęby oczywiście się przyznaje! :)

sobota, 17 września 2016

Evergrey - The Storm Within (2016)




Szybko ze studyjnym następcą Hymns for the Broken powrócili – z zaskoczenia? Przynajmniej do mnie pakiet informacyjny zapowiadający album nie dotarł. Pierwszy rzut oka na kopertę krążka i niesmak estetyczny wzbudzony, bowiem pozbawiona duszy, sterylna komputerowa grafika z okładki po pierwsze nie pobudziła mojego apetytu na sprawdzenie merytorycznej zawartości płyty, po drugie zrodziła jednoznaczne skojarzenia z masówką jaka od lat w niszy gdzie Evergrey funkcjonuje króluje. Ani to od strony plastycznej porywające, ani zwyczajnie wizualnie stymulujące wyobraźnię. Szkoda, bo ekipa Toma Englunda kilka razy ciekawym, wysmakowanym obrazkiem swoje produkcję opakowywała, jednak nie tym razem. Na szczęście kiedy opór przezwyciężyłem, nowe kompozycje skutecznie zatarły złe wrażenie - tą przykrą ilustracyjną wpadkę. Po do przesady wypolerowanych numerach z poprzedniego długograja, tym razem czuć w brzmieniu odrobinę brudu i spontaniczności, a riff jest ostrzejszy i bardziej drapieżny, oczywiście jak na standardy takiego gotyckim mrokiem muśniętego melodyjnego heavy rocka. Klawisze w kilku momentach zaskakują futurystycznymi inklinacjami, chociaż smyczki i klasyczne orkiestracje imitowane są w ilościach dominujących. Ogólnie utwory mają w sobie więcej adrenaliny i przypominają te bardziej charakterne z dotychczasowego dorobku grupy. To opinia z perspektywy obserwatora, nie fana tylko słuchacza deklarującego iż raz na jakiś czas The Storm Within włączy i z pewnością za słabą pozycję w ich dyskografii nie uzna. To dla wrażliwych na tego rodzaju estetykę kąsek zdecydowanie smakowity, który emocjonalne potrzeby zaspokoi, nie mogę jednak popaść w tym miejscu w euforię, gdyż ostatecznie oderwałem się na dobre od tego rodzaju grania. To moje ostatnie więzy z dark metalem/dark rockiem czy jak tam zwał ten gatunek. Sentyment jednak pozostanie.

P.S. Na koniec uwaga, może taki postulat. Floor Jansen (tak, ta z tego popularnego zespołu) w duetach to taki dość niskich lotów zabieg marketingowy, pewnie w deklaracjach usprawiedliwiany głęboką przyjaźnią z wokalistką i szacunkiem dla  brzmienia jej głosu. Lepiej jednak gdyby jej partie zaśpiewała Carina Englund, tak jak do tej pory bywało gdy kobiecy wokal w numerach grupy się pojawiał. Kapitalna soulem osnuta barwa głosu małżonki lidera zawsze dodawała magii kompozycjom Evergrey.

wtorek, 7 października 2014

Evergrey - Hymns for the Broken (2014)




W innych okolicznościach pewnie taka gatunkowa formuła nie zrobiłaby na mnie wrażenia, ale to nie jest zwyczajna sytuacja, bo sentyment i słabość (już na tych łamach deklarowana) do większości albumów tych Szwedów nie pozwala mi na typowo racjonalną ocenę. Pierwszy odsłuch i już jestem kupiony, bo to album do bólu bezpośredni i od startu tak chwytliwy, iż jakikolwiek opór sensu nie ma. Dwanaście odsłon melodyjnego heavy rocka, skrojonego według klasycznych reguł z brzmieniem wypieszczonym, wypielęgnowanym do granic przyzwoitości. Z refrenami pełnymi egzaltacji, toną klawiszowej ornamentyki aż do przesady eksploatowanej, epickim zacięciem oraz doskonale współegzystującą z całym instrumentalnym bogactwem ekspresją Toma Englunda. Jest ujmująco, pompatycznie w atmosferze chwytającej za serduszko każdą w miarę wrażliwą istotę. To nie dziwi zatem, że także ulegam czarowi tych hymnów, wpadając bez oporu w te sidła – roztkliwia mnie ta muzyka i jest mi z tym dobrze. :) Pytanie jak długo? W tym miejscu przechodzę do wątpliwości bo kij ma niestety dwa końce, a ten drugi to żywotność materiału, który od inicjacji odkrywa przede mną wszystkie swoje walory. Wpada szybko w ucho, cieszy, a nawet porywa, by po kilku z rzędu odsłuchach zacząć niebezpiecznie przynudzać oczywistościami czy autocytatami. Zbyt mocno się zbliżyli do tej niewidzialnej granicy, gdzie balans pomiędzy wycacaną doskonałością, a intrygującą tajemnicą trudny do utrzymania. Nagrali najbardziej wymuskany album w karierze, odkryli od startu wszystkie karty, zdobyli uznanie branżowych pismaków ale czy utrzymają ten hajp dłużej? Czas z pewnością to zweryfikuje!

P.S. Jeszcze przy okazji w temacie weryfikacji – Glorious Collision po trosze jej nie podołał. To suche brzmienie zaczęło w kontraście do tych klasycznych płyt drażnić, mimo, iż same kompozycje poziom przyzwoity trzymają. Ale to zupełnie inna historia, obiekt dzisiejszej refleksji w kwestii brzmienia to zupełnie inna rzeczywistość.

poniedziałek, 7 października 2013

Evergrey - In Search of Truth (2001)




Imponujący głos Toma Englunda skupia na sobie uwagę podczas obcowania z In Search of Truth. Jego walory zapewne płeć żeńską najskuteczniej rozmiękczają, szczególnie w tych ciepłych fragmentach, kiedy pozostawiony jedynie z akompaniamentem pianina czy akustycznego wiosła swój czar rozsiewa. I albo we mnie ten pierwiastek kobiecy w sporej  dawce egzystuje, że głos tego Szweda wrażenie robi pokaźne lub też zaprzeczając przyjętemu modelowi socjalizacji, podczas rozwoju społecznego nie pozbyłem się wrażliwości, naturalnie także osobnikom płci męskiej przypisanej. Niemniej jednak nie będąc zniewieściałym jak mniemam, nie mam także zamiaru rezygnować z korzystania także ze sztuki która walor emocjonalny posiada. A teraz już całkowicie poważnie będzie. :) Tom Englund kapitalnie ze swoimi możliwościami wokalnymi zarówno w tych bardziej melancholijnych fragmentach się odnajduje, jak i tam gdzie rwące gitarowe partie więcej ognia do tej ogólnie klimatycznej formy dodają. Riffy serwowane, gdyby odrzeć z klawiszowego tła i brzmienie nadmiernej sterylności pozbawić z powodzeniem uniknęłyby zbytecznego rozmiękczenia. Stałyby się  jadowite, a przez co pozwoliły częściej szlachetną chrypkę wokalisty eksponować. W tę właśnie stronę na kolejnych albumach Evergrey zacznie ewoluować. Struktury znacznie intensywniej szarpane będą, a aranżacje prostoty pozbawione. Póki co jeszcze przy okazji In Search of Truth więcej tu klimatu patosem solidnie doprawionego, niż aranżacyjnej skomplikowanej faktury. Jednako album to od lat dla mnie wyjątkowy, chwytający za serducho równie efektywnie jak dzieła Anathemy. Tyle że dźwięki to zupełnie o różnej od twórczości ekipy braci Cavanagh proweniencji. Mniej w nich awangardy, a klawiszowe pasaże tropem klasycznej symfonii podążające. I gdyby komukolwiek w tym miejscu na myśl o plastikowej z casio pochodzącej orkiestracji na mdłości się zbierało, śpieszę donieść, iż pomimo pozornej gatunkowej analogii o lata świetlne zawarte na krążku Evergrey kompozycje wyprzedzają wszelkie pseudo symfoniczne heavy potworki. To na czas obecny jak już przy okazji refleksji w temacie Glorious Collision nie omieszkałem wspomnieć jedyna formacja z tej niszy, która odruchów zwrotnych swą podniosłą aurą we mnie nie wywołuje.

niedziela, 21 lipca 2013

Evergrey – Glorious Collision (2011)




To jak do tej pory ostatni krążek Evergrey – formacji co do której mój niemal poddańczy stosunek utrudnia oczywiście w pełni racjonalny odbiór produkcji. Poznany już niemal 15 lat temu Solitude Dominance Tragedy rozpoczął tą atrakcyjną przygodę przerwaną jedynie zbyt przebojowym Monday Morning Apocalypse. Natomiast każda z pozostałych produkcji przynosiła co najmniej uczucie satysfakcji często jednak uzależnienie od tych dźwięków miało zdecydowanie silniejszy charakter. Tyle rysu monograficznego – wzruszającej historii związku pomiędzy fanem, a zespołem. Czas na konkrety wśród których w przypadku Glorious Collision wyraźnie w stosunku do poprzedniczki zmieniło się brzmienie – dużo bardziej suche, a przez to mniej sterylne, takie szorstkie jakby na „żywca” ukręcone – jak na konwencje w jakiej Evergrey egzystuje wyraźnie się wyróżniające. Same kompozycje natomiast zachowały charakterystycznego ducha, zawieszone gdzieś pomiędzy rozedrganymi partiami gitar, łomocącej wyraźnie perkusji i klawiszowej typowo dark metalowej ornamentyki. Nad całością dzięki dominującej roli Englund'a i jego wokalnej ekwilibrystyki, chwytliwości i zwyczajnie świetnego rasowego, soczystego, stylowo zachrypłego heavy wokalu, jak i smykałki do budowania pięknych linii melodycznych szczególnie wyraźnych we fragmentach o charakterze akustycznym gdzie tajemniczy duch buduje atmosferę zadumy i refleksji. Podkreślę na koniec jeszcze, iż moje silne przywiązanie do twórczości tych Szwedów wciąż mnie intryguje, gdyż styl w jakim funkcjonują tak naprawdę nigdy nie wzbudzał mojej sympatii, więcej kojarzył i nadal kojarzy mi się z pewnym schematyzmem kompozycyjnym i dosyć banalnie groteskową czy kiczowatą formą i treścią. Jak widać i jak przekonuje się od lat z zaciekawieniem oczekując nowych produkcji ekipy Toma Englund'a nie gatunek muzyczny w jakim twórca się porusza, a naturalny talent, błyskotliwość i umiejętne unikanie banału i kiczu decyduje o wartości dzieł. I może właśnie z tego powodu szczególnie ważna to dla mnie formacja, a może zwyczajnie dałem się schwytać na ten łapiący za serducho lep i tylko próbuje na siłę wcisnąć sobie mniej ckliwe wyjaśnienie?

Drukuj