Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Brewer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Craig Brewer. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2026

Song Sung Blue (2025) - Craig Brewer


Bez poczucia czasu bezpowrotnie straconego, przy okazji dnia świątecznego w kinie było. Podczas sympatycznego seansu Song Sung Blue, czyli typowo w hollywoodzkiej manierze wyprodukowanego bio-picowego feel good movie, na podstawie zapewne podkoloryzowanych, ale jednak rzeczywistych wydarzeń, w których centrum stał duet coverujący lokalnie swego czasu przeboje Neila Diamonda, a o którym jak dopisek na koniec projekcji informował głośniej w szerszej amerykańskiej i być może europejskiej (tego nie wiem) przestrzeni się zrobiło, po premierze dokumentu z 2008-ego roku - jaki to (należy zaznaczyć) stanowi tutaj punkt wyjścia i podstawowy fundament dla fabularnej wersji Craiga Brewera. Filmu sympatycznego, ale i smutnego pomimo pozytywnego przesłania, bowiem w nim dramatyczne wydarzenia co raz to niszczą wypracowany spokój i żywo pulsującą nadzieję na późne zrealizowanie uciekających marzeń - „jeśli żyjemy wystarczająco długo, to obserwujemy jak umierają nasze marzenia.”. Stąd obserwowałem wygładzoną zapewne interpretację opowieści o odnalezieniu życiowej miłości i determinacji w pokonywaniu niezwykle poważnych przeszkód aby poczuć się szczęśliwym, bo spełnionym. Familijnie raczej targetowaną o losie który ułatwia ale i mocno krzyżuje marzycielskie wielkie plany i zwykłą beztroskę codzienności komplikuje. Hudson i Jackman grają fajnie - aktorsko sprawnie wokalnie dają sobie radę z milutkimi evergreenami Neila, a obok nich jeszcze większe wrażenie w moim przekonaniu robi młode pokolenie w osobach Elli Anderson i King Princess. Poza tym zaskoczył mnie tutaj kompletnie mi nieznany epizod Claire i Mike’a z supportem swego czasu dla zupełnie z innej bajki przecież grających Pearl Jam i samo stojące u podłoża takiego chwilowego mezaliansu zainteresowanie fenomenem tegoż cover duetu ze strony Eddiego Veddera. Nie zaskoczył za to sposób sprzedania historii, gdyż raczej trailer wyraźnie zapowiadał "poruszająco ciepłą historię o wzlotach ale i upadkach i przede wszystkim o walce z samym sobą". 

P.S. Obowiązkowo teraz, póki wrażenie jeszcze gorące, wspomniany dokument mam do nadrobienia. Sam sobie go polecam i już gapię się na znaleziony na YT materiał, nie mogąc uwierzyć i natychmiast donosząc nim minął czas pomiędzy spisaniem niniejszych wrażeń, a ich publikacją, że te postaci realnie nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. On z tymi szczwanymi oczkami zupełnie nie pasował do wrażliwca kreowanego przez Hugh i mocno zaprzeczał sposobem nawijki tak pokorze, jak i deklarowanej dwudziestoletniej abstynencji, a ona kompletnie nie przypominała atrakcyjnej fizycznie blondynki w typie Hudson. Zresztą mam teraz pewność, iż fizyczne podobieństwa nie były dla odpowiedzialnego za casting speca priorytetowe, bo gdyby były, to sporo na poziomie estetyki pomiędzy postaciami, a formą wizualną by się gryzło, a gryźć się nie powinno w kolorowej hollywoodzkiej wersji dla maksymalnie szerokiej publiczności. Fakt w post scriptum podniesiony, we mnie niestety powoduje rodzaj niesmaku, lecz miast się trząść nad jego powodami, spuentuję sytuację krótko - w tej historii był ciekawy potencjał, lecz nie na kierunek w którym poszedł reżyser.

środa, 13 listopada 2019

Dolemite Is My Name! / Nazywam się Dolemite (2019) - Craig Brewer




Ja w tej sytuacji zacznę od truizmu, że Eddie Murphy to aktor z potężną charyzmą i nikogo do tej popartej liczną praktyczną aktorską argumentacją (samego zainteresowanego) tezy nie trzeba przekonywać, a że po chwale lat osiemdziesiątych i najbardziej kasowych przebojach z gatunku komedii sensacyjnej, akurat dziewięćdziesiąte mój bohater z dzieciństwa przewaletował w kinie familijnym, a dwutysięczne to jak myślę zwyczajnie na marginesie przespał - to obecnie od czasu do czasu dobierze sobie rolę w filmie może nieco tylko bardziej ambitnym, ale skierowanym jednak zdecydowanie do widza dorosłego, miast wyłącznie bawić dzieciaki. To właśnie jest ten rodzaj kreacji charakterystycznej i obraz stylistycznie poniekąd niedaleki (choć ostrzegam - żadna sensacyjna komedia, tylko książkowo rozpisane i przefiltrowane przez charakter twórczości głównej postaci kino biograficzne), od wszystkiego czego do tej pory się chwytał, a co mu sławę zapewniło - czyli kreacji zabawnego ziomka, którego poczucie humoru osadzone na abstrakcji i ironii mnie także, szczególnie jak teraz sobie uświadamiam w znacznej części ukształtowało. Wcielając się w rolę Rudolpha Franka Moore'a aka Rudy'ego Ray'a, amerykańskiego stand-upera (nie interesuje się, więc nie wiem jak to się pisze) i przede wszystkim (bo to dało mu fejm), przedstawiciela popularnego wówczas (lata 70-te) gatunku blaxploitation (wyjaśniam po swojemu, wyjaśniam wprost - gówniane warsztatowo, sprośne literacko kino kręcone dla czarnych przez czarnych, by getto też miało swych "artystycznych" herosów), czyli humoru bezpośredniego, wręcz chamskiego, w którym akcja i seks (dosłownie aby zobrazować z oczywiście niesmakiem używane wulgaryzmy cytuje: jeb****, obciąg**** itd.) doprowadzało klubowiczów i "koneserów" kina do rechotu, dał Murphy niezbity dowód na wciąż intensywny ogień jaki w jaki w nim płonie. Tyle że ta niezła jajcarnia, to barwne widowisko z eksplozywnym tempem i energetyczną muzyką, to zaledwie świetny materiał trochę chyba przez ograniczone finanse i powściągliwość, tudzież ostrożność reżysera niewykorzystany. Widzę w tej historii większy po prostu potencjał, niż rzeczywisty efekt uzyskano, ale mimo wszystko jako ostrzejszą rozrywkę wszystkim krejzolom polecam.

Drukuj