Ja zasadniczo i zazwyczaj (uporczywie też - NIE BĘDĘ za to PRZEPRASZAĆ) dzielę się tutaj własnymi MAKSYMALNIE SUBIEKTYWNYMI i nie wierząc elementarnie w siebie na sto procent nic nie znaczącymi opiniami, w tematach które jeszcze w dodatku całkowicie według unijnego rozdzielnika zajętego karierą zawodową, podnoszeniem poprzeczki materialnej obfitości i wychowaniem dzieci na porządnych obywateli, a nie jakimiś żałosnymi hobbystycznymi pierdołami Kowalskiego NIE INTERSESUJĄ i to jest OK! Ja tutaj dzisiaj podzielę się zatem tak jak wyżej oświadczyłem, a dokładnie odważę się (szaleństwo od 10 lat trwa) wcisnąć może w porywach kilku zainteresowanym opowieść bardzo krótką, bez puenty błyskotliwej, a być może też bez merytorycznego rozwinięcia, po wstępie składającym się głównie z waty (jak to mówią, albo nie mówią bo mi się pomieszało) na uszy nawijanej. Historię ograniczoną do w porywach zdań może dwóch, jak to po usłyszeniu pierwszego singla zatytułowanego ostro The Knife ja byłem po prostu przezachwycony, natychmiast po nim przeoczarowaniu i tak siedząc przed kompem z wlepionymi gałami w monitor i ze słuchawkami emitującymi jak uważam najlepszej jakości dźwięk pochodzący z sieci i przepuszczony przez aplikację dodaną do markowych nauszów produkcji jak to wszystko dzisiaj (śmiało nadal mocno się rozwijającej) azjatyckiej, podskakiwałem z ekscytacji, a małżonka moja siedząc zaledwie trzy metry ode mnie na znacznie od krzesła wygodniejszym narożniku (obserwując notabene w swoim monitorze to co akurat ją kręci, więc cieszy i dodaje szczęściu codziennemu porcje dodatkowej radości) przywoływana przeze mnie ochoczo, tylko z obowiązkowo zawsze w podobnej sytuacji manifestowanym głębokim uczuciem wyrozumiałości odpowiedziała - "jestem zajęta, oglądam", to ja posmutniałem, by za chwilę uświadamiając sobie, że jakim jestem szczęściarzem iż ja The Knife teraz słucham, a tak wielu nieświadomie The Knife ignoruje, więc ich pech, a moje SZCZĘŚCIE ogromne i to jest też OK! Niestety dziewiczy odsłuch całości zmył mi z mordki szeroki uśmiech bardzo radosny, a finalnie kiedy ta sama całość przybrała według intencji twórców nie od razu, ale jednak kapitalną formę, to Rebuilding the Mountain "stety" w moim aparacie słuchowym i świadomości osiągnął status (jak się cieszę) cholernie wysoki, bo może nie robił mi tak dobrze jak The Knife od razu, ale robi mi bardzo dobrze jako zamknięta do dziesięciu kompozycji zwarta konstrukcja TERAZ i to jest nie tylko OK - to jest MEGA OKEY!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Royal Thunder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Royal Thunder. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 czerwca 2023
Royal Thunder - Rebuilding the Mountain (2023)
środa, 19 kwietnia 2017
Royal Thunder - WICK (2017)
Różnobiegunowe recenzje towarzyszą pojawieniu się trzeciego długograja Royal
Thunder. Opinie może nie ekstremalnie skrajne, jednak od tych w superlatywach oceniających zawartość
WICK, poprzez może pozbawione nadmiernej ekscytacji, lecz jednak pozytywnie
spostrzegające pracę ekipy z Atlanty, aż po tą jedną jedyną nazywającą nowe kompozycje
między innymi wymuszonymi i nudnymi. NTOTR77 piszący te słowa, zdecydowanie
należy do grupy, która świeżą porcję muzyki od Royal Thunder przyjmuje z zadowoleniem,
lecz początkowego entuzjazmu zbyt wielkiego u siebie nie zauważył. Zwyczajnie
rozpieszczony szczególnie poprzednim longiem, który od startu czarował zarówno
złożonością strukturalną, różnorodnością inspiracji jak i niebanalną
przebojowością obudowaną raz subtelnym innym razem ciężkim aranżem oczekiwałem
zauroczenia od pierwszego wejrzenia. Tym razem jednak płyta potrzebowała
poświęcenia jej większej ilości czasu na wstępną adorację, by postanowiła finalnie
już bezwarunkowo odsłonić swe wdzięki, przekonać do siebie i oddać się we władanie. :) To dość
zaskakujący przebieg zdarzeń, gdyż wydaje się, iż jest zbudowana z komponentów o
mniej złożonej charakterystyce, a i zbytniego przeładowania detali trudno na
niej dostrzec. Posiłkując się zatem wiedzą zdobytą podczas dwutygodniowego intensywnego z nią obcowania pozwolę sobie na ujawnienie autorskiej i
brawurowej zapewne tezy, iż w prostocie tkwi jej pokrętna złożona siła. Innymi słowy
można by rzec, iż odpowiedzialni za kompozycje muzycy osiągnęli poziom
dojrzałości pozwalający tam gdzie pozornie mniej przemycić więcej, a już na
pewno dać słuchaczowi trudniejszy orzech do zgryzienia niźli czynili to
dwukrotnie wcześniej. Krążek wymaga od odbiorcy więcej, oferując mu z pozoru
mniej i chociaż transakcja ta wydaje się dla fana Royal Thunder bardziej poświęceniem
niż zyskiem, to mylne jednak takie jej spostrzeganie. Albowiem ofiarność szybko zmienia się w trafioną inwestycję, gdy zaczyna się w tych dwunastu numerach dostrzegać bogactwo pod pozorną prostotą zakamuflowane. Wystarczy
dać czas by w meandrach odpowiednio się odnaleźć dostrzegając rozedrgany puls,
zawiesistą psychodelię i subtelną świeżość. Wszystko to spięte kobiecą
intuicją wybornie rozeznającą się w emocjonalnym i charyzmatycznym kształtowaniu
linii wokalnych. Bo mimo, że rola instrumentalistów ważna to jednak hipnotyczna
i ekscytująca magia albumu tkwi w wokalnych popisach Mlny Parsonz. Czuć w nich
ogromne zaangażowanie i nieprawdopodobny ilustracyjny zmysł, pasję i
dominującą energię. Ona jedna potrafi muzykę w tym przypadku ograbioną z
surowego ciężaru zbilansować mocą interpretacji wokalnej, przez co numery
skupione w większości na akustycznych brzmieniach posiadają jednak pożądany ognisty charakter. Album jest poniekąd odmienny od poprzednika, tak jak debiut
był różny w stosunku do dwójki. Jednak Crooked Doors w wielu już fragmentach
sugerował i nakreślał ścieżkę w stronę większej kultury użycia akustyków, więc
po prawdzie to nie byłem zaskoczony faktem ograniczenia ciężaru wioseł na
opisywanym longplayu. Jakość pozostała niezmienna, bezdyskusyjnie w moim
mniemaniu wysoka, tylko droga do jej uzyskania inna. Kompozycje kwartetu to
teraz zgrabnie skonstruowane czyste rockowe piosenki, które trudno jednoznacznie sklasyfikować
jako retro, może occult rockowe czy tym bardziej sludge-stonerowe. Śmiem twierdzić,
że RT najnowszym krążkiem definitywnie wyszło poza proste szufladkowania z
sukcesem przewodząc we własnej lidze. WICK nie sieje może zbytniego fermentu,
ale dowodzi, iż Royal Thunder to ekipa okrzepła w bojach, odważnie po swojemu
definiująca w miarę oryginalny styl. Nie wiem jak na trójkę w dyskografii Amerykanów będę
spoglądał z dłuższej perspektywy czasowej, tak jak nie potrafiłbym teraz ustalić
hierarchii nagranych przez nich krążków, ustawiając je w odpowiedniej kolejności na pudle. Wiem natomiast bezspornie, że nie
spodziewając się tuż po dziewiczym odsłuchu tak ekscytującej przygody, teraz nie mogę się z uścisku tuzina nowych utworów uwolnić.
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Royal Thunder - CVI (2012)
Zbierałem się zbyt długo, by wpierw z
perspektywy już dobrych kilku lat (pierwszego odsłuchu, tuż po premierze), a dalej roku wstecz (drugie podejście po wydaniu Crooked Doors), spisać sporo myśli powiązanych mniej lub bardziej z pełnowymiarowym debiutem Royal Thunder.
Mianowicie, co już zasugerowałem, moja przygoda z muzyką kwartetu z Atlanty podzielona jest na dwa etapy. Ten pierwotny, gdy zapoznawałem się z CVI w roku 2012-tym i pomimo licznych odtworzeń krążka nie pozwoliłem by w mą świadomość wrył
się na stałe. Czułem, że w tym jest potencjał, że pierwiastek intrygujący w nim
zawarty istnieje, ale do jądra tego mroku nie dotarłem. Trzeba było poczekać do pojawienia się na
rynku dwójki i dzięki jej chwytliwemu charakterowi, za jej poniekąd pośrednictwem pozwolić na dotarcie do
sedna jedynki. Bo tak się akurat złożyło, że wałkowanie Crooked Doors bez
opamiętania wciąż w zapętleniu, otworzyło wrota do odkrycia w pełni jej
poprzedniczki. Ona bardziej surowa, mniej przebojowa, jeszcze aranżacyjnie nie
zawsze doskonała ale posiadająca walor podstawowy, czyli oryginalna na tle wtedy
w pełni rozkwitającego trendu na granie
okultystycznego rocka, niekoniecznie z niewiastą za mikrofonem. Osoba Mlny
Parsonz, a dokładnie barwa jej głosu (drapieżna, zadziorna z charakterem) i
nietuzinkowa inteligencja, elokwencja, poczucie humoru (czyta się te wywiady, kupuje prasę branżową ;))
pozwoliły na przepracowanie traumy związanej z damskim wokalem z szeroko
rozumianego metalu lat dziewięćdziesiątych. Nie będę tu udawał i oszukiwał,
bo w tym okresie z własnej nieprzymuszonej woli często namiętnie osłuchiwałem się w niewieścich trelach z
akompaniamentem ciężkiego riffu i masy klawiszy. Jednak z perspektywy lat,
wciąż dojrzewając muzycznie widzę, że w wielu przypadkach była to ślepa uliczka
i tandetna namiętność. Czego bym nie zawdzięczał i jakiej krzywdy na
rozwoju gustu nie doznał za sprawą ówczesnej metalowej mody, to jednego jestem
pewien. Co cię nie zabija to cię wzmocni, uodporni lub inaczej mówiąc wszystko co przeżywasz
głęboko i szczerze czyni cię bogatszym o doświadczenie. Odjechałem nieco
jednak od meritum, a nim przecież dźwięki zawarte na CVI, więc by nie zanudzać
opowieściami o własnym muzycznym dojrzewaniu, wracam natychmiast na proste tory, bez bocznic i rwę do
przodu do stacji docelowej, gdzie kropkę będę mógł postawić. Zatem! CVI
skomponowana została na przecięciu wielu podgatunków rocka i metalu, co czyni ją przedsięwzięciem zarówno ambitnym jak i długowiecznym, bo jest co rozkminiać i
jest czym się zachwycać. Trzonem tutaj granie solidnym riffem opartym przede
wszystkim na szkole maestro Iommiego. Tyle że wokół tego rdzenia mnóstwo
różnorodnych inspiracji misternie owiniętych. Szerokie ich spektrum, od tuzów hard
rocka budujących lata temu swą sławę na bluesowych archetypach, poprzez
wizjonerskie poszukiwania mistrzów psychodelii, inklinacje powiązane bardziej
współczesnymi nawiązaniami do southern rocka, sludge'u i doomowej grobowej
aury, aż po zerkanie nawet w stronę rozwiązań wyraźnie progresywnych. Wszystko
zagrane z wizją i pasją w dosyć przekrojowych tempach, gęsto i z podskórnie
intensywnie hipnotyzującym pulsem. To ponad godzina kompozycji wielopłaszczyznowo rozbudowanych,
równie często wielowątkowych jak i zaskakująco oszczędnych, ale rozwijanych z transowym
sznytem, więc w żadnym stopniu pozbawionych dramaturgii. Album, który mnie może nie pochłonął z miejsca i swoje musiał odczekać, bym koniec końców zgłębił jego atuty. Trzeba było mu poświęcić czas, dać swoje odleżeć i
dopiero po tych wielu zakrętach docenić i ustawić pośród najciekawszych dokonań szeroko spostrzeganego retro rocka. Tutaj kropka, chyba? Gdzie tam, na pewno! :)
czwartek, 1 października 2015
Royal Thunder - Crooked Doors (2015)
Nie ukrywam że poprzedni album ekipy
z Atlanty wkręcił mi się w zwoje tak na dobre, dopiero przy okazji osłuchania
się z Crooked Doors. Musiał przyjść także i sprzyjający czas dla tegorocznego
albumu bo i on swoje w poczekalni gdzie tuż po premierze się znalazł chwilę
przebywał. Nie wiem z obecnej perspektywy w czym tkwił problem - czy to akurat
obecność za mikrofonem niewiasty i uprzedzenia w stosunku do śpiewających
kobiet, a może materiał na tyle wymagający, że pierwotne pojedyncze odtworzenia
nie otworzyły na tyle szeroko drzwi do mojego serca by mnie do tych dźwięków
przekonać? Zastanawiające niezmiernie szczególnie, iż dzisiaj obydwie płyty
Royal Thunder odsłuchuje z ogromną ekscytacją, a sam zespół uznaje za jedno z
najciekawszych odkryć ostatnich trzech lat. Szkoda czasu na bezowocne tropienie
powodów takiego obrotu spraw, ważna nauka płynąca z tej sytuacji została
przyswojona i będzie w przyszłości w praktyce wykorzystywana - to jest istotne.
Być przygotowanym na zaskakujące finały konfrontacji z albumami co pierwotnie
nie zachwycają - taki morał, taka pokory ucząca lekcja. :) Do sedna, czyli zgrabnie teraz spróbuje
spisać przy użyciu określeń wyrazistych specyfikę kompozycji z Crooked Doors. Nie będę w tym miejscu
poszczególnych numerów detalicznie opisywał bo takie działanie skończyłoby się
wyprodukowaniem obszernego elaboratu, którego rozmiary skutecznie odstraszałyby
nawet tych co szersze precyzyjne analizy doceniają - tyle w utworach z Crooked
Doors się dzieje. Napiszę ogólnie, iż to wielowymiarowe, pełne przestrzeni kompozycje, niezwykle plastyczne i
inspirujące w których dominuje różnorodne wykorzystanie palety brzmień oraz
środków kreujących emocje od szaleństwa po zadumę. Konsekwentnie rozwijane
tematy z licznymi punktami kulminacyjnymi podbijają napięcie unikając z
wyczuciem nudy, mechanicznej powtarzalności. W aranżacyjnej maestrii spięte,
harmonijnie z wdziękiem płyną raz wartkim innym razem spokojnym nurtem, ubogacane systematycznie szeroką gamą detali odkrywanych raz po raz przy każdym
kolejnym kontakcie. Idealnie w pełnej symbiozie współistnieją z wokalnym
kunsztem Miny Parsonz, temperamentnej pół krwi Hiszpanki, której potężny głos i
sposób interpretacji z linii melodycznych prawdziwe cudeńka tworzy. Ja oporny
przez czas jakiś na ten czar rzucany byłem, lecz teraz szczęście mając iż
dojrzeć do doceniania tej kunsztownej nuty mi się udało stwierdzam odpowiedzialnie, że
jak już zrozumiałem i urokowi się poddałem, to niewolnikiem ich twórczości do
końca dni moich pozostanę. Chyba że zamiast rockiem tanecznym umpa umpa się
zainteresują, wtedy to będę musiał poddać w wątpliwość przekonanie, że
posiadają wyjątkową muzyczną wrażliwość i w poczuciu rozczarowania przyznać się
do braku wyczucia tematu i nazbyt pochopnych deklaracji. :) Póki jednak takich oznak zagubienia nie rejestruję, a wyłącznie rozwój dostrzegam ślubuję wierność pewny iż
prą we właściwym kierunku, wydeptując autorski ślad w szeroko definiowanej retro rockowej stylistyce. Robią to efektownie i na własnych zasadach, świadomi wysokiej wartości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



